I

Zbliża się noc. Jest mi zimno, byle nie zasnąć – myślę. Byle nie zasnąć, zaczynam śpiewam cicho starą piosenkę, którą dawniej słyszeliśmy na wakacjach nad morzem. Pamiętam otyłego, upośledzonego chłopca, którego wtedy goniliśmy całą rozwrzeszczaną bandą bachorów. A ja biegłam na końcu, ponieważ zawsze byłam słabym i chorowitym dzieckiem, i nie wiedziałam, dlaczego inni to robią, ale też chciałam. I kiedy oni krzyczeli, to i ja krzyczałam, a kiedy oni śmiali się, to i ja śmiałam się, może nawet najgłośniej z nich wszystkich. A kiedy w końcu udawało się zapędzić w kąt grubasa, my wołaliśmy go pogardliwie po imieniu, którego już nie pamiętam. A kiedy w końcu udało nam się go dogonić, rozchodziliśmy się spoceni, zdyszani, zmęczeni, nie robiąc mu żadnej krzywdy. Cofam te słowa, cofam. Nie śpiewam nic, nie nucę, myślę tylko, że nie mogę zasnąć tej nocy. Nie ma do czego wracać. Wszystkie wakacje spędzaliśmy w rodzinnym domu, prześcigając się, kto wytrzyma dłużej bez snu. Najczęściej padaliśmy przy włączonym świetle przed północą. Potem wchodziła Ona do pokoju, z rozczuleniem, którego nie znam i nie rozumiem. Patrząc na nasze nieobecne twarze, nieruchome ciała, unoszone delikatnie przez miarowy oddech, uśmiechała się i całowała nas. Gasiła światło, przymykała drzwi. Nie gniewała się, bo wiedziała, że boję się ciemności, bałam się jej w dzieciństwie, boje się jej teraz. Cofam te słowa, cofam. Wszystkie noce, ciepłe czy zimne, były podobne do siebie. Byłam sama, przykryta kołdrą przez cudzą dłoń. Idź spać – mówiła Ona. Idź spać – mówił On. Idź wreszcie spać, dodawała na końcu moja siostra. Sen był zawsze szczególnie ważnym dla niej rytuałem, codziennie odbywającym się z pedantyczną dokładnością, co do minuty. Miała problemy ze snem, ja nie, ja byłam tylko małą dziewczynką. Pola, trochę ode mnie starsza, wówczas znacznie, z pierwszymi oznakami straszliwego przeobrażenia w dorosłą, procesu, który nie skończył się nigdy, przewracała się z boku na bok. Ona miała problemy ze snem, ja nie. Była ode mnie starsza, prędko jednak przerosłam ją i zaczęłam instruować jak nieporadne dziecko. Kucałam przy jej niedorosłym, nieforemnym ciałku. Najpierw wyciągałam prawą nogę do przodu, potem lewą i jeszcze raz. Z początku mówiłam do niej jak do tego bezimiennego, opóźnionego chłopca, co uciekał nadmorskimi uliczkami na tłustych nóżkach, lecz zamiast bandy bachorów przed sobą, miałam za sobą Ją, Jego i jeszcze paru spokrewnionych. Zawsze chciałam dla niej dobrze, najlepiej… I zawsze czułam się zdominowana przez jej wiedzę. Nikt nigdy o nią nie pytał, ale i tak pokazywałam ją. Była podziwiana jak rzadki okaz. Jak przedstawicielka prymitywnego plemienia albo fantastyczne zwierzę z egzotycznych krajów. Ona nigdy nie dojrzała, nigdy nie było jej dane dorosnąć, lecz nie przez śmierć, traumę, czy chorobę. Myślę, że po prostu nie umiała.

