MOTTO:
Miłość to partia kart, w której wszyscy oszukują – mężczyźni, by wygrać, kobiety, by nie przegrać.
Alfred Hitchcock

OSOBY:
Marcin
Ola
Plażuk
Bożena

Stary, kamienny most w centrum miasta. Młody mężczyzna, z papierosem w ustach, opiera się o balustradę i spogląda w dół, ku rzece. Niewiele jednak widzi z powodu gęstej mgły.

Marcin: – (sam do siebie, półgłosem) Szkoda, wielka szkoda… Jeżeli mam skoczyć, to wolałbym widzieć rzekę. Widzieć, gdzie spadam. Byłoby tak jakoś… raźniej.

Zaciąga się, a potem wyrzuca papierosa do rzeki.

Marcin: – I proszę, papieros poleciał… Na pewno jest już w wodzie. Chwila-moment i po wszystkim. Ja bym spadał szybciej, bo jestem cięższy. Im większa masa tym większa prędkość, o czymś takim była chyba mowa na szkolnych lekcjach fizyki… (wzrusza ramionami) Co tam fizyka, co tam mgła, nad czym się tu zastanawiać? Trzeba skoczyć. Bożena dopiero wtedy zrozumie co straciła, kiedy mnie zabraknie. Ale będzie już za późno. Dobrze jej tak. Będzie mi brakowało tych jej rudozłotych włosów… (ociera dłonią czoło) Balustrada jest dość niska, dam radę…

Wdrapuje się na balustradę, staje na niej, zwrócony twarzą do rzeki. Bierze głęboki oddech, teatralnym gestem wyciąga ręce przed siebie, szykując się do skoku. Nagle jednak nieruchomieje, bo w pobliżu rozlega się głośny płacz, przechodzący w łkanie. Odwraca się powoli, zeskakuje na most.

Marcin: – To chyba gdzieś tutaj, na moście… Cholerna mgła, niewiele widać! Muszę iść za głosem.

Idzie powoli, z rękami wyciągniętymi przed siebie, usiłując zobaczyć cokolwiek pomimo mgły. Zatrzymuje się zawsze wtedy, kiedy płacz cichnie; rusza, kiedy słychać go znowu. W końcu dociera do młodej kobiety, która głośno płacząc usiłuje wdrapać się na balustradę.

Marcin: – Co pani robi? Proszę natychmiast przestać!

Chwyta kobietę za ramiona, stanowczym ruchem ściąga ją z balustrady.

Ola: – (wyrywa mu się, a potem uderza go otwartą dłonią w twarz) Co pan sobie myśli? Proszę mnie zostawić w spokoju!
Marcin: – Nic do pani nie mam, ale na samobójstwo w mojej obecności nie mogę pozwolić.
Ola: – Ja tylko szłam sobie przez most. Nie wolno? Most jest dla wszystkich.
Marcin: – Wcale pani nie szła, pani tu stała i właśnie próbowała…
Ola: – Wolno mi, prawda?
Marcin: – Tak, ale… Przecież pani chciała skoczyć do wody!
Ola: – I nadal chcę. Bo mam dość życia. Tak trudno to zrozumieć?
Marcin: – Doskonale rozumiem… Ale pani to co innego, taka piękna kobieta nie powinna…
Ola: – Moja sprawa, moje życie i moja decyzja. Proszę nie wtykać nosa w nie swoje sprawy.
Marcin: – Niczego nigdzie nie wtykam, proszę mi wierzyć. (wskazuje kobiecie ławkę) Może pani usiądzie, odpocznie?

Ola chwiejnym krokiem podchodzi do ławki, siada. Uspokaja się, wyciąga z torebki papierosy. Marcin wyciąga z kieszeni zapalniczkę, przypala Oli papierosa. Waha się przez chwilę, a potem chowa zapalniczkę do kieszeni i siada na drugim końcu ławki.

