The general shitsem designed to manipulate woman and make it look like a woman is inferior, unintelligent and incompetent. Most people therefore don`t realise how important woman is. When men don`t realise this, them obviously drop out of some batty-hole.
Peter Tosh

Większość młodych adeptów reggae na pytanie o kobiety reprezentujące ten gatunek, po dłuższym zastanowieniu wskazuje na trzy panie, które gdzieś z tyłu z sceny, w cieniu reflektorów towarzyszyły na koncertach Bobowi Marleyowi. Niestety nie wszyscy potrafią wymienić nawet ich nazwiska. W niniejszym tekście podejmuję próbę wyciągnięcia tych pań z cienia. Tych i nie tylko tych, albowiem już na początku drogi, jaką odbyło na przestrzeni lat jamajskie muzykowanie, było ich dużo więcej.

Wbrew obiegowym opiniom to nie Bob Marley sprawił, że jamajską muzykę zauważył świat. Dekadę wcześniej uczyniła to młodziutka Millie Small, której „My Boy Lollipop” podbił listy przebojów po obu stronach Atlantyku, otwierając drogę do międzynarodowej kariery innym jamajskim artystom, zaś Chrisowi Blackwellowi zapewnił wystarczającą ilość pieniędzy by mógł się wziąć choćby za promowanie Marleya.

„My Boy Lollipop” to nie tylko pierwszy międzynarodowy sukces jamajskiego artysty, ale także przykład rewolucyjnego wręcz, jak na jamajskie warunki, podejścia producenta do roli kobiety w muzycznym biznesie, bo choć utalentowanych, obdarzonych pięknym głosem pań na Jamajce w owych czasach nie brakowało, to w najlepszym razie widziano je jako dodatek do śpiewających panów.

Dwa lata przed sukcesem Millie Small, kierowana przez Blackwella Island Records odnotowała na swym koncie pierwszy spory przebój – „Housewives Choice” w wykonaniu duetu Derrick and Patsy, czyli Derricka Morgana i Millicent „Patsy” Todd. [Na marginesie warto dodać, że „Housewives Choice” nie jest oryginalnym tytułem tego nagrania. To właśnie domagające się nadawania tego utworu housewives zainspirowały radiowego Dj-a do nadania mu nazwy, pod którą przeszedł do historii.]

Wśród innych ważnych jamajskich duetów początku lat 60. wymienić należy choćby Enid Cumberland i Keitha Stewarta (“Worried Over You“), Normę Fraser i Lorda Creatora (“We Will Be Lovers”), Paulette i Delroya Wilsona (“Can`t You See”), czy “All By Ourselves” w wykonaniu Hortense Ellis i Lascelles Perkinsa. Przypadek Millie Small nie spowodował jednak przełomu, pamiętajmy, że „My Boy Lollipop” już w zamierzeniu skierowany był na zagraniczne rynki, gdzie solowa kariery kobiety nikogo nie dziwiła. Na Jamajce opór materii był jednak zbyt duży, a pierwsze próby zmienienia tego stanu rzeczy pojawiły się dopiero wraz z nadejściem nowej muzycznej ery – „rocksteady”.

W 1967 roku niemałe zamieszanie na sound systemowych zabawach w Kingston wywołał „You Don`t Love Me” w wykonaniu Dawn Penn. Brawurowe wykonanie dość trywialnego tekstu („You don`t love me, yes I know now…”) zasłużoną sławę przyniósł jej jednak dopiero ćwierć wieku później, gdy artystka po latach powróciła z nową wersją tej pięknej piosenki. Powróciła dodajmy, nie tylko na scenę ale i na Jamajkę, gdyż po nagraniu kilku utworów dla Coxsone`a i Bunny`ego Lee Dawn w 1970 roku wyemigrowała na Wyspy Dziewicze.

Podobną drogę przebyła Norma Fraser, która po sporym sukcesie jej wersji „The First Cut Is the Deepest” Cata Stevensa (dzięki której okrzyknięta została w Wielkiej Brytanii „najbardziej obiecującym kobiecym głosem”) opuściła Jamajkę na dwadzieścia lat zrywając ze śpiewaniem. Niestety to koniec tej smutnej wyliczanki. Oto obdarzona fenomenalnym głosem Phyllis Dillon, którą śmiało można by okrzyknąć „królową rocksteady”, na początku lat 70. również zdecydowała się na emigrację. Dlaczego? Wszak jej „Don`t Stay Away”, czy „Perfidia” jednogłośnie są dziś uznawane za absolutne klasyki gatunku.

Cóż takiego działo się z jamajskim przemysłem muzycznym, że dobrowolnie godził się na stratę artystów takiego formatu? Boleśnie szczerej odpowiedzi na powyższe pytania udzielił sam „Coxsone” Dodd, właściciel legendarnego Studio One: „Hortense Ellis była najlepszym co miałem. Ale… miała za dużo dzieci.”. W polityczną poprawność nie bawił się również przepytywany na tę okoliczność Desmond Young, prezes Jamajskiej Federacji Muzyków: „Kiedy kobieta jest autorem dwóch przebojów, a ty podpiszesz z nią kontrakt ryzykujesz, że zajdzie w ciążę, a ty zostaniesz na lodzie. Nie jestem przeciw macierzyństwu, ale kobiety powinny planować swe kariery”.

