Prolog

WILK

                        Na tej drodze spotkałam wilka. „To niemądre, nie mogłaś go spotkać, bo tutaj wilki nie występują” – powiedziała Magda stanowczo. Na tej drodze spotkałam wilka parę miesięcy temu. Nie wystąpił przede mną, ale wstąpił we mnie. Każdego dnia coraz mocniej odczuwałam jego obecność – mój oddech przyspieszał otwieranie się źrenic. W ten sposób zobaczyłam i poczułam siebie w sensie detalicznym – jak spada mi włos z głowy, w którym momencie zaczyna się płacz     i zgrzytanie zębów, gdzie dokładnie podchodzi serce.

            „Zjadłaś mnie” – mówi wilk. A ja bronię się i przekonuję: „Przecież nawet nie otworzyłam ust”. „To skomplikowane” odpowiada.

            Na tej drodze spotkałam wilka, który wszedł we mnie. Każdego dnia rozpoczynam polowanie, odgarniam włosy z czoła, poprawiam usta, bo on szuka czerwieni. I gdy tylko przez nie przejdzie, gdy go wypowiem – zniknie.

MAGNOLIE

            Drogi Sebastianie,

piszę ten list przerażona. Wczoraj wykazałeś, że zwierzęta nie mają duszy. Teraz jestem w tym pokoju całkiem sama, bo kot, Magnolia to tylko kilka tkanek. Wierzę Ci. I boję się. Być jedyną duszą w zasięgu metrów to duże wyzwanie. Czy mógłbyś pomodlić się za mnie? Ciebie to nic nie kosztuje Sebastianie, a ja tej swojej unikalnej duszy nie chcę nadwyrężać.

            Piszę ten list przerażona. Zrozumiałam jaka ona będzie. Zupełnie inna niż ja. Nie powinna mieć nawet mojego wzrostu, musi być niższa, o wiele niższa! Czekaj, pozwól mi ją sobie wyobrazić.

            Ewa albo Marysia albo Małgosia. Metr sześćdziesiąt, płowe włosy – koniecznie proste, nie takie jak moje. W lokach mieści się za dużo sekretów, loki są pokrętne z natury. Toteż będzie mieć pszeniczne, proste włosy i koniecznie kołnierzyk. Zapinany po szyję, skromny, wyprasowany kołnierzyk. Nie, Sebastianie, nie kpię. Ja podziwiam. W kołnierzykach duszę się, szarpię, bo nie umiem znieść granic… nawet granic ubioru, które oddzielają głowę od reszty ciała. Moja pierś musi być odsłonięta tak jakbym żyła na pustyni. Sebastianie, ja żyję na pustyni. Wciąż jest mi gorąco, zlewam się w jedno. Pamiętasz te maski? Przywiozłam je z Ghany. Denerwowały Cię, bo potem już wszystko kupowałam w tym klimacie – moskitiery, żyrafy, naczynia. Z każdym tym przedmiotem robiło się coraz cieplej. Musiałam zrzucać z siebie kolejne warstwy ubrań. A Ty pociłeś się i spinałeś. Aż musiałeś odejść.

            P.S. Przyprowadziłeś ją. Czemu ona mówi tak cicho? Czy nie wie, że słowo musi być wypowiadane głośno i wyraźnie, by je dać światu nienaruszone? Czy chciałabyś mieć dziecko bez rąk albo nóg, Sebastianie? Nikt przecież nie wyobraża sobie swojego dziecka zdeformowanego. Słowa są zmuszane, by wyjść na świat przez usta. Wargi i wargi sromowe… myślisz, że to przypadek? Usta – tak samo jak pochwa – różowe i wilgotne, tak samo jak ona zamieszkałe przez niezliczoną ilość bakterii i okropieństw są bramą treści, cholerną, trudną drogą! A Ty przyprowadzasz ją, pokazujesz mi i chcesz, bym zrozumiała. Jak można nazywać się kobietą i mówić tak cicho?! Z niej się nic się nie urodzi, Sebastianie.

            Sebastianie,

podobno niemodne jest już pisanie o traumach. Dziś trzeba wyjść na zewnątrz i pisać tak, by czytelnik mógł poczuć się jak w uniwersum. Rzeczywistość powinna jawić się jako estetyczna – włączając w to nawet estetykę brzydoty, ale broń boże traumatyczna (w indywidualnym wymiarze traumy). Trauma może dotyczyć grup społecznych, państw zachodnich, nie ciebie. Ty możesz pisać o pierwszym seksie, o krwawieniu dziewiczym nawet, ale nie wolno ci przyznać, że mogło boleć i to przez całe dwadzieścia lat.

            W moim bloku był pedofil. Upośledzony umysłowo. Molestował mnie. Ale zgodnie z obecnym trendem w literaturze powinnam napisać, że dzieciństwo w PRL-u to obite kolana, akrobacje na trzepakach i chleb z cukrem.

            Spróbuję jeszcze raz: chciałabym napisać o dziewczynce. Miałaby kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt lat. Chciałabym napisać o dziewczynce, mając nadzieję, że obie dobrniemy do staruszki (czy polecałam ci już Tańczącą z wilkami?). Że nie zabije jej rak, samochód czy Pan Bóg.

            Dziewczynka chciała kiedyś, by Pan Bóg ją zabił (Pan Bóg nie był czarną chmurą mistycyzmu, a kimś w rodzaju operatora kamery). Kiedy miała osiem lat i bawełniany czerwony golf, zażądała, by ja do siebie zabrał:

– Po drugiej stronie musi być znaczenie ciekawiej.

– Po drugiej stronie wszystko widać jak przez soczewkę. Ludzie mają znacznie większe głowy.

– Moja głowa już jest znacznie większa.

– Nie zauważyłem.

– Weź mnie do nieba. Ale nie teraz, za cztery lata.

– Co chcesz robić przez te cztery lata?

– Udowodnić ci, że moja głowa jest naprawdę duża, chociaż nie widać.

            Dziewczynka wbijała sobie do niej różne rzeczy, na przykład to, że niebo jest soczewką i że myśl musi się gdzieś kończyć. Często kładła się na wersalce w swoim czerwonym golfie (który dusił ją), szukając końcówki myśli.

            Dziewczynka miała lalkę z krzywo namalowanym okiem i misia z piszczałką w brzuchu. Chcę byś miał jasność, że poza Panem Bogiem, końcówką myśli i wielką soczewką na głową, dziewczynka była dzieckiem.

            Była dzieckiem i to podobało się panu Waldkowi. Pana Waldka nie interesował Bóg, wielka soczewka, eksperymenty myślowe, ale drobne, porośnięte puszkiem ciałko. Pan Waldek pił denaturat, nadużywał też dziewczynek.

            Po latach dziewczynka dowie się, że był upośledzony i że nie można go winić.

            Sebastianie,

kiedyś na byciu w takim miejscu można było zarobić. Weźmy chociażby Sylvię Plath. Pisałam Ci, że dziś trauma jest już niemodna? Żebym chociaż urodziła się podczas wojny, żebym była chociaż ukrywana w piwnicy u polskich chłopów. Taka żydowska trauma byłaby

usprawiedliwiona. Ale ja urodziłam się po. I moja trauma z tą żydowską nie ma nic wspólnego. A Ty, Sebastianie? Czy odczuwasz swoje żydostwo jako problem? Oczywiście, że nie. Teraz kiedy stało się modne? Teraz kiedy poderwałeś „tę Basię” na cadyków?

            Czytałam „Opowieści chasydów”, które mi przyniosłeś. Wiesz, ja mam problem z mistyką. Lekarz mówi, że to nietypowe, że mistyka i wariat to jakby to samo. Ale ja mam ewidentnie problem z mistyką. Wszędzie widzę ciało, materię i procesy, które ograniczają się właśnie do ciała i materii. Żeby żyć trzeba jeść, kochać się, wydalać. I to jest cała tajemnica. Coś jak u Lipskiego. Lipski poznał tajemnicę. Człowiek i klozet – to wspaniały związek, który nie potrzebuje słów, a jedynie produktów przemiany materii. Wiesz jak Emil się modlił? Ten z „Niespokojnych”? W kiblu. Siedział (wyobrażam sobie, że na sedesie) i modlił się o dziewczynę. A do Boga mówił tak samo jak do swojego psa. Na znak przymierza między nim a Panem (który nie był czarną chmurą mistycyzmu) skrobał na ścianie rożne znaki i napisy. Potem kolejne warstwy jego życia pokrywała farba i trzeba było się dokopywać do głębi, bo świętość właśnie z głębi pochodzi. Ale to nie jest, Sebastianie, świętość, o której Ty myślisz. To moja świętość i Lipskiego. Świętość, która wychodzi z brzucha, która jest jak poród, która jest do skraju wewnętrzna i którą każdy z nas nosi. To materia – cała tajemnica.

            Ale wracam do traumy, która staje się dla mnie coraz większym kompleksem. Trauma nie jest już romantyczna ani praktyczna. Szpital psychiatryczny wygląda dobrze jedynie w serialach albo horrorach. Tutaj nie da się stworzyć literatury, bo ci ludzie to indywidua z traumami. A trauma przeczy literaturze. Sebastianie, ja mogłabym napisać coś zabawnego i mistycznego nawet. Wieczorami siaduję w oknie i spisuję historię ośrodka „Dębowa Przystań” w formie anegdot. Zdarza mi się pisać całymi nocami i nieraz orientuję się, że prawda zaczyna przeradzać się w fikcję – szczególnie, gdy przekraczałem magiczną granicę północy. Ożywiam w swoich opowieściach ludzi, którzy nie mogli żyć w opisywanych czasach, bo albo się jeszcze nie narodzili, albo już dawno zmarli, wykrzywiam miejsca, których proporcje ulegały zachwianiu – Julianów staje się centrum świata, a Dębowa Przystań rozległym labiryntem, albo organizmem, wnętrzem mojego ciała, fraktalem, który wielokrotnieje za każdym razem, gdy próbuję przestać pisać. Tak powstaje   z moich rąk niespełna dwustuletni wszechświat stworzony z materii prawdy i energii wyobraźni. To przez wariatów. Mają tu pacjentów każdego rodzaju – takich, którzy kogoś stracili i takich, którzy boją się straty, tych, którzy muszą pozbierać się po ciężkich chorobach i tych, którzy hipochondrycznie badają każdy milimetr swojego ciała, by uniknąć ciężkiej choroby; takich, co widzą duchy oraz takich, co duchami niemal są; mają tu anorektyczki oraz nieumiarkowanych w jedzeniu i piciu, są tu roztrzęsieni i ryzykanci, wykształceni, odnoszący sukcesy i społeczna patologia, bezpłodni i wielodzietni, sieroty i eurosieroty, kobiety po aborcji i dorosłe dzieci, które pragnęłyby być usunięte.

