Bladożółte kłosy zbóż były jedynym kolorem w tej wszechogarniającej szarości. Krajobraz układał się warstwami. Pojedyncze brzozy wystawały z ciemnych wysp lasu. Trawa mokra od porannej rosy obmywała im powierzchnię stóp. Mgła osiadała na twarzach. Ogarniała wszystko w tym krajobrazie. Zastygały w niej zwierzęta. Krowa wyrastała z wysokich traw. Krowa bezimienna, bo na co jej imię na tak krótkie życia władanie. Jej grzbiet przypominał im wtedy góry. Jakieś bezimienne szczyty. Korony drzew zlewały się z mlecznym niebem. Białka oczu wołały do tego nieba o słońce, żeby zastygłe w bezruchu obrazy mogły przemówić. A oni szli przez ten krajobraz dumni, że są jego częścią. Ich dłonie bardzo chwytne i bardzo zachłanne, dotykały struktur roślin. Chropowate, śliskie, gładkie, ostre, kłujące –– dotyk pozwalał im poczuć rzeczywistość, przedefiniować sobie świat. Szli Słodki chłopiec i Słodka dziewczyna w białych okryciach, biało im było i wesoło. Bo zbudzili się jak rośliny w tej wilgoci i potrzebują jej dla spokoju ducha. Gdy dotarli do przedsionka lasu, słońce wystawało już z brył chmur. Brył, bo ciemne były, granat chmur burzowych i żółte łany zbóż. Złapał ją za rękę, żeby nie lękała się nowego koloru. Zalewał im głowy ten granat. Stopniowo przeradzał się w czerń. Gałęzie drzew waliły się na ziemię, trzeszczały. Kot jakiś przemknął im obok nóg. Też bał się nowego koloru. Choć pewnie już kiedyś go widział, ale nie pamięta, tak szybko barwy nieba się zmieniają, nigdy nie wiadomo czy to nadal to samo niebo, własne czy cudze i jak bardzo obce. Runęły grzmoty z mleka nieba, w górach odbiły się echem. Kot skrył się pod dużym liściem i spijał wodę z kałuży przed sobą. A Słodki chłopiec i Słodka dziewczyna poszukiwali miejsca na schronienie. Lecz w pustce będąc bez drzew rozłożystych, położyli się w trawie, zamknęli oczy, zawierzyli. Nagle blask jasny wytoczył się zza granatu. Mogli znów cieszyć się przekrojem świata.
Słodki chłopiec rozchylił usta. Po raz pierwszy chciał podzielić się jakąś myślą.
– Muszę ci coś powiedzieć, Słodka kobieto. Tobie też wydaje się, że… wszystko co osłabia jakąś część nas, istnieje po to, by wzmacniać pozostałe części?
Słodka kobieta wpatrywała się w niego z zachwytem, choć nie zrozumiała tego, co właśnie odkrył. Roześmiała się wesoło, żeby nie dać po sobie poznać, że pojawiło się coś, co ich dzieli. Jakiś brak, który zauważył także on. Brak, który będzie powracał do nich cyklicznie jak doświadczenie burzy. Na ich szczęście pojawiły się kolorowe ptaki, kwiaty, ciepło promieni słonecznych, słodycz owoców, sierść przyjaznych zwierząt. Codziennie jedli inny owoc, zdobywali nowe szczyty gór, kąpali się w nowych wodach. Słodki chłopiec widział coś jeszcze. Coś, co sprawiało, że gdy ich ciała się splatały, dotyk był coraz bardziej jednostronny, coraz to bardziej suchy i kanciasty. Z oczu jej nie chciał już obserwować swojej krzywizny nosa ani wiatru, co mknie przez pole. Była wciąż taka sama, niezmienna. Nie dzieliła się z nim nowymi myślami, o ile w ogóle je miała. Dla niej wszystkie widziane góry, lasy i pola były do siebie podobne. Z kim wobec tego miał dzielić się doświadczaniem tego pięknego świata? Zadawał sobie to pytanie każdego dnia po przebudzeniu.
– Muszę za tobą zatęsknić – powiedział jej któregoś wieczoru. – Rozejdźmy się, a gdy się znów spotkamy, będę cieszył się twoim widokiem, jakbyś była niezbadaną ziemią. Spotkajmy się za dwa dni pod tą wierzbą – zaproponował, a ona na to przystała. Dwa dni później czekał na nią pod wierzbą. Nie zjawiła się. Może jednak się zmieniła? Może nie zauważył? Przemyślała to sobie i odeszła bez słowa. Nie, postanowił jeszcze zaczekać. Spacerował nieopodal uzgodnionego miejsca. A ona leżała pośród kaczeńców, do połowy zanurzona w bajorze. Twarz miała taką spokojną, jakby zwierzyna wcale jej nie rozszarpała. Coś mu w tym nie pasowało. Ta naiwna kobieta zginęła śmiercią równie tragiczną, jak naiwność. Bez żadnej głębi, na jaką przecież człowiek zasługuje, bo z założenia miał być lepszy. I jeszcze te kwiaty, te kaczeńce. Wyciągnął ją z wody. Dostrzegł coś w oddali. Brodziło w bajorze. Widział tylko plecy ludzko wyglądające. Ale to przecież niemożliwe, nikogo ludzkiego prócz nich tam nie było. Zauważyliby, gdyby ktoś ich obserwował. Wyczuliby tę myśl krytyczną, lekceważącą, ironiczną, zazdrosną. Porzucił jej głowę, odbiła się o pień i jakiś kamień. To nieważne. Rzucił się w dramatyczny, żałobny pościg tego czegoś, za czym brodził. Tak sobie tłumaczył ten pościg – żałoba, a nie jakaś tam ciekawość. Ciekawość ponad zagrożenie, ponad strach i żałobę. Zatrzymali się oboje w miejscu, gdzie bajoro ponownie stykało się z twardą glebą. Słodki chłopiec mógł teraz przyjrzeć się uważniej. Brudny i wychudły mężczyzna z długą brodą i włosami zlewającymi się w jedno, uśmiechnął się szeroko, w jego oczach malował się obłęd.
Wiadomo, że zwierzęta nieświadome tego, że ktoś na nie poluje są smaczniejsze.
– Piękno jest nie tyle względne, co pozorne – wyjawił bóg i zniknął tak szybko, jak szybko wychylił się do bycia bogiem.
Okiem sroki, kiedy jeszcze nią byłem, widziałem na polanie dwa ciała. Nie miały żadnych błyskotek ani mięśni, więc odleciałem.