To jest szafka

Trzymam w niej albumy ze zdjęciami,
do których nie zaglądam.

Jest tam również dokumentacja sprzedaży tak zwanych dóbr
zachowana na wypadek nie wiadomo czego,
wycinki prasowe,
kserokopie,
korespondencja z bankami,
operatorami sieci telefonicznych,
wieczne pióro
(pamiątka po pięknej przegranej)
kilka wyblakłych dyplomów.

Kiedy klamka zapadnie,
może się okazać, że nie byłem ostatni.

Płaciłem rachunki,
posiadałem, ale nie bałem się stracić,
czasem mówiono o mnie dobrze,
zdjęcia dzieci i byłej żony
trzymałem na biurku w ozdobnych ramkach.


Nabrałeś mnie

Kapelusz, dżinsy z domieszką elastyny
i kamasze, które widziane od tyłu,
wydały mi się na czasie i niebyt zdarte.

Nie spojrzałem na wózek –
zwykle takimi wozi się puszki,
makulaturę, drobny złom.

Teraz się na tym przyłapałem.

Wtedy zajęła mnie troska,
z jaką patrzyłeś na to,
co widziałeś w środku.

Mijając cię, zobaczyłem ortalion
uformowany w kształt niemowlaka –
delikatnie gładziłeś nieistniejącą głowę.


Tamten dzień

Suczka, która towarzyszy nam od tygodnia,
nie pozwala się skupić. –
podchodzi do łóżka i zaczepia mnie lewą łapą.

Nie mam pojęcia o czym teraz myśli,
dlaczego tak szybko się nudzi,
wraca do kojca i po minucie zasypia.

Natomiast jeśli chodzi o tamten dzień,
to faktycznie było w nim coś dziwnego.

Zmęczony ślepieniem w monitor
wyszedłem na rynek, kupić warzywa.

Przy którymś ze straganów
minęła mnie kobieta w zielonych adidasach –
brudny śnieg nagle zaświecił.

Przez chwilę wydało się nawet,
że ma sens cały ten przedświąteczny zgiełk.
Ci wszyscy ludzie wpatrzeni pod stopy, dokądś pędzący.


Errata

Nie pamiętam jak nazywała się sąsiadka –
wtedy postawna kobieta, od jakiegoś czasu wdowa.

W jej mieszkaniu panował chłód i półmrok.

Pozwalała mi bawić się ze swoją suką –
to były moje najsympatyczniejsze godziny.

Dopiero wiele lat później dowiedziałem się,
że w naszej kamienicy mieszkali głównie byli ubecy

albo ci, którzy posłusznie robili swoje.
Jak Miller – na oko nieszkodliwy grubasek,

zawsze z papierosem przyklejonym do ust,
patrzący na podwórko u Żydków.

Mąż wdowy był jednym z nich.
Ich suka wabiła się Kora.


Obce jabłonie

Czwarta nad ranem, nie mogę spać –
czytam wiersz o cmentarzu,
na którym rosną jabłonie,
jem zimne gazpacho.

Kiedyś jedliśmy głównie kartoflankę,
rosół, ogórkową, pomidorówkę –
same pożywne zupy,
ale nigdy gazpacho.

Teraz, kiedy mam wszystko
bez czego mógłbym się obejść,
zastanawiam się, kiedy było to kiedyś
i kim byli tamci my.

Stoję na cmentarzu między obcymi jabłoniami –
czekam na nas, żebyśmy znów się nie minęli.


Tak to mniej więcej wygląda

Nic więcej dla was nie mam –
kapelusz jest pusty,
królik uciekł,
karty się zgrały.

Mariusz Grzebalski – Sześć wierszy
QR kod: Mariusz Grzebalski – Sześć wierszy