Ola: – (spoglądając z ukosa na Marcina) Pan nie pali? Mogę pana poczęstować…
Marcin: – Nie, dziękuję. (masuje policzek, uderzony przez Olę) Mam swoje. A poza tym jakoś straciłem smak… Tak mi pani dziękuje za uratowanie życia?
Ola: – Nie mam zwyczaju dziękować za coś, o co nie prosiłam. (zaciąga się) Co pan może wiedzieć o moich problemach? O samotności?
Marcin: – Wiem całkiem sporo. Właśnie dziś rzuciła mnie narzeczona. Znaliśmy się od dwóch lat, mieliśmy wspólne plany, ale nie spieszyliśmy się ze ślubem. A teraz ona odeszła do innego… Wyobraża to sobie pani?
Ola: – (macha lekceważąco ręką) Też mi dramat! I tak ma pan dobrze.
Marcin: – (zaszokowany) Co? To ma być żart?
Ola: – Jest pan samotny raptem od paru godzin i już grymasi. Niech pan się cieszy, że zdradziła pana już teraz, a nie po ślubie. A ja? (głos jej się łamie) Od dawna żyję samotnie. Mogę nawet powiedzieć, z niewielką przesadą, że od zawsze. Owszem, miewam przelotne znajomości, spotykam się czasem z facetami, ale żaden z nich nie traktuje mnie poważnie. To jest prawdziwe nieszczęście, to powód do samobójstwa.
Marcin: – Nie, nie! To ja mam gorzej, bez porównania gorzej! Właśnie przeżywam ból rozstania! A pani głównym problemem jest …nuda.
Ola: – Nuda? Co za bezczelność! Po to mnie pan ratował, żeby teraz obrażać?
Marcin: – Nie chcę pani obrażać. Ja tylko usiłuję wytłumaczyć…
Ola: – Nie potrzeba mi durnych tłumaczeń. (po namyśle) A właściwie to co pan robił na tym moście? Po co pan tu przyszedł?
Marcin: – Po to samo co pani. Po śmierć. Też chciałem skoczyć.
Ola: – Czemu pan tego nie zrobił?
Marcin: – Właśnie miałem skoczyć, kiedy usłyszałem pani płacz…
Ola: – To niech pan teraz skoczy. Chętnie popatrzę.
Marcin: – Owszem, nadal mam taki zamiar. Tym skokiem udowodnię pani, że moje cierpienie jest większe. (podejrzliwie) Ale obawiam się, że…
Ola: – Że?
Marcin: – Jeżeli skoczę, to nikt już pani nie powstrzyma przed samobójstwem. Muszę mieć gwarancję, że pani nie skoczy, kiedy mnie zabraknie.
Ola: – Za kogo pan się uważa? Za jakiegoś mojego opiekuna albo ochroniarza?
Marcin: – Skąd! Po prostu… Pani zasługuje na długie i szczęśliwe życie, na nową szansę.
Ola: – To miłe, ale niestety… Jestem jak zgrana melodia, która nigdy nie była przebojem.
Marcin: – Jeszcze będzie. Trzeba mieć nadzieję.
Ola: – Nie wierzę. Szkoda, że nie przyszłam kilka minut później. Pan by się już utopił i nikt by mi nie przeszkodził w samobójstwie.

Siedzą w milczeniu, nie patrząc na siebie, ale powoli się ku sobie przysuwają. Ola wyrzuca niedopalonego papierosa, potem wyciąga z torebki lusterko.

