Owoce raju

Część pierwsza: Bojaźń

Na imię ci Adam. To pierwsze imię, które poznałam, pierwsze, którego zasmakowałam pod stalowoszarym spojrzeniem niemowlęcego nieba, gdy z warg ściekał mi słodki sok owocu podanego mi przez twoją dłoń. I ja byłam dla ciebie pierwsza, choć nie upadła, kojąco cielesna, lecz zrodzona z chęci uznania za rajskie wysokich drzew i niemych zwierząt.

Na imię ci Adam, moje imię to: Zrodzona z Żebra

Część druga: Pobożność

Postrzępiony kształt gór nie budzi we mnie zwątpienia. Istniejący, zwiesza się u progu okazałych sadów, których – ja, radosna – nie potrafię objąć, zwrócona ku północnemu wiatrowi, niemogąca poruszyć się z powodu sennych majaczeń cienia. Owinięta przez chłód dziewczęcego serca, zasypiam natychmiast. Wzdłuż postrzępionych szczytów gór ciągną się ulice, nie słyszące echa twoich kroków.

Część trzecia: Umiejętność

Ach, jakże Cię kochałam. Ja głupia, niska, doskonale skandaliczna, frywolnie liryczna. Kochałam Cię niewinnie, ze zwiędłą różą w plecionym koszyku. A jednak to nie wystarczyło. Nie przygotowałam dla ciebie śniadania, mój jedyny, a herbata nie wystygła na kocu pośród kamiennego płaskowyżu, po którym przechadzały się psy. Na końcu świata widziano smukłe pyski, nie uzbrojone w zęby, nie wydające z gardzieli szczeknięcia. Ja szczekam. Nie jestem zwierzęca, lecz jak zwierzę spętana. Tą umiejętność posiadłam.

Cześć czwarta: Męstwo

Spoglądam na Ciebie, gdy samotny siedzisz na brzegu lazurowej wody. Ktoś już przyjął moje uczucie i zrodzoną w ciemności czerwień jabłka. To ten, którego nie ranię, wsparta na jadowitych kłach. Trucizna płynie spienioną falą przez moje żyły; krew, czerwona jak owoc raju spływa po wargach. Wystygła herbata, zwiędła róża, niesłyszany dźwięk. Na ulicach ciągnących się wzdłuż postrzępionych szczytów gór nie ma ludzi. Są tylko cienie jak samotni wędrowcy, ciemny splot emocji, syczące dna otchłani. I wąż. Wąż obdarza snem poznania.

 Na imię ci Adam, moje imię to: Zrodzona Z Żebra.


Drogi niebieskooki, nieznajomy

Nigdy nie napiszę do Ciebie otwarcie. Nie moja dłoń zadrży wzruszona dźwiękiem znad morza. Gdy otrzymasz tą wiadomość, oznaczać to będzie stratę, zupełnie jak nagły błysk słońca odbity w szkiełkach mieniących nabrzeże. Świat wyobrazi sobie twoją postać w białej koszuli, pośród wiatrów, tam gdzie żagle wnoszą się wysoko i rozcinają niebo. I choć nie napiszę, pomyślę, co należne – wpierw przejdą burze, ujarzmią się sztormy, zamkną poplamione atramentem stronice. Ucichną szepty. Po palcach rozleje się błękit.

Chęć lubuje się w zdolności ciała do ruchu. W chwili gdy kreślę te słowa, ptak usiłuje wydziobać robaka z ziemi. Fascynacja nie pozwala poruszać się moim kończynom, dygot finalizujący swą wolę poprzez gwałtowny wydech zdaje się uwznioślać tą chwilę. Cóż nadzwyczajnego obrazuje ów widok pierwotnej potrzeby, wskrzeszony do życia zapewne bezwolnością odruchów? Oddech ulatuje, wargi pozostają suche. A jednak opieram się wiatrowi (liczę na uznanie z Twojej strony, chyba po raz pierwszy) nie pozwalając mu dotknąć duszy; niepokornie wzdymają się jedynie moje włosy.

Wiążąca nas przysięga łagodnieje z każdym zdradliwym odruchem; okrywa się cieniem w tym miejscu, ku któremu odwracasz wzrok. Sen napotyka pustą plażę, łamiące się gałęzie, kruchość dłoni, które nie witają się – oficjalnie bądź czule, zwiedzione jawą. Czas tak tutaj płynie – nie zastanawiamy się nad przemijalnością sekund skoro za szybami okien przenikają całe lata upłynnione miodowym blaskiem lampy. Przez tyle lat oboje nie ujrzeliśmy prawdziwego błękitu, podziwiamy więc nieustanność, zniecierpliwienie i oczekiwanie. Gdy rysy mojej twarzy wydłużyło udręczenie dostrzegłam ostry kształt kantu drzwi, rozmywający się u progu zdarzeń, więżący w bezruchu. Zdołano nauczyć mnie, że każde stworzenie  nazwane imieniem, pozostaje określone. Nawet gest oderwany od materii – szybki, paniczny – skłania się do uproszczonych sylab, krzyki mew do trwałości głosu. Dlatego nie napiszę, choć ty pewnie o tym nie wiesz. Nie było Cię przy mnie.

Ta chwila pozwala mi podziwiać oddalanie się stłoczonego istnienia od stateczności rdzewiejącego słońca. Jest bowiem taki moment, którego nie trwonię przez upamiętnianie w cichości skalnych ostępów. Objawia się on w drżeniu ptasich skrzydeł w reakcji na strzelisty okrzyk słowa zwielokrotniony echem lub wiatr obdarty z wolności rozległych połaci pól, zamarłych w swoistym powabie plaż.

Chcę wierzyć, że nie myślisz o mnie.

Nie jest ekstatycznym moje poczucie straty, które pozostając nieokreślone, lecz zachłanne, nakazuje mi myśleć o nieubłaganym starzeniu się ciała. Twoja pamięć, pamięć nie trwalsza od żarliwości przesypującego się piasku, ukazuje Ci jedynie gładkość skóry obmytej przez chłód pierwszego świtu. Czy pamiętasz? Czy pamiętasz łagodny śpiew ryb? Tylko jedno miejsce stało się naprawdę miejscem naszych spotkań. Tam być może pomyślę, o tym, co należne i opowiem Ci o życiu, którego nie zdołaliśmy opłakać pośród okrzyków znad toni. Czerwieniejąca powłoka nieba musiałaby przecież ogarnąć niewinną łuną jedynie trawy. Wtedy świat by nie zamilkł.

Twoja,
zielonooka

PS. Znajdź kartkę, która Cię oślepi. Teraz tylko o tyle mogę prosić i choć wiem, że wzburzona tafla wody wyrzucała już cenniejsze przedmioty (widzę Cię, pochylonego nad miedzianym blaskiem) błagam, upraszam, weź ją. Kiedyś zrozumiesz znaczenie niedostrzegania – zazwyczaj niebo ujawnia je jako pierwsze.

Julia Klyta – Dwa krótkie opowiadania
QR kod: Julia Klyta – Dwa krótkie opowiadania