Mistrz Z.

Mistrz Z., jak co rano zasiadł przed swoją norą. Strzepnął z szaty niewidzialny pyłek, wyregulował oddech, szerzej rozchylił powieki. Przyjrzał się uważnie światu. Stwierdziwszy, że nic się nie zmieniło, nabrał garść piachu i rozpoczął długi proces czyszczenia czarki do herbaty. Zabiegi te zakłócił znienacka młody człowiek, który kłaniając się nadnisko stwierdził:

– Zostanę twoim uczniem, Mistrzu!
– Ach, tak..? – odparł po dłuższej chwili Mistrz Z.
– Tak, tak! Od czego mam zacząć?
– No, cóż… – Mistrz nie zwykł dawać prostych odpowiedzi.

Usiadł więc Uczeń w pobliżu i obserwował czyszczącego czarkę mędrca. Po kwadransie, czy dwóch, wyraźnie znudzony, rozejrzał się młodzieniec po okolicy. A wokół ludzie kochali się, nienawidzili, zabijali, kradli, rodzili, umierali, gardzili sobą, ubóstwiali się, dusili i ściskali. Uczeń zerwał się na równe nogi.

– Wiem! – wykrzyknął. – Naprawię świat!
– Hm..? – zapytał po dłuższej chwili Mistrz Z.
– Będę czynił dobro! W ten sposób naprawię całe zło!

I rzucił się Uczeń czynić dobro. Mistrz jeszcze ładnych parę godzin polerował czarkę, potem wstał i zanurzył się w ukwieconej łące. Brodził niespiesznie w bujnej roślinności, wreszcie zastygł przy sięgającym pasa żywokoście. Z olbrzymią czułością przyglądał się światłu wędrującemu po skrętoległych, lancetowatych w kształcie a nadto całobrzegich liściach. Kontemplował wyraźną nerwację liści, pieścił wzrokiem szorstkie ich owłosienie. Długo odwlekał chwilę, aż w końcu uniósł wzrok na fioletowopurpurowe kwiaty zebrane w zwisły kwiatostan. Niemy zachwyt spijał z trwałych, zrosłodziałkowych kielichów, cichą eksplozją rozkoszy obrodziło obcowanie z dzwonkowatymi koronami o brzegach odwiniętych na zewnątrz. Gardziele koron już dawno rozchyliły się, przez co bezwstydnie mógł podziwiać przyrośnięte nitkami pręciki.

Z naręczem liści żywokostu wrócił Mistrz Z. do siebie i przygotował okład łagodzący pulsowanie zbitej dupy Ucznia, który po świata naprawianiu pojękiwał cicho w kąciku. Po paru godzinach ból dupy faktycznie ustąpił i Uczeń powstał z kolan.

– Wiem! – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Naprawię świat.
– O… – zdziwił się po dłuższej chwili Mistrz Z.
– Rozdepczę całe zło jak robaka. Wówczas samo dobro zostanie!

I rzucił się uczeń zło rozdeptywać. Mistrz czarkę z resztek liści żywokostu wyczyścił, wstał, zerwał z pobliskiego dębu trochę kory. Maść na złagodzenie obrzęku dziąseł po wybitych zębach gotowa była, gdy Uczeń wrócił późnym popołudniem. Urażony młodzieniec słowem się nie odezwał, zwalił się w kącie, lekarstwem wzgardził, krwawe skrzepy w kurz od czasu do czasu wypluwał z pasją.

Tymczasem pora na herbatę zrobiła się idealna. Cienie już się prostowały, podobnie, jak zalane wrzątkiem liście. Napar naciągał, gdy nagle, bez wyraźnej przyczyny czarka pękła. Herbata przez szczelinę wyciekła wsiąkając leniwie w piasek. Mistrz uważnie schnącą plamę obserwował, gdy ta kształt zmieniała, ze smoka w locie, przez koźlę na skale, po rower bez jednego koła i niedbale rzuconą skarpetę.