            W roku 1815 Fridrich Zamberg – niemiecki przedsiębiorca bawełniany wybudował neogotycki pałac, w którym mieści się wszystko…

            Sebastianie,

gdzieś przeczytałam, że kobiety są jak magnolie. Że mają kusić zapachem i wiele obiecywać, ale ich piękno szybko przemija. A potem leżą na ziemi (wiesz, te płatki, które zbierałeś jak byłeś mały) i kończą się.

            Możliwe, że kobiety są jak magnolie. Poprawiają wygląd świata. Mają „zwartą lub świetlistą koronę” (za Wikipedią). Zwarta jest wtedy, gdy ludzie nie dają nam szansy się otworzyć. Bo od dzieciństwa musimy uważać – na kolana, sukienki, na panów Waldków i innych, którzy mają dostęp do naszego ciała. A zawsze mają (nie wiem czemu tak jest, chyba się po prostu utarło) Świetlista korona jest wtedy, gdy dostajemy wolną rękę, równię praw, kiedy wycięty biust albo jajnik nie oznaczają końca naszego świata.

            W naszym ośrodkowym parku rosną magnolie, więc wysyłam Ci jeden taki płatek. Taką część umierającej kobiety. Mam nadzieje, że Ci się spodoba.

P.S. Doktor mówi, że to przez pana Waldka chciałam mieć Ciebie jak mężczyznę. Że mi osobowość rozwalił.

            Sebastianie,

miłość jest taka banalna. Próbowałam nigdy o niej nie pisać. Są dziś dwie niemodne rzeczy – trauma i miłość. Owszem, można pisać o jakichś dziwnych, zawiłych relacjach, ale nie o miłości. Zwłaszcza w poezji. Wiersz miłosny? Dziś? Obecnie należy celebrować rzeczywistość, byleby była daleko od ciebie.

            Piszesz „tej Basi” wiersze? Pewnie nie. Teraz tylko Bóg zasługuje u Ciebie na wiersz, prawda? Odkąd się nawróciłeś (ale czy można się nawrócić na coś, czego się wcześniej nie znało?), jesteś monotematyczny. Bóg jest wszędzie. Więc dlaczego zdenerwował Cię fragment poprzedniego listu o klozecie? Bóg jest wszędzie, ale nie w gównie? Pozwól, że odniosę się do tego, co napisałeś. Piszesz: „Sacrum nie jest tym samym, co profanum”. Pierwszy fałsz. Jak chcesz zostać Żydem, skoro nie widzisz, czym jest Biblia hebrajska? Przecież to nawet Lèvinas zauważył, że judaizm przedstawia sacrum jako część profanum, a raczej to, że sacrum zawsze jawi się w związku z profanum, pośród profanum i często poprzez profanum. A obozy? Getta? Nie było tam świętości? Albo świętość miała swoje wytyczone miejsca? Nie. Świętość ukazywała się pośród grzechu, winy niezawinionej, pośród wszelkiego zła i była z tym złem połączona tak, że czasem nie dało się odróżnić. A Ty mi piszesz, że tam, gdzie sacrum, nie ma miejsca na profanum! A Heschel, który twierdzi, że wszystko jest święte, oprócz grzechu, ale że i sam grzech ma w sobie zarodki, by stać się sacrum? A Rozenzweig? Chcesz być Żydem, który stosuje przestarzałe diadyczne rozumowanie, przeciwstawiające sacrumprofanum? Jakim Żydem chcesz być? Jak Twoja Batia? Jeść koszernie, nie włączać światła w sobotę? Do synagogi chodzić piechotą? Myślisz, że to wystarczy? Ja znam inną Batię, tę z opowiadań Amiel. Wychowywała się w klasztorze, a potem już wszystko było w jej życiu ciemne. I wierz mi, próbowała żyć w sacrum. Wyszła za mąż, urodziła dzieci… Świętość, którą Ty popierasz, jest tak słaba, że nie umie zwyciężać. Batia zostawiła rodzinę, wstąpiła chyba do buddyjskiej sekty, a potem umarła w przytułku dla narkomanów. Ale wiesz czym się różni Batia od „tej Basi”? Batia była prawdziwie święta, bo jej świętość oznaczała poszukiwanie. A czego ta Twoja Basia poszukuje, skoro już wszystko wie? To drugi fałsz, Sebastianie. Jeśli kiedyś powiem Ci, że poznałam prawdę absolutną, zabij mnie.

            P.S. To bycie Żydem przejdzie Ci. Moda jest teraz taka. Czytałam u Reszke. A są i tacy, którzy trzecie pokolenie nazywają chorobowym. Że to psychologiczne jest i niezdrowe. Wyczuwam, że u Ciebie to również jakiś objaw.

            Sebastianie,

podobno byłam chora od kilkudziesięciu lat. Kilkudziesięciu! Nie schizofrenia, a ChAD. Czy to nie wszystko jedno? Leki i tak dostaję te same.

            Jest tu taka Magda, mówimy na nią Magnolia, bo całymi dniami przesiaduje na ławce obok krzewu magnolii. Płatki magnolii są gładziutkie jak skóra dziecka. A Magda nigdy nie będzie mieć dzieci. Oczywiście chciałaby. Magda jest też całkowicie wyłączona spod kategorii cudu. Często słyszy się o ludziach, którzy starali się wiele lat, ale stał się cud i z łona wyskoczyła wielka różowa kulka z przeciągłym roszczeniem na ustach. Magda „Magnolia” ma wyciętą macicę wraz z przydatkami. Magdę nie spotka cud i Magda zakończy wielowiekową historię rodziny Zambrzyckich, bo jest jedynaczką. Czy wyobrażasz sobie co ona czuje? Zakończy wszystko. Cała pamięć genetyczna tej szlacheckiej rodziny przepadnie razem z Magdą. Wszystkie te dostojne babki, bohaterscy dziadkowie, dwory i sejmiki. Wszystko przepadnie z powodu drobnej Magdy, która obgryza paznokcie do krwi (trzech już prawie nie ma).

            Magda zwariowała po histerotomii. Magda tęskni za dzieckiem, którego nie było i nie będzie. Magda nie ma żadnego zaczepienia w materii. Bardzo jej współczuję. Wiesz co jej naopowiadał jeden terapeuta-chrześcijanin? Że można być płodnym duchowo. Duchowo, wyobrażasz sobie? Że ci, którzy nie mogą lub z powodu powołania do kapłaństwa są rodzicami     w sensie duchowym. Co za bzdura! Magda też zaczęła się śmiać. Śmiała się przez trzy dni i wzięli ją do szpitala.

            Sebastianie, z dwojga złego, cieszę się, że nie wybrałeś chrześcijaństwa, bo bym tego nie przeżyła. Judaizm chociażby pozwala się rozwieść z kobietą bezpłodną. Pamiętaj, w razie czego.

  1. Choroba afektywna dwubiegunowa jest wtedy gdy kochasz Myśliwskiego i Pilcha tak samo mocno.

            Sebastianie,

lubię Magdę Magnolię, bo jest wybrakowana, pustawa (w sensie fizycznym) i pozbawiona czegoś. Magda Magnolia nie ma już tego paznokcia, nie ma macicy z przydatkami, nie ma dziecka i nie ma perspektyw. Chyba trochę się zakochałam w Magdzie Magnolii.

            Muszę Ci jeszcze coś o niej napisać. Magda Magnolia uroiła sobie, że jest syreną. To było niedługo po pierwszej operacji, gdy wydawało jej się, że to, czym się stała od pasa w dół jest nieludzkie. I oto Magda leży w szpitalu, lekarz oznajmia, że dzięki jego rękom uniknęła śmierci, ale również na zawsze stała się bezpłodna. Leżała bez ruchu całą noc i płakała. Nad ranem przyszła rehabilitantka, by rozruszać jej nogi i pomóc usiąść. Odsłoniła kołdrę i krzyknęła przerażona – zamiast nóg Magda Magnolia miała rybi ogon! Stała się pół-kobietą, pół potworem. Nie umiała chodzić, to oczywiste. Na kwatepianie jej przeszło, ale nadal jest doskonałym przykładem pół-kobiety. Mam ochotę wessać się w jej brak i się tym brakiem do granic wypełnić (to się da zrobić, gdy jest się mną).

            I wiesz, nie tylko Magda Magnolia mi się ostatnio przydarzyła. Adam-samobójca. Adam samobójca popełnił samobójstwo. Zeskoczył z dachu wschodniego skrzydła. Kompletnie nie wiem jak się tam dostał. Kiedy to się stało zaczynałam jeść zupę (czy rozumiesz to – wreszcie wzięłam zupę w stołówce, po kilkunastu miesiącach przekonywania mnie, że jest zdrowa, zamówiłam to pseudojedzenie i wtedy…).

            Leżał tam rozpłaszczony i pachniał jak pomidorówka. Zdałam sobie sprawę z ogromnej różnicy pomiędzy „pachnieć jak pomidorówka” a „pachnieć pomidorówką”. Ta zupa jeszcze ujdzie. I gdyby, no nie wiem – zalał się nią, albo gdyby ją przed chwilą jadł – ta woń miałaby rację bytu. Mogłoby mi się to nawet podobać. Ale świadomość, że liczne zapachy jego płynów ustrojowych całkiem przypadkowo zawiązały się w ten właśnie swąd, była nie do zniesienia. Szybko się oddaliłam. Ale zupy już tego dnia nie jadłam, mimo, że krupnik był.

            Ale wiesz, że Magda Magnolia i Adam-schizofrenik to nie są jakieś typy ludzkie, jakieś maski/role? O ich nie dałoby się zrobić filmu, nie dałoby się dobrać aktorów, napisać jako postaci. To zupełnie nie są postacie, ani nawet osoby. Są jakąś częścią mnie, bo sobie ich zinternalizowałam w procesie wolnego wyboru i naturalnej selekcji.

            P.S. Adam schizofrenik myślał, że jest czarną dziurą i pochłania światło. To oczywiste, dlaczego go sobie zinternalizowałam.

            Sebastianie,

lubię kobiety. Najbardziej Magnolię. Magnolia wraca do Przystani od lat (zaznacza, że nie mogłaby nie wracać do miejsca nazywanego przystanią, pomimo ponad trzydziestokilometrowej odległości od najbliższej wody). Jest dowcipna. Wraca, wdrapuje się na Wzgórze Zamkowe, na którym nie ma zamku i śmieje się w głos. Bo rozumie brak. Z tym, że jest delikatna, a ja nie. Przez to stroni od mojego towarzystwa. Kiedyś wprost zapytałam ją dlaczego. Powiedziała, że jestem koszmarną rozmówczynią. Magnolia nie jest jednak delikatna.

