Miłomir Dekarz pokazuje światu środkowy palec, w który uderzył się młotkiem podczas naprawy dachu zniszczonego przez huragan Brunhilda

Ile to trzeba będzie odbudować po tej wojnie.

Ile trzeba będzie potu wylać, cegieł wypalić, drewna ociosać, szkła wytopić.

Jestem dekarzem – nie dekownikiem.

Moja kolej zawsze przychodzi na końcu, bo każdy dom potrzebuje dachu.

Każdy człowiek potrzebuje dachu nad głową, choćby płachty ze skóry wielbłąda, choćby maty z liści bambusa.

Jak można człowiekowi odmówić dachu nad głową? Nawet bydło zapędzają pod dach na noc.

A jaskółki, jeżyki i wróble?

Oj, po tej wojnie trzeba będzie zakasać rękawy.

Nie zabraknie wódki, śpiewów i bohaterskich opowieści po świt.

I ostatnie słowo będzie należało do dekarza.

Newport 2/09/21


Miłomir Dekarz śnił o ostatnich wakacjach przed wojną

Chodziliśmy po Sarajewie i szukaliśmy Vučko.

Rodzice mieli fantazję i chyba byli słowianofilami,

Ale tego nie jestem pewien.

Kiedy w telewizji zaczynała się olimpiada i wilk narciarz krzyczał z sardoniczną miną „Sarajewooo”!

Ojciec zawsze mówił: „Powinniśmy znowu jechać do Jugosławii”.

Miasto było pełne turystów a po lasach krążyły już inne wilki.

Nie pamiętam dokładnie samego miasta, a tym bardziej olimpiady i możliwe, że wszystkie wspomnienia wziąłem z telewizji.

Już wtedy lubiłem patrzeć na dachy.

Na odpoczywające na kalenicach gołębie,

Jaskrawe łuski dachówek.

A wiele lat później, w londyńskim autobusie sympatyczny pan z Ghany zapytał mnie: „Jesteś z Kosowa”?

Bo wtedy o Bośni już wszyscy zapomnieli.

Newport 3/09/21


Okrakiem na kalenicy

Dlaczego ta kobieta chciała mi sprzedać swoje zdjęcia w negliżu – zastanawia się Miłomir Dekarz patrząc w osłupieniu na ekran sfatygowanego smartfona.

Już tak ze mną źle, że zaczynam przypominać hrabiego Muffat czy jaką inną cholerę?

A więc jednak – czas upływa i potwierdza, że jestem rzemieślnikiem starej daty.

Może czas zapisać się do jakiejś gildii albo masonów?

Diabli wiedzą…

Diabli wiedzą, że przecież pruderyjny nie jestem,

I z dachów różne rzeczy się widziało.

Ale…

Newport 8/09/21


Miłomir Dekarz zastyga w oczekiwaniu

Trzeba było kupić lepszą wkrętarkę – mruczy pod nosem Miłomir – taką 18 woltową, JCB albo Makitę, a nie jakąś 12 woltową zabawkę „Firmy Krzak”, dobrą dla Boba Budowniczego.

No nic, trzeba zejść z dachu – zupełny brak profesjonalizmu.

Na siedzeniu leży książka. Miłomir otwiera na stronie, gdzie Marlene Dietrich sąsiaduje z Cole Porterem.

Oczywiście Marlene otoczona jest wianuszkiem amerykańskich żołnierzy. Miłomir domyśla się, że niektórzy z nich myślą, że to naprawdę Lili Marlene.

„Za każdym razem, kiedy mówimy sobie do widzenia, umieram po trochu.” – czyta z kpiącym uśmiechem Miłomir i wzdycha – „Kiedyś to potrafili pisać piosenki o miłości”.

Miłomir ogólnie nie lubi sentymentalnego męczenia kota, ale był w wojsku i potrafi zrozumieć, że każda soldateska ma własną Lili Marlene.

Miłomir przerzuca stronę i ze zdumieniem stwierdza, że „Route 66” powstała w 1946 roku.

„Muszę się jeszcze wiele nauczyć” – wzdycha – „… i kupić nową wkrętarkę”.

Newport 5/09/21


Miłomir Dekarz rozważa przystąpienie do Cechu Rzemiosł Różnych

W zasadzie publicznie nie przeklinam.

Ci, co mnie znają potwierdzą jednak, że mógłbym zostać szewcem, ale żeby tak publicznie rzucać mięsem?

A jak czytam tomiki poetów współczesnych, to zawsze z podziwem, że tak finezyjne i odważnie poczynają sobie ze słowem.

Przesiaduję większość czasu na dachach, więc jako robotnik budowlany chyba powinienem zagęszczać komunikaty wysyłane ponad dachami?

Ale właśnie – kiedyś porozmawiam sobie z Edith Piaf, bo gdzieś czytałem, że potrafiła puścić niezłą wiązankę, która długo unosiła się nad dachami Paryża.

Skądinąd wiem, że na zebraniach cechu zawsze panuje poważna atmosfera, a ja tak do końca poważny nie jestem i jakoś nie przepadam za wzniosłością, kadzidłem i szczurzym ryjkiem skarbnika cechu, który pulchnymi łapkami zgarnia ze stołu składki członkowskie jakby zbierał czynsz.

Jeszcze się zastanowię, ale obawiam się, że mógłbym wkrótce zacząć publicznie przeklinać.

Newport 6/09/21


17 IX 20…, Miłomir Dekarz czyta „Skrwawione Ziemie”

Ależ się obżarłem tymi magdalenkami, a podobno Deng Xiaoping uwielbiał croissanty – podobno, co tydzień z Pekinu latał specjalny samolot do Paryża.

