ROZDZIAŁ I
Nocny atak

Leo Sarron wpatrywał się w jasne, ale nocne wciąż niebo nad Pustynią Ino. Dochodziła trzecia godzina doby, a chłodny jeszcze wiatr wzbijał w powietrze rudawe drobiny piasku. Rudowłosy chłopak ubrany był w jasnobrązową, przybrudzoną już nieco koszulę, w granatowe wąskie spodnie i ciemnobrązową bluzę. Jak niemal każdy Ziemianin odwiedzający tę wysychającą planetę, nosił wysokie skórzane buty, krótki pistolet laserowy generujący promieniowanie podczerwone oraz obłą manierkę z termostatem. Ubiór podróżnika i myśliwego zastępował często szarobłękitnym uniformem pilota frachtowców międzygwiezdnych. Był właśnie na swoim pierwszym urlopie pracując dla kompanii przewozowej Europa i jako stosunkowo świeży pilot zaliczył dotąd kilka kursów z robotami domowymi na Glebonię. Planeta okrążała jedną z dwu gwiazd ciągu głównego należącą do systemu Alfa Centauri. Tutaj z kolei Leo zaproszony został przez rodziców, głównie przez ojca będącego właścicielem jednej z ziemskich firm produkujących i dystrybuujących moduły silnikowe między innymi do gwiezdnych frachtowców. Od godziny prawie siedział na złożonym namiocie, w kręgu tworzonym powoli przez objuczone rocamele. Okazałe zwierzęta przypominające wielbłądy, przyklękiwały słuchając okrzyków czerwonobrązowych roteńskich poganiaczy. Rośli, uskrzydleni tubylcy noszący jasne turbany, wykrzykiwali stosowne komendy pośród rozpoczynającej się kolejnej krzątaniny podróżników z rozmaitych znanych ras.

   Tymczasem rudowłosemu chłopakowi najbardziej niezwykli wydawali się mieszkańcy chłodnej Nokalii rządzonej przez króla. Na świat ów nie udało mu się dotąd polecieć, natomiast oficjalnie nazywano go Zeta Reticuli E. Planeta obiegała jedną z dwu gwiazd systemu wraz z kilkoma innymi. Niestety, prócz jeszcze jednej, nie nadawały się one do życia w znanej formie. Dość dawno też zaniechano ich terraformowania z drobnymi wybuchami jądrowymi na czele. Opłacalność, jak zawsze, brała górę chociaż kruszarki albo mielnice, czyli gigantyczne maszyny odzyskujące tlen ze zmielonych skał i przygotowujące podłoże pod zasiew w postaci mikroorganizmów, sprawdzały się na innych ziemiach rodzących podobno pierwsze proste organizmy. Tak przynajmniej głosili egzobiolodzy.   

   Wspomniani Nok z kolei, bo tak mówili o sobie mieszkańcy Nokalii, przypominali dwunogie jeże o mocno zarysowanej godności. Istoty te sięgały człowiekowi do podbródka, a ich ‘’kolce’’ stanowiły przede wszystkim sztywne dość włosy futra. Na roteńskiej pustyni za dnia prażonej słońcem, Nok chronili się pod klimatyzowanymi baldachimami wraz z siedziskiem zakładanymi na szerokie grzbiety rocameli.  Wyróżniali się również jasnymi opaskami noszonymi przeważnie na prawym ramieniu. Pismem przypominającym klinowe umieszczano na nich podstawowe dane, chociaż tak, jak inni przedstawiciele przybyłych ras, Nok posiadali podskórne chipy z takimi informacjami umieszczane z kolei na lewym ramieniu. Mikroprocesory owe wymagane były przez międzygwiezdne prawo i nazywano je nieśmiertelnikami. Noszenie dodatkowych identyfikatorów zewnętrznych zaś mogło świadczyć o nadmiernej asekuracyjności Nok, albo chciano wyeksponować swoje nazwisko na przykład z powodu szerokich zasług zawodowych. Być może chodziło również o skłonienie kogoś do rodzaju hołdu gdyż zapisy na opasce mogły świadczyć o osobie pochodzącej z wysokiego rodu? 

   Inną osobliwością wysychającego świata byli mieszkańcy stref umiarkowanych i pogranicza stepów popularnie zwani  rot – rybami albo rotafish. Ci należeli do gatunków humanoidalnych chociaż skrzela na różowawych szyjach i błony pławne niezupełnie o tym świadczyły. Rotafish bardziej niż mieszkańcy pustyń otwierali się na nowe technologie, choćby ludzkie i przeważnie wojskowe. Działo się tak głównie z powodu humanoidalnych, wojowniczych sąsiadów nazywanych z kolei Ind. Tym ostatnim nie podobało się wspólne, światowe państwo założone kiedyś z trzecią rasą pustynnej planety zwaną Rotenami.

   Najbliższymi jej przedstawicielami byli czerwonobrązowi poganiacze rocameli. Rośli, uskrzydleni i dumni wojownicy z rudych piasków. Ich słowo rota oznaczało ziemia albo czasem, zapisane odświętnie – Matka Ziemia. Ludziom kojarzyło się oczywiście z ruchem obrotowym. A kiedy jeszcze okazało się, że jeden z tradycyjnych,  miejscowych tańców wiąże się z szybkim i częstym obrotem ciała, zwłaszcza kobiet wywołujących w ten sposób deszcz, tę część mieszkańców pustyń zaczęto nazywać Rotonami. Potem, chyba przypadkowo, rozwinęła się inna forma słowna brzmiąca: Roteni. Od niej też powstała potoczna nazwa piaszczystego świata. I tubylcy, i obcy mówili odtąd o Rotenii obiegającej Syriusza. Zaś skóra i włosy czerwonobrązowych zawierały sporą ilość melanin i podobnie jak u ludzi chroniły one głębsze warstwy ich skóry przed szkodliwym ultrafioletem zwiększając przy tym swoją ilość. Czasami także, wskutek intensywnego promieniowania dziennej gwiazdy, skóra Rotenów stawała się  ciemnobrązowa. Komunikując się z kolei z innymi, między innymi z przybyszami z dalekich układów gwiezdnych, używali jeszcze czerwonobrązowi starego języka równinnego podobnego do arapaho. Badacze ich kultury uznali, iż przypomina on nieco mowę ziemskiego ludu Lakota. Pewnym potwierdzeniem było tu słowo ojciec, które w języku Lakotów brzmiało ate, natomiast w mowie Rotenów – ata. Generalnie zaś od kilku ziemskich wieków obowiązywał tak zwany nowy galaktyczny stanowiący mieszankę angielskiego i chińskiego. Na Ziemi wprowadzono go około 2030 roku w związku z odkryciem inteligencji na Rotenii i koniecznością szerszego porozumienia ludzi. To oczywiście nie musiało obchodzić humanoidalnych z pustynnego świata. I początkowo nie obchodziło. Udało się jednak dojść do rozmaitych porozumień, między innymi religijnych. I nie tylko z Rotenami, ale również ze wspomnianymi rotafish. Ludzie nauczyli się miejscowej mowy, do urzędów wprowadzono języki mieszane, chociaż około 2100 roku zaczął dominować nowy galaktyczny.