Ten jakże chętnie używany przez wszystkich męskich szefów na świecie argument, choć już sam sobie mocno naciągany, w odniesieniu do realiów jamajskiego przemysłu muzycznego lat 60 i 70 ubiegłego wieku wydaje się być jednak całkowicie chybiony. W owym czasie normą wśród jamajskich producentów było płacenie artystom jedynie za konkretne nagranie, zaś umowy (o ile w ogóle takowe podpisywano) niezwykle rzadko były dotrzymywane. Dziesiątki artystów (bez względu na płeć), którzy w tamtych czasach nagrywali dla Coxsone`a czy Reida do dziś bezskutecznie domagają się należnych im pieniędzy.

A jako, że o kobietach tu mowa, oddajmy głos Marcii Griffiths: „Mogę powiedzieć całemu światu, że w ciągu 24 lat spędzonych w tym biznesie, jedyny okres w którym zarabiałam, to czas współpracy z Bobem Marleyem. Jako artystka solowa nigdy nie otrzymałam żadnych tantiem ani od Toma ani od Dicka, ani od Harry’ego.” Mówienie w tym kontekście o „planowaniu kariery” zakrawa raczej na ponury żart.

Zważmy jednak, iż na problem ten można spojrzeć także z innej strony. Cytowany w „Reggae Routes” Changa i Chena prawnik Lloyd Stanbury zwrócił uwagę na drugą stronę medalu: „producenci wolą tu robić interesy z mężczyznami, ponieważ kobiet nie można tak łatwo oszukać. Są po prostu lepiej wykształcone i niechętnie się godzą na nieformalne umowy preferowane przez właścicieli studiów nagraniowych.”

Skoro jesteśmy przy producentach, nie sposób nie wspomnieć o kolejnej prominentnej postaci jamajskiego rynku muzycznego – Sonii Pottinger. Zmarła w 2010 roku Miss Pottinger musiała być kobietą niezwykle odważną, decydując się na wkroczenie na ten zarezerwowany dla mężczyzn teren. I tak jak tysiące kobiet na całym świecie, by zdobyć uznanie musiała udowodnić, że nie tylko mężczyznom dorównuje, ale ich przewyższa. Czas pokazał, że się jej to udało. Już pierwszy wydany przez nią singiel („Every Night” Joe White & Chuck) okazał się sporym sukcesem, a to był dopiero początek. „Hard to Confess” Gaylads, „The Whip” Ethiopians, czy „Swing and Dine” Melodians ugruntowały jej pozycję na rynku.

Pani Pottinger nie tylko uczciwie płaciła artystom (jak wspominał Brent Dowe z Melodians, Coxsone by zapobiec exodusowi ze swej stajni sam zdecydował się podnieść stawki), ale i jej produkcje stały na najwyższym poziomie. To pod jej czujnym okiem powstały później kultowe dziś płyty Culture. Jak już wspomniałem, Miss Pottinger z powodzeniem współpracowała z wieloma wokalistami i grupami wokalnymi, jednak szczególne miejsce w jej katalogu zajmują dokonania pań. Spośród jej wczesnych produkcji wyróżnić pozwolę sobie „Pata Pata Rocksteady”, wspomnianej już wcześniej przy okazji duetu z Derrickiem Morganem, Patsy Todd. Ten cover utworu Miriam Makeba, zasługuje na uwagę także ze względu na zaproszenie do udziału w sesji Counta Ossiego i jego bębniarzy nyabinghi, co wówczas wciąż było odważnym posunięciem. Patsy to kolejna, niewątpliwie utalentowana jamajska piosenkarka, której świetnie zapowiadająca się kariera zakończyła się emigracją do Stanów Zjednoczonych, gdzie przez ponad trzydzieści lat pracowała jako sekretarka w nowojorskim szpitalu. Mimo bowiem sporego oddźwięku jaki znalazły u publiczności zar ówno jej solowe, jak i nagrane w duetach z Morganem czy Stranger Colem utwory („Give Me The Right”, „When I Call Your Name”) za ich sukcesem nie szły żadne, pozwalające choćby marzyć o utrzymaniu się z muzyki pieniądze.

„It`s My House” Lorny Bennet (kolejny cover, tym razem Diany Ross), to nie tylko następna istotna pozycja w katalogu Sonii Pottinger, ale także kolejna, jakże ważna dla jamajskiej muzyki artystka. Lorna Bennett jest przykładem jamajskiej kobiety doskonale zdającej sobie sprawę, że uzależnienie swego losu wyłącznie od promotorów czy producentów daleko jej nie zaprowadzi. Matka, znanego jak sądzę także i młodszym czytelnikom, artysty Protoje, a jednocześnie ciotka uznanego producenta Don Corleone, bardzo wcześnie zrozumiała wagę słów „education is a must”, umiejętnie łącząc karierę muzyczną ze zdobywaniem wykształcenia. Pierwszym jej sukcesem okazała się przeróbka hitu Dusty Springfielda „Breakfest In Bed”, która utrzymywała się na jamajskich notowaniach list przebojów przez ponad sześć tygodni. Studia prawnicze rozpoczęte na Uniwersytecie Indii Zachodnich nie przeszkodziły jej w naganiu kolejnych szlagierów w rodzaju „Chapel Of Love”, „Run Johnny”, czy „Letter From Miami”. Po powrocie z Barbadosu, gdzie kontynuowała naukę, Lorna skoncentrowała się już całkowicie na pozamuzycznej działalności otwierając własną kancelarię adwokacką. W 2001 roku powróciła do śpiewania, nagrywając kilka piosenek z towarzyszeniem duetu Sly and Robbie.

