Jest tyle nut, ile trzeba

Nigdy nie byłem tam, gdzie kupujemy dom.
Dzieci nie znają języka. Ojciec ma problem z
wejściem do pokoju. przynajmniej rano. Matki
grób tutaj. Wczoraj widziałem się z Remikiem –
schudł i posiwiał. Przywiózł ryby wędzone.
Sieję, sielawę. Coś, co się żywi padliną – nie
jem. Wyjąłem pudełka z garażu, jedynie ty –
łamiącym się głosem, w śmiesznej sukience na
fotografii. Zamazane ujęcie. Czas nie pomaga
wspomnieniom. Lubię, gdy wracasz od
fryzjera i gładzisz mnie po dłoni. Mówią, że
nigdy nie zagram na fortepianie. Nie musisz
mnie oszukiwać – nasz świat obejdzie się bez
melodii. Jest tyle innych rzeczy wokół. Choćby
za oknem szczawik. Wybudza się z uśpienia –
nie mamy kwiatów, co zło wróżą, wywiozłem
ketmię. Można wypełnić przestrzeń wodą na
herbatę, nawet i czubato. Skroić cytrynę.
Zrobić pranie. Z datą na odwrocie, wpisaną
moją ręką, zdjęcie – październik, wyjątkowo
ciepło, tamta jesień…. Prozaiczność zajęć
odbiega od poezji. Nigdy nie dostrzegałem
twoich dłoni w domu – wybacz, Aniu.


Wszystko na sprzedaż

Mieć z wariatami do czynienia, to zwężać ulicę
do punktu, gdzie odbija się echo, tworząc
zdanie bez ładu i składu. I bez wyrazu. Lepiej
już wyjść bez słowa. W taką niedzielę,
przemieszczając się z miejsca na miejsce
pośrodku niczego – witryn sklepowych, placu
zabaw – kłębowiska bakcyli, restauracji z fast
foodami, siadam przy kawiarnianym stoliku i
podziwiam złożoność wiązania buta, jego
głupotę nie mniejszą niż swoją. Nogi kelnerki,
która odwala tę całą robotę za nędzne grosze.
Kim jestem – jeśli nie nikim w tłumie? Gdzie
czas – przeczesując twarz dłonią – zrzuca z
siebie brzemię odpowiedzialności, zaklinając
się przy tym – to nie moja wina – na wszystkie
świętości. I bieli skrzypiące resztki śniegu przy
powrocie jak włosy, bez pardonu. Im jestem
starszy, tym więcej przesądów – nie piszę
nigdy na tej samej stronie, unikam kotów
jasnowidzących i zakonnic w aucie, na którą
kominiarska odpowiedź to zwykłe szczęść
Boże. Splunąć na ulicy przez ramię? Nietakt.
Więc w ustach przeżuwam odrazę, łapiąc się
za guzik. Tańczący lambeth-walk market nie
różni się zbytnio od obrazu Soutine’a Mad
Woman. Nie pytaj, co robię o czwartej nad
ranem. Marek Hłasko miał rację – i tu się nie
da żyć i tam życie nie do zniesienia. Piję.


Omylność?

Forma jak kwadrat prosta – jeśli opisać okrąg na kątach pokoju.
Można obarczyć Boga za urojenia i nie da się pisać w takim
stanie. Turing zanurza jabłko w truciźnie – zbrzydła mu przyszłość.
Płaczę za tobą, Alanie jak za kochanką. Jak heteryk może. Wiatr
mierzwi włosy, zadziera czerwoną sukienkę dzierlatce, powtarzając
czynność – skończy się burzą, czy ujdzie na sucho, draniowi? Ktoś,
składając spodnie na oparciu krzesła, liczy bilety do muzeum
i ceny frutti di mare. Podkreśla intercyzę i klnie – językiem – na
czym świat stoi. Żeby choć można było skrócić hipokryzję reklamy
na You Tubie. Wydłużyć gangsterski obraz Leone z przekazem –
nie ma miłości. Opisać jednym wzorem turbulencje postaci,
omijając niedoskonałe równanie Naviera-Stokesa – stałą.