   Z językami znanych humanoidalnych od zawsze wiązała się jakaś pisownia. Szereg znaków potrzebnych do pozawerbalnego komunikowania się wewnątrz danej społeczności. Hieroglify Rotenów to nie trzy rodzaje znaków, jak chociażby w starożytnym Egipcie, ale tylko ideogramy. Podobnie zresztą jak żyjące wtedy jeszcze ideogramy chińskie. I tak na przykład hieroglif mówiący o śmierci przedstawiali czerwonobrązowi jako trzy równej długości kreski tworzące linię łamaną od góry pochyloną w lewo. Na szczycie ostatniej kreski rysowano kółko symbolizujące głowę, następnie dodawano czwartą kreskę równoległą do górnej, która miała oznaczać broń w postaci włóczni zadającej śmierć. Podwójna tak łamana linia z dwiema głowami i przebiegającą pod nimi łączącą je kreską, stanowiła hieroglif wskazujący na miłość. Kółko narysowane wyżej sygnalizowało mężczyznę. Tradycyjnie zaś wszystkie ideogramy przedstawiano za pomocą czarnego barwnika i specjalnych, odpowiednio zaostrzonych patyków.     

   Monogamiczni Roteni, koczownicy i znacznie liczniejsi już mieszkańcy miast żyli praktycznie tyle ziemskich lat, co ludzie oraz inni humanoidalni. Działo się tak dlatego, że komórki czerwonobrązowych wojowników i urzędników dzieliły się maksymalnie pięćdziesiąt razy. Niejako przeciwny biegun stanowili chociażby osobliwi  mieszkańcy Gliese 581g przypominający unoszące się w powietrzu ziemio podobne bryły. Ci żyli niemal trzykrotnie dłużej, co oczywiście wiązało się ze stosownym podziałem komórek. 

   Ciekawe mogły być hipotezy dotyczące pochodzenia istot humanoidalnych z tamtej wysychającej planety. Jedna z nich, chyba najbardziej popularna głosiła, że dwa uskrzydlone gatunki, a więc Roteni oraz Ind stanowią hybrydę pierwotnych rodzimych humanoidów i uskrzydlonych kosmitów z układu Tau Ceti. Według pewnych wykopalisk przybysze owi podobni byli do mitologicznych harpii. Wiele wskazywało jednak na to, że w stosunkowo krótkim okresie wyginęły osobniki płci męskiej.  Zdaniem wielu naukowców natomiast, dzięki rozwojowi technologicznemu, osobniki obu płci porzuciły kiedyś pierwsze ciała i weszły do piątego wymiaru. Zachowały jednak stare kopie wykorzystywane potem w przestrzeni czterowymiarowej. Osiągnęły więc transcendencję i w odległej przeszłości odwiedzały nie tylko Rotenię prowadząc rozmaite eksperymenty. W starożytnej Grecji na przykład nazywane były duchami demonami porywającymi dzieci, albo nawet dusze. Inne badania wskazywały, że być może już wtedy pozostały tylko osobniki żeńskie. Tak, czy inaczej istoty te mogły mieć naturę wampiryczną, w światach niższych jednak nie musiały żywić się krwią. Równie dobrze ich pokarmem mógł być rodzaj energii, która ulatywała z człowieka czy Rotena  w chwili śmierci. Ta energia z kolei rozumiana była na ogół jako rodzaj bytu. Jako natura rozumna zabierana przez takich, czy innych bogów lub pozostawiana w niższych wymiarach. Tam mogła paść ofiarą takich drapieżców, jak harpie. Zakładała to wszystko jedna z innych hipotez. Natomiast jedną z działalności uskrzydlonych kosmitów z układu Tau Ceti mogło być zapładnianie roteńskich kobiet.

 W przypadku rot – ryb zaś stare kosmiczne rasy musiały przypominać bladoskórych humanoidalnych, którzy z nieznanych powodów nakłonili wtedy jeszcze lądowe istoty do długiego przebywania w wodzie. To oczywiście miało doprowadzić do trwałych zmian w organizmach przyszłych rotafish. Jako podróżnicy i myśliwi zaś, przez roteńską pustynię istoty owe podróżowały w kulistych i opancerzonych akwariach zakładanych na wierzchowce. Dołączając do obrony wszystkich podróżników z kolei, opuszczali stosunkowo bezpieczne kule przez dłuższy czas oddychając powietrzem.

   Inna hipoteza głosiła, że mieszkańcy Rotenii przeżyli niegdyś wojnę nuklearną i cywilizacje musiały powstawać na nowo. Gatunki rozumne ewoluowały w ekosystemach przynależnych im dawniej i może dlatego generalnie nie utraciły swojej natury chociaż nastąpiły pewne mutacje. Przed wojną natomiast, podróżując po Galaktyce, rotafish stały się podobno bogami ziemskich Dogonów, którzy nazywali je ludorybami. Co do samych Dogonów – jeszcze inna głoszona przez nich hipoteza mówiła, że układ Syriusza zamieszkiwany był przez trójokich telepatów . Oni to stanowić mieli źródło wiedzy na temat wszelkich ziemskich religii i wiedzę tę przekazali właśnie Dogonom. Badając całkiem duży układ Syriusza, głównie planetę podobną do Marsa, rozmaitej maści naukowcy nie natknęli się jednak na żadne ślady trójokich. Nie znaleziono najmniejszych pozostałości cywilizacji technicznej. Wielu egzobiologów z kolei twierdziło, że badania układu wciąż trwają. Że trójocy nazwę gatunku zawdzięczają wykorzystaniu wysokich technologii. Tak zwanego trzeciego oka, czyli urządzeń, które zmieniły ich wygląd, a potem pomogły osiągnąć wyższy wymiar czasoprzestrzenny. Tak, jak harpie, trójocy porzucili kiedyś ciała i układ Syriusza aby wejść do zakrzywionego piątego wymiaru. Do Ciemnego Sektora gdzie królowały masy fermionów, chmury ciemnej materii. Powiązani byli z Echnatonem, który swoją szeroką wiedzę przekazał Mojżeszowi, a ten – Eliaszowi. Podczas penetracji skalistych planet Syriusza i trwania wieloletnich wykopalisk, dochodziło podobno do spotkań z trójokimi. Wśród niektórych naukowców, a potem pośród wielu prostych osób, narodziła się nowa religia. Można by rzec: wyznanie technologiczne. Fakty zastąpiły hipotezy. Urosło przekonanie, że wymagający posłuszeństwa, transcendentny, trójoki przywódca obcych początkowo nazwany Blue Alien ma receptę na nieśmiertelność. Dowodami jego mocy były liczne wskrzeszenia pierwszych wyznawców. Technologia i magia nie stawały się tutaj jednak dwiema kroplami wody. Mimo tego nie widziano najmniejszych mankamentów, jak choćby zbyt płytko wkomponowanych nanorobotów pompujących krew albo tworzących nowy mózg. I nie chodziło tu jedynie o estetykę, o nieapetyczne guzy czy podskórne rozbłyski na skroniach, ale o konkurowanie z naturą w ogóle. Chodziło o rodzaj oszustwa skierowany na ograniczone działania urządzeń, które nie pochodziły z piątego wymiaru. W tym okresie zresztą w światach czterowymiarowych opanowano już technologie pozwalające na zapisy osobowości.  Wykorzystano to potem głównie przy tworzeniu cyborgów. Jednakże nawet pośród uczonych wiernych nowego wybawcę zaczęto nazywać Dobrotliwym Panem. Szeregi wyznawców z rozmaitych ziem urosły zatem do milionów. Pomimo tego, że przeciwnicy Aliena wskazywali na jego potencjalny wampiryzm powołując się chociażby na hipotezy dotyczące harpii. Nie dostrzeżono również, że to właśnie one zaczęły pojawiać się obok nowego boga. Że stały się straszakiem, zwłaszcza w kontaktach z prostymi wiernymi, którymi byli głównie szeregowi żołnierze.  