Marcin: – Mgła. Lubię ją.
Ola: – Ja też. Ukrywa człowieka przed światem, osłania, otula całe ciało… (przeglądając się w lusterku) A poza tym dobrze robi na cerę. (po chwili, z rezygnacją) Ale co mnie to może obchodzić? Odchodzę. Moje życie jest jak… Jak film, który…
Marcin: – Który wiele jeszcze może pokazać.
Ola: – Nie. To film, w którym już lecą końcowe napisy. (chowa lusterko do torebki)
Marcin: – Gadanie! Kto ma się cieszyć życiem, jeśli nie pani? Moim obowiązkiem jest przypilnować, żeby pani nie skoczyła.
Ola: – Dorabia pan ideologię do swojego strachu. Po prostu boi się pan skoczyć i tyle.
Marcin: – Nie boję się. (stanowczo) Zrobimy tak: odwiozę panią do domu, a potem wrócę tu i skoczę.
Ola: – Nie zostałabym w domu, od razu wezwałabym taksówkę i przyjechałabym tutaj. Żeby sprawdzić czy pan naprawdę skoczył. Jeśli tak, to potem skoczyłabym sama.
Marcin: – (z uznaniem) Jest pani wyjątkową kobietą. Odważną.

Przysunęli się do siebie tak blisko, że zetknęli się ramionami. Odskoczyli od siebie, zaskoczeni.

Marcin: – Tak w ogóle to mam na imię Marcin. W obliczu śmierci powinniśmy chyba mówić sobie po imieniu.
Ola: – (uśmiecha się blado) Może i tak. Jestem Ola.

Siedzą przez dłuższy czas w milczeniu, patrząc przed siebie.

Ola: – (cicho) Naprawdę chcesz skoczyć?
Marcin: – Tak, na pewno skoczę.
Ola: – Ja też.
Marcin: – Skoro tak bardzo chcesz, to chyba nie mam prawa cię powstrzymywać… Dobrze, że oboje pragniemy tego samego. To nas łączy. (z ożywieniem) Mogłabyś nawet skoczyć pierwsza. Bo wiesz, panie mają pierwszeństwo.
Ola: – Dżentelmen się znalazł. Ja skoczę, a ty potem pójdziesz sobie spokojnie na kolację?
Marcin: – Nie ma mowy, na pewno skoczę!
Ola: – Facetom nie można wierzyć. Poznałam kiedyś takiego… Chodził za mną, bajerował… A potem nawet listu nie napisał. Przepadł bez wieści.
Marcin: – (bez przekonania) Może miał wypadek, wpadł pod samochód albo…
Ola: – Gdzie tam! Niedawno znalazłam jego profil na Facebooku, ma żonę i dwoje dzieci. Drań!
Marcin: – Faktycznie, drań…
Ola: – Wolałabym, żeby miał wypadek. Wtedy mogłabym go nadal kochać. Platonicznie.
Marcin: – Platoniczna miłość nie ma sensu.
Ola: – Jeżeli nie ma widoków na nic innego, to trzeba się nią zadowolić. (wzdycha) Kiedyś wzięłam psiaka ze schroniska. Pomyślałam sobie: pies będzie świetnym pretekstem do samotnych spacerów, może jakiś facet mnie zaczepi, zwłaszcza jeśli sam też będzie spacerował z psem…
Marcin: – I co?
Ola: – Jeden mnie zaczepił. Mój pies zaczął go obszczekiwać, na co on się wkurzył i nawymyślał mi. Za to, że nie trzymam psa na krótkiej smyczy, tylko pozwalam mu podbiegać do ludzi. (rozmarzona) Ten facet tak mi się podobał, prawdziwy przystojniak! A potem poszedł sobie, pogwizdując, w ręku miał gazetę… Więcej go nie widziałam, ale do dziś często o nim myślę.
Marcin: – Nadal masz tego psa?
Ola: – Nie, zdechł dwa miesiące temu. Psy tak krótko żyją.
Marcin: – Niestety. Ale podobno mają dziewięć żyć, więc wychodzą na swoje.
Ola: – Nie, to koty mają dziewięć żyć.
Marcin: – Naprawdę? To niesprawiedliwe. Psom bardziej by się to należało, bo są wierne.
Ola: – Otóż to, wierność! Ona decyduje o wartości człowieka.
Marcin: – Właśnie! Gdyby Bożena była mi wierna, to… (wykonuje gniewny ruch ręką) Szkoda słów!