II

Klaudia. Potężny głos wołający z oddali, jak niewidzialna siła pociągająca mnie wgłąb obszernego płaszcza z naturalnego futra, posmarowanego od spodu czarnym, gęstym klejem. Klaudia, jak intensywny zapach jej małego mieszkanka pełnego psów, co roku nowe zwierzę, który ciągnie się za mną przez ostatnie 10 lat, przez całą Polskę. Klaudia i Klaudia 2, czyli jej młodsza siostra, otyła dziewczynka o ślamazarnych ruchach i włosach spalonych żółtym blondem, która kradnie ze sklepu tanie zabawki, ponieważ nawet na takie jej rodzina nie może sobie pozwolić. Ona jak gdyby to przewidziała, śmiejemy się wszyscy porozumiewawczo, chowając biżuterię przed przyjściem do Jej domu, pachnącego domowym chlebkiem z piecyka, a nie kartoflami z kapuchą, dwóch kilkuletnich dziewczynek. Klaudia 2, lustrzane odbicie matki, wykrzywione, ironiczne, przetrawione przez dziedziczenie, jedna niepełnosprawna umysłowo, druga ruchowo. Klaudia, bogobojność i katolicyzm zamknięte w pudełku jej nad wiek rozwiniętego ciała, fotografia z Naszym Wspaniałym Ojcem Świętym Janem Pawłem II i synek z przypadkowym mężczyzną, którego później szukała przez Facebook. Klaudia, dziewczynka z opaską na gęstych włosach, która zawsze była spóźniona, bo przed lekcjami jechała przez pół miasta po darmowy chleb. Klaudia, czy to nie ta, w którą klasowi koledzy rzucali drobnymi przedmiotami na przerwie? A może ta, z którą rozmawiałaś w nieoświetlonym kącie korytarza, by nikt was nie dostrzegł? I gdy ona zapytała, czy się jej wstydzisz, ty powiedziałaś, że musisz już iść i uciekłaś do tego samego domu, w którym ją czasem gościłaś.

Analogicznie do Klaudii inny rachityczny kwiatek, przedmiot kpin słodko pachnący, wzrastał na tym wdzięcznym, patologicznym gruncie. Beata jednak nie oddawała się ucieczce w życie tylko subkulturę, mangę, czarny lakier na paznokciach, czarną wstążkę w brudnych włosach. W bliznach była chyba cała, wielki nóż do chleba w plecaku nosiła, nęcąc najgorsze klasowe weszki: „no zabij mnie, kurde, zabij”. Ale tamte nie chciały, bo już nie miałyby się z kogo śmiać, z siebie by chyba musiały. Dla innych była raczej płaską psychologiczną figurą; do woli żerowali na jej słabości, a jednak w otoczce przymilności i troski. Moja koleżanka, na przykład, stwierdziła, że Beata powinna się wziąć w garść, bo wszystko wyprowadza ją z równowagi – nawet to, że ktoś powie, że ma brzydkie okulary. Beata na potwierdzenie tych słów walnęła ją pięścią w żuchwę. O dziwo, raz w życiu udało jej się uniknąć konsekwencji. Wszystko dlatego, że ta zaradna altruistka, koleżanką wcześniej nazwana, nie rozpłakała się. Głupia, gdyby chwilę pokrzyczała, Beatka by się dorobiła nagannego zachowania i szlabanu na k-pop.