Piosenkarką, z którą jak się wydaje Pottinger współpracowało się najlepiej, była jednakżeMarcia Griffiths. Choć na scenie pojawiła się już w wieku lat 13, występując z Byronem Lee and the Dragonaires, za prawdziwy początek jej kariery należy jednak uznać zrealizowany dla Coxsone Dodda utwór „Feel Like Jumping” autorstwa jej późniejszego scenicznego partnera Boba Andy. Współpraca z tym jednym z najbardziej utalentowanych i płodnych jamajskich kompozytorów zaowocowała całą serią udanych kompozycji sygnowanych szyldem Bob & Marcia. „Young, Gifted and Black” z 1970 roku okazał się oszałamiającym sukcesem nie tylko na Jamajce, ale przede wszystkim w Europie, zaś nagrany w następnym roku „The Pied Pieper” ugruntował pozycję duetu dowodząc, że nie są to artyści jednego przeboju. W ramach ciekawostki pozwolę sobie dodać, że efektem doskonale przyjętych koncertów w R.F.N. były dwie piosenki wykonane przez Marcię… w języku niemieckim. Były to wydane pod szyldem Philip Records „Bleib By Sir” (Stay Right Here) oraz „Alles Ist Wunderschoen” (Everything is Beautiful). Dwie długogrające płyty, których tytuły pochodziły od największych przebojów duetu, „Young, Gifted and Black” oraz „The Pied Pieper”, rozchodziły się jak świeże bułeczki, a na dwójkę artystów zwrócił uwagę potężny koncern płytowy C.B.S. Wydałoby się, że oto Bob and Marcia złapali Pana Boga za nogi, a światowa kariera jest w zasięgu ręki, rzeczywistość okazała się jednak dużo mniej różowa. Wielkie wytwórnie nie miały w owych czasach żadnego pomysłu na ten rodzaj muzyki i w wyniku ewidentnych zaniedbań ze strony managemantu współpraca zakończyła się równie szybko jak się zaczęła. Z podbojem świata, reggae poczekać musiało na Chrisa Blackwella, pierwszą osobę posiadającą konkretną wizję jak wykorzystać potencjał jamajskich artystów.

Upłynie kilka lat i Marcia znów zapełniać będzie koncertowe sale, tym razem jednak nie jako gwiazda wieczoru, lecz członkini I-Threes, chórku towarzyszącego występom Boba Marleya. Choć „zdegradowanie” do roli chórzystki nie było zapewne szczytem jej marzeń (a nie jest też tajemnicą, że Bob miał dość jasno wyklarowany pogląd na rolę kobiet tak w życiu prywatnym jak i na scenie), to bez wątpienia zapewniło jej wreszcie jakże oczekiwaną finansową stabilizację.

„Naturally” i „Stepping”, dwa albumy nagrane dla Miss Pottinger, ujawniły zarówno w pełni dojrzały już talent Marcii jak i umiejętności producentki, która potrafiła ten potencjał wykorzystać. Reszty dopełnili akompaniujący wokalistce mistrzowie z jednego z najbardziej uznanych studyjnych zespołów tamtych lat – Revolutionares. O ile większość materiału, który znalazł się na „Naturally”, stanowiły odświeżone kompozycje Boba Andy (choć nie sposób nie wspomnieć o znakomitym wykonaniu „Dreamland” autorstwa Bunny Wailera, które także znalazło się na płycie), o tyle na „Steppin` artystka pozwoliła już sobie na własne przemyślenia. Dramatyczne pytanie „Why do they always try to keep me down?” (czemu oni zawsze próbują podciąć mi skrzydła), które stawia w utworze „Peacefull Woman” wskazuje, iż niekoniecznie były to przemyślenia wesołe.

Nie od rzeczy będzie wspomnieć, iż Marcia Griffiths ma na swym koncie przebój popularnością daleko wykraczający poza krąg miłośników muzyki reggae – „Electric Boogie”, autorstwa Bunny Wailera, cieszący się ogromnym zainteresowaniem na całym świecie, by w 1991 roku podbić listy Billboardu. Będąc wciąż w znakomitej formie nagrywa i koncertuje, swą niezwykłą charyzmą udowadniając, że tytuł „Empress of Reggae” nie został jej nadany przez przypadek.

Kończąc opowieść o pani Pottinger, z przyjemnością chciałbym zauważyć, iż jej kariera to nie jedyny epizod jaki kobieta odegrała na tym opanowanym przez mężczyzn poletku. W chwili obecnej coraz śmielej w roli producentki poczyna sobie Nastassia Hammond „The Wizard”, prywatnie córka Beresa Hammonda, mająca już na swym koncie kilka udanych produkcji.

Wróćmy jednak do śpiewających pań, a konkretnie do grupy wokalnej I-Threes, o której to mowa była przy okazji omawiania postaci Marcii Griffiths. Nie chciałbym w tym miejscu dywagować czym kierował się Bob Marley dobierając taki a nie inny skład wspierającej go grupy, ale nie ulega chyba wątpliwości, że pod względem artystycznym wybór był więcej niż trafny. Oprócz wielokrotnie tu już komplementowanej Marcii, znalazły się w niej bowiem jeszcze dwie niezwykle wręcz utalentowane wokalistki – Judy Mowatt i Rita Marley, którym także chciałbym poświęcić nieco uwagi. Moment w którym I-Threes, pojawiły się u boku Boba Marleya, a był to rok 1974, przez jednych bywa uważany za początek jego międzynarodowej kariery i pierwszy krok w tryumfalnym marszu muzyki reggae przez świat, zaś przez innych za koniec jednej z najciekawszych grup jakie szczęście miała wydać jamajska ziemia – The Wailers. Z punktu mych rozważań nie ma to specjalnie wielkiego znaczenia, tym bardziej, że mimo ogromnego szacunku jaki żywię do śpiewających w tym zespole wokalistek, ich wkład w karierę Marleya trudno mi uznać za szczególnie doniosły. Dużo bardziej w tym miejscu interesują mnie solowe kariery członkiń tego zespołu, albowiem były to osobistości więcej niż niebanalne.

