Widok – palce lizać

To nie jest już tylko gra bezlitosnej zagłady,
ale ekspres „ja” i tak jest zdezorientowany.
Wsparcie nie rośnie, ciału braknie słów.

Otulam się w długie, ciepłe dno,
ono mnie obejmuje, pochłania i zjada.

Obok kochają się oczami i zarządzają kolorem.


Rząp

Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak
ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie
będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż
nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego
będzie mówił przez was.
Ewangelia św. Mateusza, 10, 19-20

W realu wre miłość i kipią emocje.

Gdzież ma ujście znaleźć przemoc naturalna w czasach ogólnie pokojowych, gdy przebrała się miarka za człowieka?

Słońce zabandażowane, rześkie wielce słońce patronuje grudkom śniegu grzechoczącym o dachy.

Pod topniejącym płatem śniegu kulą się trawy minionego lata.

Moja niezapamiętana twarz zaczyna od nowa stawiać czoło.

Pośród upokarzających pokus gna mnie ogień nieśmiałej ufności.

Tymi samymi ścieżkami idę jako ktoś i nikt.

Następny raz się zbiera i marynuje w zarodku.

Czynności życiowe to zyski i Bóg.

Rozżarzony węgiel toczy się ku wargom.


Hedlajny dla Adama Dalgliesha

Płoną już, płoną ogniska na dziedzińcu domu arcykapłana.

Drżące cienie liści zmieniają ziemię w roziskrzoną taflę jeziora.

Szczury z gołębiami toczą małe wojny.

I nadciągnie trzecie ja – bezbłędnie ułomne, zwodzone i spłowiałe.

Z nim będziesz dojadał resztki, z nim będziesz jeździł poprzecznymi windami, z nim pójdziesz po mokrych liściach przez Planty pod Wawelem, z nim będziesz szczał na umór w samym środku miasta.

Z głosu wygląda ono na kogoś innego, albowiem mówi, ale nie rozumie.

A za dobry wybór i za własne grzechy przyjdzie wam zapłacić cudzym nieszczęściem.

A do krzywdy dorzucona będzie zniewaga.

I rozpoznacie bezbłędnie te pozornie zbędne godziny, kiedy się spotykają dwie nicości.

A nie będzie koordynat, ani metryczek, lecz same przeciwwskazania.

Zaś wspomnienia pozostaną wstydliwe i poniżające, a wydarzenia nieważniejące, a to, co będzie miało się zdarzyć, podszyte będzie trwogą.

Ale ponoć z przemocy popłynąć mogą rozmaite pożytki – jako to: całuny utkane ze złota i krwi, zgrzyt giętych blach, rdzewiejące szkło…

I jeszcze likwidacja towaru: omszałych narzędzi, mechanizmów skazy.

A na granicach skóry trwać będzie niewzruszona wymiana szorstkich podbrzuszy, sepleniących pośladków, skarg, ud oraz blizn.

Utraty i żądze skotłują się, sczepią i skłębią.

I ujrzysz rozkwit zanikania: przyczajone, niespieszne łzy, niedostatki świeckiej ceremonii pogrzebowej.

Ktoś zaskowycze: Zlituj się, zmiłuj!

A ty spróbujesz odetchnąć i wsłuchać się w tęskny szept: Cisia Wola – topola, jemioła, cedr, Przeginia Duchowna – modrzewie i cyprysy!

Ale uważaj, bowiem, niestety, może zdarzyć się cud.

Poprzez mroczne tapety, na areale dymu, niczym gwóźdź programu może przybyć elektryczny pasterz bez języka.

I pocznie budować rzeczywistość oszczędnymi środkami – bo proste rozwiązania są równie kuszące, jak chwile słabości; tem bardziej, że słowo „popłoch” jest tu praktycznie zapoznane.

Niemniej wciąż jednak będą także (Miejmy nadzieję! Miejmy nadzieję!): atlas ryb lądowych, zdjęcia ze słów, szwadrony poezji, etui na wszystko – po prostu „Cóś pięknego i niedrogo”.

Co prawda nie będzie to praca naszych marzeń w ustabilizowanym regionie, a na dodatek potem trzeba będzie robić temu wszystkiemu aktualizującą korektę w kamieniu, ale za to już potem-potem, to już tylko pierogi z jelenia i doo wop, bezwzględny a niespodziewany doo wop na okrągło (niczym silny, ciepły i miękki wiatr listopadową nocą).

Kto wie, może nawet królowa wyjmie z fałd swojego płaszcza małą flaszeczkę?!

Aż inny anioł odciśnie pieczęć na naszych czołach.


Uwaga! Spoiler!

Ten pies już nie żyje,
ale strach pozostał.
Bierność nie odpuszcza,
bierność trzyma mocno.

Chamulce sprawiają wrażenia,
są niedomyci i brzydcy.
Narastają problemy z piórem węża
i ze wszystkim, wszystkim.

Nie czuję tajemnicy,
idę na wierzchnie pole wyrywać kamienie.
Wstydu nie ma, dumy nie ma,
w lodówce siedem głównych się mrozi.

W ciele i poza ciałem
mistyczny kryształ prochu
kłębi się, wiruje
na kamieniach płonącego rynku.

W ostatecznym rozrachunku
na duchu podtrzymuje mnie
rigor vitae, czyli siatka
zmysłowych uzależnień.

Nie, nie rozpostartym
na łąkach mych radości.
Zamkniętym raczej w celi
parciejących pożądań.

Zmęczona gąbka wchłania
kwaśny klawesyn, gorzki
kornet, szydliwy fagot
i szorstką wiolonczelę.

Witajcie, witajcie!
Oto i jest przenośna msza.
Oto już za chwilę
będzie nowy wiersz.


Epiryt

Czasem widzi się siebie, siebie sprzed ćwierćwiecza,
a jednocześnie się jest – trochę tylko obok
i jakby nieco wbrew.

Czasem się wydaje, że czas się zatrzymał na dobre,
gdy potok po kamieniach w dół leci,
rok za rokiem ten sam.

Marcin Baran – Pięć wierszy
QR kod: Marcin Baran – Pięć wierszy