Zapomniałem

Szedłem gdzieś i od tak zapomniałem gdzie. Byłem akurat zamyślony, ale nie pamiętam już w co. Stanąłem i rozejrzałem się dookoła: nieznajome bloki – takie jak wszędzie, ale nieznajome – nieznajomy chodnik, z naprzeciwka idzie nieznajomy człowiek z psem. Może zapytam go gdzie jestem, co to za miejsce ?
– Przepraszam
Spojrzał na mnie, ja na niego i zapomniałem co się stało.
– Tak ?
– Nie pamiętam, przepraszam…
Odwrócił się i odszedł, a ja tak sobie pomyślałem, że na pewno gdzieś szedłem, w jakieś konkretne miejsce, zrobić coś konkretnego. Bo w innym wypadku po co w ogóle bym szedł ? A musiałem iść, żeby znaleźć się w tym miejscu. Powinienem spróbować sobie przypomnieć – ktoś pewnie gdzieś czeka na mnie, a ja się spóźniam. Spóźniam bo stoję tu już chwilę. Chyba chwilę. Nie pamiętam jak długo. Nie pamiętam kiedy się zatrzymałem, ale musiałem w pewnym momencie się zatrzymać. Musiałem iść i stanąć – to na pewno. A może wyszedłem na spacer ? W żadne konkretne miejsce i nikt na mnie nie czeka. Spacer zakłada ruch i wstrzymanie ruchu, więc równie dobrze to mógł być spacer. Jestem ładnie ubrany, mam moje nowe buty – po co miałbym spacerować w nowych, ładnych butach ? Zastanawiałem się tak jeszcze kilka minut, ale powoli o wszystkim zapominałem i przestało się liczyć gdzie szedłem: czy do kogoś, dla kogoś czy sam dla siebie. Zawiało. Zrobiło mi się zimno i chciałem wracać do domu, ale nie mogłem sobie przypomnieć czy ja w ogóle mam dom i pomyślałem teraz że chciałbym wrócić gdziekolwiek. Wrócić, zagrzać się i ściągnąć moje nowe, ładne buty, bo zacznie padać i rozkleją się na deszczu. Tak, muszę zacząć ruch, ruch, którego już nie pamiętam – znam siebie tylko tu, tylko w tym miejscu, w zatrzymaniu – ale o którym wiem, że musiał istnieć. Tylko w którą stronę ? W lewo ? Prawo ? Każda wydawała mi się tak samo dobra więc zdecydowałem, że pójdę do przodu. Jestem już zwrócony do przodu – po co się przekręcać niepotrzebnie. I już miałem iść, ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć którą nogą zaczynam zazwyczaj to chodzenie. Która idzie pierwsza. Spojrzałem na obie i obie wydawały się tak samo dobre. Ale o ile stronę świata podpowiedział mi zwrot mojego ciała, to na żadną z nóg, ustawionych w równej linii nie mogłem się zdecydować. Próbowałem robić wyliczanki, do dwudziestu, piętnastu, dziesięciu, ale nieustannie traciłem rachubę. Zastygałem z palcem wycelowanym w jedną ze stóp i zaczynałem od nowa. Bo niesprawiedliwie byłoby tak wybrać jedną nad drugą bez elementu losowości. Nie mogłem się zdecydować. Stopniowo zapominałem o chłodzie, deszczu o tym, że gdziekolwiek chciałem iść. Stałem i tylko to stanie wydało mi się teraz naturalne. I tak sobie nagle głupio pomyślałem o czymś innym: czy ja zazwyczaj mam zamknięte czy otwarte oczy ? Nie mogłem sobie przypomnieć. Próbowałem tak i tak, a w końcu postanowiłem że rozsądniej będzie całkiem zamknąć i jak tylko to zrobiłem, to poczułem, że właśnie tak jest naturalnie. Zrobiło się ciemno – ale chyba tak powinno być – a ja ciągle myślałem: czy z reguły oddycham przez nos czy przez usta ? I znowu nic. Nic mi się nie chce dzisiaj przypomnieć. Tak i tak się da, tak i tak jest podobnie. To może spróbuje wcale nie oddychać ? I zaraz jak tylko spróbowałem to zapomniałem o oddychaniu o tym, że w ogóle można oddychać. Gdzieś nade mną przeleciał samolot, usłyszałem huk silników, zakręciło mi się w głowie i upadłem na kolana, I skoro już tak wcześniej sobie dużo myślałem o różnych rzeczach, to teraz znowu tak mi wpadło do głowy: czy ja wcześniej byłem, czy raczej mnie nie było?