Gdy w 1979 roku ukazał się autorski album Judy Mowatt zatytułowany „Black Woman”, wielu baczniej obserwujących scenę reggae zdało sobie sprawę, że oto powstało dzieło przełomowe. I to wcale nie dlatego, że była to pierwsza płyta w całości napisana, wykonana i wyprodukowana przez kobietę, ale przede wszystkim ze względu na jej zawartość. Płyta nie była klasyczną składanką największych singlowych przebojów, lecz przemyślanym w każdym szczególe koncept-albumem z bardzo jasno wyłożonym przesłaniem. „Black Woman” to prawdziwy manifest czarnej kobiety, odezwa skierowana przede wszystkim do jej sióstr. „Nie poddawajcie się, módlcie się o siłę” apeluje Mowatt w tytułowym utworze, ta siła przyda wam się tym bardziej, że „bracia zniknęli gdzieś z oczu”, jak zauważa w „Sister`s Chant”. „Slave Queen” to z kolei dramatyczne wezwanie do zerwania z zapatrzeniem w europejskie ideały urody, będące niczym innym niż mentalnym niewolnictwem.

„Black Woman” nie jest oczywiście jedyną płytą w dorobku Judy Mowatt, (w latach 80. nagrała kilka interesujących płyt z „Only a Woman” i „Love Is Overdue” na czele) ale właśnie tego albumu nie waham się uznać nie tylko za najjaśniejszy punkt w dyskografii tej artystki, ale także za kamień milowy w całej muzyce reggae.

Judy Mowatt to prawdziwa „Warrior Queen”, z oddaniem działająca na rzecz zniesienia apartheidu w RPA, a także aktywnie wspierająca ruch praw człowieka na Jamajce. Choć jej drogi z rastafarianizmem rozeszły się w latach 90., u szczytu swej kariery była jedną z bardziej prominentnych przedstawicielek tego ruchu oraz szanowaną członkinią 12 Plemion Izraela. Mówienie w przypadku mocno konserwatywnych jamajskich Rasta o feminizmie byłoby oczywiście grubą przesadą, ale trudno zaprzeczyć, że Judy Mowatt potrafiła pokazać się jako kobieta mocno niezależna.

Rita Marley, trzecia członkini I-Threes niestety wciąż postrzegana bywa jedynie jako „żona swojego męża”, ewentualnie jako spadkobierczyni gigantycznego majątku, który Bob po sobie pozostawił. Piszę o tym nie bez kozery, gdyż nawet w angielskojęzycznej wikipedii pod hasłem „Rita Marley” najwięcej dowiemy się o jej mężu i dzieciach a jej działalność jako wokalistki skwitowana została zaledwie jednym zdaniem. Tymczasem utwory takie jak „One Draw” czy „A Jah Jah” to mym zdaniem prawdziwe majstersztyki udowadniające niewątpliwy talent wokalny. Wydaje mi się zresztą, że album „Who Feels It Knows It” jej autorstwa śmiało można postawić obok „Naturally” Marcii Griffiths, czy „Black Woman” Judy Mowatt.

Kończąc to króciutkie wspomnienie, pozwolę podzielić się z państwem spostrzeżeniem, które narzuciło mi się podczas oglądania zapisu pewnego koncertu. Pamiętacie zapewne oglądane na video koncerty Boba Marleya and The Wailers? Brylujący na scenie Bob i schowane gdzieś w cieniu reflektorów, znające swe miejsce I-Threes, sprawiające wrażenie jakby były jedynie choreograficznym dodatkiem do show Króla Reggae? W 1996 roku w nowojorskim Central Parku miał miejsce, uwieczniony na płycie DVD „Marley Magic” koncert całej rodziny Marleyów, którego centralnym punktem był występ Rity właśnie. Otóż patrząc na promieniująca uśmiechem Ritę, odzianą w monstrualny kapelusz i podrygujący za nią trzyosobowy męski chórek, za nic nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że oto przed mymi oczyma rozgrywa się jakiś historyczny rewanż:)

A skoro o rewanżach mowa…

Dużo wcześniej, bo w 1975 roku Marcia Aitken nagrała piękny utwór zatytułowany „Narrow Minded Man”. Była to odpowiedź na jawnie szowinistyczny numer zespołu Meditations „Woman Is Like a Shadow”. Wydarzenie warte jest wspomnienia nie tylko ze względu na jego bezsporną wartość artystyczną, ale i z powodu zmian jakie na niewątpliwie zmaskulinizowanej wyspie zaczynały być widoczne. Oto bowiem jamajskie kobiety nie tylko zaczynają mówić „własnym głosem”, ale zaczynają się mężczyznom odgryzać. Ta niezwykle celna riposta (pod względem artystycznym mym skromnym zdaniem przewyższająca zresztą oryginał) nie była bowiem ostatnią. Dość wspomnieć cieszący się w latach 90. sporą popularnością przebój „Worl-A-Girl „Murder He Wrote” oparty na „Murder She Wrote” Chaka Demus & Pliers opowiadającym o pięknej, ale rzecz jasna zepsutej do cna Maxine.

