to nie koszula schnie w oknie, to pstra skóra rajskiego węża.
leżę wyślizgły w płacie bawełny i jestem miękkim bobasem.
wydarłem się sam przez noc, śniady, acz siny. teraz dzień idzie
i przeciągam się: to pierwszy haust, odkąd wyjąłem się z siebie,
to pierwszy promień słońca, odkąd moja skóra błyszczy. !lśnię,
kiedy siostry zmieniają bandaże, kiedy przeorysza leje wodę
w miednicę. jest pierwsza noc po stworzeniu świata i bóg
ze zmęczenia padł na koję, a ja czysty nadaję sobie imiona.
jeszcze nie wiem, kogo tchnę w siebie, jeszcze nie wiem,
jaki zwierz zaryczy z próżni i czy w ogóle wyjdzie do ludzi.


nadaję z ciała: ślę pięć tików i gorączkę spod bawełny.
stetoskop szuka szmeru, skacze po surowej skórze,
chyba cały nabrałem się znów w płuca i uwziąłem
w warczącej flegmie. czy jestem jeszcze wyczuwalny?
                                                             – pytam ten chłód.
lekarza dłonie są chudawe, mają kobiecy pierwiastek.
lekarz ma na imię Adrian, jest ładny, taki oksfordzki,
i mierzy mi dziś puls, w którym świat za szybko żyje.

świeci &
czaruje srebrna klisza:

tylko reszt dymu został w miechu płuc, zatem jest na wydechu
i więcej siebie mogę zaczerpnąć. odczadzam się, luzuję oddech
z tłumu i jestem w nim sam. sziksa szczypica kłania się nade mną, nasłuchuje kłębu – jej dłonie mnie nie czują, jej uszy nie chcą słyszeć. czarna polska pielęgniara, ta Matka Boska Jaruzelska,
otwiera okna. jest święto przyjścia, więc i ja uchylam usta
jak tonący w śniętym jeziorze, powoli łapię sam siebie.


bezdzietny nie tęsknię do dzieci. jestem inny niż te pełne
kobiety – spalone naczynia z kwiatem raka, który sączy.
we mnie co innego dożywa. dziś wcześniej zjadło obiad
i umyło się tylko do pasa w balii. wychodząc po cichu
i na krótkim oddechu, spojrzało na mnie jak czarny kot,
którego wygania się z obejścia niczym najgorszą zarazę.


to nie rana. to zabliźnienie. tu się nie kończę, a zaczynam.
przyłóż czułe ucho do mnie, posłuchaj kroków idących z oddali –
zbliżam się do siebie i niosę na nerce bijące serce, czyste żyły
i błękitną krew. przyjdzie dzień, kiedy nie zostanie nawet zrost,
a ty mnie nie poznasz. może nawet będziesz chciał wyznać miłość
temu od nowa obcemu mężczyźnie, który właśnie odsypia śmierć.


wiozą mnie w karetce. do ucha wsadzają ary i gazele.
odliczam w głowie. mógłbym teraz zasnąć na zawsze. zasnę,
ale tylko na chwilę, a potem znów utoczę się im od nowa,
choć moja glina jest już zużyta, choć mój dzban tyle razy pękł. chciałem przelać się w inne naczynie, ale śnię, że staję się
krwią i płynę w ciele kobiety: kobieta nosi w sobie dziecko,
kobieta karmi piersią, czuje wodą wpływ pełni Księżyca –
i nie chce być kobietą, lecz nie rwie się z miękkiego ciała
jak jakiś pożal się boże i szatanie twardy mężczyzna.


jestem bestią apokaliptyczną: odpuściłem sobie ojczenasze,
nie jezusmariuję jak najęty i nabogowanie mi nie w głowie.
jestem zimny i zamknięty jak ryba w przydusze płytkiego stawu.
oddycham tylko wodą, nie wierzę w żadne powietrze.


zapalcie po mnie chociaż jasne hashtagi, transhumanie.

Tomasz Pietrzak – Reportaż z ostatniego zmartwychwstania (fragment)
QR kod: Tomasz Pietrzak – Reportaż z ostatniego zmartwychwstania (fragment)