Wyłączyłem radio w samochodzie i niechętnie otworzyłem drzwi mojego zielonego Dodge. W uszach miałem jeszcze ostatnie dźwięki sierocego bluesa. Właściwie samochód nie należał do mnie, ale do redakcji pewnej gazety, dla której wtedy pracowałem. Francuskie wydawnictwo chciało mieć swojego korespondenta na kontynencie, a ja byłem jak zwykle do wynajęcia. Nie znałem ani słowa po francusku, ale to nie przeszkadzało, od tego są tłumacze, zresztą zdjęć nie trzeba było tłumaczyć. Spojrzałem na zegarek – prawie dziesiąta, jeszcze ponad trzy godziny – pomyślałem. Wysunąłem się z wygodnej kanapy i poczułem uderzenie ciepła, wyjąłem z bagażnika mrożoną herbatę, kanapki i sprzęt fotograficzny. Sprawdziłem film i na wszelki wypadek przetarłem jeszcze raz teleobiektyw.

Rozejrzałem się bezradnie, powoli dookoła miejsca startu zaczynali zbierać się ludzie. Powinienem był wyjść jednak trochę wcześniej, ale jakoś nie mogłem się zebrać. Opanowała mnie dziwna niechęć do tego całego dnia. Szesnasty lipca, już niedługo jesień, pomyślałem sam nie wiem dlaczego. Niebo było czyste i robiło się coraz bardziej gorąco, kiedy przysłoniłem oczy ręką dostrzegłem w dali mały kształt wyprostowanej rakiety nośnej Saturn V gotowej do startu. Kilka białych motyli przeleciało tuż przed moimi rękoma. Lato będzie ładne i pełne przygód – pomyślałem sobie starą wróżbę z dzieciństwa.

Rozłożyłem się na małym wzniesieniu tuż obok grubego faceta w kapeluszu. Z drugiej strony jakaś bardzo zaintrygowana kobieta opowiadała mężowi o doniosłości tego dnia, obgryzając jednocześnie lukrowanego pączka. Westchnąłem, sprawdziłem jeszcze raz ustawienie statywu, teraz pozostało tylko czekać i nie przegapić chwili startu. Zacząłem być dziwnie zdenerwowany, ale w inny sposób, niż wtedy kiedy robiłem zdjęcia w Kambodży, inaczej niż kiedy jechałem do Europy przygotować reportaż o bloku radzieckim. Zrobiło mi się zimno, kobieta z pączkiem zlustrowała mnie czujnym spojrzeniem nie przestając poruszać oblepionymi cukrem ustami.

Uczucie zimna znikało powoli – widocznie to od słońca – pomyślałem Wziąłem łyk herbaty, cały lód już dawno się rozpuścił. Wyraźnie czułem ostry smak Lichii i herbaty z prowincji Yunnan. Nie zabrałem żadnej chustki, ani czapki więc okryłem się moją indiańska kurtką którą dostałem kiedyś od przyjaciela i czekałem w tym zaimprowizowanym wigwamie na start misji Apollo 11. Przybywało coraz więcej ludzi, coraz nowe głosy dochodziły mnie zza ścian mojego szałasu. Jakiś chłopiec sprzedawał popcorn, ktoś roznosił Colę i czarne okulary do patrzenia pod słońce zaimprowizowane z negatywów fotograficznych.

Spojrzałem na zegarek była dwunasta, przy rakiecie widać było ruch jakiś pojazdów. Wyszedłem spod kurtki, faktycznie dookoła zebrało się już pełno ludzi.  Niektórzy z nich ubrani odświętnie zupełnie jak na jakiś festyn. Ze zdziwieniem zauważyłem, że tuż obok mnie znalazł sobie  miejsce drobny staruszek. Miał bardzo nieporadną minę i szare pudełko na kanapki. Siedział na zielonym składanym stołku.. Odwróciłem wzrok, nie chciałem się tak na niego gapić, to już niedługo pomyślałem z niepokojem. Odsłoniłem obiektyw.  Coś jednak nie  dawało mi spokoju. W staruszku  było coś innego niż w całym rozemocjonowanym tłumie. Powoli schyliłem się po butelkę z herbatą, jednocześnie patrząc ukradkiem na staruszka. Tak samo jak większość miał czarne okulary i uśmiechał się, ale jakoś tak bardzo bezsensownie, to nie był entuzjastyczny  uśmiech, raczej uśmiech zakłopotania. Wreszcie zrozumiałem spojrzenia całego tłumu były wycelowane w pięciostopniową ważącą sto-trzydzieści ton  iglicę rakiety Saturn V . Tylko staruszek tam nie patrzył, raz skręcał głowę w lewo, raz w prawo zupełnie jak szpak. Przy jego stołeczku tkwiła biała laska. On jest  niewidomy, pomyślałem, a może powiedziałem z zażenowaniem gdyż grubas obok mnie odwrócił się gwałtowanie. Staruszek  nic sobie nie robił z moich myśli i jadł kanapki z pudełka. Sięgnął po butelkę z wodą, ale ta wyślizgnęła mu się z rąk i poturlała  wprost pod moje nogi. Podniosłem ją i podałem mu. Nie wiedziałem, co powiedzieć, wreszcie jakoś niezręcznie zacząłem

– A więc Pan też przyszedł oglą… to znaczy- zaplątałem się.

