dla Kareny Shields

Późne słońce otwiera księgę,
karta pusta jak światło,
niezapisane niewidoczne słowa,
niemożliwa składnia
apokalipsy.
Wzniosłe Ruiny Uxmal
I żadnych konstrukcji –

umysł zaraz runie.

Można trawić z pożytkiem miesiące
i lata nawet całe życie
nic nie robiąc leżąc w hamaku
czytając prozę gdy pod spodem
kopulują białe gołębie
a małpy szczekają
we wnętrzu góry
uległem tej
pokusie –

„Tracą rozum w Selva…”
przeczytał szaleniec
w hamaku i zaczął chichotać

oprócz dżungli
jest też nieokreślony niepokój
obserwują mnie oczy
zmęczyło mnie
całe to błoto
mnóstwo robaków
ohyda

Z powrotem we śnie, wieczność
zatrzymanej fotografii
sprzed lat: spotkanie
dusz na przyjęciu
w owalnym błysku
papierosy, propozycje,
śmiech w ciemności,
przerwane rozmówki,
szybkie znajomości w przedpokoju,
twarze pozujące razem,
charakterystyczne gesty,
dziwnie znajome rysy
i nagłe rozpoznania
świadomie obojętny
gest pozdrowienia poprzez czas:
Anson czyta Horacego
i kręci głową,
poważny Hohnsbean
o białych dłoniach
wodzi nieobecnym wzrokiem,
łysy Kingsland
pije z pustej szklanki,
Dusty w wieczorowej sukni,
Durgin w białych butach
wymachuje z fotela,
Keck w kącie czeka
na podziemną muzykę,
Helen Parker unosi
w zdziwieniu ręce:
wszyscy w jednym kadrze,
na pozór radośni,
ale może tragiczni,
prześwietleni śmiertelnym
wymiarem i inteligencją
życia.

Tymczasem ja, w betonowym pokoju
nad opuszczonym
labiryntem Palenque,
mierzę swój los
wędrując samotnie po dzikich ostępach,
mrużę oczy, by nie dać się oślepić
czarnej iluminacji,
aż dusza, zmęczona
kontemplacją i działaniem wizji,
prawie się rozpada
w tej jednej chwili
możesz ujrzeć wielkie
poruszenie boskości.

Gdy stałem oparty o drzewo
we wnętrzu lasu
umierając z miłości wzbudzonej w samym sobie,
spojrzałem bezmyślnie na gwiazdy,
jakbym wypatrywał
czegoś innego w niebieskiej nocy
przez gałęzie
i na sekundę ujrzał siebie
opartego o drzewo

…a daleko stąd hałas wielkiego przyjęcia
w nowojorskich pokojach,
niedokończone obrazy na ścianach, sława,
ssanie fiuta, łzy,
pieniądze i gorące dyskusje o wielkich sprawach,
kultura mojego pokolenia…

moje nocne fantazje pozbawione kształtu
fermentująca dusza słowa zapisywane
w chwilach samotności, sny,
ukłucia, roje nocnych myśli
i pogańskich olśnień

uczucie dziwności to ten biały kot
śpiący na stole
zaraz otworzy oczy
i zatopi we mnie spojrzenie

Można by tu tkwić bez końca
obserwować zjawy na polu
widoczne z hamaka
przebijać wzrokiem cień pastwiska
całą odbitą Wieczność

…zapadły dach kryty strzechą
gdzieś pośród traw na pustym zboczu
pod bujną zielenią wegetacji
czeka na skraju dżungli:
długi cień góry wznoszącej się z tyłu
niedaleko stąd
niepowtarzalne ułożenie drzew
delikatna ciemna fryzura opada wzdłuż stoku
na tle jasnego przezroczystego nieba
wyrwy i dziury w niebieskim powietrzu
bursztynowe powidoki chmur
znikających z tyłu, na południowej
stronie…

ociężałe macki palm
klekoczą w oczekiwaniu na deszcz
liście wystawiają się
na łagodny wiatr
monstrualne zwierzęta
wymyte z ziemi
jakby porywał je
nurt wody
a później w nocy
przebłysk złych przeczuć
kiedy księżyc świeci jasno na niebie pełnym chmur
pomniejszonym, znieruchomiałym.

Tak spędziłem noc
narkotyk i hamak
w Chickén Itzá na Zamku:

widzę jak księżyc
sunie ponad krawędzią lasu
podążam jego śladem
przez jasne połacie nieba
z jednego końca czarnego okrągłego
horyzontu na drugi.