A potem było ich coraz więcej, choć za każdym razem robiło to na mnie coraz mniejsze wrażenie, stając się raczej nieodzownym elementem krajobrazu, aniżeli przedmiotem współczucia. Szymi, Szymcio, Szymonek miał ogromną, płomiennorudą główeczkę, a w bursie spał z małym pluszakiem, który przypominał mu domek, domową atmosferę, domowy obiad i wreszcie mateczkę, także domową, choć czasem konfrontowaną z przyjemnym obowiązkiem opuszczania domku. Oczywiście, żaden i żadna, który/a nie chciał/a skazać się na klasowy ostracyzm, ostracyzm ogólnoludzi, a przynajmniej ogólnoogólniakowy, nie szczędził/a Szymiemu. Szymi coś tam popiskiwał jak myszka mała, jak myszka pod miotłą lub też mysz kościelna, w zależności od tego, czy przemawiał publicznie, sprzątał, czy tez oddawał się rozwijaniu swojego głębokiego i tak zwanego życia duchowego, że ten rudy, który rzucał się w oczy(co zresztą nie powinno dziwić przy takim rozmiarze głowy) to tak naprawdę wypłowiały kasztan, kolor właściwie subtelny i niemalże szlachetny, a w każdym razie zarezerwowanym dla książąt i pożądanym przez kobiety (tu nie pojawiają się rozróżnienia klasowe czy wiekowe, podoba się wszystkim jak leci). Oczywiście, nikt nie wierzył w nieudolne bajkopisarstwo Szymiego, więc stałym zestawem były pełne miłości i podziwu komentarze, które zawsze padały po błyskotliwej lub mniej refleksji Szymonka: Szymon, ty to masz łeb jak sklep. A Szymon, z reguły raczej szczupły i niewysoki, rósł nagle do niemożebnych rozmiarów, aż starannie wyprasowana koszula pękała w szwach pod wpływem rozrastania się jego ludzkiej materii. Jakże był dumny, jakże połechtany, podrap jeszcze troszkę,  ponieważ na dodatek tego wszystkie był nieprzyzwoicie pyszny. Koledzy z pokoju to też zaszaleli, ofiarowując mu dowody najszczerszej przyjaźni, jakby to było harcerstwo albo Irak, a nie bursa, w którym obyczaje i praktyki podopieczne wykazywały raczej na potencjał monarowy, aniżeli edukacyjny. Otóż ci słodcy szesnastolatkowie o gębach równie pryszczatych, co rozbawionych (przynajmniej w tamtym momencie) wylali  zawartość kartonika z sokiem, który zawsze dostawali do śniadania, na śnieżnobiałą pościel Szymka, tuż obok Pana Pluszowe Uszko. I gdy Szymi przez moment miał cichą nadzieję w sercu, że Niebieska Wróżka z Zaczarowanego Lasu ożywiła jego Pana Pluszowe Uszko, że w końcu nie będzie sam, wzgardzony i niekochany na tym łez padole, zwanym dalej katolicką bursą, to koledzy uświadamiali mu, że nawet nie jest prawdziwym chłopcem. No, ale trochę sam był sobie winien. Poproszony na jednej z lekcji jęz. polskiego, by wymienił najważniejsze dla niego wartości, którymi kieruje się w życiu, wymienił rodzinę,ojczyznę, władzę, historię i Boga. Większość jego kolegów wskazywała zaś: nie tworzyć filmów takich, jak Janek Komasa (artyści), znaleźć partnera, który woli Deadpoola 2 od Szatańskiego tanga (nerdy), schudnąć do rozmiaru xs i  zapuścić włosy (próżni), wyjechać na studia za granicę (pragmatyczni), żeby mama pozwoliła mi wreszcie na septum i wytatuować sobie carpie diem na obojczyku też (zbuntowani), posadzić drzewo (ekolodzy), zbudować dom (majsterkowicze), spłodzić syna (tradycjonaliści).

III

Zawsze możesz powiedzieć, że zależy ci na tym bardziej, niż na czymkolwiek innym. Zawsze możesz powiedzieć, że zdajesz sobie sprawę z faktu, że oni marzą o wielkim świecie, o Holandii, Anglii, Ameryce i, co więcej, udaje im się to (czego w przypływie wzruszenia – chwilowo wzruszeń brak! – szczerze im gratulujesz). Wraz z ponurą świadomością, że jest się trochę nikim, myślisz o sobie: dobrze, ja chcę tylko zostać w tej smutnej Polsce i po  prostu robić swoje. To taki haracz dla świata, ma się rozumieć, nie pojedziesz w świat wielki jak swoje ego, w zamian ten zgłodniały ciebie twór pozwoli ci robić swoje w smutnym kraju Piasta i jego piastowskich krewniaków.

Tak w ogóle to nie mów, że ci zimno, bo to nieprawda. Idź do nich i powiedz: dzień dobry / dobry wieczór (zależy od pory) państwu, przepraszam, że przeszkadzam państwu… A oni ci powiedzą, że nie, nie przeszkadzasz, chociaż będziesz wiedziała, że to nieprawda, więc tylko powiesz smutno:

Przepraszam, jakże mi przykro, że państwu przeszkadzam, sobie przeszkadzam, mój własny pies mnie chyba nawet nie lubi, zresztą nie dziwię mu się przesadnie, wracając jednak do tematu to bardzo państwa przepraszam za to, że przeszkadzam.

Oni milczą, bo nikt cię nie słucha. Gdyby to był teatr, to bawilibyśmy się tak przednio, że pojawiłaby się moralna kobieta, co by ją Segda jaka czy inna Pomykała zagrała i zapytałaby: Czy was to bawi? Nieee, jak stado baranów zawylibyśmy z wygodnych foteli, przecie to je życie nasze!

