Nie umiałem rysować oczu.

Wiem, artyści rysujący żywe stworzenia, szczególnie ludzi, mają problem z różnymi częściami ciała. Zazwyczaj są to dłonie czy stopy z ich ogromną ilością kosteczek i małych zakrzywień tudzież obłości. Rzadziej – włosy, które naturalnie powinny opadać lub wić się, ukazywać swoją puszystość, a czasem przylepiać się mokre do czoła, karku…

Ja nie umiałem rysować oczu.

Nie wiem na czym zasadzał się mój problem. Czy ich dziwaczny kształt wymykał się mojemu ołówkowi, a może błąd tkwił w wywinięciu rzęs – naprawdę nie wiem. Zatem, podobnie jak uczniak, który nieumiejętność odwzorowania dłoni ukrywa za plecami i w kieszeniach rysowanych postaci – ja kryłem moje niedostatki za czarnymi okularami. Wszystkie moje prace w Internecie (czy co najwyżej w lokalnej galeryjce) bezbłędnie rozpoznalibyście po tym, że ludzie wyglądają na nich w najlepszym razie jak znudzeni celebryci, w najgorszym zaś – jak niewidomi.

Kiedy zadzwonił telefon – nie spojrzałem na numer, ale usłyszałem po drugiej stronie śpiewny, kobiecy głos.

– Słyszałam, że szuka pan korepetycji z rysunku. – to była jej pierwsza reakcja na moje nieobecne „Halo?”.

– Przepraszam… Skąd pani..?

– Będę w piątek. Punkt piętnasta. – przerwała mi i rozłączyła się.

Była środa, dzień parkowy w moim rozkładzie tygodnia. Wiatr nie był lekką bryzą; w zależności od tego, co stawało na jego drodze, w niektórych miejscach dął mocniej, w innych słabiej, ale jego przyjemne ciepło raczej zachęcało do spędzenia czasu na zewnątrz niż zniechęcało do wyjścia. Niósł zapach rzęsy ze strumyka przepływającego środkiem parku. Na plastikowej ławce z początku wsłuchiwałem się w mieszankę dźwięków trącanych poduchami gałęzi, ludzkich kroków oraz rozmów. Odprężony, w uszy wsadziłem słuchawki, po czym wziąłem się za szkicowanie. W radiu jedna z moich ulubionych prezenterek, o głosie zdartym papierosami i latami pracy, dyskutowała z zaproszonym gościem, początkującym pisarzem, na temat jego literackiej biografii.

– …myślę, że rodzice nie szczędzili mi traktującej mnie poważnie literatury od najmłodszych lat. Na dobranoc czytano mi klasycznie baśnie, okrutnych Grimmów, melancholijnego Andersena czy dworującego Perraulta, a nie ich miałkie odpowiedniki za dwa złote kupione w kiosku. Najbardziej chyba nalegałem na powtórną lekturę „Królowej Śniegu”.

– Dlaczego?

– Śmieszny powód. Miałem na wsi babcię, zawsze kiedy wybiegałem z domu krzyczała za mną „Kaj leziesz?”. Proszę mnie zresztą nie zrozumieć źle, kochała mnie bardzo, ale to była prosta kobieta. I ten Kaj, z tym kryształkiem lodu w środku… no nie wiem, ciągle zastanawiałem się, kaj go zabiorą…

Nie słyszałem jak ołówek sunął po papierze, ale na papierze wykwitał kryształowo czysty obraz.

Przez kolejne dwa dni myślałem, że tamten telefon to jakiś kiepski dowcip, nie wziąłem się nawet za gotowanie czy sprzątanie mieszkania, ale w piątek, punkt piętnasta, lekturę Bataille’a przerwał mi natarczywy dźwięk domofonu. Stała w progu, zamiast bloku rysunkowego czy teczki miała pod pachą ryzę papieru. Była drobna, do tamtego momentu musiała dźwigać ją dzielnie, ale natychmiast wepchnęła mi ją, muskając moje zaskoczone dłonie i ramiona prędzej nawet niż zdążyliśmy wymienić choćby słowo.

– Katarzyna – oświadczyła ni to pogodnie, ni obcesowo, zatem sztucznie.

Też się przedstawiłem, zaproponowałem kawy.

– Wolę herbatę – uśmiechnęła się, ale jej myśli wyraźnie krążyły wokół tego czy zdjąć buty zgodnie z azjatyckim obyczajem, czy jednak zachować starannie kreowany image.

Katarzyna miała przeciętną urodę, ale dobrze maskowała to poczuciem stylu, wplatając przyciągające uwagę barwne akcenty w schludny, popielaty strój. Byłoby to doskonałe puszczenie do was oka, gdyby miała na nosie ciemne okulary, ale w eleganckich oprawkach spoczywały zwykłe szkła, być może nawet nie korygujące żadnej wady.

Piliśmy yerba mate, pokrywając kolejne kartki różnymi wprawkami, na które marszczyła nos. Po trzech godzinach z podłogi spoglądały na nas płaskie, pokraczne oczy. Spod stołu, wyglądając zza pufy, w cieniu liści jakiejś niezidentyfikowanej rośliny otrzymanej kiedyś od matki w prezencie. Żadne nie dorównywało dłoniom, nosom, ustom, ani włosom z moich rysunków. Te były idealne. Wyszła ze zdawkowym pożegnaniem.