Wysokie mroczne kamienne portale,
belki pokryte nieczytelnym pismem,
płaskorzeźby z obcymi przesłaniami:
filująca lampa
zapach nafty na zakurzonej
podłodze gdzie mrówka dokonuje
rytuału przejścia, zdążając ku wielkim twarzom
które wymył deszcz

Przede mną martwa głowa
sprzed pięciu wieków
widziałem też tysiącletnie fiuty
zarośnięte mchem i guanem nietoperzy
wystające ze ściany
w ociekającym wodą sklepionym skalnym domu
ale teraz widzę głowę śmierci
wyrytą na kamiennym portalu, nie przestaje myśleć
mijają stulecia, a ona wciąż myśli
o tej nocy, w której i ja siedzę
medytując o czaszce
siedziałem tak wiele razy mając obok siebie
innego twórcę
aż stworzony przez niego obraz duchowej zmiany
nabrał wyrazu niezmienności
ale teraz ta pajęcza myśl jest bardziej mglista
niż sen, w którym ją widzę:
zostało tylko puste obojętne spojrzenie
nagiej czaszki
połamane skrzydła zmysłowej percepcji
pióropusze nieczytelnego intelektu
który w szaleństwie zapomnienia
zniknął w uskokach i znakach pierwotnej skały
ślepa, pozbawiona tajemnic twarz zwierzęcia
ponad świętymi ruinami świata
staje się czarną ścianą zaciemnionego pokoju
na odbudowanej, niezniszczalnej piramidzie
w ponurą, płaską noc Jukatanu
gdzie mój szalony umysł próbuje odczytać
obce hieroglify Wieczności.

Przestraszyło mnie skrzypienie w pokojach.

Coś jakby ptak, wampir lub jaskółka,
lata na papierowych skrzydełkach
dookoła szczytu, lekceważąc
wielkie kamienne drzewo, na którym usiadłem.

Nieustający metaliczny
odgłos cykad,
potem nieco ciszej
świszczące odnóża świerszcza,
pięć razy.
Szczęk otwierających się
drzwi w lesie,
widmowe ćwierkanie
albo rechot gada.

Bezbarwne Uxmal,
pozbawione historii jak sen;
Ruiny Tulum rozświetlone na brzegu;
Surowe Chickén Itzá
wzniesione na równinie;
Palenque, zniszczone kaplice w zielonej
krypcie wzgórza;
samotne Kabah przy autostradzie;
Piedras Negras pogrzebane raz jeszcze
przez nierozgarniętych archeologów;
Yaxchilan
zmartwychwstałe w dżungli;
Xbalba to otchłań wciąż zakryta –

posadzki pod sklepieniem z gałęzi,
ozdobne kolumny
roztrzaskane na kwiatach,
piramidy i schody
oplecione dzikim winem,
wapienne wsporniki
w zielonym nurcie drzew
filary i korytarze
zatopione w powodzi lat:

Ściana czasu zaczyna przesłaniać
cały firmament umysłu,
jak gdyby pod bezkresnym niebem zbudowano
lity i połyskujący wodospad liści i deszczu
nie przemknie tam ani jedna myśl.

Tłusty czerwony kogut
wskoczył na pniak,
geniusz tych pól,
zielonego popołudnia,
wydziera się prosto w święte słońce!

spojrzałem wstecz
przez zamknięte oczy
pełzające kształty, niczym mrówki
na murach starych zniszczonych świątyń
które wznosiły miniaturowe ruiny
a potem znikały w dzikim zielsku
zostawiając do rozwikłania
mnóstwo tajemnic
woli śmiertelnej.

Tylko ja znam wielkie kryształowe drzwi
do Domu Nocy
odwiecznej legendy –
ja i kilku Indian.

Gdybym miał muły i pieniądze, znalazłbym
Bursztynową Jaskinię
i Złotą Jaskinię
podobno są ukryte we wzgórzach Tumbala.

Ujrzałem twarz jednego
z Dziewięciu Strażników Nocy
ukrytą w mahoniowej chacie
w Krainie Zgubionych Dusz
pierwszy taki zabytek w tym miejscu.
I znalazłem zielony liść
przypominający kształtem serce;
komu poślę tę
anachroniczną walentynkę?

Wszystkie te ruiny
obudziły we mnie nostalgię
za klasycznymi stacjami
ziemi,
starożytnym kontynentem,
którego nie widziałem
i tymi kilkoma pozostałymi jeszcze
latami pamięci
zanim zapadnie ostatnia wojenna
noc –

Jak gdyby ruiny nie wystarczały,
a człowiek mógł zbliżyć się
do nieba dopiero,
gdy dojdzie do kresu
fizycznej drogi
śmiertelnego ciała
w zapomnianych miastach
ukrytych w starzejącym się świecie

…z pewnością będzie tam
kilka prawdziwych
ekstatycznie świadomych dusz,
które znam…
wracam po latach
do mojej własnej chwili
przemienienia
aby przyspieszyć zmianę
pogonić lata
dopełnić losu.