            Lubię patrzeć na jej wygryzione paznokcie i krótkie włosy. Tak jakby robiła tym na przekór innym kobietom, które bardzo dbają o wygląd. I mężczyznom, którzy muszą się nią trochę obrzydzić, by nie móc przestać o niej myśleć. Magda Magnolia gryzie palce jak kostki, coraz bardziej skraca włosy, ale jest obiektywnie najpiękniejsza.

            Chciałabym opisać Ci tych wszystkich ludzi, stworzyć takie obrazki jak u Pilcha w „Pod Mocnym Aniołem”. Ale tutaj oprócz mnie i Magnolii nikogo nie ma, bo są w nadmiarze. Adam – samobójca osiągnął maksimum braku, więc o nim pisać nie mam prawa. To już po prostu nie należy do mnie.

            Sebastianie,

szpitale psychiatryczne są jak pęknięcia w przestrzeni. Jeśli wierzyć, że ma ona jakąś strukturę, miejsce, w którym jestem to wyrwa. Ludzie zazwyczaj zdają sobie sprawę z jej istnienia, ale skutecznie ją omijają, bo niebezpieczne i niewygodne jest się do niej zbliżyć. Istnienie wyrwy w przestrzeni obrasta mitami, budzi lęk, a czasem również wątpliwości co do jej istnienia. Ale te miejsca są i pełnią funkcję punktu odniesienia. Jeśli choroba psychiczna jest brakiem normy, to wszystko „poza” jest normalne. Wyrwa oznacza „w”. Jestem „w” od zawsze. W środku, w głębi, w sobie. Oczywiści, że „poza” to rola, bo każdy z nas był, jest lub będzie chociaż na chwilę „w”. I prawie każdy się boi. Dlatego tak łatwo jest odtrącać tych, którzy byli lub są „w”. „W” jest monstrualne i misterne, schodzi w głąb ziemi jak lej, przebija się jak kolec przez tkankę i dokucza, drażni, wskazuje na miejsca problematyczne. Wariaci, obłąkani, wiejskie głupki, nawiedzeni, zawsze coś odsłaniają, a wnętrze jest w swojej naturze paskudne.

            Trudno o większy banał niż chora psychicznie, pisząca listy matka Żydówka, Sebastianie? Nie przyznawaj się do mnie. I tak nikt Ci nie uwierzy. Mnie samej trudno żyć z taką śmiesznością, dlatego żyję z pewnymi przerwami.

            Sebastianie,

miałam osiemnaście lat, gdy mi Ciebie wycięto. Nie zrozum mnie źle, ale byłeś wtedy trochę jak nowotwór, który się rozrastał. Więc wycięto Cię, oderwano i nigdy już nie czułam się tak wolna, ale i pozbawiona czegoś. Mówią mi, że symbioza, że jakieś Twoje życie, że jakieś granice, przestrzeń osobista. Jak coś wyrasta w nas jest już na zawsze nasze.

            Sebastianie,

lubię mech, bo ma wszystko to, co powinna mieć roślina, ale nie ma niczego, co powinna mieć roślina. Brak łodygi i liści zastępują tak zwane: łodyżka i listki. Mech ma swoją alternatywną rzeczywistość, drugi wymiar, gdzie jest spieszczoną wersją drzewa, takim pomniejszonym lasem. Jego deminutywna natura każe obchodzić się z nim czulej i ostrożniej. Jest niepokojąco delikatny i głęboko przerażający. Soczysty i pasożytniczy, piękny i lepki.

            Mech jest jak mokre uda kobiet i nadgarstki spracowanych mężczyzn. Cudownie go dotykać z uczuciem lekkiego obrzydzenia.

            Mech jest w swej naturze czymś, co zwykło się podziwiać z daleka i zawsze w połączeniu z czymś innym – pniem drzewa, skałą, stopniem schodów. Nie istnieje samodzielnie, jest wierzchnią warstwą czegoś, co zazwyczaj nie robi na nas wrażenia. Pojawia się jako mikroświat na dobrze znanym świecie. Dlatego lubię mech.

            Sebastianie,

każą nam tu pisać życiorysy, jakby nasze twarze nie były wystarczające. Kiedyś to nawet były takie testy psychologiczne. Pokazywało się pacjentowi kartoniki ze zdjęciami osób chorych psychicznie. Było tam wszystko – depresje, psychozy, uzależnienia, upośledzenia (ci ostatni wszyscy wyglądali jak wiejskie głupki). Badanemu kazano wybierać i odrzucać te zdjęcia w kilku etapach. To jedno wybrane, ta jedna twarz mówiła wszystko. To był twój idiota, twój wiejski głupek, wariat, awanturnik. Byłeś nim, miałeś jego objawy, rozpoznanie, zalecenia. Wiesz, ja wierzę w skuteczność testu twarzy. Po co więc pisać te kilkustronicowe życiorysy, skoro twarz wystarczy, skoro można stać się twarzą.

            Sebastianie,

tutaj jest bardzo polsko i niemiecko. Myślisz, że to niemożliwe, żeby polsko i niemiecko było w tym samym miejscu i czasie?

            Polsko, bo rosną jabłonie – takie dobre do wspinania. I zdziczałe kłosy. I maliny. Niemiecko, bo pałac jest duży, zimny, ale stara się być uroczy. Przaśne ścieżki i eleganckie mury. Rozumiesz to?

            Mamo,

Twój lekarz mówi, że nie jest teraz z Tobą najlepiej. Uważam, że powinnaś zostać dłużej w ośrodku. Musisz się odpowiednio odżywiać, więcej spać, kupić coś ładnego. Macie tam sklepiki jakieś, prawda? Pisz sobie te opowiadanka o naszej rodzinie. Ładnie wychodzą.

            Mamo, ja nie rozumiem co do mnie piszesz. To są sprawy całkowicie mi obce, wierzę że są wynikiem choroby. Postaraj się uspokoić.

            Nie umiem znaleźć w tym sensu. Nie wiem, o czym jesteś.

MIMOZA

Nienawidzę zimna. Zawsze kiedy przychodzi mróz muszę włożyć sweter z przydługimi rękawami, by móc naciągnąć je na palce – są mi  potrzebne w pracy. Nawet o żonę nie dbałem tak jak o nie. Pozwoliłem jej  wyjść kiedyś na mróz. Przeziębiła się.
           Myślałem o tym tamtego ranka, kiedy po raz pierwszy od kilku lat stałem na przystanku autobusowym. Zabrała ze sobą samochód, kawę rozpuszczalną i parę majtek. Świat się nie zawalił, nie przewrócił się do góry nogami, nie zastygł. To się po prostu stało, a ja czekałem na przystanku jak kiedyś, na studiach.

               Autobus pojawił się nagle, jakby wypadł z rozkładu nocy na dzień. Zaniepokoiłem się. To stało się za szybko – nie byłem przygotowany.

          Siadła naprzeciwko, zabierając mi trochę prywatności. Swoją dużą torbę oparła częściowo o moje nogi. Świat za oknem uciekał. W mdłym zapachu autobusu zapadałem się    w senność, taką niebezpieczną, bo prawie przygnębiającą. Spojrzałem. Tamta osoba siedziała sztywno wpatrzona   w okno, trzymając w dłoniach książkę z biblioteki i zmięty bilet. Starałem się dopatrzyć tytułu grubego tomiska, ale niestety prawa dłoń dziewczyny z dziwnie małym, nienaturalnie wyglądającym paznokciem, zasłaniała okładkę. Patrzyłem.

     Elżbieta przyszła do mnie niespodziewanie, pomiędzy ustami tamtej, a czubkiem nosa.

– Tadeusz, boże, ja wiem co myślisz. Że jestem temu winna. Nie jestem, Tadeusz, posłuchaj mnie. Od początku nie byliśmy pewni. Błagam cię, musimy wreszcie coś zrobić, coś radykalnego.

       Autobus toczył się jakoś ospale. Skierowałem wzrok na szybę przyglądając się rzeczom, które codziennie mijam jadąc do Poradni. Wszystko było jakieś inne, szczegółowe. Atakowało mnie.

– Że niby nie ma seksu? Nie ma seksu! Bo nie chcesz żeby był. Że nie jestem zadowolony z pracy? Nie jestem! I wiesz co, myślę o innych, o kobietach z supermarketu, z pubu!

Poczułem wstyd, że znowu to robię. To nic, że Elżbieta odeszła – nadal była moją żoną, a ja obserwowałem dziewczynę, która mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat… Ale przecież świat się nie zawalił, nie przewrócił się do góry nogami, nie zastygł…

Moja sąsiadka zdjęła rękę z książki. Zobaczyłem Czechowa. Coś w jej postawie, oczach, ustach, szczególnie w dłoniach, w tym paskudnym paznokciu i jesiennych włosach mówiło mi, że… Ja sam napiąłem się jak struna przerażony swoim nowym odkryciem. Nienawidziłem! Bo gdybym mógł znów czytać Czechowa byłbym szczęśliwy. Oparłem głowę o szybę, drżała lekko. Ostatni zakręt rzucił z pełną mocą torbę dziewczyny na moje stopy, pchnąłem ją niegrzecznie w kierunku właścicielki, która niespokojnie obgryzała paznokcie. – Czemu ona tego nie docenia? – myślałem – Czemu nie czyta? Była na tym etapie życia, kiedy można jeszcze wybierać. Zazdrościłem jej, bo miała to czego nie miałem ja. Ty masz to co ja chciałbym mieć gdybym kilka lat mniej miał – zanuciłem bez skrępowania, autobus charczał tak głośno, że i tak nikt by tego nie usłyszał – nawet ona – biedna z tym małym paznokciem – nie przypuszczała nawet, że stała się dla mnie obiektem zmysłowego zniesmaczenia. Wzbudzała lęk.

Oboje wysiedliśmy na ostatnim przystanku. Weszliśmy do tych samych drzwi, usiedliśmy w tej samej poczekalni. Mogłem się tego spodziewać.

***

            Moje mieszkanie było mieszkaniem kobiety. Wszystkie te bibeloty i subtelności dziś wyjątkowo mnie denerwowały. Siedziałem na kanapie z czasopismem specjalistycznym na kolanach i ogromną ochotą połknięcia śliskiej guli, która zatrzymała się na wysokości krtani. Niesmak towarzyszący mi w autobusie przerodził się teraz w obrzydliwe przekonanie o jakimś zboczeniu. Trzy gipsowe koty stojące na elektrycznym kominku odwróciły się ode mnie.