To też twoje życie, a twój czas antenowy skończył się przed dwiema sekundami, więc zdjęliśmy cię z wizji nim zdążyłaś powiedzieć, z czym tu przyszłaś. Zapamiętano cię tylko z przeprosin:

Proszę mi wybaczyć za wiadomo co, mówisz po tych słowach, proszę mi wybaczyć, że zabrałam bezcenny czas antenowy zamiast kogoś, kto by go potrzebował bardziej. Samotne matki, strajkujące pielęgniarki, dzieci, co zadzwoniły na pogotowie, gdy mama zemdlała w wannie pełnej wody – przepraszam, przepraszam, przepraszam!

Ja czasami czuję wzruszenie, gdy kupuję w sklepie ostatnią bułkę, albo jogurt, albo jakiś serek, nieważne zresztą. Myślę wtedy, że na niego nie zasłużyłam i pewnie znalazłaby się odpowiedniejsza osoba do konsumpcji. Albo moje miejsce pracy, czy miejsce w gimnazjum nierejonowym, liceum (no bo na studia to dostałam się z listy rezerwowej). Może powinni przyjąć kogoś innego? Może bezczelnie zajęłam miejsce komuś lepszemu?

(…)

IV

I naraz wymyślam sobie życie zgoła inne od tego, jakie znam, które, choć ubogie w środkach i proste w narracji, zdaje się o stokroć piękniejsze od zastanego, by po chwili znów czuć smutek. Gdyż nagle wyobrażenie, pielęgnowane z czułością w chwilach samotności, urastające do rangi niebyłej, roztrzaskuje się o to, kim jestem. Kim jesteś, jeśli mogąc być wszystkim, chcesz tylko nie czuć strachu. Strach jest wieczny, strach jest nieodzowny; czasami zawracam wpół drogi, myśląc, że nie zdołam już wrócić, bo boję się wielkiej, nieznanej drogi, którą podążam zupełnie sama.

V

Wejść w nieznane, dać się zagarnąć temu pomieszczeniu w całości, jak gdyby było się pustką, którą usilnie trzeba wypełnić / Wejść w nieznane i angażować się w to tylko po to, by wierzyć, że jest się częścią czegokolwiek / A następnie czuć wstręt, ponieważ ta przynależność jest sprzeczna z twoim poglądem na rzeczywistość / I zadawać się z ludźmi głupszymi od siebie tylko po to, by  móc zaimponować im swoją wiedzą / Opowiadać im o sobie, im, obcym ludziom, rzeczy, o których chciałoby się zapomnieć, chciałoby się ich nigdy nie przeżyć, chciałoby się być z nich rozgrzeszonym, a przecież nie da się zapomnieć tego, co się zrobiło… / Zrozumieć, że może ci pomóc tylko inny człowiek / I poświęcać się dla tych osób, widząc w nich siebie / Budować z ludźmi pozorne relacje tylko po to, by móc mówić, że się je ma / Wracać samemu do domu

i czuć się zmęczonym tymi relacjami / Stronić od ludzi, którzy znają cię nadto dobrze, bo nie możesz już udawać kogoś, kim nie jesteś / Roztrząsać każdy wybór, bo może zaważyć na twoim życiu, zapominając, że to, co się właśnie dzieje, jest twoim życiem / Nie jesteś zadowolona z tego, co masz, ale mówisz sobie: inaczej nie umiem.

VI

Ciąg dalszy nastąpi, mówię tak, chociaż jeszcze tego nie wiem. Uspokaja mnie ta myśl, więc powtarzam ją na głos: ciąg dalszy nastąpi. Tylko nieuchronność przemijania, świadomość, że dalej mogę nie dostać od świata nawet tyle, każe mi pamiętać. Należy przede wszystkim dawać!, pamiętasz aż nadto tę naukę. Znałaś kiedyś kogoś, kto chciał ci dać wszystko? Nie mogąc wytrzymać z samą sobą, mówiła: ja już siebie nie chcę, teraz ty mnie weź. Kocham cię, mam doktorat z filozofii i studiowałam rok na Sorbonie, kocham cię. Kocham cię, przedstawię cię wszystkim moim znajomym, wiem, że ty masz ich niewielu. Musisz czuć się samotna, na taką wyglądasz, ale ja rozproszę twoją samotność, wkroczę w twoją samotnię. Będziemy jak te dwie postaci na obrazie Boscha w pęcherzu. Nie patrz na mnie w taki sposób, broniłaś się, jak?, pytała. Wyczekująco. Nie umiesz się —. Nie umiesz się —?, nie szkodzi, nauczę cię. Tak bardzo cię kocham, i ciebie również, ciebie, was wszystkich. Możesz mnie pogłaskać tu, tu i tu, pokazywała paluszkiem jak małe dziecko. Pod wpływem dotyku materia grubieje, stając się nieczuła. Musisz ją naciskać, drapać, wreszcie nacinać. Potem nawet to nie pomaga, a przecież trzeba jakoś wydobyć coś, co rozsadza twardą powierzchnię od środka.