Wracała co tydzień, nie chciała zapłaty, nieodmiennie natomiast prosiła o herbatę.

– Kojarzysz „Psa andaluzyjskiego”? – zapytała ostrożnie podczas swojej trzeciej wizyty.

Milczałem z godnością. Rysowałem zawzięcie, udając, że nie dosłyszałem. Chciałem się dla niej starać. Nie z powodu jakiegoś napięcia seksualnego między nami, które motywowałoby mnie do chęci imponowania. Nie chciałem też rozwiązać żadnej tajemnicy, nie pytałem skąd ma mój numer ani czy to jej prawdziwe imię. Z próżności. Wmawiałem sobie, że jeśli tylko będę malował oczy doskonale, przełamię impas. Moje postacie zdawały mi się już być wspaniałe i pełne ekspresji. Na pewno mogłyby zawisnąć w muzeach, przynieść mi sławę i bogactwo.

– Wiesz, czarno-biały film taki… – podjęła zawzięcie – Mrówki wychodzące z dłoni, brzytwa na gałce ocznej, ludzie wystający z piasku…

– Nie widziałem. – oświadczyłem cierpko. – Pewnie to nie był żaden nagradzany film? Te efekty specjalne musiały wyglądać tandetnie.

Potem zmiąłem obrazek, nad którym właśnie pracowałem i rzuciłem go za siebie.

Raz zastała mnie w nastroju melancholijnym. Opowiedziałem jej o tej audycji, której wysłuchałem w parku, o tym jak przypomniały mi się wakacje u mojej własnej babci. Najczęściej ferie. Matka zawsze załamywała ręce z głuchym klaśnięciem, kiedy wracałem. Bo babcia co prawda nie spuszczała podwórkowego psa z łańcucha, ale mnie z oka – a i owszem. Zawsze wracałem poobijany, pełen siniaków i zadrapań, bo ciekaw byłem najdziwniejszych zakamarków. za dużo jednak było we mnie łokci, kolan, a za mało ostrożności – to o coś zawadziłem, kiedy indziej przeciąłem o zbyt wystającą krawędź.

Katarzyna popijała herbatę, słuchała. Babci prawie nie pamięta. Tyle tylko, że piekła wyśmienite placki z rabarbarem. Mimo prób, nigdy nie udało się jej powtórzyć kulinarnego majstersztyku swojej babci.

Po pięciu tygodniach, mimo co sobotę sprzątanych kobierców koślawych oczu, postępów nie było widać. Dopiła herbatę, rozejrzała się po podłodze, spojrzała na mnie.

– Musimy poważnie porozmawiać. Chyba wiem, w czym tkwi Twój problem.

– W czym? – uśmiechnąłem się ironicznie, bo nikt tego nie wiedział. Ja z pewnością nie.

Nagle dotarło do mnie, że dziś spryskała się jakimiś perfumami. Coś jakby konwalie. Nigdy przedtem tego nie robiła. Czyżbym zatem nie dostrzegł jakiejś tandetnej tendencji, nie uchwyciłem momentu, kiedy zacząłem się jej podobać, chociaż nie okazywałem jej żadnych względów? Wciąż nie gotowałem nim przyszła, sprzątałem tyle, o ile. Nasza relacja była dla mnie czysto zawodowa. Obrzydliwe.

– Twoje oczy… – powiedziała z namysłem – …są szklane.

Zadrżała mi powieka. Kontynuowała.

– Nie wiem jak sobie wyobrażasz swoje rysunki, ale są okropne. Plątanina linii, nic więcej, i nie jest to bynajmniej Krull. Chciałam być miła, ale się kurwa nie da – wzdrygnąłem się, wypowiedziała to przekleństwo tak miękko i śpiewnie, bez żadnej emfazy, okropne. – Warstwy i warstwy linii, jak lata zadufania w sobie, jak próby rozpisania długopisu, jak…

– Wyjdź.

– …jak linie papilarne szaleńca. Jedyne w swoim rodzaju, ogromne. Obleśne.

To prawda, wolałbym mieć tylko jedno szklane oko. Wolałbym, żeby wykrzyknęła coś w stylu: „Och, już rozumiem! Masz szklane oko! Stąd te tajemnicze okulary! Ukrywasz własną niedoskonałość!” – chociaż po prawdzie pewnie po tym odkryciu powiedziałaby coś brutalnie szczerego, dajmy na to „Rysujesz piękne dłonie i włosy, bo lewa i prawa strona nie są od siebie zależne. Ale czy zauważyłeś jak okropne są piersi i pośladki kobiet z twoich prac? Czy zauważyłeś w końcu, że zawsze malujesz im tylko jedno ucho?!”.

Siedzieliśmy przy stole milcząc. Z podłogi patrzyły, pełne wyrzutu, wynaturzone oczy spod mojej ręki. Stół był idealnym okręgiem. Jego nieskończona ilość osi symetrii była zaburzona tylko tym, że nie siedzieliśmy naprzeciwko siebie.

Agnieszka Gorońska – Opowiadanie
QR kod: Agnieszka Gorońska – Opowiadanie