Śmierć to starucha, której śmierdzą stopy

            tak ją zapamiętała Stefka. Miała jakieś cztery lata, kiedy umarła stara Kozłowska. Pech chciał, że Kozłowska żyła samotnie i mieszkała po sąsiedzku, więc wszystkie obowiązki pogrzebowe w urzędach, u księdza, łącznie z wystawieniem ciała, przejęli rodzice Stefki.

            Kiedy dziewczynka zobaczyła leżącą w trumnie kobietę, siną i jeszcze bardziej pomarszczoną niż wcześniej, nie mogła zmrużyć oka przez całą noc. W dodatku, kiedy wbijała się w spódnicę mamy, miała wrażenie, że starucha łypie na nią okiem. „Czarymary, baba-jaga” – wyzywały ją dzieciaki ze wsi, kiedy wsparta na kiju szła, powłócząc lewą nogą.

            Najgorszy był jednak smród. Stefka próbowała nie łykać powietrza, zatykać nos, myśleć o fiołkach na łące, ale nic, dosłownie nic nie było w stanie sprawić, żeby odór zniknął. Najpierw próbowała po cichu powiedzieć mamusi, że coś w pokoju śmierdzi, ale mamusia ignorowała ją i wciąż uspokajała, więc kiedy miały podejść bliżej, żeby poprawić zmarłej różaniec i święty obrazek wciśnięty między palce, krzyknęła:

– Nie ruszaj jej, śmierdzi!

            I masz ci los, oczy wszystkich żałobników utkwiły w dziewczynce i zaczęły wiercić w niej wielką dziurę. Ula z Markiem popukali się w czoło. Stefka myślała, że zaraz zapadnie się pod ziemię, ale ziemia jak na złość nic nie robiła sobie z jej wstydu. Wtedy na ratunek przyszedł tatuś. Wziął ją na ręce i wyniósł z izby pełnej świec, kwiatów i zasłoniętych okien.

            Stefka mocno wtuliła się w jego pierś, a kiedy znaleźli się na zewnątrz, spokojnie zaczerpnęła powietrza. Tatuś spojrzał na nią, wydawało się jej, że z ogromną dezaprobatą, po czym głośno się roześmiał.

– Masz rację, Stefciu, okropnie tam śmierdziało. W ogóle nie powinno cię tam być. To nie miejsce dla małych dziewczynek.

            Stefka rzuciła mu się na szyję i z radości, że znalazła sojusznika, ścisnęła najmocniej, jak potrafiła, aż wydał z siebie jęk.

– Ej, mała, uważaj. Robisz się silna i jeszcze mnie zgnieciesz.

            Postawił ją na ziemi i chwycił za rączkę. Od domu dzieliło ich kilkadziesiąt metrów, a ona marzyła, by razem udali się jak najdalej od chaty Kozłowskiej, jak najdalej od wszystkich, którzy stali się świadkami jej upokorzenia.

            Jedna rzecz tylko nie dawała jej spokoju i kiedy tatuś kładł ją spać, Stefka zebrała się na odwagę i zapytała:

– Tatusiu, czemu Kozłowska tak śmierdzi?

            Chcąc oszczędzić czterolatce prawdy o przemijaniu i o tym, co po śmierci dzieje się z ludzkim ciałem, tatuś rzekł z bardzo poważną miną:

– Nie wiem, kochanie, widocznie za rzadko myła stopy.

Potrzebujemy innych ludzi           

            głównie po to, byśmy mogli się w nich przeglądać. Przymierzamy ich poglądy, analizujemy doświadczenia, stajemy się ich sędziami i mówimy im, jak należy żyć, jak należy iść, co wziąć, a co zostawić. Mówimy: dobry kierunek jest tam, droga na skróty tu.

            Dzieci lubią docierać w różne miejsca szybko, dlatego biegną lub chcą być noszone. Im jesteśmy starsi, tym bardziej odwlekamy dotarcie do celu, szukamy zastępników, schodzimy ze szlaku, by popatrzeć na roślinki lub skalne rzeźby, spacerujemy. Włącza się w nas powolność.

          Szczęście to stan umysłu, nie posiadania. Odpowiedzialność to dyscyplina i ciągła gotowość. Szczęście – zmierzanie we właściwą stronę. Lekko, z ufnością, bez potrzeby rozpychania się łokciami. Odpowiedzialność – dbanie, doglądanie, sprawdzanie, podążanie, dogadzanie, poświęcanie, oswajanie. Okoliczności i ludzi.

