Muszę ci coś opowiedzieć. Wiem, że zanudzam cię ostatnio moimi historiami, ale cóż począć, robię się coraz starszy i kto wie, jak długo pamięć będzie mi służyć równie dobrze jak dotąd. Nie wiem, czy ta historia przyda ci się do czegoś. Może ją kiedyś wykorzystasz, sam zdecydujesz. To zresztą bez znaczenia – takie historie nie są po to, by do czegoś służyły. One po prostu chcą być opowiedziane i tyle.

            Przypomniałem sobie o wszystkim, bo ostatnio musiałem rozstać się z kilkoma przedmiotami, do których byłem bardzo przywiązany i przez całe lata wydawało mi się, że nie potrafiłbym bez nich żyć. Mój stary fotel rozpadł się zupełnie i, chcąc, nie chcąc, ze dwa tygodnie temu wyrzuciłem go i kupiłem nowy. Jest nawet wygodniejszy, ale wciąż dziwnie się w nim czuję. No i pióro, wiesz, że było dla mnie czymś w rodzaju talizmanu. Nigdzie nie ruszałem się bez niego. Zacząłem myśleć, jak to jest? Co te wszystkie rzeczy z nami robią, dlaczego stają się takie ważne? Przyzwyczajenie, na pewno, ale przecież nie tylko przyzwyczajenie. Z przedmiotami trzeba uważać, mówię ci, niektóre bywają bardzo niebezpieczne. Są cierpliwe, przez całe lata potrafią trwać i dzień po dniu wżerają się w nas podstępnie, czekając tylko na chwilę naszej słabości czy nieuwagi. Mniejsza z tym, może jak opowiem ci tę historię, zrozumiesz, o czym mówię.

            Myślisz pewnie, że znowu uraczę cię opowieścią o jednym z tych dziwnych, egzotycznych drobiazgów, których tyle tu nagromadziłem? Otóż nie, mój drogi. Bohaterką, jeżeli tak mogę powiedzieć, będzie zwykła lina. Właściwie mam ochotę zacząć od tej ładnej formułki: dawno, dawno temu! Uśmiechasz się a ona naprawdę byłaby tutaj bardzo na miejscu, bo rzeczywiście wydarzyło się to przed wielu laty. Ale żarty na bok, to nie bajka, choć gdy o niej myślę, nawet mnie bardziej wydaje się bajką niż czymś, co rzeczywiście się wydarzyło. Dobrze pamiętam, jak ją znaleźliśmy. To było pod koniec października. Leżała zwinięta pod tylną ścianą rzędu garaży. Osłonięci krzakami forsycji i czarnego bzu przesiadywaliśmy tam często, chowając się przed wścibskim wzrokiem dorosłych. To była jedna z naszych ulubionych kryjówek – od wczesnej wiosny do późnej jesieni spotykaliśmy się tutaj zaraz po szkole. Lina wyglądała bardzo zwyczajnie – gruba i mocna, poplamiona cementem, ze śladami smoły. Schowana pod brudnym, jutowym workiem musiała leżeć tam przynajmniej kilka dni, bo kiedy Irek wyciągnął ją i z okrzykiem triumfu podniósł do góry, była cała wilgotna, a przecież przez ostatnie dwa dni nie padało. Rzuciliśmy się wszyscy, każdy chciał poczuć w ręce jej szorstkie sploty – to był prawdziwy skarb, jakiego nie znajduje się zbyt często na takim podwórku jak nasze. Rozwinęliśmy ją, żeby sprawdzić, jaka jest długa i czy nie jest gdzieś przetarta. Od tego zależało przecież, do czego będziemy mogli jej użyć. Ku naszej radości okazała się bez zarzutu. Miała z piętnaście metrów długości i tylko z jednej strony była trochę postrzępiona. Może wcześniej była dłuższa i przerwała się pod zbyt dużym ciężarem. Być może zostawili ją robotnicy, którzy niedawno naprawiali dach, a może po prostu ktoś ją wyrzucił, choć trudno nam było wtedy wyobrazić sobie, że ktoś mógłby wyrzucić tak cenną rzecz. Nie analizowaliśmy też tego zbyt długo, gdyż jedno było dla nas wszystkich jasne – lina była teraz nasza. Nie mogło być inaczej, skoro ktoś zostawił ją w naszej kryjówce. Była po prostu prezentem od losu i grzechem byłoby z niego nie skorzystać. Ale czuliśmy, że nie możemy jej tutaj zostawić, bo przecież ten, kto ją tu przyniósł, mógł sobie o niej przypomnieć. To nie było bezpieczne miejsce. Dzieciaki z sąsiednich domów też przyłaziły tu czasem pobawić się, wykorzystując naszą nieobecność. Najgorszy był taki piegowaty rudzielec. Ten mały diabeł potrafił wszystko wywąchać. Kiedyś odgrzebał nawet pod kamieniem słoik, w którym zakopaliśmy papierosy i zapałki. Koniecznie trzeba było coś wymyślić.