Nie mam pojęcia, dlaczego od jakiegoś czasu prześladuje mnie rok 1921? Dziadek miał ledwie pięć lat, Babci jeszcze nie było na świecie. Hiszpanka?

W 1939? – do tego jeszcze nie doszedłem. We wrześniu Strypa musi wyglądać przepięknie. Jary, meandry, wysokie brzegi, idealna rzeka na spływy kajakowe.

Możliwe, że wrzesień zapowiadał obfite grzybobranie, chociaż lato było suche, a 17 Sowiety już były w Tarnopolu, a Dziadka jeszcze nie było w domu.

Pożeram tę historię jak Deng rogaliki, ale właściwie powinienem mieć to gdzieś, siedzieć sobie spokojnie na rusztowaniu – ćmić peta, oglądać paznokcie, zadumać się nad debililizmem youtuberów, influencerów i innych penerów, wysyłać kasę dla fundacji walczącej z głodem albo zajmować się czymkolwiek, co dotyczy realnego życia.

Tylko, że ja ciągle pamiętam, jak Dziadek powiedział, że na Majdanku poznał dosłowne znaczenie wyrażenia wisielczy humor.


Miłomir Dekarz zapatrzył się w wielką białą chmurę

Im mocniej się starasz, tym większa z tego wychodzi karykatura.

Wbijasz sobie gwóźdź w palec dla przyjaciela, a to zwykła zgrywa i okazuje się, że znowu wyszedłeś na wała.

Mam w domu wiele połamanych sprzętów, połamanych i chromych, ślepych, kaszlących, sponiewieranych jak to, co zostało po Jugosławii w opowiadaniach i wierszach tamtejszych poetów.

Głodnego nakarmić, spragnionego napoić, pragnącemu ucieczki pokazać drogę.

Wypalam inicjały na belce i zakrywam dachówkami, niech znikną, niech pokryje je mrok.

Newport 10/10/21


Miłomir Dekarz studiuje historię wojny domowej w Hiszpanii

Kto będzie teraz Lorką? Czy jakiś Orwell pisze już pamiętniki z Katalonii? Kto za chwilę będzie opłakiwał Guernicę i uciekał przez zieloną granicę do obozów we francuskiej Baskonii?

Generalnie Franco był niski, gruby i łysy, pompatyczny i głodny władzy i upajał się swoim piskliwym głosikiem przez czterdzieści lat.

Oni sobie tam poradzą, wsparci na protezach fantomowego imperium, ale wiem, że znowu nikt nie będzie chciał umierać za Gdańsk, a tym bardziej za Brukselę. I nie będzie międzynarodowych brygad, bo te już ledwo zipią nad Donem.

I może faktycznie radosny jest żywot trzody chlewnej gonionej przez pijanych Bośniaków przez wieś nad Driną, bo komuś marzy się wielkie świniobicie z morzem krwi, z morzem krwi, w której nie utoniesz ani ja, ani ty…

Newport 11/10/21


Hwyl

Możliwe, że trzeba było to zrobić kilka lat wcześniej i zatrzymać się na kilka dni we Wrocławiu,
Zamiast patrzeć na ośnieżone miasto stające się ponownie abstrakcyjnym punktem na mapie,
Ale wtedy był pośpiech i coś w rodzaju modłów, żeby w końcu oderwać się od ziemi, wbić się,
Z całym impetem w tę mgłę nad wyimaginowanymi dalekimi krajami, wyrzygać do zabranej
Przezornie torebki pożegnalne wódki, słowiańską nostalgię i ostatni czytany wiersz Słowackiego.

Lot przypominał pantum, tak jakby ktoś recytował poradnik Sosnowskiego dla początkujących
Adeptów peregrynacji i ekwilibrystyki po raz pierwszy mających jechać taksówką przez Londyn.
Naprawdę, było to tak śmieszne i monotonne jak Kujawski pejzaż pokryty kwadratami rzepaku.
Zrobiło się przyjemnie, dopiero wtedy, kiedy twoje mruczenie przez sen w ostatnią noc przed
Wyjazdem przedarło się przez jednostajny szum silników niknącego w mroku odrzutowca.

Jeszcze wtedy nie trzeba było wyłuskiwać z pamięci obrazów kilku przyjaciół, bo przecież żadne
Z nas nie wiedziało, że tak szybko rozpłyną się we mgle, zostawiając po sobie kilka wierszy,
Nie cichnące w uszach błogosławieństwo – „ty jeszcze możesz coś zmienić” i kilka drobnych próśb,
O których bardzo szybko zapomniała bez najmniejszego żalu każda z zainteresowanych stron,
wpatrzona w inny fragment tego samego horyzontu, do którego już nie zamierzała się ścigać.

Ale właściwie było tak samo, jakiś Sted leciał do Meksyku, a jakiś Bruno tonął w gliniance,
Za placami było słychać ciszę, a może cichy chichot, cień Różewicza spacerował po skutym lodem
Wrocławiu, nad którym opadały mgły, w samolocie znowu mdłości i znane na pamięć komunikaty
W obcych językach i takie niepoważne ssanie w żołądku, w czasach wideotelefonów i poczty
Elektronicznej, skrzydła przypominały wzdęte wiatrem żagle karaki Kolumba.

Tomasz Kościkiewicz – Dziewięć wierszy
QR kod: Tomasz Kościkiewicz – Dziewięć wierszy