            Żeby o kimś myśleć, o jakiejś kobiecie, w pełnym tego słowa znaczeniu, musi mieć duszę i ciało. W momencie kiedy o duszy mówić nie można, a ciało jest czymś najzwyczajniej odstraszającym, młodym, dziewczęcym, to o czym ja właściwie myślałem? Tak jak człowiek, który dostrzega na chodniku martwego ptaka i mimowolnie nie odwraca głowy, tylko przygląda się sztywnemu ciałku, zacząłem sobie wyobrażać, że dotykam dłoni z małym paznokciem. Prawie natychmiast zrobiło mi się niedobrze. Samo myślenie było dla mnie czymś tak niesmacznym, że aż podniosłem się gwałtownie i bez wyraźnej potrzeby podszedłem do okna. Chłód zaczaił się na moje palce, nie protestowałem, otworzyłem drzwi balkonowe i stanąłem boso na zimnych płytkach. Chciałem czegoś, czego nienawidzę. Zacząłem się zastanawiać co może być równie lodowate jak to powietrze? Nocturny Chopina, mięso z zamrażalnika czy głos Elżbiety? Zadzwoniłem.

– … czego jeszcze potrzebujesz? – pytałem.

– Nie wiem, Tadeusz. U Jagody jest wszystko, pieniądze mam. Darujmy sobie może na razie wizyty – mówiła twardo. ,,Żelastwo” – myślałem.

            Kaleczenie się sprawiało mi przekorną przyjemność. Prawie zapomniałem o nowotworze, który uczepił się mnie dziś w autobusie.

– Jeśli jednak zdecydujesz się po coś przyjechać, to weź ze sobą kolekcje kotów – torturowałem kobietę. Przez dłuższą chwilę w słuchawce słyszałem tylko chłodny oddech.

Jasne. Nigdy ich nie lubiłeś.

Od długiego wietrzenia pościel była bardzo zimna. Masochistycznie ułożyłem się pod kołdrą     i zamknąłem oczy. Dzisiejszy dzień był jaskrawy, więc moja głowa z łatwością mogła go odtworzyć. Zacząłem śmiać się ze swoich autobusowych, szczeniackich przemyśleń. ,,Literatura, Chryste Panie… literatury żałuje się tylko po kielichu, a młodych kobiet pragnie się tylko, kiedy nie są takie obrzydliwe. I takie biedne…”. Przewróciłem się na drugi bok, zrobiło się trochę cieplej, powieki uwalniały powoli obrazy z mojej głowy.   Ta noc krępowała mnie. Byłem przecież sam i chyba chciałem czymś się zachwycić. Połknąłem tabletkę, jedną z ostatnich, i pomyślałem, że dobrze byłoby być na przykład artystą, coś umieć. Wtedy wszystko by do siebie pasowało – choroba alkoholowa, poezja i młoda dziewczyna. Ja jednak nienawidziłem ludzi mówiących o sobie ,,artyści”, musiałbym więc przestać szanować siebie. Snobistyczne towarzystwa współczesnych dekadentów odstraszały mnie i obrzydzały. Sztuka. Bóg. Nietzsche. Obrzydliwe. Znałem ich dobrze  – zakładali  towarzystwa, organizowali pokazy filmów, których nie rozumieli sami, bo nie rozumieli siebie, bo świat ich nie rozumiał. Pomyślałem, że to smutne nie mieć swojego baru i swoich oszołomów. Teatrzyki, galeryjki, wieczorki autorskie, tomiki, pisemka. Mogłem tak żyć. Dziwny dreszcz przeszedł mi po plecach. Początek lęku, włączyłem więc telewizor, ustawiłem, by sam wyłączył się za godzinę. Cisza zawsze mnie przerażała – kazała skupiać się na myślach, które zazwyczaj natrętnie nakładały się na siebie. Zacisnąłem powieki. Ta dziewczyna przyszła prawie od razu. Miała swoje jesienne włosy, wielkie oczy i mały paznokieć. Miała to wszystko, a ja miałem ją.

Tamtej nocy definitywnie przestałem być zdrowy.

KUJAWIAK Z OBERKIEM

            Kochana córko,

urodziłaś się.

            Urodziłaś się i to było niezwykłe. Poznałem cię od razu – głodna, zapłakana i taka czerwona. Żywa. Od tamtego dnia czerwień kojarzy mi się z życiem – żyją czerwone jabłka, czerwone wstążki, czerwone sukienki. Kiedy tańczyłaś w Zespole, wydawałaś się żywa jeszcze bardziej – wiązałem ci kokardy na warkoczach, a matka prasowała te koszule w łowickie wzory. Ale czy ty wiesz… czy zdajesz sobie sprawę, ilu przed tobą poległo? Marcin – twój pierwszy brat. Nie zabrałem cię nawet na jego grób, bo sam już nie pamiętam o tym dziecku. O tobie też raz przecież prawie zapomniałem. Marcin był mały jak garść piasku. Potem Piotr. Piotr był biały jak kostka masła. Ile razy musiałem opowiadać ci jak umierał mi na rękach? Dlaczego wciąż o to pytałaś? I ci wszyscy twoi koledzy – co drugi to Piotr. Mówiłaś, że musisz ciągle znać kogoś o tym imieniu, żeby czuć własne istnienie. Nie rozumiem tego do dziś. Ani tego, że lubisz wiedzieć, na jakiej glebie wyrosłaś, jaki towarzyszył jej rozkład. Bo ja już nawet nie liczę tych wszystkich płodów, które poroniła twoja matka. Ty liczysz. Najbardziej żal ci tego, który spłynął z kałużą krwi po tym jak mama podniosła worek z cukrem. Taka słodka śmierć. I wiem, że tobie czerwień nie może kojarzyć się z życiem. Że te wstążki i kujawiaki, gdy miałaś trzynaście lat, to było takie małe umieranie. Już wtedy.

            Urodziłaś się w samym środku zimy. Dziwi mnie, dlaczego jej teraz nie lubisz. Przecież mróz koi ból, znieczula. Byłaś naszą odpowiedzią od Boga, który wcześniej niczego nie widział i niczego nie słyszał. Byłaś bardzo głośną odpowiedzią – wciąż płakałaś za jedzeniem. Nie za mamą i tatą – za jedzeniem. Kiedy byłaś taka chuda – w czasach wstążki i oberka, bałem się, że ty ciągle płaczesz za tym jedzeniem, które przelatuje przez ciebie jak woda.

            Pamiętam twoje pierwsze urodziny. Wróciłem po operacji ze szpitala, a ty mnie nie poznałaś. Rozpłakałaś się na mój widok i to już właściwie wtedy stało się naszą tradycją. Często płaczesz z mojego powodu. Często mnie nie poznajesz. Mama tłumaczyła ci, że to ja, że zgoliłem wąsy, ale ty wciąż płakałaś, a mnie bolała blizna po tej przepuklinie i nie mogłem wysiedzieć.

            Atmosfera tamtych dni była ciężka, ale przygniotła nas dopiero po latach – ciebie i mnie. Mama upadła znacznie wcześniej – zaraz po śmierci Piotrka. Chodziła i zaglądała obcym kobietom do wózków, by sprawdzić czy ich niemowlęta żyją. Byłem przerażony, kiedy ty też zaczęłaś to robić. To było po twojej pierwszej operacji – tej, po której pisałaś o sobie jako syrence – pół kobiecie-pół rybie. Bezpłodnej. Kazałaś się wozić wtedy na wycieczki do parku i patrzyłaś na matki z dziećmi. Dokładnie tak, jak kiedyś twoja mama.

            Mnie dopadło w czasie, gdy ty byłaś już w liceum. Zbiegliśmy się wtedy w naszym nieszczęściu, ale byliśmy jak małe dzieci – zabawa równoległa, nie wspólna. Ja piłem, ty popadałaś w anoreksję. Od czego to się zaczęło? Od mojego picia czy twojej anoreksji? Kto z czym sobie wtedy nie poradził?

            Kochany tato,

urodziłam się i to było naturalne. Zawsze zastanawia mnie, dlaczego w naszej rodzinie normę traktuje się jak jakąś wielką rzecz.

            Marcin i Piotr to moi bracia, którym się nie udało. Ja mam szansę żyć i próbuję za całą naszą gromadkę płodów, zarodków, embrionów. W ogóle nie czuję się przez to pojedyncza. Mam   w sobie te wszystkie małe serduszka, małe nerki, małe żołądki. Bo jak tu się pozbyć tego, co nas poprzedza, jak wyrwać się z kontekstu? Mój kontekst to śmierć Piotrka. Żałoba się jeszcze nie skończyła, gdy z łona matki wyskoczyła świeża osoba. I co tu zrobić z takim dzieckiem? Nakarmić – mlekiem w proszku, oczekiwaniami i umieraniem (umieralnością raczej). Bo czym innym, skoro niczego w tamtych czasach nie było? Mama chodziła na czarno jeszcze wtedy, gdy odzyskałam pamięć, bo widocznie musiałam ją na jakieś trzy lata utracić, skoro nie pamiętam chwili swojego przyjścia na świat.  

            Piłeś, bo chciałeś umrzeć, ale tak powoli, po troszeczku. Nie jadłam, bo chciałam umrzeć, ale tak niezauważalnie, stopniowo. Spotkało nas właściwie to samo, chociaż całkiem na odwrót – ty ładowałeś w siebie coraz więcej, robiłeś długi; ja byłam za to oszczędna, jadłam sto kalorii dziennie w postaci kisielu na słodziku. Dziś sądzę, że to był taki wyścig, kto umrze pierwszy. Pamiętam tę noc, podczas której chciałeś wygrać łykając kilkanaście tabletek psychotropowych. Zobaczyłam w przedpokoju twoje gołe stopy. Leżałeś na podłodze i umierałeś sobie, z tym, że bardziej intensywnie niż zazwyczaj. Krzyczałam histerycznie w swoim pokoju wijąc się na łóżku. Mama trzymała mnie, bym nie wyskoczyła przez okno, które mogło tego dnia stać się „wrotami do nieba” – taka nobilitacja, bo okna zawsze chciałaby być drzwiami. Następnego dnia powiedziałeś, że to przełom, czarna niedziela. Zgłosiłeś się na terapię.

            Córeczko,

zgłosiłem się na terapię, której nie ukończyłem. Wyrzucili mnie, bo po każdej sesji chodziliśmy z chłopakami na wódkę. Zgłosiłem się na drugą terapię, której również nie ukończyłem, bo twierdzili tam, że twoja anoreksja to też forma uzależnienia i że robisz to, bo ja piję. „Bzdury” – wrzeszczałem na tę siksę psycholożkę. „To nie moja wina, że się gówniarze w dupie poprzewracało!”. Nie zauważyłem nawet, że ty już właściwie nie masz pośladków, piersi, brzucha, ale w przyrodzie nic nie gnie, więc zaczęłaś rozrastać się w głąb, wyrównywać braki – wewnątrz ciebie wyskoczył guz. Tym razem ty chciałaś mnie wyprzedzić.