            Najczęściej padającym z ust stryjka Zenona zdaniem było: „W życiu nie chodzi o to, żeby być szczęśliwym, lecz odpowiedzialnym”. Stefka lubiła stryjka, a więc przyjęła tę ideę za swoją. Uważała, że życie to nie lista życzeń osobistych czy interpretacji według własnego uznania, a ludzie to nie nasze projekcje z pożądanym zestawem cech i zachowań.

            Odpowiedzialność i szczęście mają tyle sygnatur, ile istnieje osób. Nic nie jest powtarzalne, nie jest tym samym, takie samo, nie jest przewidywalne. Dlatego najlepsze, co może wybrać człowiek, to połączenie tych dwóch, czyli pełna odpowiedzialność za siebie.

Historia pani Rozalii

            była wprost niewiarygodna. Dotąd poznały ją trzy osoby. Mąż Hieronim, młody ksiądz chodzący w styczniu po kolędzie oraz kudłaty pies Kleks. Po miesiącu wynajmowania pokoju do grona osób zaufanych dołączyła Stefka.

            Rodzice pani Rozalii poznali się w trakcie wojny na robotach przymusowych w Niemczech. Oboje trafili do sąsiadujących ze sobą gospodarstw rolnych pod Dreznem.

– Tata pochodził z Janowa pod Kazimierzem nad Wisłą, a mama z okolic Kępna. Poznali się w czterdziestym pierwszym. Polacy trzymali się tam razem, spotykali się i tak zostało. Tam poczęła się Rozalka. Ale to długa historia, nie będę cię, dziecko, zanudzać.

– Ależ skąd, jestem jej bardzo ciekawa. Proszę mówić – zachęcała młoda lokatorka.

– Skoro tak, skoro prosisz, nie wypada odmawiać. Zjedz ciasteczko. O, też jako pierwsze wybieram te z makiem. Smaczne, prawda? Na czym to skończyłam? A, mamie kazali oddać dziecko, czyli mnie, do ochronki. Tam było więcej Polaków i oni stworzyli rodzaj takiego ośrodka, gdzie, jak rodziły się polskie dzieci, był obowiązek je oddać. A moja mama powiedziała, że nie odda, że za nic, że jak chcą, mogą ją rozstrzelać, ale razem z dzieckiem, bo nie pozwoli go zabrać. Tato był u innego gospodarza, więc o niczym nie wiedział. Może to i lepiej, bo czasem go ponosiło. No i skończyło się tak, że oni na siłę dziecka nie odebrali, ale wracali, chyba jeszcze ze dwa razy. Istotnie stawiali mamę pod murem, straszyli, że ją rozstrzelają, a ona ciągle mówiła im „nie”. I wtedy jakoś ten Niemiec, u którego byliśmy, jakoś tak mnie polubił podobno, bo on miał wnuczka, który ponoć był brzydki, a ja jako dziecko, jak to dziewczyneczka, byłam ładniejsza i bardzo mnie polubił.

– Nadal pani jest ładna – wtrąciła Stefka, zjadając kolejne ciastko z makiem i popijając herbatę z sokiem malinowym.

            Pani Rozalia stawiała na naturalne produkty, jej piwnicę oraz małą spiżarnię po sam sufit wypełniały przetwory własnej roboty, którymi raczyła każdego, kto tylko wykazywał ochotę do wysłuchania jej zwierzeń.

– Dziękuję, Steniu, za miłe słóweczko. I dzięki temu właśnie, że taka pięknisia ze mnie była, byłam dopuszczona na pokoje, bo to był taki dom, gospodarstwo odpowiedniej klasy, i byłam na pokoje dopuszczona, żebym się z tym chłopczykiem mogła bawić, jego wnukiem. I moja mama mówiła: „Boże, miałam z tym tylko urwanie głowy. Musiałam o wszystko dbać – żebyś była czyściutka, zadbana i uprana, żebyś pasowała do tych salonów, żebyś wyglądała jak trzeba”. I wreszcie w końcowej fazie ten Niemiec nas wybronił, powiedział im, żeby dali nam spokój, i dali nam spokój. Jeszcze herbatki?

            Stefka zarumieniła się, bo zrobiło jej się wstyd, że tak szybko opróżniła szklankę. Sok nadawał herbacie wyjątkowy charakter i przypominał jej syropy na przeziębienie robione przez mamusię latem.

