***

Mówisz, że zostałam poczęta w Święto Zmarłych,
znaczy męczenników, o których nie wspominano,
że akurat starych nie było w domu, bo poszli na cmentarz,
że wcale nie myśleli o poczynaniu kogokolwiek, tylko
że mają trochę czasu dla siebie, zanim nie wrócą starzy.

Psa zamknęli w przedpokoju, ale podobno szczekał jak opętany,
a kiedy kończyli poczynanie, w zasadzie już ujadał, sąsiad
dobijał się do drzwi, żeby uciszyli psa, więc poczęłam się
w pośpiechu i cierpliwość nie jest moją mocną stroną,
za to szybko decyduję, nie zawsze dobrze,
jak za pierwszym razem.


***

Wybrali mnie, żywą pamięć.
Zapisywali do samego początku,
lecz nie mogłam dłużej czekać.
Doktor krzyczał na mamę:
„to dziecko jest już zmęczone,
musisz rodzić!” Więc jestem
z ich tysiącem zmartwień.


***

Potem byłam dzieckiem. Lubiłam siedzieć w betonowej rurze,
która miała być po coś, bo umieszczono ją pod jezdnią,
choć nie była po nic więcej niż moja obecność.

Babcia chciała mnie przestraszyć, w mojej rodzinie
głównie zajmowali się straszeniem, że jak będę w niej siedzieć,
to pogryzą mnie szczury.

Nie wiem, co ciągnęło mnie do tej rury. Szczury znałam
z klatek schodowych kamienic obu moich babć
i nie było to nic przyjemnego.

Byłam bardzo zawiedziona, kiedy zabetonowali do niej wejście.


Zakalec

„zapaść” – Joanna Lech widzi umarłych

Też widzę umarłych. Siedzę na przykład z tatą
w kawiarni Państwa Jaźwieckich. Tereska laborantka
zaraz skreśli totka i kiedy pochyli się, by sięgnąć
po ołówek, zobaczymy jak spod białego fartuszka
wyjrzy koronka, którą kończy się pończoszka.
Tata kupi mi lemoniadę, bo to dobry moment,
gdy przed oczami masz raj (w tym śnie jestem
dorosła, więc wiem, kiedy mogę prosić).
Normalnie nie dałby mi niczego z cukrem
i do kawiarni poszedłby sam. Mama gniotłaby
ciasto. Kłóciliby się, a ono rosłoby, rosło i rosło,
aby się zapaść. Poznałam tajemnicę – piekło
się za krótko, krócej niż trwały zmartwienia:
czy zdążymy pozbyć się śladów zanim wróci
tata? Ale najlepsze w widzeniu umarłych jest,
że się ich nie boję.


***

Nie jestem już dzieckiem,
więc nie jest to czarna wołga.
Nie jestem już młodą dziewczyną,
więc nie jest to czarna beemka.
Wymyślam coś innego.
Coś, co rośnie.
Coś, czego nie potrafię nazwać.
Ale to będzie rosnąć,
aż nie przeciśnie się
przez żaden otwór w głowie.
Ale znajdzie wyjście,
rozerwie mi usta.


***

Jestem talerzem.
Tak, jestem talerzem, białym, gładkim talerzem.
Tonę w zmywarce. Jestem jęczącym, tonącym,
białym, gładkim talerzem. Tonę przy ostatnim
płukaniu. Wybudzasz mnie w krytycznym momencie,
więc to jednak program skrócony. Mówisz: – normalnie,
kiedy ludzie toną we śnie, nie są talerzami. Wyjąć
dzbanek, nalać sok, rozgnieść proszek w proszek.
One wszystkie są gorzkie, więc jak to zrobić w afekcie?
Wierzę: bóg jest dobry, widzi, co dzieje się w zmywarce.
Nie słódź jej. Pamiętaj – śmierć musi zrobić to sama.

Joanna Fligiel – Sześć wierszy
QR kod: Joanna Fligiel – Sześć wierszy