            Drogi tato,

ważyłam czterdzieści kilo, gdy zrobili mi drenaż jelita. Wyciągnęli stamtąd siedmiocentymetrowego ropnia w kolorze złota. Po zabiegu poprosiłam o drożdżówkę ze szpitalnego baru. Zjadłam trzy. Mama głaskała mnie po rękach, a ty przyszedłeś tylko na pięć minut.

            Niezauważalnie zaczęło wychodzić słońce, wypełniać mnie jak gronkowiec złocisty. Zdobyłam się na odwagę i wyprowadziłam się. Mama czasem opowiadała mi, że wciąż znajduje butelki za pralką, że znikasz na kilka nocy i wracasz poobijany. Odwracałam się od tego, wstawiałam wodę na herbatę w swoim nowym mieszkaniu – odpalałam gaz, wahałam się chwilę, czy użyć ognia, ale zawsze decydowałam się obejrzeć gazowe iluminacje tańczące na palnikach i ulotnić się do swoich zajęć.

            Moje umieranie spowalniało, zatrzymywało się, a ja rosłam. Pięćdziesiąt pięć kilogramów normy. Normy, rozumiesz tato?

            Kochana córeczko,

kiedy ty osiągałaś normę, ja zaczynałem rozumieć jak bardzo jest mi ona potrzebna. Twoja mama dała mi ostatnią szansę. Zacząłem leczenie psychiatryczne, podczas którego zdarzało mi się popłynąć, ale to był proces, z którego nie zdawałaś sobie nawet sprawy. Przestaliśmy bawić się w jednym pokoju, przestaliśmy się ścigać.

            Najbardziej lubię to zdjęcie z twojego wesela, na którym razem tańczymy. Ja uśmiecham się bardzo niepewnie, bo to była pierwsza impreza z alkoholem, a ja nie piłem, ty patrzysz prosto przed siebie, bo wreszcie jest jakaś przyszłość i jakaś prostota w tym. Nie miałaś czerwonych wstążek ani korali, bo rodziłaś się do nowego życia, a to musi odbywać się w absolutnej bieli.

           Minęło pięć lat odkąd nie piję. Ale ty znowu ważysz czterdzieści kilo. Doktorzy mówią, że alkoholikiem i anorektyczką jest się do końca życia. Pracujesz nad tym, by się nie głodzić, a ja nad tym, by nie podjąć rywalizacji o umieranie.

            Tato,

moje życie jest jak kujawiak z oberkiem – przebiega epizodycznie – przyspiesza i zwalnia. To się podobno nazywa choroba afektywna dwubiegunowa, ale dla mnie to taniec.

            Czasem śnią mi się twoje gołe stopy i otwarte okno. A potem to tarcie z rzeczywistością, od którego schodzi skóra i jesteśmy tak wystawieni na słońce.

            Podziękuj mamie za drożdżówki. Zjadłam trzy.

MAGDALENA

            Mamo, jadę do ciebie! Do wsi prawdziwej. Magda nie może już żyć na cmentarzu zwierząt gospodarskich. PRL-owskie osiedle przyciska betonem głodne ciała krów i kóz. Bo tam, gdzie powstawały PRL-owskie osiedla znikały wsie. A wsie znikać całkowicie nie chcą. Zwierzęta i zboża, jabłonie i skarłowaciałe ziemniaki. Nieracjonalne, prowadzące donikąd ścieżki, czasem jakieś fragmenty podmurówki ukryte w krzakach. Jak mogłaś mamo przynieść mnie tam ze szpitala, szpitala wciskającego w ziemię półtora hektara sadu, do tego miejsca, gdzie kwadrat i beton walczy z kwiatem i kłosem? Jak mogłaś mamo, zostawić mnie tam na twoją pastwę? Męczyłaś piersią i mlekiem mdłym, wzdymającym, męczyłaś marchwianką i hydroksyzyną. A potem umarłaś i umęczoną zostawiłaś babce złośliwej, staroświeckiej i pokurczonej. Umarłaś, bo pierś i marchwianka odrzucały mnie. Bo nie zniosłaś tego odrzucenia, które było też twoim odrzuceniem.

            Mamo, już nie pamiętam, kiedy zamieniłaś się w posąg. Ale to musiało stać się wcześnie, bo początku myślałam o tobie jak o czymś nieruchomym jak ze zdjęć, nie czymś lekko zaokrąglonym jak rzeźba. Ojciec mówił, że istotnie znieruchomiałaś. Przynosił mnie na karmienie i sam musiał wyciągać spod koszuli twoją pierś, coraz bardziej suchą. Odpychałam cię nóżkami to odpychanie okazało się ostateczne. Mamo, zamordowało cię niemowlę.

            Tamtego dnia ojciec przyniósł mnie na ostatnie karmienie przed twoim wyjazdem do szpitala. Sanitariusze stali już na klatce schodowej, ale ty nie poruszyłaś się, mój płacz nie poruszył cię. Ostatnie ruchy jelit poruszyły płyny i mazie, w których cię znaleźli. Tak wyszłaś     z siebie mamo.

            Zawsze zastanawiałam się jak to możliwe, że zdążyłaś umrzeć. Ojciec cię pilnował. A może nie? Podobno potrafiłaś przekonać go do wszystkiego, czy to w fazie manii czy depresji. Do wyjazdu w góry, zakupu mieszkania, nielegalnych tabletek spalających tłuszcz, rosyjskiego kota błękitnego. Umiałaś go przekonać w remisji i chorobie, w zdrowiu i rekonwalescencji, w krótkich spódniczkach, dresach, w hotelowym pokoju, na balkonie w naszym bloku. Umiałaś i tym razem również ci się udało. Odtrącona przez małe stópki, wysączona, w psychozie poporodowej zdążyłaś umrzeć pomiędzy jednym karmieniem a drugim. Umarłaś zasikana, ale wciąż bardzo ładna, bardzo chuda. Umarłaś, bo chciałaś tego od lat, bo ojciec ci pozwolił, bo nienawistne babki wszystko wiedziały lepiej, bo osiedla rozrastało się i wpadałaś w agorafobiczne lęki.

            Tamtego dnia zmiażdżona pod naszymi podłogami wieś, gospodarskie zwierzęta i siewy odezwały się nagle i nie ucichły przez całe moje dzieciństwo. Czasem słyszę też twoje rzężenie.

            Zdążyłaś mnie urodzić mamo, zdążyłaś mnie oszczędzić, a nie oszczędziłaś wcale, więc teraz jadę do ciebie, przywołam cię zza tej granicy, za którą odchodzą matki bez swoich dzieci. Oddaj, co moje.

            Jak to było mamo? Kto zabił cię na wespół ze mną? Babka? Oczywiście, że babka! A ja tego tak długo nie rozumiałam. I wczepiałam się z nią jakby była dobra, a ona osiągnęła tylko to, czego chciała. Chciała mnie zabrać i udało jej się to zaskakująco szybko. Mamo, czemu nie kazałaś jej pójść, gdy kolejny raz przegrałaś wyścig do przewijaka? Dlaczego pozwoliłaś jej mnie ubierać i kąpać? Jaką moc miała ta chuda kobieta w granatowej sukience? Jakiej mocy nie miałaś ty? Jaką pozwoliłaś sobie odebrać? Bo to tak było, prawda? Walczyła o mnie, twierdząc, że ty nie dasz sobie rady jako matka. I nie dałaś! Nawet kilku miesięcy nie wytrzymałaś! Chora, chora matko! Matko słaba i pokrzywdzona! Jak zdołała cię przechytrzyć? Jak zdołała przechytrzyć mnie, że uwierzyłam w jej oddanie? Najpierw zjadła ciebie. Zaglądała do szuflad, grzebała w śmieciach jak szczur. Otwierała drzwi własnym kluczem, wwiercała się   w twoją ledwo co ukształtowaną przestrzeń, zgrzytała w zamku, w głowie. Trzask, trzask, sk… sk… sk… Stawała przy mnie wyprostowana i gotowa. Jej pokurczona sylwetka w sekundę rozrastała się, wypełniała kąty, sięgała sufitu. A ty kurczyłaś się, przybierałaś postać kamyka, zwijałaś w twardy i zimny kłębek. Mamo, tak bardzo mi przykro!

            Robiła to wcześniej, prawda? Zgrzytanie zamka, otwarta szafka pod zlewem, poprzekładane książki. Pożeranie przestrzeni zawsze wiąże się z pożeraniem człowieka. Ojciec mówi, że po jej wizytach zamykałaś się w swoim gabineciku, wypijałaś całą butelkę Neospazminy i czekałaś aż demon odejdzie, a demony odchodzą długo, ciągną za sobą śluz, utykają w drzwiach… Zostałaś jej na deser. Słodka, taka słodka śmierć w białej jak lukier koszulce, z wymiocinami na wargach wyglądającymi jak kruszonka, z wyciśniętym z wnętrza sokiem… Słodka matko!

            Ma-gdo, Ma-gdo, Ma-gdo… Byłabyś podobnie słaba. Dobrze, że twoje dziecko skończyło w odpływie. Próbowałaś zebrać je ze skóry palcami, ale było zbyt płynne, galaretowate. Jedyne, co udało ci się pochować w symbolicznym grobie to pierwszy test ciążowy. Dziecko w płynie, Magdo! To fenomenalne!

            Więc jadę do ciebie w to dziwne miejsce, gdzie podwórka są rdzawe a klatki schodowe malowane wałkiem, gdzie żaden budynek nie jest wyższy niż trzy piętra, ale na dachach sterczą neogotyckie wieżyczki, gdzie nieopodal rynku znajduje się Wzgórze Zamkowe bez zamku i gdzie walczyłaś, by poddać się w najważniejszym momencie. Mamo, jadę, bo wyobraziłam sobie, że jestem tobą. Tylko, że to moje dziecko umarło, nie ja. I właśnie dziś chcę zagwarantować ci twoje życie po śmierci. Będziesz wreszcie wolna, w ukochanym miejscu, bez dziecka i „babki”. Babka nie żyje. Babka skręciła się ostatecznie. Jestem przekonana, że nie wiesz o jej śmierci, pomimo że umierała piskliwie i trzeszcząco. „Babki” nie idą tam, gdzie podążają matki bez ich dzieci. Ich niebo to opary smogu, wasze miękkie jak pieluszki i różowe jak skóra. Dziś nastał ten dzień, dziś zamieszkam w ceglanej, nieocieplonej szeregówce przy starym, fabrycznym placu, który teraz jest łąką. A za łąką i lasem, wśród puszystej wiosny stoi twój dom, mamo. Dziś jest tam różowo i ciepło.