Na początek ustaliliśmy, że zabierze ją do siebie Irek, który zapewniał, że ma w piwnicy takie miejsce, gdzie jego ojciec nigdy nie zagląda. W następnych dniach zaraz po lekcjach gnaliśmy do domu, rzucaliśmy w kąt teczki i pędziliśmy do naszej kryjówki, gdzie po chwili zjawiał się Irek, taszcząc ze sobą linę. Początkowo wiązaliśmy ją na dużej, zdziczałej czereśni, która rosła w rogu podwórka, gdzie stykały się ogrodzenia szkolnego boiska i ogrodu przedszkola. Zjeżdżaliśmy po niej prawie z samego wierzchołka czereśni, ale po paru dniach daliśmy sobie z tym spokój, bo była taka szorstka, że porobiły się nam dziury w rękawiczkach. Potem przerzuciliśmy ją między czereśnią i rosnącą niedaleko śliwą, lecz przełażenie z jednego drzewa na drugie też nam się szybko znudziło. Czuliśmy, że powinniśmy wykorzystać naszą linę do czegoś znacznie bardziej ekscytującego. Te wszystkie zabawy były dobre dla tej sfory małolatów, która łaziła za nami i prosiła, żeby pozwolić im trochę się pohuśtać.

Nie pamiętam już teraz, który z nas wpadł na pomysł, żeby trochę postraszyć ludzi i zrobić wisielca. Wiesz, jak to jest, kiedy grupka kilkunastoletnich chłopaków spędza ze sobą wszystkie wolne chwile. Wystarczy, że jeden o czymś pomyśli a dwóch innych w tej samej chwili zaczyna to robić. Takie jedno ciało o pięciu czy sześciu głowach, przez które przelatuje pięćdziesiąt pomysłów na minutę. Może zresztą pomysł ten krążył wśród nas już wcześniej, czekając tylko na właściwy moment. A może to lina nas sprowokowała? Jak myślę o tym dzisiaj, mam wrażenie, że od samego początku miała na nas jakiś dziwny wpływ. W jej obecności zawsze komuś odbijało. Raz Rysiek z Irkiem o mało się nie pobili, kto pierwszy zjedzie po niej z drzewa, Mietek po kilka razy dziennie wiązał na niej pętle, a ja bez przerwy bałem się, że zjawi się jej poprzedni właściciel i trzeba będzie mu ją oddać. Może więc ona sama podsunęła nam ten pomysł? Zresztą wszystko jedno. Nie ma co tego roztrząsać. Faktem jest jednak, że kiedy wreszcie ujawnił się, wszyscy poczuliśmy, że dopiero on jest pomysłem naprawdę godnym naszej liny. To było to! Rysiek zaczął przeklinać pod nosem, jak zawsze, gdy coś go szczególnie ruszyło, Mietek wywracał oczami i chodził na sztywnych nogach z wywalonym na brodę językiem, a Irek z Darkiem odtańczyli dziki taniec radości. Dzień był dosyć chłodny, ale chyba nie tylko dlatego po moich plecach przebiegł wtedy zimny dreszcz. Byliśmy gotowi natychmiast wprowadzić swój pomysł w życie, ale któryś z nas rozsądnie zauważył, że lepiej będzie poczekać, aż zrobi się ciemno, bo w dzień nikt nie da się nabrać.

Siedziałem w domu przy oknie i wydawało mi się, że czas stanął w miejscu. Całe wieki upłynęły, zanim nie zaczęło zmierzchać. Jak się potem okazało, z resztą chłopaków było podobnie. Żaden nie wysiedział w domu do umówionej godziny, więc paliliśmy nerwowo papierosa za papierosem i czekaliśmy w naszej kryjówce, dopóki się zupełnie nie ściemniło.

Po drugiej stronie ulicy, wzdłuż płotu zajezdni autobusowej, biegł szeroki chodnik, oddzielony od jezdni rzędem drzew. Wybraliśmy jedno z nich, którego konary nachylały się nad chodnikiem, a pobliska kępa krzaków oferowała wystarczająco dobrą osłonę. Przez chwilę musieliśmy poczekać, aż oddali się kobieta, prowadząca za rękę kilkuletniego brzdąca. Rozglądaliśmy się nerwowo, bojąc się, żeby ktoś nas nie zaskoczył w najmniej odpowiednim momencie.