O ile od takich Maxine w tekstach jamajskich śpiewaków aż się roi, o tyle mający kochankę w każdej części wyspy panowie długo nie mogli doczekać się zbyt wielu muzycznych wzmianek o sobie. Niejaka Shelly Thunder postanowiła uzupełnić tę lukę nagrywając brawurowy „Kuff”, w którym doradza co należy zrobić z typem, który przekracza granice. Nie wiem czy refren utworu „Sometimes a man fi get kuff, fi get kuff, fi get kuff”wywarł na jamajskich mężczyznach jakieś szczególne wrażenie, ale na pewno zrobił to na publiczności stając się zarazem początkiem kariery artystki. Dziś podobne teksty już nikogo, nawet na Jamajce, nie dziwią. Ba, Tanya Stephens, która kobiecy punkt widzenia na te sprawy wyłożyła w „Yuh Nuh Ready Fi Dis Yet” i wcale na tym jednym utworze nie poprzestała, ze strony niektórych mężczyzn spotkała się wręcz z oskarżeniami o seksizm.

No dobrze, zapytacie, ale czy te piosenki to nie aby jedynie zwykłe odgryzanie się płci przeciwnej? Przecież popularne „dissowanie” to stricte jamajski wynalazek, a tradycja wzajemnego dogryzania sobie wykształciła jakże szerokie spektrum środków od drobnych uszczypliwości po jak jak najpoważniejsze oskarżenia.

Niestety, niełatwa sytuacja kobiet na Jamajce a szczególnie w muzycznym biznesie, to bynajmniej nie jakieś wydumane problemy. To suche i bardzo nieprzyjemne fakty.

W ramach wykładów poświęconych muzyce reggae, prowadzonych na Uniwersytecie Indii Zachodnich (UWI) odbywa się od kilku lat, zapoczątkowana przez znanego państwu jak sądzę z zespołu Third World Ibo Coopera, cykliczna dyskusja panelowa „Women In Reggae”. W pierwszym spotkaniu z tej serii wzięły udział takie osobistości jak Sandra Joy Alcott, Judy Mowatt, Lady G, Lady Saw, Queen Ifrica, Angie Angel czy Cherry Natural.

Niewesołą konkluzją tej dyskusji była konstatacja faktu, iż szanse na zawarcie kontraktu płytowego przez kobietę bez ugruntowanej już pozycji a mającą powyżej lat 20. są więcej niż znikome. Okazało się, że mimo upływu lat, dla jamajskich producentów bycie „sexy”, „young” i „good looking” wciąż stanowi condicio sine qua non podpisania umowy. Od siebie dodam, że standardy te jamajskich panów, zdają się jakby nie dotyczyć.

No dobrze, a co z tymi, które są młode, ładne i sexy? Cóż, sam tytuł piosenki „No Pum Pum, No Record Deal” (którego pozwolę sobie nie tłumaczyć) autorstwa Sandry Alcott, ukrywającej się pod scenicznym pseudonimem Sajoya, sporo mówi o tym co czeka kobiety marzące o rozpoczęciu kariery w jamajskim płytowym biznesie. Utworów tyczących tej materii jest tyle, że tę emancypacyjną wyliczankę mógłbym kontynuować jeszcze długo, ale pozwolę sobie ją zakończyć na piosence „Loser” bezlitośnie punktującej niedojrzałość żyjących na garnuszku mamusi jamajskich macho.

Refren:

Bwoy still live wid dem momma dem a loser
have a baby-momma drama, dem a loser
bwoy weh a beat up woman dem a loser

wyśpiewały wspólnie Ce`cile i Lady Saw, co zresztą doskonale pasuje mi do konceptu niniejszych rozważań, gdyż właśnie tej drugiej artystce chciałbym poświęcić nieco więcej uwagi.

Jak sądzę, części czytelników bliżej zaznajomionych z twórczością tej pani, wybór ten wydać się może co najmniej kontrowersyjny. Czy godzi się bowiem w jednym szeregu obok Judy Mowatt, czy Marcii Griffiths wymieniać autorkę piosenek, łagodnie mówiąc, ocierających się o pornografię? Czy traktujące o ważkich sprawach kobiet utwory zawarte na „Black Woman” można porównywać z tekstami o waginie?

Jak najbardziej. Nie tylko można a wręcz trzeba. Wymieniając bowiem kobiety, których twórczość miała fundamentalne znaczenie dla jamajskiej kultury, pominięcie artystki takiego kalibru, byłoby nie tylko niedopatrzeniem, ale wręcz grzechem. Nie ukrywam, że choć przepełnionego rubasznym humorem i operującego niedomówieniami jamajskiego slacknessu zawsze słucham z prawdziwą przyjemnością, to przyznam szczerze, że w swej siermiężnej, walącej „kawę na ławę”, dancehallowej wersji, nie wzbudza raczej mego zachwytu i nikogo też, do jego wyrażania zachęcać nie zamierzam. Staram się jednakże zawsze pamiętać, że podejmując próby opisania zjawisk odleglejszych nam kulturowo warto zawsze mieć na uwadze istnienie naszego własnego kulturowego balastu, utrudniającego nam jakże często obiektywne spojrzenie na istotę rzeczy.