***

            Pociąg dotoczył się do stacji Julianów – Dębowa Przytań. Dwa perony, cztery zadaszone ławki. Mogła wysiąść na stacji głównej, bo jej domek znajduje się w połowie drogi Julianów – Julianów-Dębowa Przystań, ale to tu wszystko miało się zacząć.

            Magdo, widzisz te białą linię niepokojąco bliską torowisku? Często zastanawiałam się jak ją przekroczyć – w kierunku zmiany życiowej czy ostatecznie? Ostatecznie Dębowa Przystań uśpiła mnie, potem uzależniała, potem zamknęła się na mnie. Ciebie nawet nie wpuści. Bo widzisz, neurony w twoim mózgu są świeżutkie i nietknięte. Bo masz krągłą, zdrową sylwetkę i lśniące włosy.

            Czy wiesz mamo, że doktor Tomasz Jankowski wciąż przyjmuje w Przystani? Staruszek. Odwiedzę go albo napiszę list. Że mu dziękuję, że robił co mógł, by cię uratować. Bo to nie jego wina, że chemia w twoim mózgu… że… Mamo, piętnaście lat brałaś leki. Dlaczego przestałaś? Zaplanowałaś to?

            Magdo, widzisz to drzewo po lewej? Nie jadłaś nigdy nic tak słodkiego jak te mirabelki. Wystarczyło zjeść jedną, by się rozchorować. Wystarczyło raz zapragnąć normalności, by się rozchorować.

            Po co tędy idziesz? Nadkładasz drogi.

            Chciałabym zobaczyć Dębową Przystań, chociażby przysłoniętą drzewami i przywitać się z tobą. Masz ze sobą moje dziecko? Było tak malutkie, że zmieściłoby się w medalionie lub pierścionku. Masz je?

            Jest tutaj, ale nie mam go. Nie mogę wziąć Twojego dziecka tak jak babka zabrała mi ciebie. Twoje dziecko rozlewa mi się na dłoni, potem tężeje jak galaretka, potem odskakuje jak guzik i nie mogę go złapać. Magdusiu…

            Mamusiu… Poroniłam w hotelowej łazience. To było poza sezonem, cały kurort spał. Światło paliło się tylko u nas. Robert spał również. On zawsze śpi. Mieliśmy świętować tę długo oczekiwaną ciążę. Dzieciątko zagnieździło się jak małe pisklę w tej podobno nienawistnej mu, pełnej zrostów przestrzeni. Moja ptaszyna… moja ptaszyna postanowiła wylecieć. Mamo, mamusiu, jak je złapiesz, trzymaj mocno. Chcę je uściskać i ucałować.

            Magduniu, ja nie umiałam cię ściskać ani całować, chociaż miałaś oczka jak perełki, maleńkie paluszki i nosek. Ciągle leżałaś sama w łóżeczku. Szarpałam wózek, byś przestała płakać. I wtedy uderzyłaś główką o jego tył. Musiało cię bardzo boleć, bo piszczałaś i machałaś rączkami. Ja uciekłam do łazienki, położyłam się na podłodze i krzyczałam: „Zabiłam Madzię, zabiłam Madzię”, mimo że wciąż słyszałam twój płacz. Ale ja zabiłam cię właśnie wtedy jako moje dziecko. Wiedziałam już, że nie zasługuję na ciebie i na swoje życie, które mogło ułożyć się normalnie.

            Jesteś? Jestem. Zadzwoń po taksówkę, kochanie. Zrobiło się ciemno i dość chłodno.

            Zadzwoniła po taksówkę. Zdziwiony kierowca zabrał niewysoką, ładną blondynkę spod bramy prywatnej kliniki psychiatrycznej do jej domu z czerwonej cegły.

            Nowy dom Magdy był maleńki – ledwo 80 metrów kwadratowych. Należało do niego maleńkie podwórko i komórka na narzędzia. Podobnych, aczkolwiek przerobionych przez właścicieli domków było tu kilkanaście. Przed wojną tworzyły kolonię mieszkań robotniczych pobliskiej, nieistniejącej już fabryki. Domek Magdy wyglądał tak jak osiemdziesiąt lat temu – goła cegła, drewniane pomalowane na zielono okna i dach pokryty papą. Poprzedni właściciele założyli centralne ogrzewanie, ale dom i tak był chłodny. Ogromna przestrzeń po wyburzonej fabryce oddzielająca Julianów od Julianowa Dębowej-Przystani potęgowała ten chłód, wpuszczała w maleńką przestrzeń wiatr i jakiś smutek.

            Ale to nie był zwyczajny smutek. Takie domy są smutne jakoś inaczej. Nigdy nie były spełnieniem czyichś marzeń. Niskie, krępe, duszne a jednocześnie zawilgocone; przeznaczone dla najniższej warstwy społecznej, dla jej snów o potędze, dla jej braku snów. Magda wyczuwała woń domowej produkcji bimbru i ogórków jakby to było wczoraj, gdy dawni właściciele dusili maleńką przestrzeń zapachami prostoty i agresji. Psy ujadały, blaszane garnki z kaszą brzęczały o wyłożone kamieniami podwórko, wtórował im łańcuch, czasem sznurek. Psy wyły, ciągnęły uwięź jak swoje cienie w upalne lipcowe dni. Burek, Azor Fafik. Ich suki mnożyły się, rozpadały dwa razy w roku na kilka wychudzonych, zapchlonych części. Kobiety, z obrzękniętymi nogami i palcami dłoni pociętymi jak deski do krojenia (gdzie cieniutkiej nici czerni nie da się niczym zmyć) grzebały wygiętym prętem w piekle kaflowej kuchni. Tym samym prętem były czasem bite, były bite ich dzieci, pijani mężowie. To nie był zwyczajny smutek. Takie domy są smutne jakoś inaczej.

            To jest dom moich marzeń, mamo. Większy niż mieszkanie, mniejszy niż posesja, w średniej wielkości miasteczku. To odcienie szarości, mamo. Miałaś z tym problem, prawda? Wszystko musiało być jakieś, wypełnione treścią po brzegi, przesycone czernią albo bielą. Nigdy nie widziałam na świecie czerni ani bieli, tylko coś podobnego. Czerń i biel istnieje jedynie  w teorii, więc ty też nie mogłaś istnieć prawdziwie. Życie to praktyka. Można praktykować nieumiejętnie, ale na Boga, nie da się nie praktykować w ogóle!

            Cegła musi być czerwona a ościeżnice, framugi, dach zielone. Wokół okien i drzwi klinkier jak na starych fotografiach i planach. Podłogi z desek, niektóre ściany niebieskie, inne brudno-różowe, morelowe, malowane wałkiem. Dużo bibelotów, mało przestrzeni. Ten dom ma mnie całą przykryć.

            ***

            To dziś, mamo. Zobaczymy się za chwilę. Zlokalizowałam twój dawny pokój. Wiem, wiem, że miałaś ich kilka, ale ustalmy, że tak naprawdę jeden. Chcę stworzyć mit.

            Podjechała pod Przystań rowerem. Mogłaby mieć rower w wiklinowym koszykiem z przodu, mogłaby zabierać ze sobą jabłka i kanapki zawinięte w biały, cienki papier. Nauczyłaby się jeździć na rowerze w długich spódnicach. Ale było jeszcze za wcześnie na całkowite wchłonięcie się.

            Dębowa Przystań wyglądała inaczej, gdy tylko zmrużyło się oczy. Czasem jak duży, magnacki dwór, czasem jak bogata kupiecka kamienica, czasem jak folwark. Ale zawsze jak coś, czym nie była. Ten wielki, eklektyczny dom zawsze był szpitalem psychiatrycznym, więc zawsze mógł być wszystkim.

            Dziś ma być Nawłocią, mamo. Te dęby szczególnie przemawiają za Nawłocią. I ścieżka pomiędzy nimi. Przechadzałaś się tutaj ubrana w swoje koronki. Bo miałaś jakąś koronkową sukienkę, prawda? Dziś będzie Nawłoć, szuflady z ukrytą strychniną, szklanki z sokiem malinowym i sprężyste jak gąbka błoto, błoto, które nie brudzi pantofli.

            Na parterze Dębowej Przystani mieściły się gabinety lekarskie, w których przyjmowano ludzi „z zewnątrz”, szatnia, recepcja, stołówka oraz kilka małych dobrze zaopatrzonych sklepików. Magda miała ze sobą kilkanaście złotych, by móc pobyć tu bezkarnie udając odwiedzającą.

Jestem więc, mamo. Przyszłam cię odwiedzić.

            Cezary Baryka. To był pierwszy wyskrobany przeze mnie napis w szkolnej toalecie. Dlaczego Cezary Baryka, córeczko? Bo się zmagał. W wypracowaniu to właśnie napisałam, że się zmagał. Z polskością? Polskością? To oczywiste. Z nawłockimi dębami i moskiewskim brukiem.     Z gwałtownością i pełną uroku nostalgią. Z Karoliną – zwyczajną, ale dumną i z Laurą – jakby jungowskim cieniem. Znasz Junga? Znam. Nie wolno pisać po ścianach. Mogę pisać tylko po ścianach. W przestrzeni muszę się uśmiechać. Dębowa Przystań jest dworem. Dębowa Przystań to Nawłoć.

            To był pierwszy raz od lat. Ostatnio, gdy przyjechała, szpital była pałacem łódzkiego fabrykanta. Magda odtwarzała tu przeróżne atmosfery zaczerpnięte z filmów lub książek. Świat przedstawiony szpitala modyfikował się pod dyktando dziewczęcych, potem bibliotekarskich fascynacji, ale było tam coś stałego. Zapach i matka.

            Zapach nie należał, podobnie zresztą jak matka, do świata fizycznego i nie był odczuwalny dla innych. Zapach nie był bowiem wonią, ale czymś pomiędzy impresją a tchnieniem, ledwo wyczuwalny w dni szczęśliwe, mocny i narzucający się w dni trudne. Gdy Dębowa Przystań była Nawłocią Zapach stawał się coraz bardziej intensywny. Magda kupiła kawę, potem zapiekankę, tanią wodę toaletową, nawilżane chusteczki i zmywacz do paznokci. Nic jednak nie pokonało Zapachu. Zapach pęczniał, zatykał nozdrza. Matka nadchodziła.

            Czas na ciebie. Powinnaś już iść. Gdzie jesteś, mamo? Dlaczego uciekasz, chowasz się?

            Dziś nie możemy się spotkać. Co to znaczy „spotkać” w naszym przypadku? Te rozmowy nie są spotkaniem. Więc jak będzie ono wyglądać?

            Zapach osiadał powoli na języku, pomiędzy zębami, w gardle. Magda piła łapczywie kawę krztusząc się i lekko dygocząc. Czy to może być lęk kiedy się nie boję? I kiedy to się stało, że podczas lęku przestałam odczuwać strach. Mamo?

