Dzika jabłoń

Radio krztusiło się słowackimi stacjami, a przeboje minionych
dekad dudniły w odbiciach deski rozdzielczej, gdy mijaliśmy
parki linowe, łemkowskie wioski, posiwiałe głowy cerkwi
– wygnane obrazy przeszłości, do których zasypano drogi
wyschniętym wapnem kapliczek, kamieni z pobliskich

strumieni, na Magurze Małastowskiej witało nas cesarstwo
drewnianych krzyży, dwugłowych orłów i czarnego słońca
(pod wysokim kopcem), narody które zeszły pod ziemię
nakłute bagnetami cesarsko – kajzerowskiej wojny

wieczorem przypadkowy postój, gdzieś za Bardejowem, wśród
strupów betonowych bloków – para tutejszych Romów pod drzewem
(chyba jabłonią) – ona karmi go, podaje owoce wpatrzona w ogorzałą
twarz i wszystko zaczyna się od początku, za chwilę zmierzch

i wygnanie z raju, (świeża wizja z cerkwi św. Ducha) świetlisty anioł
wskazuje kierunek, podnosi ognisty miecz na banerze
reklamy za skrzyżowaniem

07.2013


Tadeusz Makowski maluje
obraz Golem i dzieci
(Bretania 1915)

Morze wydało dziś zwłoki starego rybaka, dokładnie umyte,
ubrane w surdut z wodorostów i alg, tu w Le Pouldu to wyrok
lub śmierć głodowa wioski (kto odłowi resztę ryb z obrazu Bruegla?)
blade dzieci lepią nowe ciało z błota i piasku – niedojrzałe jabłko

w miejsce serca, oczy ze świecących szkieł butelki, patyki
w rozwarte dłonie, gałęzie w rdzenie nóg – teraz ciche zaklęcie
szeptane prosto do ust: ożyj, powstań Andre z brązu, zgniłej zieleni
w żółć i błękit dnia, porusz ziemistą kreską policzków

modlą się, aby ożył i najmniejsze z nich niesie w muszelkach dłoni
kilka kropel życia, naparstek błyskawicy złuszczony z drżących jeszcze
liści (by przykryć przekleństwo), obłaskawić morze, nim nadejdzie
kolejny przypływ, nim mrok przekroczy wydmy, przyjdzie po swoje

05.2014


Jim Jarmusch – najdłuższe wakacje

Spacerując w tej jesiennej aurze docieramy
do samego kołnierza falochronu, ocean przed chwilą
porwał cały Nowy York z dokładnie znaną sobie tylko
precyzją (nie pozostawił nawet dryfujących śmieci)

wychyleni za falochron żegnaliśmy stary świat choć
pod skórą dudnią jeszcze stalowe węże pociągów, mkną
na południe i być może za kilka dni będziemy grzać
swe stare kości w Memfis łapiąc we flesze duchy

przeszłości, wyśpiewywać gospel w kościele elvisjańskim
być może miesiąc dzieli nas od wiecznych wakacji
od gejzerów wyspy zagubionej na zimnych morzach
gdzie serwują przekąski z owczych oczu i gdzie być może

spotkamy japońskich turystów, z którymi nie dane nam
było się poznać (choćby w matowym oku ich polaroidów)
na nieznanym jeszcze planie filmowym ożywimy zastygłe

stawy wskrzeszając truposza dzikiego zachodu, stając się nowymi
pionierami, wikingami dryfującymi na długich skrawkach
taśmy filmowej, darowanych przez morze fragmentach
naświetlonych dni.

10.2014

Mariusz Tenerowicz – Trzy wiersze
QR kod: Mariusz Tenerowicz – Trzy wiersze