8.04.2011

Coraz bardziej godzę się z myślą, że żadnej książki nie będzie. Nie stać mnie. Jak psa, nie stać mnie na nic. Na mieszkanie być może mnie stać, pod warunkiem tyko takim, że tanie będzie, choć tanie nie wystarczy, musi być bardzo. Zostanie mi wtedy pół pensji mojej, na jedzenie… dla kotów, jedzenie dla mnie (z Biedronki) i resztki tego, co szumnie nazywam wypłatą. Pierdoleniem jest zatem, że książki i uczestnictwo w kulturze jest w zasięgu ręki, bo to tylko piwo czy dwa, czy jakaś wielokrotność piwa. Mnie na piwo nie stać, wielokrotność zera jest zerem. I chuj, jakbym nie mnożył, to mi tak wychodzi. Kultury fizycznej nie odpuszczę za to. Albumu nie wydam, zdjęcia na ślubach robić będę (co jest złem, bo oczy się psują od złych kadrów i chujowego retuszu), ale na siłownię uciułam.

***

Bieda jest moim stanem naturalnym, smutnym ale jedynym prawdziwym. Cała reszta to pierdolenie. Jak już zamienię się w karka, to rozbojami kasę na książkę „odłożę”, jeśli będę jeszcze o niej pamiętał.

13.04.2011

W pokoju nie było ekspresu do kawy, co mnie wkurwiło, bo niby dlaczego nie miałbym napić się kawy, gdy przyjdzie mnie na to jebana ochota. Chadzałem zatem do windy i trzy piętra w górę. Na siódme. My mieszkaliśmy na drugim. Pięć pięter. W chuj pięter wyżej mieszkali niż my. High five. Chodziłem tam głównie ubrany, raz tylko (lub dwa może) zdarzyło mi się popierdalać bez majtek, za to w kradzionym szlafroku. Co było miłe, bo chuja mogłem pokazać w windzie, a dywan na korytarzu łagodnie drapał mi scrotum.
Tym razem blanty paliliśmy ostentacyjnie w pokoju. Rozjebani całym kwadratem na łóżku. K był na szkoleniu przeciwpożarowym z pracy i wiedział, że czujniki to nie dymu, a temperatury. Nie wiem jaka jest temperatura spalania trawy, ale najwyraźniej z daleka taki czujnik jej nie wykryje. Owszem jest w tym coś miłego, ale jednak odbiera cześć zabawy z palenia w hotelu i dodatkowo wciąga w to mniej zdesperowanych użytkowników bazylii.
W inter-continentalu zmuszeni byliśmy palić pod prysznicem. Rozbieraliśmy się do golasa i wchodziliśmy do szklanego domu w łazience. Woda z górnej deszczownicy pochłaniała dym. Dla pewności rozkręciłem wszystkie kurki, żeby inne strumienie ZIMNEJ!!! wody pochłaniały to, co zdoła uciec. [1] Z deszczu pod rynnę chmuro uciekinierko, a mogłaś pojechać do płuc! Jestem przekonany, że w takim ustawieniu sprawy jedna osoba by nam wypadła z palenia – no nie ma chuja, żeby mu się chciało ściągać garnitury / sweterki w serek i wpierdalać się pod prysznic z trzema nie młodymi już ciotami. Ale na tym łóżku to inna sprawa. Białe smutne chmury wylatują pod sufit nieśmiało zaczepiając pogrążony w impotencji czujnik. Jako że jestem osobą wrażliwą społecznie nie mogłem patrzeć na to marno/trawstwo. A to był pierwszy z dwóch skrętów na ten wieczór! Co od razu w pamięci wieje mi sromotą. Z drugim wybraliśmy się do clubu. Piszę po angielsku, bo byliśmy w Berlinie.

cookis.*

Długie duże korytarze, ale takie jakby piwniczne, z kratami do szatni, itd, potem zaskakująca mała czerwona sala pełna nastolatków naćpanych Single Man, albo Mad Man. Garnitury, marynarki, jakaś taka szlachetność w twarzach jak nie ich dziadkowie, co w latach 50-tych raczej to w sobie dusili. I w chuj wazeliny na głowie. Wszyscy wylizani, jakby stado dzikich psów, psów pudli, wbiegło i wylizało im głowy. Jak już pierwsza fala rozczarowania rozlała mi się po rękach i nogach, to weszliśmy do sali wielkiej i przestronnej, jak magazyn albo coś co daje piękną przestrzeń. I od razu pożałowałem, że nie mam przy sobie piguły. A na postumencie wielki bukiet białych lilii, punktowo oświetlony… Piękny, żałobny taki nad mym losem nie/do/ćpanym do końca wieczoru. Do rana, w sensie.