            Tego dnia opuściła szpital nie wchodząc nawet na piętro. Atmosfera rozprysła się, potem wchłonęła, przepoczwarzywszy w coś podobnego do poczucia niesmaku i wstydu. Czuła to czasem jako mała dziewczynka, gdy siedziała na łóżku bez majtek albo wtedy, gdy zrobiła coś niewłaściwego i musiała spojrzeć babce w oczy. Oczy babki były żelazne. Gdy Magda była małą dziewczynką usłyszała nazwę „Żelazowa Wola” i gdy patrzyła w oczy babce właśnie to widziała – naieugiętą, zimną, brudnobłękitną wolę.

            Wieczór był chłodny i pachniał jabłkami. Pomiędzy skórą a ubraniem Maga czuła jak wiatr rysuje jej coś na plecach. Wzór rozrastał się przy każdym podmuchu, wypełniał zakamarki, blizny po ospie, wycinanych znamionach, wzmagał pęd.

            Może wcale nie wariuję. Gdybym wariowała nie wiedziałabym o tym. Spokojnie, zaraz przyjdzie zwykły lęk. Przestaniesz czuć ten wstyd i niesmak. Masz na sobie majtki, nikt nie patrzy ci w oczy.

            Ale dlaczego to właściwie zrobiłaś? Rozstanie, przeprowadzka, nowa praca. I przybycie tutaj, gdzie szumią nawłockie dęby i fabryczne kominy? Dlaczego robisz głupie rzeczy, udajesz, że gdzieś jestem, zwiedzasz szpital psychiatryczny jak muzeum sztuki, parzysz gardło kawą, szukasz Xanaxu po kieszeniach, mimo że się nie boisz? Takich rzeczy się nie robi. Nie sprzedaje się mieszkania na, obecnie, jednej z piękniejszych dzielnic miasta. Po nieistniejącej już wsi nie ma prawie śladów. Czasem tylko jakiś zdziczały kłos przypomina, że przestrzeń ta jest niejednorodna, rozerwana, ale to przecież nie każdemu, przecież to tylko tobie. Nie roni się dzieci na wakacjach w kurorcie, nie odchodzi od męża. Nie przeprowadza się do miasteczka o dużym bezrobociu, nie wstaje się codziennie rano i nie dojeżdża trzy godziny do pracy. Zrobiłaś coś, co cię w żaden sposób nie usprawiedliwia. Może by usprawiedliwiało, gdybyś miała jakieś cechy, ale ty nie masz cech. Jesteś, córeczko, bardzo pośrednia.

            ***

            Domy takie jak Magdy nie mogą nigdy świecić pustkami, bo tu nawet ścianki, wnęki, nierówności stanowią wypełnienie. Układała się wśród nich jak w ostrydze. Jej głos niby to spod pokrywy, jego głos jakby wyciszony. Robert dzwonił. Wierzę, że to przejściowe, Magda. Chciałbym cię odwiedzić, Magda. Jak ci się mieszka, Magda? Z wnętrza skorupy dochodziło do niego tylko rozmyte „… mi czas…” jak jakiś szum.

            Małżeństwo z Robertem… Mało słów, dużo twierdzeń, mało czynów, dużo czynności. Robert nie wypełniał, był jeszcze bardziej pośredni niż Magda, człowiek ustabilizowany, pokorne ciele, co dwie matki ssie. Ich mieszkanie, bardzo jasne, duże, pobłyskujące na nocnym niebie jak lampion unosiło ich windą do nieba. A niebo było chłodne, bo znajdowało się na winklu. Magda chciała się poczuć jak w łonie, Robert był zbyt otwarty.

            Moje kości zmiażdżone, moja macica wyciśnięta. Puszczam soki, karmię ziemię, tę ziemię, gdzie stąpałaś. Koleje świętokrzyskie wyrzucają mnie raz dziennie na brzeg, gdzie zaczyna się życie inne. Praca rozluźnia mnie, ale ja chcę być spięta, ściśnięta, trochę tonąć. Kiedy wracam do domu brakuje mi oddechu, grzebię patykiem w ziemi, szukam jej płodów. Może wśród nich leży mój, może wyrośnie z niego kłos albo jabłoń. Może ja też stanę się płodem malutkim jak pestka i przez przypadek połkniesz mnie, wyrosnę w twoim brzuchu jak drzewo lub dziecko.

            Przechodziła obok Dębowej Przystani codziennie, ale wstyd nie pozwalał jej wejść.

            Czy będę to czuć przy doktorze Jankowskim? Czy twój doktor zauważy, że jestem nieubrana, że nie mam majtek i że jestem małą dziewczynką? Czy mnie taką przyjmie?

            Czemu uparłaś się na niego? Jest już stary. To nie są ręce, które leczą. Mnie nie wyleczył, chociaż mnie dotknął. Dotknął. Bo to właśnie było dotknięcie, w rozumieniu: naznaczenie. To miejsce, te ręce chrzczą cię w imię wiecznego powrotu. Jak cyklofrenia.

            Piątek o 11.00. Wizyta. Wyczekana. Powiem wszystko. Że jestem półsierotą, że spuściłam dziecko w toalecie, że mam lęki, podczas których się nie boję. Ale nie powiem o tobie. Poczekam aż sam odkryje. Wtedy zwieszę głowę, ogryzę jeden paznokieć. Łza skapnie mi na nogawkę spodni. A on powie, że przez wzgląd na ciebie zrobi wszystko, by mi pomóc.

            Doktor Henryk Jankowski. Twoja wielka fascynacja. Zobaczy cię we mnie. Nie będziesz zazdrosna, prawda? Taka jest kolej rzeczy – jako córka to ja ciebie w sobie noszę, jestem twoją oznaką, symptomem. Jestem analogiczna. Ja ciebie noszę! Czyż to nie wspaniałe? Noszę ciebie, bo wewnątrz jest miejsce. Zostało zwolnione, więc możesz usiąść. To jest prawdziwy wielki powrót do jednego ciała.

            – Dzień dobry, proszę, zapraszam. Co panią do mnie sprowadza? – zapytał a głos jego był ciepły.

            Sprowadza mnie wielka tęsknota. I to, że ciągle zmieniam zdanie, że kupiłam dom i rajtuzy. Dom jest stary a rajtuzy nowe. Kupiłam zawilgocony dom i grube rajtuzy a jest dwadzieścia kilka stopni. Sprowadza mnie wielka tęsknota. Za łonem matki.

            Mamo, on ma dobry głos. Czekam aż zaproponuje pobyt.

            Chodzę do niego już trzy miesiące a nie zaproponował. Dlaczego? Mam chorobę i pieniądze. W czym twoje szaleństwo było lepsze, mamo? Czy było bardziej święte? Może powinnam powiedzieć o Tobie? Ale wstydzę się powiedzieć, że jestem tu z Twojego powodu. Że wszystko sprowadza się do Ciebie. Że świat jest wielki a łono jest jedno. Że kołyszę się wśród pierzyn i poduszek jak osierocone dziecko, że płynę w Twoją stronę po zbyt dużej dawce Xanaxu.

            Aby stać się matką chciałabym najpierw stać się swoją matką.

            ***

            Dzień był mglisty a Dębowa Przestań świeciła jak bronowicka chata. Listopad w lipcu. Dlaczego Wesele? Przecież dzieciaki wypożyczały Wesele na wiosnę… to czemu teraz? Magda żyła w cyklu lektur z liceum. Teraz w lipcu nic. A jednak coś, jednak listopad. Gdyby chodziło     o wielkie sprawy, ale nie chodzi o wielkie sprawy. Mogło chodzić jedynie o to, co widziała w snach, o potwory z piekła, o jej matkę. Dzień był mglisty i tydzień temu przestała łykać Depakine.

            Błękit w holu Dębowej Przystani wyciszył całą muzykę, tupanie i śpiew. Pozostał więc tylko listopad, tylko lipiec. Lipiec i listopad w jednym miejscu zniosły wszelkie antagonizmy, spotkały się w środku i zneutralizowały.

            Muszę odpocząć, mamo. Położyć się przy tobie, przy piersi. Wziąć co moje. Wystarczy chwila. Dziś wiem, że nie ma prawd uniwersalnych, że Paulo Coehlo, którego podawałam z półek niezliczonej liczbie młodych kobiet, że Mały Książę, że nawet Orzeszkowa z tezą, że Traktat o łuskaniu fasoli… Jesteśmy tak bardzo osobni, w zdrowiu i w chorobie, mamo.

            Specjalnie przestałaś brać leki, żeby mi to powiedzieć?

            Ten pokój jest twój w moim odczuciu. Czy mogę wejść? Na chwilę. Muszę odpocząć.

            Łóżko było pościelone. Na nocnej szafce leżały książki, dwa niedojrzałe jabłka i saszetka leku przeciwbólowego. To mógłby być pokój Matki. Magda zdjęła buty, stanęła koło otwartego okna, zamknęła oczy.

            Niczego nie czuję, mamo. Czy kochasz mnie? Zrobiło się tak biało. Muszę odpocząć.

            Położyła się pod białą kołdrą i białym sufitem. Coś lekko dotknęło jej opuszków palców, zadygotało, zadrżało jakby galaretka. To ty, dzieciątko! Już spokojnie. Jesteś przy mnie…

Jesteś przy mnie. Otwórz usta. Z sufitu skapnie kropla biała jak mleko. Śpij już.

            KAŻDY PRAGNIE

  1. 01.

Loguję się dziś dziesiąty raz i nie mogę niczego napisać. Maciek wraca.

Daj spokój. Jest tylu facetów. Czekam 😉

Darius72

Darius72, nie zapominaj, że nasz Krysi ma żonę 😉

AlmaFather

Nie rozśmieszaj mnie!

Darius72

Spierdalać, pedały!

K.

23.01.

            Czuję narastającą złość. Znowu. A przecież już sto lat temu pogodziłem się z myślą, że Maciek to Maciek, że Maciek to facet, że ja to facet i że do cholery wciąż nie ma dowodów, żadnych kretyńskich dowodów, że to nie jest chorobą.

Pierdolisz jak podesrany, misiu. Dorosły facet a zachowuje się jak dziecko. Tyle razy ci pisaliśmy, że to ORIENTACJA czy tego chcesz czy nie. Nie wyleczysz się z tego. To się w tobie nie zmieni. W***wia mnie ten twój chrześcijański bełkot, który nam serwujesz od wielu lat, waląc k***a gruchę i myśląc o FACECIE!

