Być jak Hermaszewski

na skrzyżowaniu kiosk stał i sklep był i kapliczka
wiata z czerwonym A na ogórki co piętnaście minut
otwierały syczące wrota do okolic zakazanych pasem
wieczorem wracając od babci po spękanym chodniku
grał w marynarza i między olbrzymimi topolami
spoglądał w niebo pełne migocących punktów
i to było dobre i stamtąd pewnie też ktoś spoglądał

a za domem prawie góry tylko takie w dole po gliniankach
strzelał z karbidu i żaby pompował latem i wracał do domu
po spękanym chodniku grając w marynarza podskakując
lub nucąc jakąś melodię przypadkiem zasłyszaną w radio
i to było dobre i gdzieś ktoś pewnie nucił swoją piosenkę

owoce zakazane smakowały najlepiej tylko czasem brakowało
parę groszy na zapałki i gumę bo bez gumy czuć było niepokój
leżąc między jabłoniami na dzierżawie w sadzie na plebani
spoglądał w niebo pełne migocących punktów i to było dobre
bo wiedział że stamtąd także ktoś spogląda nucąc swoją melodię


Empiria ukorzenia się

Na plakacie człowiek w masce albo i zwierz jakiś,
a obok ja, patrzę na nieba iluminację i na każdym moim biegunie
cyrk z krwawym show, a gdzieś na trzecim planie templariusze
zakopują cudownie odnaleziony graal a może zieloną butelkę po piwie.

Wrośnięty w beton nie czuję chłodu, nie czuję gorąca.
Liście poopadały. Ktoś gasi peta w doniczce, ktoś oblewa moczem
a na plakacie ani drgnie, ten zwierz lub człowiek w masce.
Choćbym całą siłą woli się starał, nikt nie zedrze ze mnie tej niemocy.

Podbiegł kudłaty niuchacz, nogę podniósł, oznaczył, pobiegł dalej.
Na węch szuka suczki ciekającej a za nim lewitowała smycz
jak moje bezradne ramiona. Unosiła się w sposób niekontrolowany
a może to człowiek w masce, niedostrzegalny zmysłami prowadził.

Na plakacie coś drgnęło. Zmienił się punkt w przestrzeni.
Dwuwymiarowy zwierz wychodzi z klatki na trzeci plan
do templariuszy, zabiera graala może zieloną butelkę po piwie.
Siada, zdejmuje maskę. W kałuży odbijam się ja, wrośnięty w beton.


Masaż środka

chińczycy masują uszy od wewnętrznej strony
od wewnętrznej strony uszy lubią być masowane
i od masowania uszu chińczyków głowa nie boli
a ma od czego w tym kraju z wielkim murem boleć

ot choćby rzeczony wielki mur sam w sobie nie jest wielki
ale jest i ciągnie się jak smok między górami lasami
i kto tam jeszcze wie gdzie się ciągnie a im dalej tym
bardziej zdewastowany i dlatego uszy trzeba masować

od wewnętrznej strony żeby chińczyka nie rozbolała głowa
a głów tam ponad miliard i jakieś dwieście milionów
nie da się wyobrazić tego bólu tych głów jeden ból to za dużo
a co dopiero tyle i kto by naprodukował ilości takie tabletek

toż goździkowa by krzyżykiem pogoniła skośnookich
a oczy skośne mają bo masowanie uszu od wewnętrznej
strony nie całkiem pomaga na ból głowy i trzeba mrużyć
i tak mrużą a migreny powracaj a wszystko przez ten mur

i na murze masują uszy od wewnętrznej strony – po kitajsku


żertwa

wielkie biurowce cuchną nudą
a wiary w nich tyle co w plastikowym
kubku z kawą choć nieustannie wbijają
ciągi nieskończonych cyfr to wciąż jedynki
i zera

wielkie nadzieje wypalają się
a siły w nich tyle co w wyrzuconym pecie
i w głowie szum po wieczornym rauszu
w tle dalej tańczą tango lecz wciąż to jedynki
i zera

rozglądam się a nie widzę

wielkie idee wciśnięte w tłum kołnierzyków
przepadają w miliardach niewypowiedzianych słów
i umierają jak ten grosz w kieszeni trzymany na szczęście
gdy przyjdzie go wrzucić na tacę


Tup tup szu szu hau hau

na ścianie wisiał obraz
stół z powyłamywanymi nogami taki dębowy solidny stał na środku
a wokół gromadka dzieci z różowymi polikami biegała
tup tup szu szu na krzesła pod stół i burek szczekał i kubek spadł
i ktoś zapiszczał i ktoś się zawstydził i ledwo kromkę z cukrem
zjadł poprosił o kolejną i ruch ten wieczny ruch nie jak na tym obrazie
co kiedyś wisiał na ścianie gdzie na rykowisku sztuczny jeleń
albo papuśne cherubinki z jabłkami w dłoniach odziane ledwo ledwo

i drzwi których nie ma na oścież otwarte przesłonione kotarą
i ławka jeszcze zielona a na niej tylko odpryski jakby ktoś
na wiosnę młoteczkiem opukiwał czy aby drewno zdrowe
czy wytrzyma do jesieni a po starej szopie tylko miał węglowy
i dziura obok taka jakby pół świata nagle z nieba spadło
but i kawałek czegoś co trudno nazwać lalką królewną chyba
bo jeszcze ślady po koronie pod wypalonymi z plastiku oczami

na ścianie wisiał obraz
nie ma kto pamiętać tup tup szu szu hau hau mamusiu bo on
to rozbił i cisza


Octopus

wszystko się skleja w jedną całość jak na filmie
noir główną rolę gra światło i cienie geometryczne
powidoki żaluzji w tle klekoczący wiatrak pod sufitem
gra jazz w zadymionym gabinecie

z talią osy wchodzi siada on przypala ona zaciąga się
spojrzenia oświetla mała lampka ona mówi
on słucha i ta chemia niesamowita chemia w oparach
ona strzepuje popiół spada on pomaga ona przeprasza on nie dziękuje
wyjaśniła teraz zaliczka wychodzi zarzucając falującym blondem
on spogląda poniżej talii cięcie

tyle ramion a nikt nie obejmuje
kapelusz płaszcz deszcz ulica samochód
wyjaśnia zaplątany w macki ośmiornicy
kończy bez pełnego planu na dnie east river

Błażej Jacek Klajza – Sześć wierszy
QR kod: Błażej Jacek Klajza – Sześć wierszy