Chciałabym pisać o innych, ale zawsze mówię o sobie. Zastanawiałam się, kiedy przekroczona zostaje granica wstydu, za którą można już powiedzieć wszystko, nie bacząc na twoje koleżanki, te dzielne dziewczyny, które nie cenią się nawet na tyle, by usiąść w autobusie, w myśl zasady, że zawsze znajdzie się ktoś w większej potrzebie. Albo te, które wydają na siebie trzysta złotych miesięcznie, zaś resztę pensji, czyli jakieś osiemdziesiąt złotych, odkładają na prezenty świąteczne dla rodziny. Kiedy — odrzucona jak dziecko, z którym nikt nie chce się bawić na przerwie, nie brzmi już ani prowokacyjnie ani śmiesznie, bo jedyną wartością tych słów jest ich prawda, od niej zaś nie wymaga się, by wyciskała łzy, drażniła, obrzydzała. Kiedy wolno ci żyć w ascetycznym koszmarze, znajdując w daleko posuniętej pedanterii ryzy, w których musisz się trzymać, albo dzięki którym się trzymasz. Gdy twoje żałosne wybory nie są wywlekane lub przeciwnie, łagodzone matczynym słowem. Upokarzające pocieszenie w kwestii sfer życia, do których umyślnie nikogo byś nie dopuściła. Powroty do najplugawszych stanów wciąż i wciąż, przekraczanie swoich własnych granic, tylko po to, by móc powiedzieć, że się to zrobiło. Noce takie jak te, gdy wpadasz w —, rozumiejąc nagle, że istniejesz poza swoim życiem – choćbyś nawet sądziła, że jesteś jego ogniu – bo całą energię poświęcasz na nieważnych ludzi i nieważne sprawy, należą do rzadkości. Mogę być, mówisz sobie, mam paru znajomych i wszyscy się śmieją na papierosie z moich żartów.

VII

Wydało mi się kiedyś, że już wszystko rozumiem, a teatralny płacz i poczucie winy przekłuje w pogodzenie i uczynność innym. Chciałam pomagać, nadać życiu pomierzalną wartość, liczoną w przeczytanych książkach i uchachanych buźkach dziateczek, słońce i rozkoszna sceneria parku sprzyjały tej myśli. Nagle poczułam się wyczyszczona z własnego brudu, odkrywszy radośnie, że wbrew mojemu czarnowidztwu nie składałam się z niego cała. Byłam skłonna uwierzyć w Boga, którego dostrzegałam tego dnia w ludziach. To już postanowione, rozpływałam się nad własną wielkodusznością, dołączę do jakiejś organizacji charytatywnej, a potem pojadę na misję, by spłacić dług wobec wszystkich osób, którzy mają ode mnie gorzej.

W drodze powrotnej zaczepił mnie niepełnosprawny mężczyzna, prosząc o wspólne spędzenie czasu. Właściwie snucie górnolotnych teorii samoodkupienia nieco mnie zmęczyło, jednak widząc w osobie nieznajomego znak, być może nadany od samego Boga, w którego po 20 latach marności nad marnościami, znaczy się mojego życia, miałam wreszcie uwierzyć, przystałam na rozmowę bardzo chętnie.

 Widzimy naprzeciw siebie ławkę, na której postanawiamy usiąść. Idę powoli, dostosowując się do tempa nieznajomego. Przedstawiamy się sobie, jest nieco niezręcznie, na szczęście zauważam małe radyjko przy wózku inwalidzkim. Teraz rozmowa rozkręca się na dobre. Widzę, że lubi pan muzykę. Proszę mi mówić Szymon. Dobrze, więc widzę, że lubisz…Lubię. A jaką najbardziej? A co w ucho w leci. Nie masz ulubionej? Nie. Zespół może? Nie. A gatunek? Nie, nie mam. Pytam, bo ja też bardzo lubię muzykę. A jaką? Chyba każdą.                  