   Spoglądając z kolei z ograniczonego, ziemskiego punktu widzenia należało stwierdzić, że na stosunkowo małym obszarze galaktycznym jeszcze w dwudziestym pierwszym wieku odkryto co najmniej kilka cywilizacji istot rozumnych, z czego również kilka technicznych. Rozmaite relacje i artykuły w dziennikach i holowizjach były zaskakujące dla wszystkich. Egzobiolodzy odbierali je początkowo jak czystą fantazję, a spory jeszcze wtedy kościół katolicki musiał zweryfikować zapisy biblijne.

   Leo przyglądał się przez jakiś czas walecznym i otwartym jednocześnie Gorkom, szarozielonym istotom bardzo przypominającym ludzi. Te krępe humanoidy o płaskich twarzach i przeważnie rudych włosach pochodziły z Tau Ceti 4 albo d i stosunkowo często handlowały z Ziemią. Teraz rozglądały się bacznie wyszukując najmniejszego niebezpieczeństwa grożącego karawanie zatrzymującej się już na dzienny postój. Chłopak tymczasem spojrzał na ojca rozmawiającego nieopodal z Rotenami. Był dumny nie tylko z jego przedsiębiorczości, ale i z szeroko zakrojonych działań dobroczynnych, bardzo potrzebnych w czasach wysoko rozwiniętych technologii i marginalnego jednocześnie traktowania wielu istnień.

   Obok ojca Leo stał android, przyjaciel chłopaka o imieniu Max. W budzącym się przedświcie lśnił szerokim złocistym torsem. Spoglądając na niego Leo nie widział syntetycznych europejskich rysów twarzy, stu miliardów osobliwych neuronów i czujników chemicznych stworzonych w placówkach naukowych. Nie dostrzegał mocarnych metalowych ramion podobnych do rur i kojarzących się po prostu z maszyną. Patrząc na androida chłopak widział w nim raczej kogoś, kto potrafi przypalić jajecznicę, potknąć się na równym trotuarze i jeszcze tego samego dnia stać się żywą bronią. Tarczą nie do rozbicia. A był na Ziemi czas, kiedy sztuczną inteligencję traktowano jako zagrożenie dla wielu zawodów i bezduszną maszynerię. Polityka socjalna przyczyniła się na szczęście do zmiany stosunków na linii człowiek – robot. Stało się tak głównie za sprawą modeli klasy MO, czyli matryc osobowości, w których wykorzystywano przede wszystkim zapisy umysłów ludzi już nieżyjących. Ostatecznie uznano więc  androidy za członków żywego społeczeństwa chociaż prawnie podlegały one poszczególnym właścicielom albo chociażby zarządom firm. Nadszedł wieloletni okres przyjaźni.

   Leo spojrzał w nocne wciąż niebo i uśmiechnął się na widok mniejszego brata Syriusza. Sto pięćdziesiąt milionów lat wcześniej gwiazda ta była czerwonym olbrzymem i przerastała Syriusza A. Teraz błyszczała na nieboskłonie jako jedna z jaśniejszych, była jednak stosunkowo blisko. Gdzieś tam świeciło również Słońce i  krążyła Ziemia, z której wyłaniała się krótka, ale bogata dość przeszłość Leo. Dlatego głos ojca rozmawiającego z poganiaczami rocameli o właściwym ułożeniu zwierząt do dziennego odpoczynku stopniowo cichł jak cały obozowy gwar… 

   Ryzykancka natura chłopaka znowu dała o sobie znać, dlatego wrócił myślami do Florydzkiej Szkoły Międzygwiezdnej Marynarki Handlowej. Konkretnie zaś – do pamiętnego wybryku, który niemal nie spowodował tragedii, chociaż było to już po równie pamiętnym spotkaniu z wyznawcami najstarszych cywilizacji kosmicznych  nazywanymi niekiedy Grupą Pierwotnych albo Grupą Allq. Nawiasem mówiąc, dochodziło czasem do starć między nimi, a skrajnymi wyznawcami Blue Aliena, którzy zarzucali Grupie szerzenie naiwnych poglądów. Utrzymywano z kolei, że przedstawiciele najstarszych cywilizacji podczas kontaktów najczęściej przypominają istoty humanoidalne. Akcentowano, iż są to byty transcendentne, dlatego mogą wcielać się w nieznane dotąd humanoidy. W istoty przeważnie niebieskie, albo o niebieskiej skórze. I że żywią się radością i miłością małych, a więc istot czterowymiarowych licząc oczywiście czas. Natomiast każdy człowiek żyjący moralnie, wypowiadający codziennie Formułę i wzmacniający się w ten sposób ma szansę przeżyć śmierć. Znaczyło to, iż po zgonie danego wyznawcy przedstawiciele owych cywilizacji przeniosą jego jaźń do wyższych i lepszych wymiarów istnienia gdzie otrzyma nowe ciało. Tutaj  pojawiały się jednak głosy o przemienionych, albo takich, którzy otarli się o Krainę Śmierci. Kwestię tę próbowano podejmować na rozmaitych zgromadzeniach, ale stała się na tyle trudna i niejasna, że w ostatnich czasach bardzo rzadko ją poruszano. Fragment światopoglądu zaś dotyczący wymiarów należało zamknąć w liczbie 10, chociaż odwoływano się czasem do wcześniejszych badań i przeżyć, które zamykały kwestię w liczbie 11. Tak wyglądała również kumulacja czasoprzestrzeni z pierwszym Centrum w oczach tych, którzy przeżyli szerszy kontakt z Pierwotnymi zwanymi czasem Allq, ale większość wiernych popierała dziesiątkę. W nowym galaktycznym z kolei Allq oznaczało  Wszystko lub Całość Istnienia, a litera q pochodziła z chińskiego brzmienia. Wspominano, że Pierwotni zgromadzili całą, a więc wszechświatową energię przetwarzając ją w zależności od potrzeb. Przy czym najwięcej energii pozostawało w wymiarach niewidzialnych, między innymi w ciemnej materii. Ze swymi wiernymi zaś Pierwotni kontaktowali się za pośrednictwem splątanych fotonów, które przechodziły przez ośrodki widzialne. Tak przynajmniej twierdzili wyznawcy Allq. Nie potrafili jednak wskazać na konkretne zjawiska. Mimo tego od dawna niektórzy naukowcy głowili się nad owymi ośrodkami, lecz niczego sensownego nie odkryli. Fotony stanowiły również nośnik informacji zawierający instrukcje postępowania danego wiernego oraz wzmacniacze ciała i ducha potrzebne do stopniowego stwarzania nowego osobnika. Ów w pełni miał zaistnieć dopiero po śmierci, a jego nowy umysł był ponoć w stanie stworzyć wówczas coś na kształt wymarzonego domu. Z punktu widzenia nauki były to oczywiście kontakty z zaawansowaną technologicznie obcą rasą. Standardowe wypowiadanie Formuły natomiast miało odbywać się przy zamkniętych oczach i w stanie relaksu, rozluźnienia. W ten sposób w ogóle generowane i pobudzane były fale mózgowe alfa odpowiedzialne za kreatywność. To zaś na ogół wystarczało do kontaktu z niewidzialną Pierwotną Kulą Centrum, która, według innych przekonań, sama w sobie stanowiła niezliczone zagięcia przestrzeni i nadprzestrzeni, a więc wychodziła niejako poza jedenaście wymiarów. To tak, jakby wewnątrz owej Kuli istniały miliony mniejszych kul – takie też były odczucia wiernych. Pojęcia zagięć przestrzennych z kolei wiązały się z naturalnymi skrótami wykorzystywanymi nie tylko przez ludzi. Wspomniana Kula jako swoisty Szkielet Przyszłości istniała przed wszystkim, co było widzialne, a więc również przed Wielkim Wybuchem. Wytyczała ona już wtedy kierunki ewolucji Wszechświata. Takie i podobne sensacje, głoszone przez wiernych Allq, budziły zdumienie naukowców, którzy bezowocnie w gruncie rzeczy starali się potwierdzić owe sensacje.   W sytuacjach niebezpiecznych, albo wymagających nagłej pomocy Pierwotnych, korzystano po prostu z codziennych fal beta.  We wspomnianej Kuli zaś, według wielu przekonań, gromadzili się Pierwotni. Sama Kula przenikała dziesięć( lub jedenaście) wymiarów i stanowiła ich istotę. Niejeden wpływowy wierny z kolei właśnie Kuli przypisywał inteligentny charakter i najwyższą pozycję we wszystkich wymiarach. Prawdy Wiary łączące się z nauką mówiły także o Kuli Ujemnej, czyli tej z wymiarów niewidzialnych. Chodziło generalnie o jej wszechobecność i nieskończoność.  Rodziło to czasem poważne starcia nawet wewnątrz jednego wyznania, jednak Allq nie wypowiadali się jednoznacznie w tej kwestii. Od początku naciskali przede wszystkim na konieczność życia zgodną z normami moralnymi. Swym wyznawcom podawali rozmaite dane konieczne do budowy wszelkich wyobrażeń, między innymi wspomnianego nowego domu. Domu zharmonizowanego z naturą danej osoby. Miliony rozmaitych istnień miały więc nadzieję na inne, piękniejsze życie i to właśnie pomagało im oswoić się ze śmiercią. I  to pozostawało najważniejsze. Formuła natomiast brzmiała: Pradawni, bądźcie dziś ze mną!