Podnosi kamień, leżący obok ławki i rzuca go do rzeki. Po chwili słychać plusk.

Ola: – Nie martw się. Widocznie na ciebie nie zasługiwała.
Marcin: – Powoli przestaję się martwić… (po chwili) Wiesz, naukowcy stworzyli specjalny wzór, pozwalający obliczyć wartość człowieka. Można ją wyrazić ułamkiem: nad kreską jest liczba, określająca szacunek ludzi do mnie, a pod kreską liczba, jaką ja sam sobie daję. Im większy ułamek wyjdzie, tym lepiej.
Ola: – Czyli najlepiej jest wtedy, kiedy ludzie cenią ciebie wysoko, a ty siebie nisko?
Marcin: – Na to wychodzi.
Ola: – Wiesz, kto by wygrał?
Marcin: – Kto?
Ola: – Żałosny, zakompleksiony człowieczek o niskiej samoocenie. Uwielbiany przez wszystkich, bo na jego tle czuliby się mądrzy i piękni.
Marcin: – Faktycznie. Na przykład cyrkowy klaun. (uśmiecha się) Nigdy tak o tym nie myślałem. Jesteś naprawdę bystra…

Kładzie rękę na ramieniu Oli, ta nie zwraca na to uwagi. Zachęcony tym, obejmuje ją.

Ola: – (smętnie kiwa głową) Niestety, w moim przypadku… Ja sobie dałabym zero, a przez zero dzielić nie wolno. Czyli… nie mam żadnej wartości.
Marcin: – Też coś! Taka wrażliwa, mądra kobieta… Dałbym ci maksymalną notę.
Ola: – Naprawdę? Przecież mnie nie znasz.
Marcin: – Mam takie wrażenie, jakbym cię znał od dawna.

Ola spogląda badawczo na Marcina, potem kręci przecząco głową.

Ola: – Zaraz mi powiesz, że jesteśmy bratnimi duszami, jesteśmy dla siebie stworzeni… Że całe życie czekałeś na taką kobietę, jak ja…
Marcin: – (zaskoczony) Rzeczywiście, coś takiego chciałem powiedzieć. Skąd wiesz?
Ola: – Tak mówią faceci, kiedy chcą mnie zaciągnąć do łóżka. Niestety, żaden z nich nie chce mnie potem zaciągnąć do ołtarza. (odsuwa się od niego na drugi koniec ławki) Ty też tego nie zrobisz.
Marcin: – (skonsternowany) Wiesz, chyba trochę za wcześnie o tym myśleć… Może bym to i zrobił, ale za krótko się znamy…
Ola: – Już nie masz wrażenia, jakbyśmy się znali od dawna? Chcesz mnie wykorzystać, a potem… Potem będziesz uciekał na mój widok na drugą stronę ulicy. (z ironią) Znam tę śpiewkę. Dla facetów zawsze jest czas na seks, nawet pierwszego dnia znajomości, za to na małżeństwo żadna pora nie jest odpowiednia.
Marcin: – Ja jestem inny!
Ola: – Każdy facet mówi, że jest inny, a wszyscy są tacy sami.
Marcin: – Jeżeli chcesz się przekonać, jaki jestem naprawdę, to daj mi szansę. Spędźmy trochę czasu razem. Chodźmy może teraz do jakiejś restauracji… Tak po prawdzie to zgłodniałem.
Ola: – A nie mówiłam, że myślisz o kolacji? Ta cała gadka o samobójstwie to był tylko bajer.
Marcin: – O przepraszam, naprawdę cię uratowałem. Powstrzymałem cię przed skokiem.
Ola: – (pojednawczo) Wiem… Dziękuję. (po chwili) To wszystko przez tę mgłę, człowiek głupieje.

