Przygnębiający, smutny pokoik, w którym właśnie przeprowadzano eutanazję. Tak mówią na to pracownicy schronisk, z całą pewnością nie jest to jednak najwłaściwsze określenie: to miejsce miało tyle wspólnego z miłosierdziem, co rzeźnia. W komorze gazowej stojącej pośrodku pokoiku stłoczono kilkanaście psów. Wcześniej dwóch mężczyzn ciągnęło je siłą, co samo w sobie było barbarzyństwem. Oczy zwierząt były pełne strachu, kiedy psy wpychano do dużego cylindra. Niebożęta, ściśnięte na tak małej przestrzeni, wierciły się i skomlały, wrzeszczały niemal ludzko, rozpaczliwie próbując się wydostać. Były tak przerażone, że tratowały się nawzajem. A ciągle dokładano nowe.

Schroniska – tak wtedy, jak i teraz – stale są przepełnione, z tego powodu pozbywanie się niechcianych zwierząt jest tam codziennością. W pierwszej kolejności zabija się koty (zwłaszcza na wiosnę), suki w ciąży i psy agresywne lub chore. Wystarczy, że pies ma złamaną nogę lub otwartą ranę (weterynaryjne usługi są zbyt kosztowne, więc schroniska, nie dysponując odpowiednimi środkami, zabijają zwierzęta zamiast je leczyć, a wszystko w imię miłosierdzia), albo gdy jest stary i przez to praktycznie nie ma szans na adopcję. Nawet pchły czy zepsuty ząb – to też może oznaczać wyrok. Zresztą dopływ stworzeń, których nikt nie chce, jest niemal nieskończony i ze względu na ograniczoną ilość miejsca trzeba zabijać, co tylko się da. Szacuje się, że każdego roku uśmierca się co najmniej połowę trafiających tam zwierząt – tak według człowieka wygląda opieka – a mimo to większość ludzi naprawdę wierzy, że dla tych wszystkich psów i kotów schronisko to jak wygrana na loterii.

Sonia słyszała kiedyś, jak ktoś ubolewał nad tym, że nie ma tego rodzaju miejsc dla ludzi, którzy nie radzą sobie z życiem – gdyby ten ktoś zajrzał z nią wtedy do przygnębiającego, smutnego pokoiku, z pewnością zmieniłby zdanie. Kiedy w komorze skończyło się miejsce – a upychano psy z całej siły, w sumie wciskając do cylindra sześć dorosłych (różnej rasy i wielkości) i pięć szczeniaków (dorzucono je na sam koniec) – pracownicy zaryglowali wyposażone w szybę drzwiczki. A to co było dalej, było samym piekłem. Hałas, kompletna dezorientacja. Wszystkie zwierzęta trzęsą się na całym ciele. Ich oczy są ogromne, drżące są ich nozdrza. Walka i przerażenie – szczeniaki są tratowane i wszystko to ze strachu – a gazowanie dopiero miało się zacząć. Soni zdawało się, że trwało to całą wieczność; potem odpowiedni przycisk został wciśnięty i komora wypełniła się tlenkiem węgla. Minęło kilka sekund i szczeniaki zaczęły wymiotować na szybę. Cierpiały, ale nie to było szczytem perfidii: umieszczano je tam, wiedząc, że nie zginą od gazu – zostaną zadeptane przez dorosłe psy, które tak strasznie chciały żyć. Po minucie szczenięta już tylko leżały, jedne martwe, inne nadal jęcząc. Także pozostałe zwierzęta – te, które dotychczas rozpaczliwie walczyły, by wydostać się ze śmiertelnej pułapki – wkrótce opadły z sił i straciły nadzieję: pomieszczenie wypełnił przejmujący jęk, a potem pisk, jakby ktoś krzywdził dziecko. Nie słyszał go nikt, poza Sonią. Obaj mężczyźni – ten, który nacisnął odpowiedni przycisk (sprawiając, że komora wypełniła się gazem) oraz drugi pracownik, ten, który wcześniej pomagał wciągać tam psy, a potem upychał je we wnętrzu cylindra – najwidoczniej dobrze wiedzieli, co robią, kiedy po uruchomieniu całej tej piekielnej maszynerii wyszli, pozostawiając zwierzęta ich straszliwemu losowi. Przynajmniej jeden z nich powinien nadzorować przebieg eutanazji – tak mówiło prawo. Sęk w tym, że nikt nie był w stanie tego wytrzymać i tamtego dnia, okropnego dnia tylko Sonia słyszała dziwny, wysoki dźwięk, który trudno opisać, tę pełną rozpaczy skargę, jaka wydobywała się z psich gardeł. Bo psy wiedziały, że umierają. Ich płacz był ludzki i tak przejmujący, że ścinała się w żyłach krew. Straszniejszy niż wszystko inne, straszniejszy nawet niż sama śmierć.

Jak później dowiedziała się Sonia, zazwyczaj całe to barbarzyństwo, począwszy od wepchnięcia do komory ostatniego ze szczeniąt do momentu, gdy wszystko ucichło – zabierało od trzech do sześciu minut. Ostateczną zniewagą było załadowanie ciał na pick-upa i wywiezienie na lokalne wysypisko.

Izabela Kawczyńska – Co zobaczyła Sonia?
QR kod: Izabela Kawczyńska – Co zobaczyła Sonia?