Strawiński na przechadzce

Nie stało się tak, deszcz padał na fontannę,
ułaskawiał bestię, którą niepostrzeżenie się
stałem. Przez deszcz mknęło fioletowe Tico.

Nie było nic do dodania i nic nie mogło być
ujęte, gdyż do podjęcia były rychłe działania
taktyczne. Koniec znaków widniał wszędzie.

Nocami nadal wyrywałem się stąd na karaoke,
na tańce, zupełnie niepotrzebnie, to wszystko,
co mam do pokazania, można pokazać pustym

ścianom mojego pokoju, co mnie nieco niepokoi,
ale coraz mniej, nie bardzo, a cisza nie mnie dusi,
powrót do domu z łupem człowieka utracił wagę.

Koniec miesiąca zafundował długi łykend i pełnię.
Byłem biedny i świetnie się we Forum wybawiłem.
Poniedziałek zastąpił niedzielę, dni dziecka – noce.


Ogień i deszcz

Chciałbym ci przypomnieć, że najistotniejsze są rozmowy
o pogodzie, potop niepotrzebny, żeby sobie przypomnieć,
że atmosfera związuje nas ze sobą zawsze i nieodwołalnie
w jedyny związek sprzed poczęcia, który przeżywa śmierć,
to tak proste i możliwe jak bezbronnie obustronna miłość,

delikatna siła. Przyszedłem tu, żeby wmawiać ci, że miłość
zabija, stanowiąc jedyny powód, dla którego warto umrzeć.

Gdy zbiera się na burzę, truskawki parkują pod marketem,
a w środku arbuzy, się nie chce nic, jak bezpardonowo żyć,
wcinać niemyte owoce, muchy bezrefleksyjnie mordować,
przywracać harmonię istnienia, ratując ćmę spod abażuru.

Bzdura, chętnie odeprzesz, przyznam ci rację w nadziei,
że powiedzenie się ziści i po kolacji, którą mi postawisz,
będziemy się kochać tak długo i zdrowo, że się zapomni
wszystkie złe słowa, którymi ranimy, a wszystkie dobre,
obracając w grecką cywilizację zwinniejszą zwierzęcość,

ustawią na chodniku do jutra całkiem pewną przeszłość,
i w jednej chwili wszystko mi jedno, wynik reprezentacji,
który eliminuje rodaków ze starań o brazylijski mundial,
jeden do jednego, rezonujący upragnioną integralnością,
grzmi tak ślicznie, idiotycznie jak krople w popielniczce.


Ostatni sonet bez ciebie i wzajemności

Nawet nie przyszedłeś się pożegnać, bo dla ciebie
żyję nadal. Nigdy nie zauważyłeś, że ja od zawsze
umieram, chciałem tylko, żebyś umierał ze mną, a
ciebie nie było nawet wtedy, kiedy zaczynałem żyć;

tak właściwie, to wtedy się pojawiłeś jako młodszy
brat, żeby mnie znieważać, milczeć obok, zamknąć
mnie dwukrotnie w szpitalu psychiatrycznym, żeby
mnie znienawidzić, kiedy potrzebowałem wsparcia.

Tak, tato, nawet nie przyszedłeś się ze mną pożegnać,
kiedy uwięziony w nie moim mieszkaniu, wyruszałem
w ten zupełnie nieznany świat, we mnie i moją miłość.

Nie możesz więc, człowieku, oczekiwać, że przyniosę
ci na grób kwiaty, najstraszniejsze chyba jest nie mieć
grobów, na których można je złożyć, ale jestem młody!


Krew i ramię

Śmieszy mnie tylko śmierć, marzę, że umierasz mi na rękach,
pisało się kiedyś: „jak umierasz w mych ramionach”, z czasem
składnia odchodzenia również zmienia się i można odnaleźć,

że teraz to już mnie cieszy to nikogo nie manie jak totolotek,
którego nigdy nie puściłem, jak nie przegranie, ani wygranie,
kilku milionów złotych, jak oszczędność dychy, nie wydanie?

Że nie interesuje mnie już, czy nie pisze się z rzeczownikami
razem czy osobno, i która reforma ortografii to wprowadziła,
a która to zniosła. Nigdy nie zapomniałem, że rzeczy zawsze,

zwłaszcza w dusznym, stojącym powietrzu, bezruchu, dzieją
się w czasie, szczególnie te pozornie najbardziej trwałe, dom,
rodzina, kamień, starczy zefirek lub inny atomowy podmuch,

żeby to wszystko poszło z wiatrem, a potem i tak musi czekać
się na śmierć takich, jacy wczoraj wracają tu z upozorowanym
pytaniem o moje samopoczucie, by się tak naprawdę załamać!

A „zarazem” córa, córeczka, czarny, rozbiegany osesek, upada
z rozpędu na twarz, prędko czarny ojciec zgarnia ją z podłogi,
przekazuje białej matce, goniłem ją, więc sprawdzam i patrzę,

a tu na ramieniu jej matki pojawia się plama barwna, krew się
biegaczce puściła z wargi, że widzę to, to mówię: she’s bleeding.
Tak nagle córka z ojcem i matką znikają mi z oczu, na zawsze?

Piotr Mierzwa – Cztery wiersze
QR kod: Piotr Mierzwa – Cztery wiersze