Marcin znów przysuwa się do Oli i obejmuje ją. Siedzą w milczeniu, wpatrując się w otaczającą ich mgłę.

Ola: – Mgła samotności i zapomnienia… Nie znoszę jej.
Marcin: – Też jej nie lubię. W takiej mgle człowiek czuje się bezradny i zagubiony, ona go izoluje od świata. (uśmiecha się cierpko) Ale zapomnienie to co innego. Ono jest tam, w wodzie. (pokazuje na rzekę) I tylko tam.
Ola: – Mgła jest więc przygotowaniem do śmierci? Takim preludium?
Marcin: – (potakuje) Najpierw otacza cię mokra mgła, a potem jeszcze bardziej mokra woda.
Ola: – To zabrzmiało jak horror.
Marcin: – Dość już smętnych myśli na dzisiaj! Pójdziesz ze mną do tej restauracji? Zjemy, pogadamy o czymś przyjemnym. Zapomnimy o tym, co nas gnębi. Od tego zaczniemy nowe życie.
Ola: – Bo ja wiem? Może nawet…

Milknie, bo z mgły wyłania się mężczyzna, idący niedbałym, spacerowym krokiem. W lewej dłoni trzyma gazetę, zwiniętą w rulonik. Cicho pogwizduje, wymachując do taktu gazetą. Przechodząc obok pary, siedzącej na ławce, zatrzymuje się nagle.

Plażuk: – (uważnie przyglądając się Oli) Przepraszam państwa bardzo, ale… Czy ja już kiedyś pani nie spotkałem? Czy to nie pani była wtedy… Z tym psem?
Ola: – (zsuwa rękę Marcina ze swoich ramion) Pamięta mnie pan? Naprawdę?
Plażuk: – Oczywiście! Jak mógłbym zapomnieć? (z ukłonem) Jestem Plażuk.
Ola: – (z uśmiechem) A ja jestem Ola. Bardzo mi miło!
Marcin: – Plażuk… To imię czy nazwisko?
Plażuk: – Raczej przezwisko, pseudonim. Wszyscy znajomi tak mnie nazywają, przyzwyczaiłem się do tego. (do Oli) Często o pani myślałem, czekałem na okazję, żeby przeprosić za moje niezbyt uprzejme zachowanie. Teraz mam taką możliwość, więc bardzo panią przepraszam.
Ola: – (wyciąga rękę do Plażuka) Nie ma sprawy, przeprosiny przyjęte.

Plażuk całuje dłoń Oli, a potem wita się z Marcinem.

Plażuk: – Wspaniała jest ta mgła, prawda? Gęsta jak mleko.
Ola: – Też lubię taką pogodę.
Marcin: – A ja nie.

Zapada niezręczna, pełna napięcia cisza. Ola ogląda swoje paznokcie, co jakiś czas obrzucając dyskretnym spojrzeniem Plażuka. Obaj mężczyźni unikają nawzajem swego wzroku, z pozornym zaciekawieniem wpatrując się w biel otaczającej ich mgły.

Plażuk: – To ja… Ja już się chyba pożegnam, nie chcę państwu przeszkadzać…
Ola: – Nie jesteśmy tu razem, przypadkowo się z Marcinem spotkaliśmy.
Marcin: – Można tak powiedzieć.
Ola: – Tak tylko sobie usiedliśmy. (wskazuje Plażukowi wolne miejsce obok siebie) Może i pan usiądzie?
Plażuk: – Chętnie. (siada) Dziękuję bardzo.

Ola uśmiecha się do Plażuka, a potem niepewnie spogląda na Marcina, siedzącego przy jej drugim boku. Zakłopotana, gorączkowo szuka w myślach jakiegoś tematu do rozmowy, ale żadnego nie znajduje.