Realizacja pomysłu była prosta. Irek szybko wspiął się na drzewo i usiadł okrakiem na konarze kilka metrów nad ziemią a potem okręcił kilka razy koniec liny wokół gałęzi i zaciągnął szybko podwójny węzeł. Duża pętla, którą przygotowaliśmy wcześniej, kołysała się metr nad chodnikiem. Gdy zobaczyliśmy swe dzieło, żaden nie miał odwagi wypróbować go jako pierwszy. Prawdę powiedziawszy, wyglądało na to, że na widok tego zmyślnego stryczka, wszystkich nas obleciał strach. Czas jednak naglił, więc Rysiek, na którym mierzyliśmy rozmiar pętli, zrzucił kurtkę i złapał za zwisający koniec. We trzech z trudem podnieśliśmy go w górę. Udało się – siedział jak na huśtawce, przełożywszy ręce na drugą stronę pętli. Teraz musiał jeszcze tylko założyć kurtkę i nikt się nie powinien domyślić, że tak naprawdę lina wpija mu się w tyłek a nie w szyję. Był idealnym wisielcem. Oniemiali z wrażenia staliśmy przez chwilę. Nogi Ryśka kołysały się pół metra nad ziemią, wisiał ze zwieszoną głową i opadającymi ramionami. Nie mogłem oderwać oczu od jego zniszczonych butów. Przez chwilę miałem wrażenie, że coś poszło nie tak i naprawdę go powiesiliśmy. Byłem cały spocony.

Nie musieliśmy czekać zbyt długo – schowani w krzakach z rosnącym podnieceniem obserwowaliśmy pierwszą nadchodzącą osobę. To była kobieta. Stawiała drobne kroczki, przygięta pod ciężarem dwóch wypchanych siatek. Przez moment wydawało się, że przejdzie obok Ryśka niczego nie zauważając, tak bardzo była zajęta swoimi myślami. Nagle zatrzymała się kilka kroków od niego i stanęła jak sparaliżowana. Zaczęliśmy się już trochę niepokoić jej milczeniem i bezruchem. Przez głowę przemknęła mi nawet myśl, że chyba przesadziliśmy i dostała jakiegoś ataku, lecz wtedy ona zaczęła krzyczeć. Jeszcze nigdy nie słyszałem takiego wrzasku. Krzyczała i nie wypuszczając z rąk siatek, które teraz sprawiały wrażenie leciutkich jak piórka, odwróciła się i pognała z powrotem w kierunku sklepu. Długo jeszcze słyszeliśmy jej wrzaski, które niosły się po całej okolicy. Potem udało nam się jeszcze przestraszyć pewne starsze małżeństwo, choć oni nie zareagowali tak histerycznie, może zresztą dlatego, że nie umieli już tak szybko biegać.

Po jakimś czasie Rysiek zaczął okropnie wiercić się na linie, która niemiłosiernie wrzynała mu się w tyłek. Próbował trochę zmienić pozycję, lecz obracał się tylko to w jedną, to w drugą stronę. Było pusto, więc podbiegliśmy do niego i pomogliśmy mu zejść. Nikt z nas nie miał ochoty zająć jego miejsca, więc ściągnęliśmy linę i zmyliśmy się szybko, zanim zdążyli pojawić się kolejni przechodnie.

Prawdę powiedziawszy nigdy już nie powtórzyliśmy tej zabawy. Przez jakiś czas po okolicy krążyły najróżniejsze plotki. Wszyscy opowiadali o wisielcu, który kołysał się na grubej linie. Słyszałem jak pewna kobieta, bijąc się w piersi, zapewniała swoją znajomą, że znała tego, co się powiesił. Dziewczyny w naszej klasie z wypiekami na twarzy opowiadały sobie o duchu, jaki pojawiał się podobno w każdy czwartek na naszej ulicy. Tylko ten rudy smarkacz łaził za nami i przyglądał się nam podejrzliwie. A kiedy wreszcie w szkole zaczęto mówić, że milicja szuka liny i ciała tego wisielca, ponieważ podejrzewa, że nie było to samobójstwo, tylko morderstwo, obleciał nas strach. Skąd mogliśmy wiedzieć, że sprawy przybiorą taki obrót? Wszyscy głowili się, gdzie podziało się ciało, i wymyślali różne niestworzone historie. A to ktoś widział podobno dwóch facetów, którzy kręcili się po budowie po drugiej stronie ulicy i taszczyli jakiś ciężki pakunek, ktoś inny upierał się, że widział nad ranem czarny dym lecący z komina dawnego krematorium przy starym, poniemieckim cmentarzu. Sytuacja naprawdę zrobiła się nieprzyjemna. Uzgodniliśmy więc, że trzeba jak najszybciej pozbyć się liny. Czuliśmy się jak przestępcy, tak jakbyśmy rzeczywiście kogoś zamordowali. Najbardziej panikował Irek, w którego piwnicy leżał dowód rzeczowy zbrodni, nie popełnionej wprawdzie przez nikogo, ale za to szeroko komentowanej. Przez pewien czas próbowaliśmy wprawdzie przekonać jeszcze Irka, że szkoda wyrzucać taką dobrą linę, ale nie chciał o niczym słyszeć. I tak któregoś wieczoru wynieśli ją z Ryśkiem i wyrzucili do kubła kilka przecznic od naszego domu. Prawdę mówiąc odetchnęliśmy wtedy z ulgą – wszystkim nam trochę to ciążyło. Nigdy o tym nie gadaliśmy, ale tak czy inaczej w linie musiało chyba siedzieć jakieś paskudztwo.