– Jeśli można.

– Oczywiście. – Pani Rozalia sprawnie sięgnęła po imbryczek i zaserwowała Stefce nową porcję herbaty z dużą ilością soku z malin. – Wiesz, dziecko, może nie uwierzysz, ale miałam szczęście, bo to było blisko Drezna i jak się okazało, w końcowej fazie, jak prowadzono naloty dywanowe, szły samoloty na Drezno i między innymi ta ochronka została zbombardowana, żadne dziecko nie przeżyło. Widocznie jeszcze nie było mi sądzone. – Westchnęła i na moment się zamyśliła. – Ja tego nie pamiętam, ale tak mama opowiadała, że parokrotnie była pod tym murem stawiana, ale w każdym razie przeżyła. No, natomiast później miałam jeszcze inną historię, bo potem przyszło wyzwolenie. Ale nie chcę ci przynudzać, chyba że chciałabyś posłuchać?

            Stefka pokiwała z aprobatą głową, bo trzeba przyznać, że pani Rozalia była miłą towarzyszką, a jej opowieści ciekawą alternatywą na spędzanie zimowych wieczorów. W dodatku ciasteczka, które piekła, smakowały wprost wybornie, aż trudno było im się oprzeć.

– Tam była strefa rosyjska. A jakże, Rosjanie wybawiciele przecież, wyzwolili Polaków i zorganizowali transport. Z tym że to trochę trwało, aż do listopada, zanim nas od tych Niemców z gospodarstwa zabrali. I w listopadzie poszedł transport do Polski. Było, było tak, że w którymś momencie pociąg się zatrzymał. Ludzie wyglądają i… okazuje się, że nie ma lokomotywy. Stoi ileś tam wagonów z tymi Polakami w szczerym polu, na polu tylko brukiew, nic więcej, ani ludzi nie ma, ani domów, same wagony. Po prostu wywieźli ich Rosjanie w pola i zostawili tam. Cały transport ludzi z dziećmi, ze wszystkim. No i co, no i jak tu sobie radzić? Listopad, nic tam nie było, ani ludzi, ani domów, ani nie wiadomo, gdzie są, co robić, czy przyjdą, czy nie, kiedy.

– To musiało być straszne.

– Pewnie tak, sama nie pamiętam, ale jakby tego było mało, wtedy się rozchorowałam. Nie wiem, czy to był dyfteryt, czy co, mama nie umiała nazwać, co to było. Dusiłam się, miałam całe gardło zatkane i się po prostu dusiłam. Okazało się, że w całym tym pociągu, w całym transporcie, nie ma ani jednego lekarza. Bo różnie byli Polacy zgarniani, ale akurat lekarza nie było. I nie było ratunku dla mnie. Po prostu się dusiłam. Aż w którymś momencie nagle patrzą, jedzie gazik. Taki wojskowy gazik jedzie, tam jakichś trzech czy czterech mężczyzn, okazuje się, że to już jest gazik ze strefy amerykańskiej. Byliśmy przy granicy, a oni nic nie wiedzieli. Pola, wszędzie pola, a nic nie było wiadomo. I gazik zdziwiony, co to za pociąg, co to za transport, gdzie tu i czemu nic nie widać, ani lokomotywy, same wagony z ludźmi. Ludzie z głodu umierają, bo nie było co jeść, zaczęli tę brukiew jeść, a wiadomo, jaka reakcja była po samej surowiźnie, ani wody, ani nic, zimno, mokro, szaro, ludzie się pochorowali. Ale w międzyczasie poszła fama, że tam się dziecko dusi, i jak się ten gazik zjawił, ktoś tam pobiegł i mówi, że jest dziecko umierające, i okazało się, że jeden z tych mężczyzn w wozie był lekarzem.

– Bardzo pani współczuję.

– Nie, nie, dziecko, nie ma czego.

– I chyba troszkę zazdroszczę. Przeszła pani takie ciężkie sytuacje, a jest pani taką sympatyczną osobą, aż niewiarygodne – zadumała się Stefka. – Ja tak nie potrafię.