Długo po tarczy słonecznej w stół horyzontu werżnięciu siedział Mistrz dumając nad świata złożonością. To znaczy prostotą. Gdy Ucznia oddech wyrównał się, mędrzec strzepnął z szaty niewidzialny pyłek, po wielki nóż sięgnął, przysiadł przy śpiącym młodzieńcu. Dłoń mu na ustach położył i głowę szybkim ruchem odrąbał, by nową czarkę do herbaty z niej zrobić.

A niewidzialny pyłek płynął przez niewidzialne powietrze niewidzialnym podmuchem niesiony.


W inny świat

Za siedmioma rzekami, za siedmioma górami był sobie Święty Las, w którym mieszkała Czarownica…
– Świetny, nie święty!
– Słucham?
– Mówię, że las był świetny, nie święty – wyjaśniła uprzejmie Czarownica.
– Ach… rozumiem…
– To jakiś problem?
– No, cóż, w jakimś sensie… To wiele zmienia.
– Ojojoj! – posmutniała Czarownica.
– Ale jakoś sobie poradzimy! Zaczniemy jeszcze raz. Tylko nic już nie mów.
– Dobra, nie będę nic mówić.
– To znaczy będziesz, ale nie sama, tylko… zresztą nieważne:
za siedmioma rzekami, za siedmioma górami był sobie Świetny Las, w którym mieszkała Czarownica. Wszystko miała świetne. Dom, figurę, włosy. Oczy miała świetne, usta, uszy, nawet nos. Tylko na nosie pypcia obrzydliwego. Czarnego, z wiechciem włosów na czubku.
– Och, nie! – wykrzyknęła Czarownica. – Co ja mam teraz zrobić? Chyba pójdę do dermatologa.
– Nie, nie pójdziesz!
– Nie?
– Nie. Miałaś się nie odzywać.
– Ale ja tylko powiedziałam, że chyba pójdę do dermatologa.
– Cisza. Ja mówię:
Czarownica najpierw zasięgnęła rady w internecie. Internet, to takie miejsce, w którym jest dużo wiedzy i niewiedzy, przy czym tego ostatniego więcej. Znacznie więcej. Wpisała w wyszukiwarkę „pypeć na nosie” i wyskoczyło jej mnóstwo porad. Wszystkie mówiły jednak jedno: pypcia smarować masłem orzechowym przez siedem dni, trzy razy dziennie.
I smarowała Czarownica pypcia masłem orzechowym. A ten zamiast odpaść, rósł coraz większy i większy. Czarownica przestała wychodzić z domu, zakupy robiła online, dni jej się strasznie dłużyły, na sen tylko czekała. A trzeba wam wiedzieć, że kiedy spała, pypeć znikał. Tylko, że Czarownica nie mogła o tym wiedzieć, bo przecież spała.
Po tygodniu postanowiła zasięgnąć rady koleżanek.
– Ale ja nie mam koleżanek!
– Masz!
Obdzwoniła wszystkie psiapsiółki i każda mówiła to samo: pypcia smarować pasztetem z dzika. Nie było rady, smarowała Czarownica pypcia pasztetem, a ten zamiast odpaść, rósł coraz większy i większy. Tylko na noc znikał, ale, wiadomo, Czarownica nic z tego nie miała.
Po paru dniach, sięgnęła wreszcie po księgę tajemną. A tam stało czarne na pożółkłym: pypcia smarować kawiorem.
– O, nie! To już przesada – krzyknęła Czarownica. – Nie stać mnie na kawior. Poza tym, co ja tak ciągle krzyczę?
– Bo to wszystko jest takie podniecające! Ale niech ci będzie:
nie stać było Czarownicy na kawior. Cóż jej pozostało? Pstryknęła palcami lewej ręki, na czubku wskazującego pojawił się błękitny płomień. Już, już miała przysmażyć wstrętną brodawkę, kiedy pypeć wyprostował się i zeskoczył na stół.