Co noc śni mi się wypływanie z portu,
postacie kapitanów,
metalowe przejścia, światła w kabinach,
Brooklyn nad wodą,
wielka niewyraźna łódź, pasażerowie, pożegnania,
szerokie rozmazane morze
podróż życia, zysk lub strata:

podobnie Europa, którą sobie wyobraziłem
wielu ją zobaczy,
ale inni nie
choć to tylko stary, dobrze znany świat
a nie abstrakcyjny, mistyczny sen.

W proroczym śnie
widzę ten kontynent w deszczu,
czarne ulice, stara noc, gas-
nący pomnik…

I długa podróż, jeszcze nie zakończona,
żegluga po starożytnych morzach
rozbijających fale na szarych pustych wydmach
wydrążona jasność świata
ku portom dziecięcej geografii
gdzie zakotwiczy
zniszczony okręt

Jakich nocy nie ujrzę
bez grosza pośród arabskich
tajemnic w brudnych miasteczkach
wokół nadmorskich kasb?
Udeptana glina ścieżek, ściany z błota,
zapach zielonych papierosów,
kreozot i śmierdząca słona woda
nad głową ciemne konstrukcje
kształty maszyn i fasada
kadłuba: i lampa barowa
świecąca w drewnianej szopie
obok ledwie widocznej
hałdy siarki usypanej na molo.

Ku jakiemu miastu
podążam? W jakich szalonych domach
zamieszkam?
Jakie wędrowne pokoje ulice
światła w długiej nocy
zderzą się z moim czekaniem? Jaki geniusz
zmysłów w starożytnych
przejściach? Jaki jazz po jazzie
w niebieskich salonach przyszłości?
Jaka miłość w kawiarniach Boga?

Tak sobie myślałem, siedząc
pięć lat temu w mieszkaniu
moje oczy otworzyły się na godzinę
w przerażającej ekstazie ujrzały
nieruchome budynki
Nowego Jorku fermentujące
pod oceanicznym Niebem.

W Ameryce mamy
umierającego boga
stworzonego
w ludzkiej wyobraźni

namacalnego
wielbionego:
jest we mnie
wewnętrzny
poprzedni obraz
boskości
wzywa mnie
do dalszej pielgrzymki.

Niepojęty Boże przyszłości.

Finca Tacalapan de San Leandro, Palenque,
Chiapas, Mexico 1954 – San Francisco 1955


przełożył: Jacek Gutorow


Od tłumacza

Jednym z najciekawszych dokumentów obrazujących rozwój poezji Allena Ginsberga przed 1955 rokiem (data powstania Skowytu i słynny wieczór autorski w Six Gallery w San Fransisco) jest kilkunastostronicowy poemat Siesta in Xbalba and the Return to the States, pisany głównie w pierwszych miesiącach 1954 roku, w czasie pobytu poety w Palenque w południowym Meksyku. Choć to prawdopodobnie najważniejszy utwór poetycki powstały przed Skowytem (tak twierdził przez pewien czas sam Ginsberg), krytycy niezbyt chętnie o nim piszą. Trudno też mówić o szerszym odbiorze czytelniczym. Fakt o tyle niezrozumiały, że poemat zawiera wiele biograficznych odniesień i może być interpretowany jako swego rodzaju sygnaturka całego korpusu. Stanowi też potwierdzenie tezy, że poetycka twórczość Ginsberga rozwijała się nie w opozycji do modernizmu, lecz przeciwnie, w nawiązaniu do modernistycznej estetyki i ideologii; czasami jest to odniesienie ewidentne, czasami ukryte, czasami bodaj nieuświadamiane.
Po latach sam poeta wyrażał się o Sjeście nader krytycznie. I nie sposób się z nim nie zgodzić. Poemat jest ważny, ale nierówny i nie do końca przekonujący, z wyraźnym posmakiem ćwiczenia literackiego, momentami przegadany i w irytująco ostentacyjny sposób fragmentaryczny i impresyjny, nazbyt też przeładowany tropami i motywami symbolicznymi. Pozwala jednak wejrzeć w proces kształtowania się poetyckiej persony, ustawiania własnego głosu lirycznego, a także aktywowania prywatnych mitów i metafor składających się na jedyne w swoim rodzaju uniwersum językowe i imaginacyjne.

Na Sjestę składają się właściwie dwa osobne wiersze oznaczone cyframi rzymskimi. Powyżej część pierwsza, znacznie dłuższa i z pewnością ciekawsza. Część druga, kilkustronicowa i moim zdaniem wtórna, opisuje tytułowy „powrót do Stanów Zjednoczonych” (fragment został ukończony w 1955 roku w Los Angeles). Już w pierwszych linijkach Ginsberg zaznacza, że to „inny wiersz” (another poem). Można go więc chyba czytać osobno? Taką lekturę przedkładam czytelnikowi.

Jacek Gutorow

Allen Ginsberg – Sjesta w Xbalbie i powrót do Stanów (fragment)
QR kod: Allen Ginsberg – Sjesta w Xbalbie i powrót do Stanów (fragment)