   Leo przez jakiś czas stosował maksymę Grupy Pierwotnych mającą przede wszystkim moc do wyniesienia go kiedyś do Siódmego Wymiaru. Oznaczało to życie wieczne, jakkolwiek można to sobie wyobrazić. Chłopak słusznie uznawał, że oprócz naturalnego lęku przed ostatecznym końcem należy dać upust ciekawości. Poza tym nowa wiara zajęła miejsce wyznań tradycyjnych i była ciekawa. Istniała na pograniczu nauki i życia duchowego. Dla wielu stała się nawet modna i nie wymagała  większego wysiłku słownego. Co innego życie moralne. Tutaj niestety odpadało wielu. I w życiu Leo, nie licząc pewnego wydarzenia ze Świata Wody, nie zdarzyło się nic, co popchnęłoby go dalej. Dlatego chłopak stopniowo gasł jako wierny. Zaczął traktować wiarę w Pradawnych jak coś, co przeznaczono kiedyś dla wybrańców. Dla tych, którzy ze swymi bogami obcują na co dzień. Wówczas nie mogą powiedzieć sobie, czy innym,  że mieli jakieś omamy. Że na przykład strach przed czymś  zrodził  coś niezwykłego. Zresztą mózgi humanoidalnych wciąż badano i ciągle stanowiły zagadkę. Chociaż więc Leo obawiał się czasem o życie, wierzył przede wszystkim w siebie uśmiechając się na wspomnienie słów babci mówiącej, że jego pradziadek chodził jeszcze do świątyni z krzyżem. Wiara we własne możliwości nie spotkała się również z jakimkolwiek sprzeciwem z góry. Nie tylko młodzi Ziemianie, ale niemal wszyscy młodzi humanoidalni z rozmaitych światów pędzili przed siebie nierozważni i lekkoduszni słuchając głównie nieokiełznanych, pierwotnych instynktów.  

   Wczesną wiosną 2231 roku Leo Sarron jako dwudziestojednoletni prymus florydzkiej szkoły przystąpił do jednego z ostatnich egzaminów. Zadaniem ucznia było wykonanie lotu do wyznaczonej strefy kosmicznej, powrót do atmosfery planetarnej, wykonanie kilku figur akrobacyjnych i gładkie lądowanie w oznaczonym miejscu. Wszystko przebiegało prawidłowo do momentu, w którym młody pilot powinien był wykonać ostatnią pętlę. Kończąc figurę zszedł jednak zbyt nisko hołdując wciąż nie tylko młodzieńczej zasadzie mówiącej, że jedynie ryzyko ukazuje prawdziwą wartość życia. Oglądająca ten manewr Komisja Egzaminacyjna ledwo przeżyła, i to dosłownie. Prymus z rykiem silników promu przemknął jak burza tuż nad dachem budynku przylegającego do wieży nawigatora. Ostatecznie, i na szczęście, całe zdarzenie sfinalizowano jedynie na dywaniku u dyrektora szkoły gdzie rudowłosy prymus utracił tytuł Pilota Roku pozostając jednocześnie w szeregach słuchaczy. Doceniono rzadki talent Leo, manewr zejścia tuż nad ziemię oglądali przecież wykładowcy i starzy piloci zarazem. Wspomniano nawet o geniuszu młodzieńca, tym niemniej musiał być ukarany, zagroził bowiem ewidentnie bezpieczeństwu na całym lądowisku.

   Chłopak uśmiechnął się pełen wdzięczności dla starych wyg, chociaż kilka lat wcześniej marzył jeszcze o lśniących grafitowych myśliwcach wyposażonych w napęd atomowy. Pragnął zostać wojownikiem czarnej przestrzeni, jak często nazywano pilotów wojskowych startujących z pełnych świateł, bardzo rozległych pokładów pancerników stanowiących rdzeń poszczególnych flot. Okręty te budowano najczęściej w kooperacji z Gorkami specjalizującymi się w tej klasie. Każdy zaś młody i ambitny chłopiec lubił oglądać ich majestat gdy przecinały rozgwieżdżone niebo mknąc do odległych gwiazd.

   Leo nie mógł pamiętać wojny enfońskiej z udziałem poprzedniej generacji pancerników. Ciężkich zmagań misiowatych enf z pomarańczowymi Indorianami, humanoidalnymi najeźdźcami z dalekiego systemu. Ziemia wsparła wtedy białoszare misie przypominające koale i tak powstał nowy galaktyczny sojusz. Same enf zaś w sporej liczbie opuściły rodzimy, śnieżny świat i okresowo zamieszkiwały między innymi lądolody na Zecie Reticuli D popularnie zwanej Wodanią oraz strefy polarne na Rotenii.

   Marzenia rudowłosego chłopca o pilotowaniu myśliwców spełzły jednak na niczym gdy ukończył osiemnaście lat. Poprzez rodziców będących zwolennikami Grupy Pierwotnych, stał się w tym czasie gorliwym wyznawcą wspomnianych kosmicznych ras, które wymagały szczególnej moralności kontaktując się z wiernymi. Wiadomym zaś było, że piloci wojskowi niejako skazani byli na pewien styl życia i łączące się z nim dość swobodne podejście do kwestii moralnych, zwłaszcza tradycyjnych. Zresztą kandydaci na tychże pilotów musieli mieć naturę żołnierza, a ta rzadko współgrała ze wszystkimi zasadami etycznymi. Tak więc Leo Sarron ostatecznie zdecydował, iż powinien służyć innym na drodze pokojowego współistnienia.