Dla znawczyni tematu, doktor Carolyn Cooper z Uniwersytetu Indii Zachodnich w Kingston, swoisty ekshibicjonizm Lady Saw uosabia seksualne wyzwolenie z norm właściwego zachowania kobiety właściwych dla judeo-chrześcijańskiej tradycji. Widzi go wręcz jako akt feministycznej emancypacji spod moralnej kurateli tych, którzy zawszą wiedzą co kobiecie wypada a co nie, a jak na ironię najczęściej są mężczyznami. Zainteresowanych tą tematyką odsyłając do prac Carolyn Cooper, pozwolę sobie wrócić do dużo bardziej mnie frapujących kwestii czysto muzycznych.

Marion Hall, bo takie Lady Saw nosiła nazwisko przed przybraniem znanego dziś na całym świecie pseudonimu, swe pierwsze kroki w biznesie stawiała w wieku lat piętnastu, kiedy to udzielała się jako wokalistka na soundsystemowych potańcówkach (jak sama wspomni później, jej występy wynikały jedynie z ochoty uniknięcia opłaty za wstęp). Wiele, tak dobrego jak i złego, powiedzieć można o jamajskich producentach, ale talent potrafią oni wytropić choćby w stogu siana, a co dopiero, gdy ów talent samodzielnie wdrapuje się na scenę. „Love Me Or Leave Me” staje się pierwszym znaczącym utworem w jej dyskografii, a na następne nie trzeba czekać zbyt długo. Niezwykła popularność krążka „Find A Good Man” otwiera jej drzwi najważniejszych jamajskich festiwali muzycznych, a kolejne przeboje w rodzaju „Give Me A Reason”, „Sycamore Tree”, „Bossman”, „Son Of A Bitch”, „Baddest Girl” ugruntowują jej pozycję. Dwukrotnie, choć wspólnie z innymi artystami, uda się jej też narobić zamieszania na listach Billboardu. Jeśli komuś udziela się czasem (a mnie, owszem), popularny wśród Jamajczyków trend do nadawania swym idolom stosownych tytułów, to miano „Queen of Dancehall” należy się Lady Saw bardziej niż jakiejkolwiek innej wokalistce.

Powyżej pozwoliłem sobie wyróżnić kobiety mym skromnym zdaniem nietuzinkowe, które w moim rozeznaniu wywarły największy wpływ na kształt jamajskiej muzyki. Ten przegląd, z oczywistych względów mocno subiektywny, czuję się jednak zobowiązany uzupełnić krótką wyliczanką nie mniej utalentowanych artystek, których pominięcie byłoby w mym odczuciu niestosowne. Bo czy godzi się nam zapomnieć o Girl Satchmo, której artystyczny pseudonim nie wziął się bynajmniej znikąd (tych, którzy nie słyszeli, gorąco zachęcam do „nausznego” sprawdzenia skąd wziął się ten przydomek)? Wokalistka jakby trochę zapomniana, a przecież była to jedna z pierwszych poważniejszych międzynarodowych karier, które stały się udziałem jamajskich artystów. W okresie gdy kształtowała się odrębność jamajskiej muzyki i można było już mówić o stylu zwanym „jamaican R&B” spore sukcesy odnosiła też Enid Cumberland, bardziej chyba znana z występów w duecie „Keith and Enid”, którego „Worried Over You” był w owych czasach sporym przebojem.

Oddajmy hołd takim artystkom jak Cynthia Schloss, Sheila Hylton, Doreen Schaffer, Norma Frazer, Barbara Jones, Nora Dean, Joya Landis, Susan Cadogan, Cynthia Richards, Debra Keese, Jennifer Lara, Joy White i Pam Hall.

Wspomnijmy także żeńskie grupy wokalne, takie jak The Tonnettes, The Soulettes, The Gaylettes, The Webber Sisters, The Dreamletts, w których to szlifowało talenty wiele późniejszych gwiazd.

Nie zapomnijmy o nieżyjących już artystkach takich jak Sandra „Puma” Jones, czy nieodżałowana Senya, której przedwczesna śmierć zostawiła nas jedynie z kilkoma, ale za to jakże pięknymi utworami (słuchając jej „Natural Woman”, „Children of the Ghetto” czy „Rootsman” trudno mi nie opędzać się od myśli co mogłaby jeszcze nagrać, gdyby tak wcześnie nie odeszła).

Pamiętajmy o obdarzonej przepięknym głosem Anette Brissett, Sophii George, Nadine Sutherland, Carlene Davis i wszechstronnie utalentowanej (odnoszącej niemałe sukcesy także na polu poezji i fotografii) Angel.

Queen Ifrica, Sister Nancy, Sister Carol, Sister Charmain, Lady G, Lady Junie, Sister Maggie, Junie Ranks, Etana, to kolejne panie, których w tym zestawieniu nie powinno zabraknąć.

And last but not least – należny szacunek należy się także dziesiątkom tych pań, których brak w tym zestawieniu wynika tylko i wyłącznie z mojej postępującej sklerozy.

