i ten facet, kiedy pchaliśmy wózek jasną, wąską ulicą, mokrą i lśniącą
chciałem powiedzieć – och, muszę do lasu, otrzeć skórę o korę
policzek o mokry mech, twarz w paproć – wpół słowa zmieniłem zdanie

ten facet, jakiś menel, śmierdział poślednim węglem, stęchlizną izby
więc tylko pomyślałem. do wózka pod domem znosiliśmy z mozołem
począwszy od najcięższych, pomyślałem: rzeczy, powiedziałem: myśli

niezbędne. pralka. lodówka. dalej będzie ciężej. spojrzenie na
panel podłogi. na literaturę, skrzynki na chleb, które to mają dźwigać
mięśnie jasnego mchu ulicy, skóry zaplanowanego ostrza. chorągiewki

nowego wiwatu z okna. nowy rysunek chmury. nieznany jeszcze kąt
pobudki. niedzieli. albo zresztą. jakiegokolwiek dnia tygodnia. pchać
skórę. stęchliznę myśli. embrion zaplanowanego nieodlegle lepiej

i ten facet, którego zapach pomylił mi się z lasem
– jaki facet? szliśmy zupełnie sami, wiem, bo patrząc ci w plecy
chcąc powiedzieć: kurwa, pomyślałem: ojciec, powiedziałem: brać

Bies & Kremza – Brania
QR kod: Bies & Kremza – Brania