Plażuk: – (do Oli) Dziś bez psa?
Ola: – (z westchnieniem ulgi, bo rozmowa wreszcie się zaczęła) Niestety. Zdechł.
Plażuk: – Jaka szkoda! Był straszny, to znaczy strasznie fajny. Mój pies też zdechł. Ale podobno psy mają dziewięć żyć, więc wychodzą na swoje.
Ola: – (z uśmiechem) Tak mówią.
Plażuk: – Tyle nas łączy. Wspomnienia oraz psy, których już nie mamy.
Ola: – Całkiem sporo.
Plażuk: – Przejdziemy się? Może po drodze zajrzymy do jakiejś kawiarni…
Ola: – Bo ja wiem…
Plażuk: – Nalegam!
Ola: – Może… Ale tylko na chwilkę.
Plażuk: – Wedle życzenia, tylko na chwilkę. Ale kawę zdążymy wypić?
Ola: – Oczywiście!

Wstali, zajęci rozmową. Zrobili kilka kroków, kiedy nagle przypomnieli sobie o Marcinie. Stanęli, obejrzeli się. Plażuk pożegnał Marcina niedbałym skinieniem głowy, a Ola ona podbiegła do niego i podała mu rękę na pożegnanie.

Ola: – (półgłosem) Dziękuję za wszystko. To znaczy za to, że mnie powstrzymałeś przed skokiem.
Marcin: – (wstając) Rzeczywiście, warto było… Przecież ten facet to skończony…
Ola: – (przerywa mu szeptem, ale stanowczo) Przestań! To moja sprawa.
Marcin: – Lepiej kup sobie nowego psa. Może poznasz kogoś innego na spacerze.
Ola: – Żartowniś… To do widzenia.
Marcin: – Żegnaj.

Kiedy Ola i Plażuk zniknęli we mgle, Marcin podszedł do balustrady. Oparł się o nią, postał tak chwilę, a potem sięgnął do kieszeni po papierosy. Wyciągnął papierosa z paczki, przypalił. Zaciągnął się mocno.

Marcin: – (czyta napis z paczki papierosów) Palenie szkodzi zdrowiu… Może i tak, ale mnie to nie dotyczy. Zanim rak płuc zdąży się rozwinąć, ja będę już leżał na dnie rzeki. (chowa paczkę do kieszeni) Dobrze, że nie umiem pływać. Przynajmniej wiem, jak popełnić samobójstwo.

Pali bez pośpiechu, jakby chciał przedłużyć tę czynność do maksimum, potem rzuca peta do wody. Spogląda za nim w dół, ku rzece, ale nic nie widzi z powodu mgły.

Marcin: – (cicho) Może naprawdę byliśmy dla siebie stworzeni… Może całe życie czekałem na taką kobietę, jak ona…

Poprawia ubranie, przyczesuje dłonią włosy. Wdrapuje się na balustradę, staje na niej, zwrócony twarzą do rzeki. Bierze głęboki oddech, wyciąga ręce przed siebie, skacze. Po chwili rozlega się głośny plusk, którego echo odbija się o okoliczne domy i most. Potem znów zapada cisza, słychać tylko delikatny szum wody, omywającej filary mostu. Mgła gęstnieje, teraz nie widać już, gdzie jest most, a gdzie się kończy.

Po kilku minutach z mgły wyłania się młoda, elegancko ubrana kobieta. Rozgląda się gorączkowo wokół siebie, potrząsając długimi, rudozłotymi włosami. Chodzi to tu, to tam, jakby czegoś szukała, co jakiś czas wołając.

Bożena: – Marcin! Marcin! Gdzie jesteś? Marcin! (z rozpaczą) Przez tę mgłę nic nie widać…

Zatrzymuje się na chwilę, ociera łzy z oczu, a potem wraca, skąd przyszła. Znika we mgle, wciąż jednak nie przestaje wołać.

KURTYNA

Lech Brywczyński – Mgła (dramat w jednym akcie)
QR kod: Lech Brywczyński – Mgła (dramat w jednym akcie)