Jeśli dotarli Państwo do tego akapitu i nie czują się jeszcze dostatecznie znudzeni, chciałbym przedstawić jeszcze jedną nietuzinkową osobę. Tym razem nie będzie mowa o wybitnej artystce, lecz niebanalnej przedstawicielce reggae biznesu. Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę, że niemała część czytelników już na sam dźwięk słowa „biznes” reaguje alergicznie, uznając, iż babilońska mamona i reggae w parze iść nie mogą i nie powinny, za sukcesami artystów stoją jednak ludzie, którzy ich pracę potrafią przekuć na popularność, a czasem nawet i pieniądze. Na nic bowiem zdałby się talent Boba Marleya, gdyby nie Chris Blackwell, który potrafił sprzedać go światu.

Ten sztab ludzi w pocie czoła pracujących na sukces artystów, to przecież nie zawsze (choć i tak bywało) żądni zysków a pozbawieni skrupułów biznesmeni. To także cała armia osób autentycznie zaangażowanych w swą pracę, będących dla swych podopiecznych prawdziwą opoką. To szczególnie ważne na Jamajce, gdzie kariery zaczynają się wcześnie i stają się udziałem nie posiadających jeszcze zbyt wielkiego rozeznania w świecie, a i co tu ukrywać, bywa, że i niepiśmiennych młodych ludzi, a mających często także spory talent do pakowania się w kłopoty.

Wśród tych ukrytych zwykle w cieniu reflektorów osób (może z wyjątkiem producentów, który to zawód zawsze cieszył się na Jamajczycy zawsze stawiali na piedestale) znaleźć można całkiem sporą liczbę wpływowych kobiet.

Trudno w tym miejscu nie wspomnieć o Sister Ignatius, wieloletniej szefowej słynnej Alpha Boys School, której absolwentami byli tacy giganci jazzu jak Dizzy Reece, Joe Harriot, Rico Rodriguez, czy Eddie Thornton. To właśnie w murach tej szkoły swój talent szlifowali Don Drummond, Johnny Moore, Tommy McCook i Lester Sterling, założyciele jednego z najbardziej wpływowych jamajskich zespołów wszech czasów The Skatalites. Nie łatwo chyba znaleźć szkołę, która wydałaby więcej gwiazd światowego formatu niż Alpha (a wszak nie nauczanie muzyki było jej podstawowym zadaniem), trudno też znaleźć kogoś kto zanegowałby rolę siostry Ignatius w odniesieniu tego sukcesu. Nie od rzeczy będzie chyba też nadmienić, że darzona przez swych wychowanków ogromnym szacunkiem siostra, dzierżyła również zaszczytny tytuł pierwszej kobiety DJ`a na Jamajce, a jej kolekcja płyt przeszła do legendy.

Kilka pań, za życia swych partnerów pozostających w ich cieniu, udowodniło, że nie było jedynie żonami sławnych mężów. Zarówno Norma Dodd, która jak się wydaje jeszcze za życia Coxsone`a faktycznie zarządzała interesami Studio One, jak i Lucille „Duchess” Reid, która po śmierci Duke`a przejęła Treasure Isle, pokazały, iż potrafią sobie radzić z prowadzeniem rodzinnego biznesu. Skoro przy Studio One jesteśmy, wiedzcie, że jeśli zaopatrujecie się czasem w reedycje płyt tego legendarnego labelu, w dużej mierze zawdzięczacie to pani Maxine Stowe. To ona właśnie za błogosławieństwem swego wuja, Coxsone Dodda rozkręciła dystrybucyjne centrum tego labelu w Nowym Jorku. To ona stała także za sukcesami artystów takich jak Mad Cobra czy Diana King pełniąc funkcję A&R menedżera w jakże zasłużonej dla reggae VP Records. Niemało zawdzięcza jej także Youth Promotions Sugara Minotta, którego była zresztą życiową partnerką jak i matką czwórki jego dzieci. No nie dziwcie się tak – Jamajka to mała wyspa i każdy jest z kimś bliżej lub dalej spokrewniony.

Zaś jeśli o Maxine Stowe mowa, niegrzecznym by wręcz było nie nadmienić o Karen Mason, która podobnie jak Maxine urodziła się na Jamajce, ale wykształcenie zdobyła w Stanach Zjednoczonych. Wspólną cechą obu pań jest także to, że pracując dla wielkich korporacji (Epic, Columbia, Elektra) ani na chwilę nie zapomniały o swych korzeniach uparcie, a przede wszystkim skutecznie, forsując muzykę ze swych rodzinnych stron. Swój międzynarodowy sukces zawdzięcza Karen choćby Nadine Sutherland, której „Action” nagrany wraz z Terror Fabulous wspiął się na 43. miejsce listy Bilboardu (i tu nie obejdzie się bez ciekawostki – numer ten wykorzystała podczas kampanii wyborczej Jamaican Labour Party). Jak sądzę, także Super Cat, którego album „Don Dada” był jej oczkiem w głowie ma wobec niej niemały dług wdzięczności.

Zaraz, zaraz, a Sharon Burke, szefowa potężnej agencji bookingowej Solid Agency otaczającej opieką topowych jamajskich artystów od Shaggy`ego po Barringtona Levy? A Barbara Makeda Black Hannah, pierwszy czarnoskóry dziennikarz w historii brytyjskiej telewizji, pisarka, aktywistka, producentka telewizyjna, a także dyrektorka słynnego Reggae Film Festival? A Nordia Rose najbardziej rozchwytywany reżyser muzycznych teledysków na Jamajce? Prawniczka Diane Jobson strzegąca interesów Boba Marleya? A wspomniana wcześniej w roli artystki Sandra Alcott, również uznana prawniczka reprezentująca wielu jamajskich artystów, a przede wszystkim założycielka Jamaican Association of Female Artistes?