   Wojownikiem z czarnej przestrzeni został niejaki Robin Lind, przyjaciel Leo i mieszkaniec dzielnicy dla ubogich. Ciemnowłosy Europejczyk z Lozanny, syn brytyjskiego robotnika i robotnicy o wschodnich korzeniach. Młody człowiek wątpiący w jakiekolwiek wsparcie z wyższych wymiarów kosmosu. Chociaż po rodzicach odziedziczył swoistą zgorzkniałość, pesymizm, a nawet bierność, nieoczekiwanie stał się na tyle mocny, że zdołał założyć karmazynowy mundur kadeta. Niejako po drodze chwytał rozmaite prace, często fizyczne, pieprzone roboty zlecane przez wyzyskiwaczy, jak sam mówił. Ale trwał przy swoim marzeniu i zamyśle. I udało mu się. Z Leo rozstali się któregoś jesiennego dnia, w niedużej restauracji niedaleko Lozanny i jednocześnie nieopodal domu rudowłosego chłopca. Robin nosił już wtedy zaopatrzony w wiele kieszeni mundur kadeta i wierzył, że zostanie porucznikiem Ziemskich Kosmicznych Sił Zbrojnych. Leo siedzący naprzeciw przyjaciela z pewną zazdrością patrzył na jego srebrzyste epolety z czarnymi wizerunkami obłych myśliwców przestrzennych. A Robin spoglądał w niebo i odgrażał się potencjalnym wrogom Ziemi, zwłaszcza Ind, o których już wtedy zrobiło się głośno.

   Tego dnia Leo ubrany był w szarobłękitny uniform słuchaczy Florydzkiej Szkoły Międzygwiezdnej Marynarki Handlowej i tak jak Robin przyciągał spojrzenia dziewcząt sączących obok rozmaite napoje. Przypomniał sobie wówczas wiele wspólnych zabaw, między innymi na podmiejskich łąkach gdzie puszczali z przyjacielem zdalnie sterowane, srebrzyste kosmoloty albo zeskakiwali z wysokich gałęzi drzew budząc niepokój rodziców. Tata Leo już wtedy działał charytatywnie i wspierał między innymi zaprzyjaźnionych rodziców Robina, którzy na wspólne, łąkowe pikniki przychodzili jednak niechętnie w innych bogaczach zapraszanych na nie widząc aktorów i kpiarzy. Rzeczywiście stosunek zamożnych mieszczan zaprzyjaźnionych z rodziną Sarronów do robotników czy w ogóle ludzi z niższych stanów czasami otwarcie ukazywał ich pogardę. A przecież ci biedacy każdego dnia w pocie czoła pomnażali ich majątki dostając za to niewielką zapłatę.

   Od kilku lat młody Leo wspierał ojca w działaniach dobroczynnych, starał się być dobrym człowiekiem, a tutaj, na pustynnej planecie liczył, że uratuje kogoś przed bliżej nieokreślonym złem. Polityka Ind, którym nie podobało się wspólne, światowe państwo stwarzała wiele niebezpieczeństw. Właśnie przed nimi przestrzegała Leo jego mama  przebywająca w Genewie, stolicy Rotenii dokąd zmierzała karawana. Wiedziała jednak, że zarówno jej mąż, jak i syn to urodzeni podróżnicy i ryzykanci, dlatego próżna zdała się jej długa mowa ostrzegawcza skierowana do mężczyzn kilka dni wcześniej.

   Rudowłosy chłopak spojrzał w lewo skąd dochodził odgłos użycia wydłużonej, roteńskiej maczety: poganiacze nacinali pobliskie sukulenty strzelające w nocne wciąż niebo. Rośliny te dość gęsto porastały  pustynię Ino oddając sporo wody i skupiając rozmaite stworzenia, między innymi duże, brązowe chrząszcze. Te zaś żywiły się głównie  nawozem rocameli.

   – Panie, panie ! – powiedział młody, czerwonobrązowy poganiacz podchodząc bliżej i zwracając się do Leo w łamanym trochę, nowym galaktycznym. – Pustynia trudna, ale Wielki Ptak pomoże.

   Tak, jak wielu tubylców, poczciwy w gruncie rzeczy młodzieniec przekonany był, że osobliwy Wielki Ptak, zwany również Podniebnym Ptakiem, bardzo dawno temu zniósł wyjątkowe, wielobarwne jajo. Od tamtej chwili jajo szybko rosło, a w pewnym okresie owego wzrostu zaczęło dzielić się na miliony fragmentów tworząc zalążki widzialnego kosmosu. Pramaterię wszystkiego. Podobne poglądy na początki Wszechświata obecne w innych kulturach, znane były ludziom od dawna. Społeczeństwa hołdujące myśli i nowym wciąż technologiom uznawały je na ogół za wpływ bardzo starych ras kosmicznych przez proste społeczności branych za bogów. Oficjalnie z dużym szacunkiem traktowano światopogląd pustynnych Rotenów nie chcąc mnożyć konfliktów na linii człowiek – obcy. Od wieków wiadomo było przecież, że spory na tle religijnym powodowały coraz więcej konfliktów. Takie, czy inne poglądy żyły więc sobie obok dogmatyzmu słabego już ziemskiego kościoła katolickiego, który przede wszystkim musiał uznać istnienie innych humanoidalnych nie będących ani wyobrażeniem Aniołów, ani nimi samymi. Chociaż niektórzy w postaciach Pradawnych widzieli wspomniane byty. Podobnie działo się z jeszcze silniejszym kiedyś islamem próbującym zawładnąć Ziemią. Coraz wyższe technologie wypchnęły jednak z życia milczącego Allaha, a wyznanie wiary, szahada bladło z każdą dekadą.

   Przykładem wielowiekowych miejscowych wierzeń była wiara niektórych rotafish. Uznawano wśród nich istnienie Boga Wody, istoty wcielającej się rzekomo w duże morskie ssaki żyjące tam z kolei w strefie umiarkowanej. Bóg ów obiecywał długie i zdrowe życie, a nawet nieśmiertelność wszystkim tym, którzy zejdą pod wodę. Miało to doprowadzić przede wszystkim do fizycznej przemiany dawnych humanoidalnych. Tak daleko idące zmiany z kolei musiały wiązać się z czymś szerszym. Wierni Boga Wody interpretowali je jako przygotowanie do Czasów Ostatecznych. Wówczas to, jak sami głosili, Bóg utopi niewiernych a oni naturalnie będą mogli żyć we Wszechoceanie, który zaleje całą Rotenię. Kościoły ziemskie zaś wspominały o ukrytym w tej wierze demonie. Budziło to jednak najczęściej pobłażliwy uśmiech.

   – Masz rację, Indeusie – przyznał Leo z pojednawczym uśmiechem mając na myśli wspomnianego Wielkiego Ptaka. Osobiście stał wciąż po stronie nauki wierząc jednocześnie, że prastare kosmiczne rasy w sposób znaczący mogą wspomóc między innymi ludzi. A wśród nich i jego samego.  – Ale prosiłem cię już, abyś mówił mi po imieniu ! – dodał rudowłosy chłopak powtarzając zdanie wygłoszone kilka dni wcześniej. Nie widział w sobie bowiem żadnego pana,  miał dwadzieścia jeden ziemskich lat, a Indeus tak naprawdę był jego rówieśnikiem.

   Tubylec tymczasem wyglądał na zmieszanego. Widać było, że nie jest jeszcze gotowy na spoufalanie się z bogatym podróżnikiem, którego ojciec uchodził za bardzo wpływowego biznesmena i potomka ziemskich magnatów. Sam Indeus marzył czasem o bogactwie, ale w jego młodej roteńskiej duszy najczęściej odzywało się mniejsze pragnienie: chciał zostać szefem pustynnych poganiaczy. Zawstydzony chwycił więc pierwszy pojemnik z wodą zaopatrzony w termostat i odszedł w stronę objuczonego rocamela podobnego trochę do przerośniętego baktriana.