Po kilku tygodniach – to był już grudzień, bo pamiętam śnieg i atmosferę zbliżających się świąt – wybraliśmy się z Darkiem na sanki na Górkę Stolarską. Od naszego domu był do niej ładny kawał drogi, ale za to zawsze było tam dosyć pusto i nie była tak wyjeżdżona jak inne górki w okolicy. Poza tym na zboczach rosło sporo drzew, dzięki czemu miało się wrażenie, że jest się gdzieś w prawdziwych górach, daleko od miasta. Śnieg na górce był idealny: ubity, z warstewką lodu na wierzchu, po której nasze sanki ślizgały się z niesamowitą szybkością. Zjeżdżaliśmy jeszcze długo po zapadnięciu zmroku – bezchmurne niebo i śnieg skrzący się w świetle gwiazd zapewniały wystarczającą widoczność. W końcu jednak trzeba było wracać. Zrobiło się późno i wiedziałem, że matka znowu będzie narzekać, że ciągle nie ma mnie w domu. Wracaliśmy na skróty przez mały lasek, za którym, aż do kolejowego nasypu, ciągnęły się ogródki działkowe. Byliśmy już blisko betonowego ogrodzenia ogródków, gdy nagle, prawie równocześnie, zobaczyliśmy przed sobą jakiś dziwny, ciemny kształt. Nie muszę ci mówić, że obleciał nas strach, lecz zarazem to coś przyciągało nas do siebie. Wolniutko podeszliśmy bliżej, w każdej chwili gotowi rzucić się do ucieczki. Kilka metrów od ścieżki wisiał pies. To był duży, czarny kundel. Pamiętam, że widywałem go wcześniej, bo wałęsał się często po szkolnym boisku i po naszej ulicy. A teraz wisiał na naszej linie. Nie mogłem powstrzymać torsji. Darek płakał obok nie próbując nawet ukryć swych łez. Nasza lina – tak o niej myśleliśmy w tym momencie, choć jeszcze kilka minut wcześniej mógłbym przysiąc, że już całkiem wyrzuciliśmy ją ze swej pamięci.

Z trudem odwiązaliśmy ją od gałęzi. Węzeł był zaciśnięty bardzo mocno – poraniliśmy sobie palce, zanim udało nam się go rozluźnić. Pies był martwy już od dawna. Ułożyliśmy pod drzewem jego zesztywniałe ciało. Wydawał się teraz znacznie mniejszy. Staliśmy nad nim, nie bardzo wiedząc, co począć. Odruchowo podniosłem koniec liny i zacząłem ją zwijać. Miałem wrażenie, że nagle zaczęła się zmieniać. Jeszcze przed chwilą szorstka i sztywna, teraz była miękka i uległa, łatwo poddawała się moim dłoniom. Popatrzyliśmy z Darkiem po sobie.

Szybko uzbieraliśmy sporą stertę suchych świerkowych gałęzi. Nie mieliśmy papieru, więc trochę namęczyliśmy się, zanim udało nam się je podpalić. Staliśmy potem i patrzyliśmy, jak żółto-czerwone języki płomieni ślizgają się po zwiniętej w kłąb linie, jakby nie mogły się zdecydować, wstrzymywane jakąś obawą. W końcu jednak, kiedy ognisko dobrze się rozpaliło, ogień ogarnął jej sploty i w niebo wzbiły się kłęby czarnego dymu. Przynieśliśmy więcej gałęzi i podsycaliśmy ogień, dopóki wszystko nie wypaliło się do samego końca. Tym razem chcieliśmy mieć pewność, że pozbywamy się jej raz na zawsze.

Żaden z nas nie pisnął potem ani słówka chłopakom, tak się zresztą umówiliśmy. To miała być nasza tajemnica. Przez jakiś czas dręczyły mnie paskudne majaki – wiele razy śniło mi się, że rozpalam ogień a lina z sykiem umyka przed goniącymi ją płomieniami, próbując owinąć się wokół mej szyi. Nigdy nie wyszło na jaw, kto powiesił czarnego psa. Jakie zresztą miałoby to znaczenie. Pewnie wystarczającą karą są dręczące go do dzisiaj koszmary a pętla, która mu się śni, każdej nocy coraz bardziej zaciska się na jego krtani.

Marek Śnieciński – Lina
QR kod: Marek Śnieciński – Lina