– To bardzo proste, Steniu, pomimo tych wszystkich traumatycznych przeżyć miałam wielkie szczęście do ludzi. Jak wtedy, w tym pociągu, kiedy szybko do mnie dotarli. Ten lekarz kazał łyżeczkę wyparzyć i tą łyżeczką wyskrobał mi gardło, po prostu, tak na żywca. No, rezultat taki, że ciągle mam, całe dzieciństwo i całe życie, problemy z gardłem, niemniej uratował mi wtedy tam życie. – I jakby na potwierdzenie postawionej przed chwilą tezy głośno chrząknęła. – A potem zabrali cały ten transport Polaków. Przyjechały wozy wojskowe i zabrali ich do Karlsruhe, taka miejscowość po drugiej stronie granicy. Tam ich zabrali i w tym obozie jakiś czas byliśmy, dopiero potem poszły transporty. Amerykanie pytali, kto chciał do Polski, kto chciał do Stanów, był wybór, ale moi rodzice chcieli do swoich i tak wybrali. Przyjechaliśmy do Polski, no i tak to było. Ale każdemu mówię, że mam dobrego anioła stróża, bo wtedy mnie nie rozstrzelali, a potem też nie umarłam, mimo że właściwie niewiele brakowało. Także jakoś niesądzone mi było widocznie. I tak trafiliśmy do Wrocławia. Najpierw mieszkaliśmy w samym centrum, potem tata znalazł miejsce, gdzie była uliczka opuszczona przez Niemców, bo tam jeszcze pełno było poniemieckich śladów, Ale to już było jakiś czas później, bo my w centrum mieszkaliśmy długo.

            Kobieta wstała i sięgnęła po album stojący na regale. Otworzyła go na portrecie około trzydziestoletniego mężczyzny z zaczesanymi do tyłu włosami.

– Tatuś.

            Dziewczyna przyjrzała się mu dokładnie. Orli nos, ciemne włosy, wysokie czoło.

–  Podobni jesteście – stwierdziła po chwili.

– Tak mówią. Nie żyje od pięciu lat, ale kiedy żył, nie znałam bardziej obrotnego mężczyzny. Jak wtedy, kiedy znalazł nam dom w ruinie. Dachu w ogóle nie było, pamiętam, jak staliśmy na górze, niebo było widać. Bardzo ten dom był zniszczony. Ale co zrobić, ci, co przyszli wcześniej z wojny, pozajmowali całe domy, z meblami, ze wszystkim, a tu nie było nic. Był po prostu dom, gdzie trzeba było robić od nowa. Tak, ale póki jeszcze młody człowiek, to co ma zrobić, co za problem, robi. Potem jakiegoś kuzyna tata znalazł, no i istotnie go wyremontowali. I dom zaczął przypominać dom. Nic z początku nie było. Skromnie, gołe ściany, kilka mebli, ale dom był. Dzięki tatusiowi.

            Stefka przeglądała kolejne fotografie w albumie. Pani Rozalia w młodości wyglądała jak gwiazda filmowa. Wszędzie roześmiania i zalotna. Delikatna uroda, klasyczne rysy, zgrabna sylwetka i talia osy. Mimo upływu lat nadal prezentowała się atrakcyjnie.

– To była ostatnia uliczka Wrocławia. Dalej już była następna miejscowość, Leśnica, czyli lasy ciągnęły się kilometrami. Olbrzymi staw tam był. Ponoć była to kopalnia zalana przez Niemców, kopalnia gliny czy czegoś, a za tym ciągnęły się lasy, lasy, Leśnica. Dla dzieciaków to był raj, ganialiśmy z chłopakami, z procami, jakaż to wtedy była frajda. Także ja bardzo byłam tam przywiązana, och, bardzo. Oj, płakałam, nie mogłam się przyzwyczaić po wyjeździe, ale później przyszedł trudny czas we Wrocławiu i trzeba się było przyzwyczaić. Wtedy kontakty polsko-niemieckie były bardzo nieciekawe, rodzice się troszkę przestraszyli, przeżyli już jedną niewolę i nie chcieli ryzykować. I wyjechaliśmy na wschód.

– Daleko?

– Do Gliwic. Budowali tam hutę, potrzebowali specjalistów i silnych rąk do pracy, tatuś natychmiast otrzymał angaż. – Kobieta westchnęła. – Ale dla mnie nie było innego miejsca, mnie tu dusiło – poklepała się po piersi – wyrywało się i ciągnęło z powrotem. I jak tylko skończyłam szkołę średnią, powiedziałam, że chcę do Wrocławia, a rodzice powiedzieli: „To jedź”, i pojechałam, to znaczy wróciłam. I jestem.

Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska – Prawo natury (fragment)
QR kod: Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska – Prawo natury (fragment)