[1] Siedzimy tak pod tym prysznicem, patrzę na białą hotelową łazienkę, na wodę, co leci do wanny i do umywalki. Dwa potężne strumienie, hałas straszny. Wszystko takie przykre i absurdalne. Po drugim skręcie już wiem, dlaczego ten pomysł mi się nie podoba. Przeciąg!

***

Wychodząc zastanawiałem się jak smakuje jego broda.

12
26.04.2011

Miasto psów.

foto: WH
foto: WH

20.05.2011

Rosjanka w różowych dresach i ipodem, młoda Polka, wyfiuczona blondynka, ubrana trochę jak na akademie w szkole (czarno-biało, granatowo), ale szkoła jest z filmu, gdzie grają same modelki i wszyscy wyglądają jak stylizowani przez Patricie Field. Jest jeszcze jej kolega, zakochany w single man, z włoskami i okularami ewidentnie skradzionymi z reklam Toma Forda + płaszcz burberry. No i ja, ubrany w polską biedę.
Cała czwórka wciska się do busa dla VIPów, tak, do chuja Pana, dla vipów. Wiec jedziemy całe 40 sekund z samolotu do pomieszczeń odprawy. Wszystko, jak wszystko dla vipów, odrobinę rozczarowuje. Bo czym właściwie różni się jeden smutny korytarz lub pokój od innego, nie vip? Chyba tylko samopoczuciem tych, którzy nim idą. Ja w vipowym czuję się jak oszust.
Jedynym plusem całej sytuacji jest oszczędność czasu, ale po chuj mi oszczędność, gdy akurat czasu mam w nadmiarze.
Czekamy na odprawę i pieczątki w paszportach, wchodzi czterech Rosjan. Dwóch zupełnie przeźroczystych w okularach, jeden wielki siwy i bezczelny – od razu mam ochotę na sex. Ale dopiero czwarty robi na mnie wrażenie. Wzrostem, mały jest jak ja, ale chyba dwa razy szerszy i nieposiadający szyi, co dodaje mu goblińskiego uroku. Ma ze sobą małą, malusieńką skórzaną teczuszkę, wypchaną (mam wrażenie) bronią palną.

***

Polacy wyglądają jak z Zachodu, ale mówią jak Polacy. Jest jakiś mocny dym, telefony im się urywają, gorączkowo starają się zażegnać kryzys, dzwonią do kilku osób i coś strasznie przeżywają. Zgubiły się kanapki, ale już jest po przerwie, po coffy braku, a kanapek nie ma. Na pewno ktoś je zanosił do pokoju konferencyjnego, ale może nie do tego, może do innego, nie, na pewno do „3” Andrzej zanosił, no ale nie ma, cały talerz kanapek przepadł. Ej… tam chyba byli jacyś studenci… – wymowna cisza. To chyba PRowcy/marketingowcy. Wyższa klasa średnia w korporacji.

***

Oddają nam paszporty, bagaże zapakowane do auta. Wsiadam do leksusa i jadę do domu.
Witają mnie gigantyczne blokowiska.

foto: WH
foto: WH

25.05.2011

Postanowiłem pomacać kultury, wyszedłem z domu i dziarskim krokiem udałem się ku galerii. Tłum ludzi, znaczna cześć, to jakieś dziwne zjeby (oceniam na podstawie komentarzy po całym spotkaniu).

***

Prawdopodobnie żyjemy w dwóch odległych rzeczywistościach. Gdzieś tam się lekko stykamy, patrzymy na to same ciemne miejsce i tyle. Widzimy je zupełnie inaczej. Mi ciemność (ładne słowo, ale chodzi raczej o brak spota na gościa spotkania, nie zapalony halogenek raczej niż gęsta kawa nocy) nie przeszkadza tak bardzo, a jak przeszkadza, to zwracam uwagę, żeby ją rozjaśnić punktowcem na ścianę. Możne dlatego, że nawet jak jest ciemno to i tak zdjęcie zrobię, i chuj, że z ziarnem i ładnych kolorów brak, nie muszę robić „pięknych fotek z eventu”.
Po drugie, że pytania były długie i to prawie monolog, i nic nie kumają. Bo, do kurwy nędzy, nie wystarczy się orientować, gdzie są foty z nowych pokazów czy linkować blogi z linkami z blogów… Nie wystarczy się nawet ładnie ubierać i brać udział w konkursach na najładniejszą stylizację na imprezie w krakowskiej, sto chuj tam ileś. Myślę sobie nawet czasem, że – nie trzeba! Żeby o modzie rozmawiać na poziomie oczko wyższym niż pierdolenie, a to znam, a tego nie znam, a nie znam, znam na bank, od dawna!
Pojeby idą, żeby usłyszeć to, co już wiedzą, bo chcą mieć pewność, że wiedzą to, co trzeba. A że nie wiedzą zbyt wiele, pozostaje im ciemność, na którą mogą się skarżyć.
Bo skarga to dowód na to, że jest się krytycznym, posiada opinie i odpowiedni poziom.