Siadam na ławce. Mężczyzna wózkiem blokuje moje kolana tak, że nie mogę się ruszyć i wyznaje, że dawno nie był z kobietą. Ależ ja nie kobieta, ja dziewczynka jeszcze! Łątka niemalże, zagmatwana w problemy dojrzewania, kiedy pryszcze znikną, kiedy piersi urosną, nie wiem, pewnie nigdy, pragnę krzyknąć w geście emancypacyjno-obronnym, ale zamiast tego tylko to, co przede mną, bolesna konfrontacja, ścieranie się moich młodości i zdrowia, które przypadły mi zupełnie przypadkowo i niezasłużenie, z jego chorobą. Nie chcę krzywdzić tego człowieka. Dużo mówi o samotności, co mnie trochę wzrusza, bo ja przecież też jestem samotna, czyli tak, jakby mówił też o mnie, no a szczerze – to najbardziej lubię słuchać o sobie. Chciałabym powiedzieć coś mądrego, lecz zamiast tego rozpaczliwie podtrzymuję rozmowę. On się ze mnie śmieje jak z głupiutkiego dziecka, ale nie daje mi spokoju: Nie wiem, dlaczego czuję się samotny. Nie umiem ci na to odpowiedzieć. Zgadzam się, by mężczyzna trzymał mnie za rękę, ale odwracam wzrok i już nawet nie staram się stwarzać pozoru normalnej rozmowy. Chce mnie objąć całą, ale odsuwam się tak, że nie jest w stanie mnie złapać. On milczy lub prosi błagalnym głosem, bym go dotknęła.

Lecz nagle podeszła do nas starsza kobieta, a Szymon, widząc ją, wyswobodził moją rękę z niezdarnego uścisku. Kobieta zagaduje, śmieje się z miłosnych podbojów człowieka. Ten rozmawia z nią serdecznie. Ja tymczasem osiągam dawną formę i niemal wiarygodnie skarżę się na konieczność powrotu do domu. Gdy udaje mi się wyjść z parku, uświadamiam sobie, że drżą mi dłonie.

VIII

To nie jest historia o wychodzeniu z depresji – jestem niezadowolona, ale zdrowa psychicznie – tylko o wychodzeniu z siebie. Nikt w to nie wierzy, bo tak nie można, chociaż Jaś Kapela pisze słodkie felietony na KP o zbawieniu samego siebie jogą. Ktoś inny powie, że zawsze chciał być kochany, myślę, że ja mogłabym to powiedzieć. I już prawie dotknęłoby się życia, bo Twój nowy chłopak ma świetne poczucie humoru i wrzuciłby coś śmiesznego na Twoja tablicę na Facebooku, albo na Instagrama, ale swojego, bo ty, całe szczęście, go nie masz. Zdjęcia miałyby fajny filtr i byłyby niebieskie, podkreślając błękit oczu, jego, nie twoich, ty masz brązowe. Brązowy to kolor brzydki i banalny, ale i tak mu się podobasz, a jeżeli podobasz się jemu, to tez sobie, prawda. Na szczęście żadne z was tak nie myśli, no, możne ty trochę, bo jesteście feministami, co się wam chwali. Poglądy macie fajne, fajne zainteresowania, ta piątka znajomych, z którymi się zadajecie od piątku do piątku też jest niczego sobie. Niektórzy nawet się śmieją z Twoich wygłupów, jak wtedy, gdy na wieczorze kawalerskim twojego przyjaciela wyskoczyłaś z tortu i udawałaś majtka na morzu, lecz zamiast statku piratów, wypatrywałaś m i ł o ś c i . Z początku myślałaś, że śmieją się z ciebie. Ale dlaczego mieliby to robić, skoro cię lubią i akceptują? I tak wiesz, że za rogiem czają się problemy, ale praca i miłością je jakoś rozwiążecie. Nadal trzeba zarabiać na mieszkanie albo studiować, ale nagle przestało chodzić już tylko o ciebie. Nadal chodzi, ale w sposób niesubtelnie zawoalowany. Nikt ci tego nie wypomina, ty niczego nikomu nie wypominasz. 