   Leo westchnął zrezygnowany, a kiedy spojrzał na pustynne wierzchowce, zwrócił się w myślach do istoty tej podróży, do sedna marszu przez piaski Ino. Od trzech roteńskich dób posuwali się w kierunku Genewy, oazy – miasta przypominającego ziemskie, głównie arabskie i będącego stolicą ziem należących do Rotenów. Miasto leżało w tak zwanej małej oazie czyli na obszarze bogatym ciągle w wodę i roślinność chociaż stanowiącym już namiastkę dawnych oaz. Właściwie wszyscy podróżnicy tworzący karawanę należeli do wielorasowej grupy ryzykantów oraz istot zamożnych. Dlatego wszyscy słono zapłacili za przygodę – możliwość przeżycia burzy piaskowej albo spotkania miejscowych drapieżników. To dodawało im energii i sprawiało wiele radości. W oczach niejednego człowieka, Gorka albo Rotena byli po prostu nienormalni.

   W Genewie natomiast czekała pani Gabriela Sarron i marzyła aby mąż i syn wreszcie wydorośleli. Zaniepokojona korzystała z kolei z komunikatora holograficznego i drżącym głosem pytała męża o sytuację. Od jakiegoś czasu trwało przygraniczne napięcie, Ind nie zgadzali się na Federację Trzech i w każdej chwili mogli wywołać wojnę. Patrząc z innego punktu widzenia, można było ich zrozumieć gdyż każdy sojusz zawsze wyłania silniejszego, który własne zdanie próbuje narzucić  całości. Tutaj chodziłoby raczej o Rotenów. Autonomię Ind tolerowały jednak nieliczne rządy na znanych światach, dlatego generalnie nie przyjęto ich notyfikacji. Przed rozpoczęciem podróży przez pustynię ostrzeżono wszystkich, podano nawet potencjalne pozycje oddziałów Ind. Spora liczba chętnych do pokonania Ino świadczyła zaś, że śmiałków, albo nawet szaleńców wciąż nie brakowało. 

   Leo znowu spojrzał w niebo: przedświt nabierał rozmachu gdyż nieboskłon stał się  prawie dzienny, ale nieliczne gwiazdy świadczyły ciągle o nocy. Pośród najsilniejszych słońc nie było jeszcze Syriusza A zmuszającego Rotenię oraz inne planety systemu do odwiecznego obiegu. Białe słońce, jak często nazywano centralną gwiazdę układu, wyrzucało już promienie zza jaśniejącego horyzontu. Zapowiadało trwanie i mocowanie się z życiem. A sama Rotenia, niegdyś pełna flory i fauny pod każdą szerokością geograficzną, przez ludzi odkryta została na początku dwudziestego pierwszego wieku. Dopiero jednak pięćdziesiąt lat po tym fakcie potwierdzono istnienie na niej życia, w tym inteligentnego. A stało się tak dzięki sondom dalekiego zasięgu korzystającym z odkrytych wcześniej skrótów czasoprzestrzennych. Jeden z tych tworów z kolei zakotwiczony był w pasie Kuipera, w pobliżu Haumei, drugi natomiast dalej, na granicy pasa.  Wśród hipotez dotyczących osobliwości pojawiły się i te mówiące o bramach obcych. Większość astrofizyków przypuszczała jednak, że są to wytwory natury.

   – Rozłóżmy namiot, synu – głos ojca wyrwał Leo z zadumy, doszedł do niego mimo silnego wiatru. – Roteni twierdzą, że niebawem ten rudawy piasek może być naprawdę nieznośny. Poza tym w przedświcie zawsze robi się chłodniej.

   Simon Sarron był dobrze zbudowanym, wysokim mężczyzną o rudych włosach i jasnych oczach. Odważnie patrzył na świat widząc jednak prawdziwe jego oblicze, z egoizmem i hipokryzją na czele. Jako człowiek majętny i starający się żyć moralnie, dawno już postanowił wspierać biedotę z rozmaitych ziem. Pod szyldem Grupy Pierwotnych założył kilka instytucji charytatywnych, między innymi na Ziemi, na Glebonii oraz na Rotenii. Na skórzanym, szerokim pasie z kolei nosił najnowszy pistolet laserowy oznaczony jako l31. Znaczyło to, że broń wyprodukowano w 2231 roku według rachuby ziemskiej, a on, Simon Sarron uzyskał stosowne pozwolenia. I miał po temu powody, kilka lat wcześniej bowiem, w Europie został napadnięty, ograbiony i brutalnie pobity. Jak się potem okazało, napastnikami byli wypuszczeni na wolność lokalni przestępcy chcący żyć na koszt bogatych obywateli poszczególnych państw powiązanych różnymi sojuszami. Na szczęście Simon odzyskał pełną sprawność, jednak blizna nad lewym łukiem brwiowym na zawsze stała się smutną pamiątką po owym napadzie. Urzędnicy ziemscy z kolei stosunkowo chętnie wydawali licencję na broń, zwłaszcza przedsiębiorcom galaktycznym, podróżnikom i myśliwym, do których należał ojciec Leo.

   Obok Simona zatrzymał się wyższy od niego złocisty android Max. Robot rozglądał się podobnie jak uzbrojeni w karabiny poganiacze łypiąc przy tym turkusowymi oczami. W przedświcie błysnął jego szeroki tors i pistolet laserowy noszony na wzór ludzi. Max należał do słynnych już, wspomnianych MO, czyli matryc osobowości. Pojęcie typowej sztucznej inteligencji było tutaj zbyt wąskie, chodziło bowiem o zapis osobowości albo umysłu prawdziwych ludzi, którzy godzili się na to w obliczu śmierci. Zapis taki przetwarzano i w tym przypadku przystosowywano do funkcjonowania w metalowych ciałach androidów. Jeszcze więcej propozycji z udziałem najbogatszych realizowano w programie drugie życie. Szczególnie u schyłku dwudziestego pierwszego wieku. Chodziło tam o istnienie osobowości w ciałach podobnych do ludzkich. Z czasem okazało się jednak, że to właśnie brak naturalnego ciała i związanych z nim funkcji stał się głównym powodem zaniku programu. Koncepcja Mo z kolei nadal jednak żyła. Dzięki pewnym manipulacjom  w odpowiednim typie osobowości, behawioryzm Maxa pozbawiony został agresji w stosunku do Leo, czyli jego pana. Z robotami tej klasy wiązano szerokie nadzieje chociaż dochodziło niekiedy do agresji wobec właścicieli. Działo się tak jeszcze wówczas, gdy żyła idea pamięci molekularnej czyli samoczynnej reperacji struktur androidów, które ucierpiały na przykład podczas akcji osłonowych. Odbudowano więc serwisy niezależne i poprawiono w ten sposób ogólne bezpieczeństwo. Natomiast jedenaście ziemskich lat wcześniej Leo dostał Maxa na swoje dziesiąte urodziny. Robot miał być ochroniarzem chłopca, a czasami też kucharzem i doradcą. I był. Chociaż psycholodzy twierdzili często, że młodzi ludzie powinni mieć naturalnych przyjaciół. Było w tym pewnie wiele racji, każdy robot bowiem miał ograniczoną pojętność. Tymczasem mały Leo zauważył, że jego android jest maksymalnie wysoki, maksymalnie poczciwy, maksymalnie oddany i maksymalnie pojętny. Dlatego nazwał go Max.

