Dworzec mieszkalny, Wrocław
w krzyku tego dworca jest pięć pociągów, dziesiątki pocałunków
i zbiegające się szepty. krzyk dworca jest naszpikowany
opowieściami lustrzanych żebraków. lustrzany żebrak jest ideą
setek żebraków.
w krzyku tego dworca podróżuje się wzdłuż drewnianych słojów,
tylko tak można podróżować. reszta jest mętną wodą,
rozpadającym się zegarem, zatrzymanym skokiem,
ciągłym fotografowaniem nas ze słońca. jego laserowe zajączki
wzniecają pożary, pożary
gęstej piany, regularnie podnoszonej fali w bezwładnym
termometrze ciała. tak oto zaczyna się śpiew tramwajów,
grząskie echo gruchania gołębi w szybach wentylacyjnych,
dobiegające z rozlanej perspektywy cienia,
aby nie wyniósł się z nas cień.
Pierwszy wiersz dla Lou
krzesło z poczekalni nie mieści się w klatce snu.
podajemy sobie dłonie jakbyśmy się badali.
potem ktoś wysuwa mi dywan spod nóg.
czuję się wysoko zawieszony. słyszę
furkot skrzydeł startujących gołębi.
zdejmij mnie ze ścian. zobacz jak błądzę
w kadrach zbiorowej pamięci.
zdejmij mnie zaraz
w powietrzu.
Głos 3.05.2005
wszystko do ciebie wraca,
chociaż numery na banknotach są już zupełnie inne –
powiedział głos o karnacji masła orzechowego
zmieszanego z wapnem wnikających we mnie ścian.
kiedy szukałem wyjścia natknąłem się na lustro.
ODCHODZĘ ktoś nabazgrał pastą
do zębów. zdążyła już wyschnąć
i pewnie straciła miętowy smak.
gdzieś blisko musiało być okno,
bo słyszałem świerszcze napędzane
przez nocne baterie gwiezdnych młynów,
bezpowietrzne ogrody kraterów,
tam gdzie nie pozwalano mi szanować ciała,
jeść metal w niebieskim papierku.
Wiersz dla Joanny
Rój białych skrzydeł szturmuje twój katolicki języczek.
Zostawiam Ci tulipana w okolicy bioder.
Trailer
to okno przez które wyleciał tamten chłopiec jak ptaszek
nie wiadomo czy ktoś mu pomógł czy sam wyskoczył
nie pozostawił po sobie żadnych śladów
zrezygnował ze wszystkich ozdobników
normalnie w takiej sytuacji zapaliłby papierosa
ale tym razem wyciągnął pasek gumy miętowej
i zawinął w niego język
jego miąższ płucny mógłby przyciemnić
światło gwiazdy przez którą widać to okno
nic więcej nie możemy powiedzieć
nie zatrzymujmy światła niech biegnie
zanim udoskonali narzędzie przemiany
Drugi wiersz dla Lou
zrozum. w tym miejscu gdzie robisz się mokra
jest krew chłopca czysta jak śnieg.
i nic bielszego ponad tę krew
nie można sobie pomyśleć.
pomyśl, że jestem takim martwym chłopcem, lou.
jak nie chcesz na mnie patrzeć to nie otwieraj mnie.
pomyśl, że jestem takim martwym chłopcem, lou.
przychodzę w nocy dotykać cię przez sen.
przychodzę wysysać to
z ciebie.
Lou połyka własne usta
Noc powraca jak zaciśnięta pięść. Noc zwraca mnie, podsuwa
pierwszej z brzegu. Imituję drzewo. Czekam, aż wąż przypełznie
i owinie się wokół serca. Codziennie podsuwam mu świeżą mysz.
Otwieram je delikatnymi palcami pianisty. Otwieram je rękami
zranionej Matki i wpuszczam do ich ciepłych wnętrz
wściekłą twarz Ojca.
Sajgon Sajgon „Wszystkie dzieci mojego id”
Lou połyka własne usta. Film stukrotnie przyspieszył.
Umiejscowił się za drzwiami i w każdym oknie.
Podpalony stoi na baczność. Kwiat zniszczył kwiaty.
Zamordowano lustra. Kwiat jest wszystkimi kwiatami
po kolei. Przejrzystość zabija przejrzystość.
Lou gromadzi światło. Lou połyka strumień światła.
Poeta rozpuszcza się w słońcu.
W obliczu słońca Lou pozostaje
światłem
Trzeci wiersz dla Lou
Przywołaj mnie po imieniu, bo trzęsę się ze śmiechu
na samą myśl, że mogłabyś mnie przeliczyć.
Będę się ulatniał, wlewał w siebie spirytus.
Uchylisz usta do pocałunku, będziesz ulatniała gaz.
W ostatecznym rozrachunku spocimy się benzyną.
Zapałka kojarzy mi się ze szkatułką.