Tak to jest, tak to się żyje i jakoś to leci, och, już prawie wspięłaś się na paluszki i dotknęłaś życia, ale zabrakło paru centymetrów i nie, jednak się nie udało, potknęłaś się i potłukłaś sobie kolana, choć szczęśliwie niezbyt dotkliwie.  Teraz przynajmniej możesz sobie przypominać ten osobliwy smak życia w chwilach, gdy chcesz je sobie odebrać na przykład. W tym towarzystwie to nieśmieszne, bo trzy czwarte kumpli łyka antydepresanty jak tic-taci, a matka twojej najlepszej przyjaciółki powiesiła się. Oczywiście, to nieprawda, to tak tylko na potrzeby prozy naszej nieudanej, nikt się nie zabije, wszyscy będą żyć, aż do śmierci. Przynajmniej nie rozczula cię już własna wrażliwość.

Obca dziewczyna podchodzi do ciebie w tramwaju i mówi, że masz piękne oczy. Mówi też, że jest taką krejzolką (i artystka zresztą też), i zawsze zauważa takie rzeczy. To było w czerwcu, kiedy przyjechałaś do Pauliny do Łodzi,  kiedy powiedziałaś pierwszy raz, ze masz odwagę sięgać po marzenia, czy jakoś tak to leciało, co się nie udało, ale odwaga piękna rzecz, można potem mówić znajomym przy piwie, piwach, wielu piwach,  by wierzyli w siebie i sięgali  po swoje marzenia, bo ty to zrobiłaś, nie udało się, ale nie żałujesz, będziesz próbowała raz jeszcze i raz. To tyle w kwestii oczu.

X

O mojej pierwszej miłości. Markowski był zmęczony i zniechęcony niską płacą i okropnym szefem, denerwowały go sprawy młodych ludzi i oni sami. Denerwował się na ich potrzebę uwagi i błahe zainteresowania, ot wielcy obrońcy uchodźców znad monitora, wyjęci wprost z facebookowej grupy albo pokojowego marszu w pokojowej Warszawie, gdy tymczasem on, niepozorny student drugiego roku socjologii, drobny blondyn z  rzadkim zarostem, myślał i milczał o ekonomii, no ale kogo to obchodzi w dobie śmierci? No chyba nikogo. Człowiek, który całą młodość przekrzyczał nad ideami, choć zazwyczaj nie dalej, niż we własnym salonie, cóż, może sali lekcyjnej (za to jak ładnie się zapowiadał!), nagle  skurczył się i pomarszczył jak jesienny owoc, zestarzał w ledwie dwudziestej pierwszej wiośnie życia.

XI

Zbliża się ranek. Jest majowy, chłodny dzień. Nocą wiatr strącił pisklęta z drzew. Po drodze mijam wiele ptasich trupów. Tego dnia nie mam praktycznie żadnych planów, więc postanawiam udać się na samotny spacer.

Idę torami już dłuższy czas, idę, gdy nagle słyszę nadjeżdżający za mną pociąg. Przerażona skaczę w bok, kilka sekund dzieli mnie od straszliwej śmierci, szczęśliwie sprawa kończy się pomyślnie. Kolejarz, zatrzymuje pociąg, wzywa policję, ja zaś staję się atrakcją pasażerów. Chce iść dalej, ale wciąż ktoś mnie zatrzymuje.

Przyjeżdża policja i zadaje mi szereg niestosownych pytań: Czy to była próba samobójcza? Czy cierpi pani na jakieś choroby psychiczne lub zaburzenia osobowości? Czy przyjmowała pani jakieś substancje psychoaktywne lub zażywała alkohol? Nie, nie, nie, przecież jest dopiero dziesiąta, odpowiadałam z uśmiechem, nic z tych rzeczy. To co robiła pani na torach?, dopytywali, widząc potwierdzenie moich słów w wyniku badania alkomatem. A, odpowiedziałam z właściwą sobie skromnością, ja po prostu bardzo lubię chodzić po torach.

Aleksandra Mahmud – Dramaturgia doświadczenia
QR kod: Aleksandra Mahmud – Dramaturgia doświadczenia