Wiersz z dnia wolnego

„The first draft of anything is shit”. Ernest Hemingway

Najprostsze myśli jakie przychodzą mi do
głowy są prymitywne jak budowle sprzed
sklepienia beczkowego. Gliniana struktura o
chwiejnych ścianach sprzed trzech tysięcy lat.
Początek wszystkiego – nauczyć się kłaść
cegłę tak, żeby nie spadła na głowę w
drewnianym kościele. Dobrze, że kupiłem
butelkę. Ślad po zepsutych kobietach w
postaci dołka wydeptanego obcasem.
Cierpliwość jest cnotą prostytutek. I miarą
czasu. Zdawałem fizykę. Wzory teorii
wszystkiego układają się czarno na białym –
jak u Malewicza formy. Magneton Bohra –
dziewięć dwadzieścia siedem razy dziesięć do
minus dwudziestej czwartej. Podobno
Cezanne był niezadowolony z każdego
obrazu. Drab – repoussoir z martwym
wzrokiem, stojący w rozkroku. Kupiłem
kolejną butelkę. Oglądam górę świętej
Wiktorii malowaną przez tamtego sto razy.
Urodę kobiety do lekkiej – powiedzmy (a
dziękuję pani) – korekty, tylko siwe włosy,
całość jest lepsza niż pozorny szczegół.
Zastanawiam się, co szybciej zanika – intelekt
czy dusza, w jakim stoją szeregu, kto za, a kto
przed kim. Nie mogę żałować Wenus, skoro
jest Mars w tym roku – mówię o tranzycie.
Zaciśnięte kobiece nogi jak pętla na szyi w
momencie spełnienia. Usta słodkie po
ostatnim łyku. Gliniana struktura… I dobrze,
że kupiłem kolejną butelkę.


Metro w Lizbonie

Most, po którym chodziliśmy, rozebrano.
Woda płynie wartkim strumieniem, spieniając
brzegi. Zapatrzona w ocean, w którym ginie.
Patyki, cząstka wyniosłego drzewa,
poukładane pedantycznie obok martwych
liści. Pamiętam siebie – lat 5, opartego o
spróchniały badyl, bańki powietrza i trawę,
dotkniętą spojrzeniem Demeter. Szkoda, że
córka skończyła w podziemiach, przykryta
kocem, bezdomna, z wyrazem błogości na
twarzy po winie czy heroinie. Odtwarzasz
historię co dnia, pochylając się nad narcyzem.
Otwarte piekło – Hades. Z łaski bogów
spędzamy razem – sumując – 1/3 roku. O 6.30
budzi się metro. I można by wyjechać. Z
garścią drobniaków w dłoni, kubkiem pustym
po wieczornej herbacie. Pchając przed sobą
wózek z krzywym kółkiem. W kierunku Cais
do Sodre, Telheiras czy Aeroporto. Kolejny
patyk dobija do brzegu według niezmiennych
praw przyrody. Wszystko ma dwie strony, dwa
końce, dwa brzegi. Kiedyś łączone łukowym
mostem, spalonym gorączką ust – mężczyzny,
kobiety. Wina jest pośrodku, jak dawniej Torre
de Belem.


Atena Partenos

Straciłem możliwość odróżniania dobra od
zła. Wrażliwość na słowo i muzykę. Istnieją
tylko dwie decyzje – tak lub nie. Cała reszta
jest myśleniem o wyborze, wahaniem.
Utknięciem w połowie pacierza, między
wstąpił do piekieł a dnia trzeciego, lękiem
apostołów w Judaszowej chacie. Pawełek,
dwa wina, paczka tytoniu. Bawi mnie nieudany
sposób płatności. I złości blokowanie kolejki.
Gęba apostoła miłości przed nawróceniem.
Cierpliwość tłumu w oczekiwaniu na cud. Nie
wierzę w uschnięte drzewo figowe.
Widziałem Łazarza – jest chory, z trudem
stawia kroki i ten, który wzrok odzyskał, nosi
okulary. O dużej mocy. Przyszedłem tutaj
jedynie po chleb, orkiszowy. Żeby nie tyć.
Niczego więcej nie chcę. Podoba mi się
dziewczyna przede mną w kolejce – z wąskimi
biodrami, nieródka. Z czerwonymi oczami w
czas pylenia drzew. Chustą w dłoni.

Piotr Chruściel – Sześć wierszy
QR kod: Piotr Chruściel – Sześć wierszy