   Rudowłosy młodzieniec pomagał ojcu w rozkładaniu klimatyzowanego namiotu. W pewnej chwili zauważył znowu ładną, rudowłosą dziewczynę schodzącą dopiero z rocamela. Zwierzę przysiadło w tworzonym ciągle, coraz większym kręgu. Trzy dni wcześniej, kiedy karawana ruszała dopiero na pustynię, Leo próbował porozmawiać z młodą Europejką, ta jednak okazała się zbyt zasadnicza. Zupełnie jakby chciała rzec: Nie rozmawiam z obcymi! Może była to tylko maska? Rodzaj obrony wynikający z pochodzenia dziewczyny z tak zwanego dobrego domu? Nie mogła jednak zupełnie łączyć się z kanonem takich panien – znalazła się przecież na Ino! Poza tym na jej kształtnym biodrze, w stylowej i zdobionej złotymi gwiazdami kaburze spoczywał najnowszy pistolet laserowy o mocy co najmniej trzydziestu dwóch kilowatów. Leo uśmiechnął się gdy w spojrzeniu rudowłosej dostrzegł siłę i niezależność. Wierzył, że nie tylko on nie lubił trochę nijakich młodych kobiet, albo nazbyt otwartych i łatwych. Rudowłosy pilot był pewien, że właśnie o takiej dziewczynie marzył niejeden ziemski chłopak. Nieznajoma tymczasem zabrała z juków jakiś podręczny bagaż, uniosła dumnie kształtny podbródek i ruszyła w kierunku jasnowłosego, starszego już mężczyzny. Zapewne ojca stojącego niemal w centrum tworzącego się ciągle obozu. 

   – Flygepardusy ! 

   Krzyk jednego z poganiaczy przeszył nagle cały obóz. Był zrozumiały dla większości podróżników choć Roten nie użył czystego galaktycznego. W głośnym ostrzeżeniu ożyła jakaś niewypowiedziana groza, która kazała przerwać rozmaite czynności i spojrzeć w stronę alarmującego tubylca stojącego trochę na uboczu, poza kręgiem obozowym i sięgającego już po długi, czarny karabin. Broń tę wyposażono w procesor optymalnie sterujący energią pocisków oraz celownikiem. Mimo tego z nadciągającym niechybnie  przeciwnikiem nigdy łatwo nie było.

   Leo zmarszczył brwi bo początkowo nie zrozumiał poganiacza. Krzyk Rotena zepsuł mu cały nastrój. Alert ów był nieproszony jak rysa na pięknym, oglądanym właśnie obrazie.  Dopiero po dłuższej chwili młody pilot otrząsnął się i przeniósł spojrzenie na jaśniejący horyzont: zobaczył duże, uskrzydlone zwierzęta podobne do  ziemskich kotów. Stado dziwnych, podlatujących drapieżców liczyło co najmniej tuzin osobników. Z bliższej odległości chłopak dostrzegł więcej szczegółów, między innymi błoniastość sporych skrzydeł częściowo pokrytych rudobrązowym futrem. Skrzydeł zakończonych czarnymi szponami. Tymczasem porykujące drapieżniki dotarły już do pierwszych rocameli.

   Max wysunął się przed swego pana i w milczeniu sięgnął po pistolet. Spojrzenie wszystkowidzących, turkusowych oczu robota zatrzymało się na nadciągającym, wygłodniałym stadzie. Szczerząc długie kły kanciaste bestie zaczęły otaczać obóz, zaś wszystkie systemy złocistego robota w mgnieniu oka przestawiły się na obronę.

   Rotafish, Nok, Indorianie, szarozielone Gorki, Roteni i ludzie – wszystkie te istoty chwyciły rozmaitą broń chroniąc się jednocześnie za uspakajanymi rocamelami tworzącymi naturalną,  kolistą barykadę. Blade jeszcze niebo rozświetliły  pierwsze, śmiercionośne błyski laserów i zagrzmiały czarne roteńskie karabiny.

   Drapieżniki nie wycofały się jednak przywykłe do podróżników sporo płacących za takie przygody. Poranione pociskami sterowanymi elektronicznie i rozprute laserem – flygepardusy rzucały się na wszystkich obrońców zadając czasem bardzo poważne rany, albo wydając ostatnie tchnienie. Rosły kałuże ciemnoczerwonej krwi wsiąkającej szybko w rudawy piasek.

   Zanim usłyszał przed sobą dogasający ryk uskrzydlonej bestii i zdołał poczuć falę pierwotnego strachu, Leo dostrzegł złocisty błysk, a potem mocarne ramię Maxa, które z szybkością maszyny wystrzeliło w górę. Duża, metalowa dłoń zacisnęła się ostatecznie na gardle flygepardusa skaczącego na chłopaka. Robot niemal z gracją odrzucił martwe już ciało zwierzęcia i znowu otworzył ogień. Jako tarcza był niezastąpiony. Bezwzględny w obronie swego pana. Tymczasem Leo drżał i dyszał bezradnie jeszcze przez dłuższą chwilę. Widział jedynie zimne ślepia pałające chęcią mordu. Wdzięczność dla androida przebijała się jednak przez mur odrętwienia i trudne do pokonania zaskoczenie. Dlatego w końcu potrząsnął głową, zrzucił z siebie koszmar i stanął obok robota gotów do dalszej walki.

   – Dzięki, Max ! – powiedział na tyle głośno, że złocisty android uśmiechnął się zawadiacko. Bacznie lustrował otoczenie i prowadził oślepiający ogień. Ostrzał niosący zagładę kolejnym drapieżnikom.

   Zza jego szerokich pleców widać było niewiele, Leo dostrzegł jednak, że jedna z uskrzydlonych bestii mocno zagraża młodej Europejce. Zwierzę zmyślnie wytrąciło broń starszemu mężczyźnie i widząc jakby lepszy cel –  rzuciło się w stronę rudowłosej dziewczyny w panice cofającej się w głąb obozu. Europejka była wprawdzie uzbrojona, lecz strach nie pozwalał jej właściwie wymierzyć i oddać decydującego strzału. O jej życiu decydowały sekundy… 

   – Sam nie byłeś lepszy – pomyślał o sobie chłopak – chociaż przeżyłeś niejedno podobne spotkanie. A teraz – działaj!..

   Wykonał szybki przewrót przez bark, wymierzył we włochaty, kanciasty łeb szczerzący olbrzymie kły i strzelił. Ledwo dostrzegalny karmazynowy błysk zatrzymał drapieżnika. Flygepardus spojrzał na Leo prawie tak, jakby został zaskoczony. Po sekundzie zachwiał się mocno na potężnych łapach, łypnął jeszcze gasnącą nienawiścią i runął w piasek. Z rozprutej, masywnej czaszki wypłynęła krew. 

   Rudowłosa dziewczyna poczuła ogromną ulgę. Strach malujący się dotąd na kształtnej twarzy ustąpił miejsca wdzięczności. Na krótką chwilę spojrzenia młodych ludzi związała jasna nić sympatii. Europejka pozostała jednak czujna. Zerkała dookoła ściskając rękojeść pistoletu. Gdy zaś dostrzegała śmiercionośne sceny, ponownie wpadała w kleszcze strachu.

   Leo wysunął się przed Maxa i ryzykownie podszedł do niej. Delikatnie, lecz zdecydowanie podniósł dziewczynę, otoczył ją lewym ramieniem i rozejrzał się z bronią gotową do strzału. Na szczęście obok ostrzeliwał się rosły Roten stwarzając w ten sposób duże pole ochronne. Chłopak nie czekał. Szybkim krokiem ruszył w stronę ojca, który obok Maxa prowadził gęsty ogień zaporowy.

   – Brawo junior! – krzyknął Simon Sarron posyłając w piach kolejnego drapieżnika.