– O mój Boże! – krzyknęła Czarownica… no, co? Przecież krzyknęła! – Kim ty jesteś?
– Witaj nosicielko – pypeć ukłonił się nisko – Jestem karzeł David.
– Jak… jak to możliwe? – dziwiła się Czarownica.
– A, nawet nie pytaj!
– Ale…
– Och, po prostu taki mam styl – zaśmiał się karzeł rubasznie i poklepał po okrągłym brzuszku.
– A gdzie znikałeś na całe noce?
– A skąd wiesz, że znikał? Przecież spałaś!
– Przeczytałam, tam wyżej.
– Ty wścibska ba…
– Spokojnie, spokojnie – rzucił pojednawczo David. – Wszystko wyjaśnię. W nocy pracowałem nad pewnym projektem.
– Jakim projektem?
– Projektem: przeżycie, ha, ha, ha!
– Nie rozumiem…
– To wszystko ja, Czarownico!
– Co, ty?
– Jak zamieszkałem na twoim nosie, musiałem załatwić sobie regularne posiłki. Więc w nocy pozycjonowałem fejkowe strony, tak, by po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy „pypeć na nosie” wyskakiwały porady o maśle orzechowym, za którym wprost przepadam. Potem naszła mnie chętka na pasztet z dzika.
– Przecież to były moje przyjaciółki.
– Ty nie masz przyjaciółek.
– To też byłem ja – roześmiał się David. – Zhakowałem twój telefon i udawałem je wszystkie. Nie zorientowałaś się?
– Coś przeczuwałam.
– Bzdury.
– Nieważne. A potem księga. Tu się napracowałem, ciężko było podrobić te zawijasy, nie mówiąc o pożółkłej kartce, ale i tak na nic się to zdało…
– Więc to wszystko iluzja?
– O, tak! – krzyknął karzeł. – Pokażę ci! Spójrz przez okno na to drzewo. Widzisz?
– Co?
– Składa się z samych ptaków.
Czarownica przyjrzała się uważnie drzewu. Faktycznie dostrzegła tam jakieś dzioby i skrzydła.
– A teraz uważaj!
Karzeł klasnął i ptaki zerwały się do lotu. Po chwili po drzewie nie było śladu.
– A teraz ściany!
– Co z nimi?
– To tylko sprasowane powietrza.
David dmuchnął i ściany, podobnie jak cała reszta rozwiały się.
– Co jeszcze? – zapytała drżącym głosem Czarownica.
– Twoje ciało.
– Co z nim?
– Składa się z samych żywych komórek. Spójrz tylko.
Czarownica przyjrzała się swemu ciału. Rzeczywiście składało się z żywych komórek. Karzeł gwizdnął i komórki rozpierzchły się na wszystkie strony, by po kolejnym gwizdnięciu zbiec się w konia, białego oczywiście, na którego David wdrapał się nie bez trudu. Następnie spiął rumianka ostrygami i połknął w inny świat.


Na kolanie

W gardle się nie mieści ile ludzie potrafią zjeść z byle budy. A jak na siebie szczekają, szczepiają się dupami, kredytami, bańkami operowymi. I co z tego mają? Czerwiec, lipiec, sierpień. Czerwiec, wiadomo, przeżarty robakami, lipiec, co tu dużo gadać, gadać, gadać, na popiół. A sierpień? Co do nogi! Gdzie biegasz kundlu bury? Wytarzałeś się znowu w padlinie? Padliłeś znosię w wytarzu? Wino muszalne, tyle masz w głowie. W tyle głowy. Bardzo stare. Jak ameba, mewa, Ewa. Jezu, czy zawsze musimy dochodzić do tych starych ksiąg? Nie ma wyjścia? Albo zadam pytanie inaczej: czy zawsze musimy dochodzić? Ja muszę. To było wyznanie. Abnegustyn.

Kuba Kapral – Trzy opowiadania
QR kod: Kuba Kapral – Trzy opowiadania