Budapeszt

Są tacy, którzy żądają w Warszawie
Budapesztu. To świetny pomysł.
Zróbmy Budapeszt,

ale tylko w restauracjach. W kioskach
niech zagości Amsterdam, w dyskotekach –
Berlin, a w sypialniach – Rio de Janeiro.

Urządźmy Tokio na Dworcu Centralnym,
a nad brzegiem Wisły – Barcelonę. W kościołach
niech nastaną Ateny, natomiast na rynku pracy –
Sztokholm.

Zróbmy to wszystko, zróbmy
jak najszybciej, bo na każdym kroku
wciąż tylko Sosnowiec,
Radom i Kutno.


Uczucia tła

Znowu zaciąłem się przy goleniu. I po raz kolejny
nici z literatury. Pozostaje uczepić się narracji

pomocniczych, które towarzyszą człowiekowi
przed lustrem: nakładając balsam, użyźniam pola

na peryferiach mojego kraju. Tamując krew,
ratuję setki wiosek przed powodzią. Właściwie

każda czynność to metafora czegoś innego.
Problem w tym, by ustalić, na przykład mocą

uchwały, co tak naprawdę się robi: bawi, śni,
a może usprawiedliwia własną ignorancję?


Kolejny dzień w korporacji

Dobrze wiedzieć, że są na świecie
ludzie, z którymi łączy nas podobny gust,
nawet jeśli chodzi tylko o zapach
odświeżacza do kibla. Ten zapach

pamiętam z dzieciństwa.
Trudno się pozbyć
przyzwyczajeń

z tego okresu życia. Czasem
podczas spotkania firmowego
mam ochotę wyciągnąć z ust
gumę do żucia i przykleić
do krzesła. Ewentualnie

zrobić z długopisu spluwę
i zacząć strzelać do wszystkich
papierowymi kulkami.

Niebywałe, że jednak
potrafię się powstrzymać.


Obce cywilizacje

Podobno w widzialnym Wszechświecie
znajduje się trzysta pięćdziesiąt miliardów

galaktyk, a każda świeci nawet bilionem
gwiazd. To raczej mało prawdopodobne,

żebyśmy byli tu zupełnie sami. Statystyka
podpowiada, że moment osiągnięcia przez

cywilizację wysokiego stopnia zaawansowania
jest ekstremalnie krótki w kontekście

jej całego rozwoju. Słowem, albo natrafimy
na ameby, albo na istoty, o których nie śniło się

nawet Lemowi. Co zrobią, gdy nas spotkają?
Przywitają? Zniszczą? A może pochylą się

z litością nad naszymi nudnymi teoriami,
nad nutami prymitywnych symfonii i oper?


Nieszczęścia

Jakie to szczęście,
że masz ich pod ręką aż tyle:

ten brak i tamten. I jeszcze te zawody,
niezawodne zawody ze strony rzeczywistości.
Nieudany wiersz, niezrealizowane życzenie
noworoczne, kolejna rozmowa,
z której nic nie wynika.

Podróż, w którą nie ruszasz, kolacja,
której nie jesz, dłoń, której ktoś ku tobie
nie wyciąga.

Słońce świeci nie tym blaskiem,
wino ma nie ten smak, ciało nie przystaje
ani do innych ciał, ani do samego
siebie.

Co za szczęście,
tyle nieszczęść pod ręką

i pod rękę z cudowną pewnością,
że za chwilę będą kolejne.

Marcin Orliński – Pięć wierszy
QR kod: Marcin Orliński – Pięć wierszy