   Tymczasem inny drapieżca runął na Indorianina rozłożonego z wierzchowcem kilka metrów dalej. Smukły humanoid sekundę wcześniej posłał mu jednak śmiertelny strzał i błyskawicznie przetoczył się w bok chcąc uniknąć potencjalnej linii ataku. Znacznie większy od rysia drapieżnik już w agonii zdołał go jeszcze zranić uderzając długimi, czarnymi pazurami. Oranżowy podróżnik zawył z bólu. Na szczęście  w porę odciągnięto go w bezpieczne miejsce ratując jednocześnie przed atakiem kolejnego rozwścieczonego flygepardusa. 

   Czerwonobrązowy poganiacz Indeus również cudem uniknął śmierci. Błyszczące krwią dziesięciocentymetrowe kły zatrzasnęły się niczym gilotyna tuż przed przerażoną twarzą chłopaka. Przywykły jednak do takich napaści wierzchowiec Rotena pół sekundy wcześniej kopnął wściekle drapieżcę odrzucając go nagle w tył.

   Inny flygepardus zdołał zatopić kły w szyi rocamela wierzgającego obok. Wierzchowiec poderwał się z piasku i silnie potrząsnął głową próbując uwolnić się od napastnika. Dopiero dwa celne strzały karabinowe oddane przez poganiacza zrobiły swoje. Drapieżnik rozwarł szczęki i z głuchym jękiem runął na ziemię. W tej samej chwili zgasły jego ciemne ślepia, jednak i rocamel, tryskając krwią, skonał tuż obok.

   Tymczasem Max niczym na ćwiczeniach strącał coraz więcej ryczących bestii. Tym niemniej jedna z nich, spadając już, zdołała zahaczyć go pazurami na tyle silnie, że robot upadł. Leżąc obrócił się jednak z szybkością błyskawicy, tytanową dłoń zacisnął w pięść i  rąbnął drapieżnika we włochaty łeb. Maszynowy cios właściwie nie był już potrzebny, ale android nie wiedział o tym. Tak, czy inaczej, trzask kruszonych kości wywołał w Leo mieszane uczucia i zdławił nieco dumę z walecznego jak zawsze robota. Ale to właśnie Max i Roteni byli tymi, którzy najbardziej przyczynili się do ostatecznego odparcia ataku pustynnych drapieżników. Okazało się jednak, że kilka osób jest poważnie rannych, przede wszystkim młody Indorianin wymagał natychmiastowej zaawansowanej pomocy medycznej. Dlatego Roteni prowadzący karawanę niezwłocznie wezwali grawilot ratunkowy z Genewy. Należało tu zaakcentować, że nie ponosili oni bezpośredniej odpowiedzialności za życie i zdrowie podróżnych. Każdy uczestnik takiej wyprawy podpisywał stosowną umowę dostając instrukcje oraz ostrzeżenia i na własny koszt mógł wycofać się z podróży w każdej chwili. Stada flygepardusów od wieków żyły na Ino i wszyscy byli tego świadomi. Tak samo, jak potencjalnych urazów ze strony tychże drapieżców podczas korzystania z warunków wyprawy w formie tradycyjnej karawany.

   W świecie rozmaitych istot z kolei oranżowi Indorianie wzbudzali jeszcze niechęć. Pamiętano wciąż o ich imperialnych aspiracjach, które przyczyniły się między innymi do szerokiej ofensywy w macierzystym systemie enf, pokojowo nastawionej rasy misiowatych istnień. Dlatego rannego na Ino oranżowego podróżnika tu i tam postrzegano  jako genetycznego agresora. Zapominano oczywiście, że agresja może obudzić się w każdej znanej społeczności.

   Leo tymczasem niemal w centrum obozu otaczał wciąż ramieniem drżącą rudowłosą dziewczynę. Czuł, że zaszło między nimi coś niezwykle ważnego. Było zupełnie tak, jakby zapłonęła pierwsza gwiazda ich wspólnej drogi. Ojciec dziewczyny z kolei był przede wszystkim bardzo szczęśliwy – nie co dzień przecież widział córkę ratowaną z kłów pustynnej bestii. Dlatego przez dobrych kilkanaście sekund ściskał dłoń młodego podróżnika dziękując mu za heroiczny czyn. Sytuacja ta na tyle ośmieliła Leo, że w pewnym momencie mocno objął rudowłosą. Poczuł jak drgnęła, potem uśmiechnęła się w przelotnym spojrzeniu i delikatnie oswobodziła się. Już uspokojona spojrzała na niego raz jeszcze z nieukrywaną wdzięcznością, wyciągnęła smukła dłoń i powiedziała ciepło:

   – Leia Gotieb. Bardzo dziękuję za ocalenie skóry. Cóż, grubo przesadziłam ze swoim ryzykanctwem i nie jestem pewna, czy po tym wszystkim zasnę… Nie wiem, co biedny tata powiedziałby mamie, która została w Lozannie. I doprawdy nie mam pojęcia,  jak mogłabym się panu odwdzięczyć? Życie przecież nie ma ceny!

   – Mnie też ktoś uratował po raz kolejny – odparł młody podróżnik i z równie wielką wdzięcznością spojrzał na stojącego nieopodal Maxa. – I czasem również nie mogę zasnąć. A tak w ogóle: Leo Sarron, świeżo upieczony pilot frachtowców galaktycznych. Ale proszę mówić mi Leo. A jeśli chodzi o odwdzięczenie się…cóż, wypicie filiżanki herbaty w towarzystwie tak pięknej damy wynagrodzi mi wszystko!

   – Jesteś bardzo skromny – powiedziała dziewczyna ze szczerym uśmiechem, a potem znów wyciągnęła dłoń i dodała: – Zatem mów mi Leia. 

   Cały obóz tymczasem przypominał wciąż o stoczonej nad ranem walce. Mówiły o tym szczególnie jęki rannych dochodzące z różnych stron oraz pokryte krwią ciała pustynnych drapieżników oczekujące na przybycie oczyszczarek. Zgodnie z prawem roteńskim  obejmującym Ino flygepardusy pozostawały na wolności między innymi ze względu na turystów oraz podróżników włączających się do karawan. Na potrzeby takich osób oraz myśliwych z różnych ras zwierzęta te rozmnażano w specjalnie wyznaczonych strefach, co nierzadko spotykało się z protestami obrońców przyrody.

   Stojąc ciągle obok Lei i jej ojca, Leo spojrzał w pewnej chwili w stronę Indeusa tulącego nieopodal wełnistą, rudawą głowę swego rocamela. Zwierzę przyklęknęło już spokojnie w tworzonym na nowo kręgu, zupełnie jakby jeszcze nie tak dawna walka nigdy nie zaistniała. Przymknąwszy zaś oczy wierzchowiec poruszał leniwie długą żuchwą jedząc szarozieloną trawę wydobytą z juków i zdawał się nie dostrzegać czułego gestu młodego poganiacza.

   – Jesteś wielki, Inu. Jesteś wielki! – mówił Roten ze łzami szczęścia w ciemnych oczach.

   Rocamel patrzył już przed siebie witając nowy dzień i wciąż zdawał się nie wiedzieć o co młodemu Rotenowi chodzi.

   Leo uśmiechnął się wymownie i spojrzał na Leię. Dziewczyna, również obserwująca tubylca i zwierzę, odwzajemniła uśmiech. Oprócz zrozumienia dla zachowania Indeusa widać w nim było szerszy przebłysk sympatii dla samego Leo.  

 

 

 

        

 

 

 

 

Waldemar Jagliński – Domena (vol. 1)
QR kod: Waldemar Jagliński – Domena (vol. 1)