Gość mnie popchnął

Gość mnie popchnął. Spojrzałem na gościa pytająco, poprosił żebym się przesunął więc się przesunąłem. I stałem teraz w innym miejscu. Ale wcale nie było złe. W gruncie rzeczy miało podobne właściwości jak to poprzednie – w końcu to tylko kilka centymetrów. Chyba nawet jest lepsze – tak myślę – jakby lepszy widok i przyjemniej tu wieje, jakąś świeżość człowiekowi na myśl przywodzi. Układam się: wyprostowuję, pochylam, przekręcam – szukam optimum – ale zaraz przychodzi taki drugi gość i staje przy mnie. I akurat jak mam optimum to mnie szturcha jak ten pierwszy. I ja już rozumiem od razu o co mu chodzi więc sam się przesuwam i to znacznie dalej niż wcześniej, bo ten drugi gość jest jakby większy od poprzedniego, a i ja sam od siebie chce lepiej wypaść – pokazać trochę inicjatywy. Ale okazuje się, że niepotrzebnie bo on nie jest aż taki duży, a ja to już w ogóle jestem mały i zostaje między nami duża przerwa – nienaturalna – świszcze w nią wiatr i ani mi ani jemu nie jest przyjemnie. Więc się przysuwam, o jeden czy dwa kroki, tak żeby go nie dotknąć, bo nie po to on mnie szturchał żebym ja go teraz odszturchiwał w przeciwną stronę. Ustawiam się blisko, redukuje szparę. Miejsce po korekcie nie jest najgorsze, chociaż poprzednie było zdecydowanie lepsze. Zastanawiam się jak w całościowym rachunku wychodzi pierwsze. Dochodzę do wniosku, że było gorsze niż ostatnie, a jeszcze gorsze niż to pośrodku, no ale trudno, nie ma co rozpaczać, bywa i tak. Jest dobrze, osiągam powoli optimum tego miejsca. Widok jest ładny: kilka bloków i kilka drzew. Ale – do gościa – przychodzi teraz inny gość. Umówili się, że ten pierwszy zajmie drugiemu miejsce, a ja z nadgorliwości zmniejszyłem lukę, która była jednak najwyraźniej tamtemu potrzebna. Przesuwam się znowu (bo przecież jak goście są we dwóch to muszę im zrobić miejsce) – bardzo daleko tym razem. Nie staram się osiągnąć optimum – nie staram się nawet osiągnąć “przyjemnie” bo i tak zaraz ktoś przyjdzie i mnie przesunie. Stoję zgięty, wiatr nie wieje, słońce do mnie nie dociera. Myślę sobie, że może zaraz zrobi się lepiej, może tamten się przesunie, ten drugi sobie pójdzie i znowu wejdę do gry, znajdzie się dla mnie jakiś ładny metr kwadratowy, albo nawet dwa. Staję na palcach, obserwuje sytuacje – gdzieś w oddali widzę ruchy – i nagle podchodzi do mnie czwarty gość. To ja bez szturchania wiem czego on ode mnie chce. Robię krok w tył i spadam bo tam dalej była już tylko dziura. W locie, zaraz przed uderzeniem zastanawiam się czy na pewno chodziło mu o to.