***

I chuj wam w dupę, ludzie na poziomie.

foto: WH
foto: WH

31.05.2011

Poszedłem na siłownie, to +
Bez prysznicowych klapków, to –
Kto będzie chciał ruchać się z pakerem z grzybicą?

Ps. Ładniej by brzmiało: „kto będzie chciał ruchać pakera z grzybica stóp”, ale to ontologicznie nieprawda.

10.06.2011

Obudziłem się po pierwszej w nocy, na kanapie przed telewizorem. Wstałem cicho i ostrożnie, żeby nie pobudzić kotów. Wśliznąłem się do ciemnej, chłodnej sypialni i skoczyłem do łóżka. Trochę źle wszystko wymierzyłem i przypierdoliłem w ścianę, a właściwie drewniane wezgłowie i jego słodkie modernistyczne kanty. Gdy tak klnę po ciemku (jakby ciemność była językiem), wkurwiony na cały świat, siedzę sam na łóżku i tęsknię do ciebie.

14.06.2011

Wstaję rano, o szóstej. Pierwsze 15 minut walczę z gorączką niewyspanego ciała, buntem na poziomie mitochondriów w komórkach macierzystych. Ciało chce pozostać w spoczynku, nawet śmierć wydaje się atrakcyjna. Nie ma zgody na ruch i życie. Potem koty zaczynają srać i miauczeć, że są głodne, połączenie obrzydzenia i instynktu Matki przezwycięża upór naskórka i mięśni, całe pierdolone poranne życie zbiera się w sobie i wyrusza na kolejny dzień. Pół godziny później, gdy jestem w pełni świadom, wypiłem pierwszy łyk herbaty z dwiema łyżeczkami cukru (cukier prosty jest podstawowym paliwem dla ciała, miliony mrówek wyabstrahowawszy drobinkę cukru z herbaty , biegną po żyłach i mięśniach karmiąc nimi głodne komórki, rozpalając je do czerwoności, para wytwarzana w procesie spalania cukru uruchamia ściągną i stawy), odpaliłem telewizor, kurwa, wstałem i czekam na kolejny jebany w dupę dzień, a mogłem spać i jak/by/nie/żyć. Za to koty śpią, bo ja już wstałem.
Od ósmej rano super/seria, biceps – triceps.
Generalnie: chujnia.

21.06.2011

Za oknem dyskoteka. Pan, który pokazywał mi pokój zapewniał, że będzie cicho „i w dodatku grają tylko do pierwszej w nocy” – dodał z uśmiechem.

06.07.2011

Listy miłosne:

Cześć.
Jest gorąco, jak ja pierdolę. Pierwszy strzał dostałem sekundę po wyjściu z samolotu, jakaś przerwa była miedzy rękawem, a poszyciem i dostało się ciepło. Byłem przekonany, że to od silników, które powoli się wygaszały. Potem bardzo długi spacer do kontroli paszportowej. Tam, skanowanie siatkówki oka. I już z bagażami idziemy do taksówki. Wyjście na zewnątrz terminalu było masakrą, mój mózg kilkakrotnie dostosowywał się do sytuacji, gigantyczna wilgotność + temperatura powyżej 30 stopni o 5 rano! Jak już byłem przekonany, że sytuacja jest stabilna, już wiem jak oddychać, już jestem mokry na maksa i już ciało kuma, że jest w dupie, to nadchodziło odświeżenie odczuwania w mózgu, i jeb kolejna fala ciekłego gorąca oblewa ci ciało. W taxi za to klima na maksa włączona, wiec jak już otworzyły się drzwi do takówki czujesz napierdalające ze środka zimo. Ciągła bitwa dwóch sił. I wszystko jakby we mgle, nie metaforycznie, nie wiem czy to smog czy raczej ciągła burza piaskowa nad miastem, ale widoczność dość ograniczona. W chuj budynków wielkich jak w Kijowie lub większych – Skytower jest jakimś żartem, jak się na to patrzy. JN w taksówce powiedział, że to wszystko wygląda jak Gotham City – bardzo trafne porównanie, tylko takie Gotham po atomówce, bez nocy i cienia. Wszystko wypalone i w pyle.
Dziś spędziłem dzień godny młodej, znudzonej żony, trochę popływałem w basenie i morzu, ale morze strasznie gorące – mi to odpowiada, bo jest w tym coś zmysłowego. No, ale tak na kilka minut, potem godzinka w basenie. Styl: żabka.
Dużo wpierdalałem. Chodzę na śniadania, lunche i kolacje do Blue Orange – taki wielki szwedzki stół. Zajebista kuchnia indyjska i chińska… no, azjatycka, wiec wpierdalam, pływam i czytam. Boję się tylko, co będzie jak już wyczytam całą knige, a mam tylko jedną, a dopiero wtorek wieczorem.
JN cały dzień w pracy, biegają całą chmarą sodowych corpów – wyglądają czasem jak reklama United Colors of Benneton. Każda płeć w każdym odcieniu skóry. Dziś uroczysta impreza w Armani Hotel / strój : oficjalny lub tradycyjny. Czyli cała Afryka i Japonia odpierdoli się na ludowo. JN w garniturze, jedna z koszul nie miała efektu „wow”, wiec się pospiesznie przebierał, a ja patrzyłem na ten odwrócony striptease i zapowiedziałem, że jak wróci to mamy seks i niech się lepiej z tego nie rozbiera.
Miał swój efekt „wow”.
Zdjęć robię mało, odkładam to na jutro, czy inny dzień, choć może to nie ok. Dziś zrobiłem tylko zdjęcia bawiących się kruków/wron, chyba wron, na balkonie i światła na zaparowanym lustrze.
Idę zaraz na kolacje, pewnie przytyje, bo jem sporo. Ale za to nie pije wody w czasie posiłku. Wiem, bo oglądam telewizję śniadaniową w TVN.
Tęsknię za wami i smutno mi, że nie spotkam się ze wszystkimi zaraz po powrocie, cieszę się za to faktem, że K będzie we wro i zobaczę się chociaż z nim.
Będę pisał więcej. Jutro.
Buziaki i miłej nocy.
Love wasz zjeb.

***

No, interesująco… a ja naćpany – dzień trzeci… 3 skręty… 2 jednostki wódki Pan Tadeusz….
i świętujemy Wrocław ESK 2016…
Twój K.

13.08.2011

Ostatnie trzy dni spędziłem w Kijowie, właściwie spędziłem je w domu. Nie że tak metaforycznie, że odnajduje się na Wschodzie i Kijów, cerkiew i pop, to mój dom, mała ojczyzna. Dosłownie, w domu. Nie wychodziłem wcale. Czasem tylko, żeby coś zjeść. Kijów oglądałem przez okno, głownie to w gabinecie, tak w domu jest gabinet, puste półki na książki, komputer i wielki plakat starej mapy z wyspą Brytanią, taki jaki można zobaczyć w niektórych książka Taschen’a.
Nie ciągnie mnie na zewnątrz, może to znak, że zdziczeje, ucieknę od ludzi i zaszyję się w gabinecie, gdzie palić będę kadzidełka z japońskiej świątyni, duszny przyjemny zapach i powolny dym. Dwa razy dziennie wyskoczę na balkon, papierosa w spokoju zapalę, choć przecież od dawna je rzucam, i popatrzę na kasztanowce pod oknem. Będę sobie czytał i pisał, i tak bardzo pogrążę się w literkach, że mówić przestanę.
I naprawdę ten pomysł coraz bardziej mi się podoba.
I tylko, gdy JN wróci z pracy do domu, to siądziemy sobie w kuchni pod kryształowym żyrandolem, zrobimy herbatę i będziemy gadać o dniu, co właśnie przeminął.

29.08.2011

Indianin pali gigantyczna fajkę, na opakowaniu. W paczce 20 sztuk petów z organicznego tytoniu. W sensie, bez chemii. Pali się trudno, tytoń troszkę wilgotny, oporny. Ale kosztują 5 ojro, wiec palisz bez obrzydzenia, no, nie ma chuja, żeby się wykrzywić, od czasu do czasu, szukasz malborasa albo innego gówna z glutaminianu sodu, coś co smakuje tak niezdrowo jak tylko papieros potrafi. Palisz paczkę dziennie, bo to zabija głód, a ty nie lubisz być głodny.

13.09.2011

foto: WH
foto: WH

13.11.2011

Polska Złota Jesień,
Psie gówna ukryte pod dywanem z liści.
Niespodzianka! – krzyczą wskakując na buty.

WH: 2011
QR kod: WH: 2011