– Żona mnie tu wysłała – powiedział dumnie- stwierdziła, że nie mogę przegapić takiego wydarzenia.

– Aha – przytaknąłem oszołomiony.

– Prawdę mówiąc to trochę się nie orientuje co to jest ten cały Apollo 11 – powiedział niepewnie.

– No, to jest rakieta- odparłem.

– Rakieta?- zdziwił się.

– To znaczy to tak naprawdę jest wielki zbiornik paliwa na którym siedzą ludzie i który podpalamy aby polecieli w kosmos.

– Zbiornik paliwa, niewiarygodne- powiedział zamyślony- I to właśnie świętujemy?

– No właściwie to tak- odpowiedziałem oraz bardziej niepewny.

– Ale nic im się nie stanie?- zapytał.

– Mam nadzieję, że nie- odpowiedziałem niemal szeptem.

– Ale  po co mają lecieć w kosmos, kosmos to daleko? – zapytał i wykonał nieokreślony ruch ręki.

–  No, żeby tam być, w zasadzie lecą na księżyc.

– Księżyc?

– To taka kula ze skał tak jak ziemia tylko trochę mniejsza i nic tam nie ma.

– Nic tam nie ma, niewiarygodne, ale Pan widział ten księżyc?

– No, w zasadzie można tak powiedzieć, księżyc można zobaczyć każdej nocy – powiedziałem i ugryzłem się w język.

 – A później można  będzie podróżować aż do gwiazd dodałem głośniej, żeby zatuszować poprzednią wpadkę.

– Gwiazd? – zapytał się staruszek zdezorientowany. Takich jak Elvis Presley?

– Nie- nieświadomie otarłem pot z dziwnie zimnego czoła, cała ta rozmowa zaczynała wymykać się spod kontroli- gwiazdy to takie kule z ognia i gazu, takie jak słońce.

– One się palą?- zapytał, kiwając głową chyba nareszcie udało mi się znaleźć nitkę zrozumienia. 

– Właściwie wybuchają, słońce to też gwiazda – odpowiedziałem spokojniej.

– Słońce wybucha – niesamowite, zamyślił się – dlaczego ich nie słychać? – chłopak z colą wołał swoją mantrę.

– Dlaczego ich nie słychać – stanąłem na palcach tak jakbym próbował łapać dźwięk najbliższej gwiazdy, kiwnąłem się na pięty i z powrotem na palce. Złożyłem ręce w amen tak jak zwykle gdy  coś zajmowało moją uwagę.

– No tam nie ma powietrza, dźwięk się nie przenosi dodałem ostrożnie.

– A co jest tam? – staruszek chciał wykonać ruch ręką, ale nie umiał określić gdzie powinien wycelować swoim palcem więc ostatecznie wskazał na mnie.

– Tam jest nic – zakręciło mi się lekko w głowie, szukałem przez chwilę ręką statywu żeby się oprzeć, ale po chwili odzyskałem równowagę. Zapadła chwila ciszy.

– Zbiornik paliwa leci przez nic. – hmmm staruszek zaniepokoił się – nic musi być bardzo, bardzo…  jasne – zamyślił się jakby nie umiał znaleźć innego odpowiedniego słowa na pustkę.

– Mam nadzieję, że nie będą głodni – dodał odruchowo sprawdzając czy ma przy sobie pudełko z kanapkami.

– No to niezupełnie jest tak, że tam jest nic czasem jest tam coś czego nie widać – ponownie ugryzłem się w język, ale staruszek nie zareagował.

– Przez coś czego nie widać – zamyślił się – do gwiazd, ale po co lecieć do gwiazd?

– No po to, żeby… – zacząłem zastanawiać się jak to wytłumaczyć człowiekowi który nigdy nie widział gwiazd. Zapadła niezręczna cisza. Słyszałem jakby z daleka swój własny oddech i głosy tłumu, dochodziło do mnie nienaturalnie głośne cykanie wskazówek zegarka. Zawstydzony opuściłem głowę i patrzyłem na moje zakurzone mokasyny. Jakby wbrew mojej woli spojrzałem jeszcze raz na staruszka. Zdjął okulary i patrzył na mnie parą nieprzytomnych, smutnych oczu, powoli przenosił wzrok jak od moich stóp, przez nogi, wreszcie  jego brak spojrzenia prześlizną się po mojej  indiańskiej kurtce i trafił na moje własne. 

Nagle zrobiło mi się jakoś słabo, nie wiem kiedy usiadłem na trawie i  podparłem głowę ręką. Jak zza zasłony usłyszałem huragan  czterech silników rakietowych. Kątem oka zobaczyłem blask silniejszy niż słońce. Ludzie wiwatowali  i śmiali się, spojrzałem na swoje dłonie, ale nie byłem w stanie powiedzieć czy klaszczą czy nie.  Nadeszła noc wszyscy gdzieś już poszli, nawet staruszek zniknął. W ciemności widziałem kształt statywu  aparatu. Wiedziałem, że gdzieś za moimi plecami stoi chłodny zielony kadłub Dodge. Niebo rozpaliło się miliardami gwiazd.  Gdzieś tam daleko misja Apollo 11 była już w jednej czwartej drogi do księżyca. Grały cykady.

Andrzej Molenda – Saturn V
QR kod: Andrzej Molenda – Saturn V