Drżenie

Jechałem autobusem, świeciło słońce (czasami zachodziło, bo były chmury), spojrzałem na gościa po drugiej stronie, on spojrzał na mnie i mi wtedy drgnęło oko (bardziej mrugnąłem niż drgnęło). Zdziwił się, a ja zawstydziłem.
– Proszę na mnie nie patrzeć !
Krzyknąłem, ale nie zareagował, to ja jeszcze bardziej się zmieszałem, spociły mi się dłonie i czoło. Nagle autobus stanął, otworzyły się drzwi i wyskoczyłem – a to wcale nie był mój przystanek. Na powietrzu zrobiło mi się lepiej. Usiadłem na żółtej ławce i powoli dochodziłem do siebie. Czemu tak na mnie patrzył? Co to ja pierwszy na świecie mrugnąłem? I zacząłem się zastanawiać czy ja jednak nie jestem przypadkiem pierwszym człowiekiem, który mrugnął do drugiego niezamierzenie, bez aktu woli. Nie słyszałem o takich przypadkach, ani w radiu, ani w telewizji, ale z drugiej strony po co w ogóle mieliby mówić o mrugających, albo drgających w inny sposób ludziach ? I kto właściwie mrugnął w tej sytuacji ? Bo przecież skoro nie ja z mojego oka mrugnąłem to, to chyba musiał być ktoś inny. Albo coś ? Czekałem jeszcze kilka minut na autobus i wreszcie przyjechał. Ale ja nie wsiadłem. Bo jak z takim czymś właściwie wejść w ludzi ? Wsiądę, spojrzę i znowu coś mi drgnie do człowieka i ten na mnie popatrzy tak dziwnie, jak nikt nie chce, żeby na niego patrzono. Siedziałem na ławce i co jakiś czas mrugałem: tym częściej i szybciej im więcej i intensywniej o tym myślałem. Ale nie wiedziałem czy mrugam dlatego, że myślę, czy myślę dlatego, że mrugam. W końcu podjąłem decyzję, że zanim przyjedzie kolejny autobus, pójdę gdzieś, gdzie nie ma ludzi, gdzie nikt na mnie nie będzie spoglądał, żebym nie musiał krzyczeć ani z niczego się tłumaczyć. Podniosłem się ławki i zacząłem iść, a oprócz ruchu nożnego, który wykonywany był z pełną świadomością i zamiarem, bez przerwy wirowało mi oko. Pomyślałem, że i tak powinienem być wdzięczny. Uciążliwe to bo uciążliwe, ale w końcu pewnie się przyzwyczaję. Założę okulary przeciwsłoneczne i prawie nie będzie widać. Bo mogłem przecież drgać cały, albo mogłaby mi o na przykład zatelepać się ręka i to dopiero byłoby niewygodne. Chociaż to też zależy od ręki. Jestem praworęczny więc gdyby dajmy na to zatelepała się lewa, to pewnie bym sobie z tym poradził. I jak tak o tym myślałem i myślałem, to nagle podskoczyła – prawa. Tak jakby od dłoni, jakby palce pociągnęły ją do góry. Popatrzyłem w dół, żeby się upewnić czy to na pewno się stało, czy czegoś sobie przypadkiem nie ubzdurałem. Wyglądała zwyczajnie, zupełnie jak lewa. Obie były spokojne. “Dzięki Bogu” powiedziałem sobie w duchu i akurat w tej chwili zerwały się – prawa i lewa. Pisknąłem i od razu rozejrzałem się dookoła, czy przypadkiem nikt nie widział. Na balkonie stała baba i patrzyła prosto na mnie. Widziała. Na pewno widziała i teraz nie wiadomo co sobie o mnie myśli. A przecież ja jestem normalny, tylko tak mi się zdarzyło, że kilka razy zadrgałem.
– Nie patrz Babo !
Krzyknąłem i zerwałem się w sprint. Biegłem przed siebie i marzyłem o miejscu bez ludzi, o pustce bez oczu. Mrugałem coraz mocniej, a ręce rozskakały się na dobre. Nie wiem po co – niczego nie potrzebowałem łapać, po nic sięgać ani nigdzie się pocierać. Gdyby mnie chociaż coś swędziało i mógłbym powiedzieć sobie “chcą mnie drapać” to być może odnalazłbym w tej konieczności spokój. Nie zatrzymywałem się. W sprincie ich ruch wydawał się uzasadniony. Nagle coś ukłuło mnie w kręgosłupie i złapałem się za szyję – pomyślałem teraz o niej, zauważyłem ją i jakby na sygnał zaczęła odchodzić to w prawo to w lewo. W dodatku w ramach głównego ruchu rąk pojawiły się mniejsze: poszczególnych palców, które odchodziły od siebie nawzajem nagłymi skurczami. Musiałem wyglądać komicznie, jak tak biegłem zygzakiem, latała mi głowa, telepały się ręce i ciągle mrugałem. Nie rozglądałem się, nie podnosiłem wzroku – nie chciałem natrafić na oczy, które patrzyłyby na mnie z obrzydzeniem. Było tak ciężko, gruchały mi płuca, serce biło jak oszalałe, traciłem siły w nogach. Nagle w jakimś dziwnym przeczuciu uniosłem głowę i zobaczyłem pustą, oświetloną zachodzącym słońcem polanę. Drgam coraz mocniej i mocniej, ale już widzę mój cel. Ręce wiją się w tak absurdalnych trajektoriach, że nie może ich już usprawiedliwić żaden trucht, powieki drgają tak szybko i często, że przestaje cokolwiek widzieć. Nagle załamuje mi się noga. Przewracam się. Wstaję, opieram cały ciężar na drugiej i doskakuje ostatni odcinek. Już niedługo. Przechodzę przez drzewa. Patrzę na polanę. Jest piękna. Zaczynam płakać. Podskakuje mi druga noga i drugi raz upadam. Wiem, że już nie wstanę. Doczołguję się spocony na środek – w promień złotego słońca. Dookoła nie ma żadnego człowieka, jest zupełnie cicho, uśmiecham się. Połączony ruch prawej ręki i nogi przewraca mnie na brzuch – twarzą do ziemi. Leżę spokojnie. Ostatni raz wciągam powietrze – tak głęboko jak tylko mogę – i z ostatnim wydechem przemieniam się cały w drżenie, mruganie, odruch i skurcz.

Jacek Cieślak – Trzy opowiadania
QR kod: Jacek Cieślak – Trzy opowiadania