***

jeśli Bóg i człowiek to synonimy
trudno się do nich modlić

więc
na czym polega plan czystych rąk


W każdym

gdzie ten Blask który w swojej dobroci czuwa
nad zdarzeniami. w każdym miejscu i czasie
pełni najwyższą władzę
może w jałowej śmierci ukrył inne rozwiązanie
– początek

w kraju zakrytym przed ludzkim okiem
skąd ostateczny głos zawoła
więc przestaniesz być w swojej postaci

lecz rozum i ciało utkane ze strachu
nie chcą iść do piachu


Czas podły

zszedł z gór by wyrzec kilka słów na marne
epidemie huragany choroby wojny
wszystko według planu i obliczeń

czarny posłaniec odwiedza domy place szpitale
pod płaszczem chytrze ukrywa dźwięczące głucho
zamglone lusterka. bo ludzie to potok błędów i zła
ich brudny nurt unosi stertę szlamu zielska badyli
rzeka rzeźbi tysiące wgłębień. za karę musi mijać

na wszelki wypadek zostawiasz na ustach
szramę modlitwy
choć smakuje piachem i słoną wodą
ale nie ułatwia i nie odczynia. nie zabliźnia


Obrazek. chwila przed

dzień skurczony do wielkości główki od szpilki
ta walka. ten psikus dmuchawca. czarny humor
na śmierć albo życie

przy łóżku obrazek: Otwarte Serce Jezusa
w tle złote promienie jakby szable tną oddech
może w głębi pokoju ukrył się świetlisty On
patrzy i czeka

(ale ileż w tym religii. tego kamienia ufności
żeby tak pędzić za niewidzialną ręką
jak za martwym gołębiem)

patrzę w twarz sklepienia. omyli oszuka
skoro Bóg jest tym przerażającym słowem – miłość
kocha więc zabiera. do bólu kaleczy


Zamknięta dłoń

ileż razy próbowałam zapomnieć twarze
płynące w otwarte morze jak okręty-widma
zabrały w tę podróż niepojęty bagaż:
szkielety słów i obrazów jakiegokolwiek losu

przez chwilę patrzył ten co w ciemności przenika
zamykał dłoń na czymś co było czułym światłem
albo precyzyjnym ostrzem. nie potrzebując zgody
na nic

nawet kiedy mówiłaś „będzie dobrze”
na chwilę ustał szum świata jakby był bez ludzi
by zwieść tego który wszystkim włada
dlaczego miałby uchronić. nie musi nas być


Słuchaj

Śp. Siostrze

w tym śnie idziemy razem
w bezkresnym zachodzie słońca
obudzony brzask otwiera równoległy świat

ta sama ulica dom pokój. ogród pachnie
niebieskawym bzem. do kieszeni zbieramy
kamyki szkiełka z dzieciństwa i zielone lata
chowamy się za węgłem przed białą
księżycową mgłą
tylko tak mogę powiedzieć o wdzięczności
o której zapomniałam za życia

w innym czasie i przestrzeni


Jezusy

panikuję przed odbieraniem telefonów
jeszcze śni się po nocach tamto hospicjum
półmrok jakby było po. na ścianie cierpiący Jezus
wszyscy oni są Jezusami

czy można zapomnieć głuchy odgłos szpadla albo
jak dyszy kobieta podobna do Matki Boskiej z obrazu
potem śniła się w sukni i butach na szpilkach
może była w Raju

a teraz ona. opieka paliatywna ból morfina
z góry patrzy Jezus jak gdyby nie stało się nic
jest niemym świadkiem. kroplą na czole lampą
głuchym zegarem. ciszą. pustką


Margines

zła wiadomość jest jak telegram od Neptuna
albo kogoś podobnego do morskiego węża

rano stoję przed lusterkiem. wyrzeźbiony rów
na twarzy nie kryje niechęci może pogardy
za lazurową szybą cicho jak na pustkowiu

osaczają cię myśli: raj czy bezmierna otchłań
tor którego linia niewidoczna. boleśnie zatarta
tajemnica z którą nikt żywy się nie upora

bo jest margines snu za którym milknie wyobraźnia
niemal żałośnie znikają obrazy kolory kształty
w tle ciemnego nieba

wciąż próbuję odnaleźć w sobie tę tkliwość


Rozmowa z doniczką begonii

matowe słońce odbite w szklistym granicie
prześwietla litery zlizuje złotą farbę
nie wie o życiu wiecznym i ukrytej duszy
przecież Stwórca nie mógł się omylić
milczy boski negatyw kliszy niewywołane zdjęcia
żadnego glejtu choćby gestu anioła-pośrednika
a powinien łącznikiem być pomiędzy
tylko czarny welon pląsa przy dźwiękach
ostatniego aktu Tańca z szablami
ten dźwięk cięty jak szkło
to był tylko wiatr. mgnienie czasu szum deszczu
to był lęk. nic więcej. śpij
ech begonio


Poza

głos trąbki odegrał ciszę
ja – mały foton w smudze cienia

w zamrożonym świetle księżyca
smutny niczyj zagubiony

może prześlizgnie się wiatr
pozbiera drobinki umarłych

a jeśli trawa zielsko drzewo
znów trzeba będzie rosnąć gnić
wegetować na ogonie komety

takie jest zmartwychwstanie
innego nie będzie


Janina Barbara Sokołowska – Wiersze
QR kod: Janina Barbara Sokołowska – Wiersze