Oj, przepraszam państwa najmocniej… Rozpędziłem się trochę a choć wymieniać mógłbym jeszcze długo, to przecież wśród multum pań o których warto, a nawet należałoby wspomnieć, nieco więcej uwagi zdecydowałem się poświęcić Louise Frazer-Bennett, współzałożycielce i „głosowi” Sound System Association of Jamaica (a owszem, mają tam na Jamajce takie stowarzyszenie).

Dlaczego właśnie ją wybrałem? Otóż jej osoba jawi mi się jako personifikacja określenia „likkle but tallawah” (jam. mała lecz potężna), a jej życiorys wydaje mi się być kwintesencją jamajskości, zawierając w sobie tak piękno jak i tragedię tej wyspy. Była menedżerką takich wykonawców jak Bounty Killer, Ninjaman czy Culture, przez wielu określana mianem „Don” (co w jamajskich ustach oznaczać może jedynie najwyższy stopień szacunku), cóż się dziwić, Frazer-Bennett była nie tylko jedną z najbardziej wpływowych osób w soundsystemowym biznesie, ale i (co wszak nie zawsze idzie w parze) jedną z najbardziej szanowanych.

Pełniła rolę nie tylko rzeczniczki prasowej, ale i mediatorki, tak wewnątrz stowarzyszenia, jak i reprezentując interesy środowiska na zewnątrz, wobec mediów czy władz. O czymże to, rzecznik stowarzyszenia soundsystemów może rozmawiać z władzami, zapytacie? A choćby o uregulowaniach prawnych dotyczących ciszy nocnej, które w pewnym momencie istnienie wielu soundów działających na „świeżym powietrzu”, a będących wszak jamajskim „spécialité de la maison”, postawiły pod wielkim znakiem zapytania. Jej działalność jednak wykraczała dużo dalej i dużo poważniejszych niż cisza nocna dotyczyła zagadnień. Głęboko zaangażowała się np. w pomoc młodzieży, dochód z organizowanych przez nią dorocznych koncertów „Champions in Actions” przekazując na pracownie komputerowe dla dzieci z najuboższych dzielnic Kingston.

Frazer-Bennett miała także swój niezwykle aktywny wkład w akcję powstrzymania fali przemocy, która zalewała ówczesny dancehall. Trudno mi powiedzieć, jaki odzew znalazły jej apele w środowisku dancehallowym, w którym „gun lyrics” były na porządku dziennym, ale jej wizyty w zakładach karnych i poprawczych odnosiły czasem zaskakujący wręcz skutek. Tropiąc losy tej niezwykłej kobiety natrafiłem w jednej z jamajskich gazet na zwierzenia jednego ze skruszonych donów, który swój los postanowił zmienić właśnie pod jej wpływem. Wyobraźcie sobie państwo jak wielkim autorytetem musiała się cieszyć, skoro potrafiła doprowadzić do zawarcia pokoju między konkurującymi ze sobą gangami.

Być może wynika to z tego, że Louisse o przemocy, nawet jak na jamajskie warunki, wiedziała więcej niż inni. W wieku lat 18. będąc w zaawansowanej ciąży została postrzelona przez zazdrosnego chłopaka, a lekarze dawali jej nie więcej niż cztery dni życia. Przeżyła. Nie tylko Louisse, ale i jej dziecko. Jeśli wam tego mało, dowiedzcie się, że jej córka zginie później przy okazji jakiś narkotykowych porachunków, a jej syn, również z powodu narkotyków wyląduje w brytyjskim więzieniu. Jakże silną trzeba być osobą, by radząc sobie z tak poważnymi osobistymi problemami mieć jednocześnie baczenie na 150 soundsystemów zrzeszonych w stowarzyszeniu.

Tymczasem po godzinach, z dala od huku basowych głośników Louise Frazer-Bennett pisała… poezje.

W 1999 roku ukazał się drukiem tomik jej autorstwa, pod jakże wiele mówiący tytułem „I Will Survive”.

Jednym z zawartych w nim wierszy, w przepięknym tłumaczeniu Bartosza Wójcika, zatytułowanym „Life” pozwolę sobie me wywody zakończyć. Wiem, że lepszego zakończenia tej opowieści po prostu nie znajdę.

Życie

(tłum. Bartosz Wójcik)

Moje życie to droga pod górę
Schody, które wiją się
i wiją.
Nie patrzę za siebie,
nie przystaję ani na chwilę
Idę do przodu
by osiągnąć swoje cele.

To moje życie,
przeżyte tak jak pragnę,
przeżyte tak jak chciałam.
Nikt inny nie kieruje
moim przeznaczeniem.

Jestem spokojna,
wiem dokładnie czego chcę
Przyszłości dla moich dzieci,
Lepszego jutra.
Nikt tego nie zmieni
Bo to moje życie!

Z zewnątrz ciało
wewnątrz dusza
Z czasów niewoli
Z miejsc, w których byłam.

Tak to widzę:
przemierzam ziemię,
szukając sensu
życia.

Wiem, że gdy dusza opuści
ciało, mój duch,
jeśli o niego zadbam,
przybierze inną formę –
naprawi błędy
Louise
napełni ciało
Magdaleny.

Jacek Krzypkowski – Reggae Sistas (rzecz o kobietach w jamajskim showbiznesie)
QR kod: Jacek Krzypkowski – Reggae Sistas (rzecz o kobietach w jamajskim showbiznesie)