Xkacperx

Kacper, nie będę tłumaczył tego jeszcze raz. TO JEST KWESTIA WYBORU. Nie – nie tego, co czuję, ale tego, co robię. Jestem chrześcijaninem i wierzę, że wykraczam ponad swoją cielesność. Niepijący alkoholik wykracza. Były ćpun wykracza. Ja też wykraczam.

K.

Kolejny raz posługujesz się totalnie nietrafionymi analogiami. Niszczenie siebie poprzez alkohol czy narkotyki nie jest tym samym, co budowanie relacji. Jesteś mądry facet, więc dlaczego swoją orientację sprowadzasz jedynie do seksualności? Kochaj tego Maćka, ale daj sobie też szansę na zbudowanie dobrej, trwałej relacji z innym facetem, w którym się kiedyś zakochasz. Bo wierzę, że to jeszcze przed Tobą.

Litwinek89

Ale Litwinek, ja kocham, nie dupczę. I właśnie na tym to polega – mogę go kochać, ale nie będę z nim spał. Po pierwsze – on jest hetero, po drugie, nawet gdyby nie był – spanie z facetem nie mieści się w moim systemie wartości. Burzenie takiego systemu jest jeszcze gorsze od picia i ćpania, bo zabija duchowo. Teraz też czuję, że umieram, ale wierzę, że gdzieś tam wszystko to będzie mi wynagrodzone. Dostajemy tyle, ile potrafimy znieść.

K.

Wiesz, ja nawet nie wiem, czy Cię podziwiam, czy po prostu uważam za idiotę. Nie jestem wierzący i może dzięki temu jest mi łatwiej WIEDZIEĆ (bo nie jedynie wierzyć), że nikt nie ma prawa odbierać takim jak my prawa do budowania relacji! To w relacji, to w miłości, to w bliskości rodzi się człowieczeństwo. Zrozum. A Ty i Twoja aseksualna żona, to przepraszam Krzysiek, groteska.

Litwinek89

24.01.

Ten głupek oficjalnie ogłosił, że rezygnuje z prowadzenia terapii! Przecież to jest treść jego życia! Tyle razy mówił: „Krzysiek, ja pomagam ludziom otworzyć się na zmianę, to jest najpiękniejsze, bla bla bla.” Ok, rozumiem – kryzys. Zakochał się w pacjentce. A to, co ja przeżywam od lat? Od czasów studiów? Ba, przez ponad pół życia odkąd zrozumiałem, że męskie pośladki są lepsze niż kobiece cycki? To jest prawdziwy kryzys! Gdy kochasz przyjaciela ze studiów, a potem swojego współpracownika! Chryste panie, strzeż mnie przed złością na niego. Nie w nim leży wina… I dlaczego jest tak, że gdy tylko robi coś, co leży poza moim zasięgiem, co mnie w ogóle nie dotyczy, na co nie mam żadnego wpływu, to dosłownie trzęsie mną? Widząc go z kimś, z jakąś kobietą, z kimkolwiek, kto nie jest mną, zaczynam zachowywać się jak nastolatek. Robię się milczący, chłodny, albo nadmiernie pobudzony i trajkoczę jak wariat… Zwyczajnie obrażam się albo udaję, że jestem kosmicznie szczęśliwy i nic, absolutnie nic co z nim związane mnie nie dotyczy.

17.01.

            Czy Ty umiesz kochać kogoś z daleka? Z daleka, ale na tyle blisko, by czuć zapach jego perfum? Czy umiesz przechadzać się parkową alejką i zbierać jebane kasztany i zasrane szyszki z myślą, że mógłbyś zrobić z tego nawet jakąś pierdoloną kompozycję?

            Wybaczcie przekleństwa. W domu nie mogę. W pracy nie mogę. Ale w tym bezmiarze patologii, którą jest Internet czuję, że mogę wszystko.

            Teraz tak: Maciek oszalał. Albo znormalniał i nie wiem, co jest gorsze. Odkąd nie prowadzi terapii zmienił styl. Nie pamiętam, kiedy widziałem go w garniturze. Teraz wygląda jak jakiś wokalista zespołu indie rock. Wiecie co mam na myśli – koszula w kratę, jeansy, brązowe buty za kostkę i luźno związanymi sznurówkami. Kupił sobie motocykl. Zapuścił nieco włosy. KUPIŁ MOTOCYKL I ZAPUŚCIŁ WŁOSY. Ale on już nie jest Maćkiem z pierwszego roku! Dlaczego mi to robi i znowu staje się Maćkiem z pierwszego roku? Dokładnie tym samym. Dokładnie tak samo pięknym i swobodnym. Przecież już przechodziłem przez to… Znosiłem go czytającego Kafkę na ławce, znosiłem go słuchającego Toola i marzącego o podróży do Indii, znosiłem go pachnącego lasem i jeziorem. Wszystko znosiłem. Wszystko pokonywałem. O wszystkim powoli zapominałem. Potem był etap Ewy. Etap żałoby, etap zmiany. Spoważniał. Spoważniał też we mnie. Ja spoważniałem, uspokoiło się. A on powraca! Ot tak, bo przechodzi przyspieszony o jakieś dziesięć lat kryzys wieku średniego.

Boisz się, bo znowu jest ciachem? Nie zapanujesz nad sobą?

Xkacperx

Boję się, bo dzieje mu się krzywda. Tworzy sobie iluzję, że życie jest cykliczne, że wraca do przednich faz. A upływający czas jest brutalnie linearny. Co było, nie wróci – że tak posłużę się banałem.

K.

Krysi, trochę cię nie rozumiem. Dlaczego pieprzyłeś jego żonę?

Xkacperx

Bo był w niej.

K.

Jesteś pierdolnięty

xkacperx

20.01.

            Maciek jest wszystkim, co dobre i mądre. Jest pachnący i bardzo czysty. Kiedyś próbowałem być taki jak on. Ale są ludzie, którzy potrafią być dobrzy – z oporami, ale potrafią. Jemu nie są potrzebne dogmaty, by utrzymywać swoją cielesność na kręgosłupie przyzwoitości. A ja, by żyć w zgodzie z jakimś porządkiem rzeczy, muszę stawać się ascetą. Jestem świętym Aleksym pedałów… Siedzę pod schodami we własnym gównie.  

  1. 01

            Nie wspominałem Wam, że ta cała Małgorzata nadal tu jest? Ano jest. Miała wyjść w grudniu, ale zregresowała się utratą Maćka i siedzi w Przystani. Dziś podeszła do mnie i powiedziała:

– Panie Krzysztofie, widziałam, że młody doktor Jankowski wrócił.

Właściwie to nie wiedziałem, co mam jej odpowiedzieć na zdanie twierdzące, a wyraźnie oczekiwała jakiegoś komentarza.

– Wrócił z urlopu zdrowotnego w połowie stycznia.

            Cholera, było w niej takie jakieś nieopisane napięcie. Otworzyła usta, by o coś zapytać (mam pewność, że to miało być pytanie, bo jej wargi ułożyły się w kształt „ALE” z wężowym ogonkiem na końcu). Było tam to zezłoszczone, wężowe „ALE” jak nic: Ale ja nie rozumiem, ale dlaczego wyjechał, ale czemu nie prowadzi mnie już, ale przecież nic mi nie powiedział, ale nie odzywa się do mnie, ale le le.

            Zrobiło mi się jej szczerze żal. Maciek zostawia. Przeważnie robi to tak – najpierw przywiązuje do siebie (Boże, jak on mocno człowieka do siebie przywiązuje!); to przywiązanie jest wręcz pochłanianiem. Maciek pochłania sobą. Bo nagle okazuje się, że nie da się myśleć o nikim innym. Nagle są zapachy i smaki i dziwactwa, które kojarzą się tylko z nim. Oglądasz Detektywa Monka i obsesja mycia rąk przynależy już tylko do Maćka. Maciek to detektyw Monk. Potem człowiek grzęźnie w maćkowatości do tego stopnia, że przestaje zauważać miejsca od Maćka wolne. Uwierzcie – obsesja to coś, co wydaje się być tu eufemizmem. Maciek często się ekscytuje. Kiedyś powiedziałem mu nawet, że jest takim workiem na uwielbienie. Bo on uwielbia Fight Club, uwielbia Indie, uwielbia Irlandię, uwielbia quady, szarlotkę i sernik. Nie ma, że lubi. Lubić można stare kapcie. Coś się uwielbia, albo to nie istnieje. Maćkowa ekscytacja jest zaraźliwa. Wchłonięty, wciąż podekscytowany człowiek orientuje się po chwili, że właściwie nie jest nikim ważnym. Nie tak ważnym jak by chciał.

26.01.

            Kiedy patrzę na Maćka, myślę: „Nie możesz być moim sensem życia. Jesteś kimś osobnym.” I to jest najgorsze. Brakujący puzzel nie odnajdzie się, nie wskoczy na odpowiednie miejsce…

            Największym ludzkim błędem jest upatrywanie „sensu życia” w bytach przemijających. Człowiek nie powinien twierdzić, że posiada „sens życia”. Powinien dostrzegać sens, żyć zgodnie   z sensem, ale nie może do cholery twierdzić, że go ma! Po pierwsze dlatego, że życie jest nietrwałe, a sens – poza życie, cielesność i czasowość musi wykraczać. Sens i życie to antyteza. Gdy ktoś ci mówi „Jesteś moim sensem życia” – uciekaj. Bo on chce cię pochłonąć, bo uważa, że cię posiądzie. Sens jest święty i nie można go mieć. Nikt, kto mówi, że odnalazł w tobie „sens życia” nie wie, czym jest prawda. Zrozum, że nie możesz być sensem, bo nie masz takich możliwości bytowych. Przebrany za sens, wchłonięty, udawany i obciążony, zostaniesz przedmiotem (nawet nie podmiotem) kultu. Bo sens zawsze leży „poza”, można go odkrywać       i czerpać z niego, ale nie można go mieć. W żadnej żywej istocie. W żadnym pięknym przedmiocie i w żadnej inspirującej pasji. W tobie również.

28.01.

            Maciek bardzo przeżywa śmierć naszego samobójcy Adama. Nie mówi o tym, ale znam go na tyle dobrze, by dostrzegać takie rzeczy jak: obskubane paznokcie (nie obgryza ich, bo to niehigieniczne), skręcone włosy nad prawą brwią (bawi się nimi i gniecie, gdy jest zdenerwowany) oraz zmniejszone od niewyspania oczy. Maciek ma duże oczy. A teraz wyglądają jakby odpadła z nich farba – tam na górze, przy powiekach. To oczy manekina.    

            Wiecie co, wczoraj się przeraziłem. Siedzieliśmy w stołówce – nowy stary Maciek i ja. Był obrócony kolanami w stronę stolika Małgorzaty. Wiadomo, chciałby do niej iść. Czekaliśmy na drugie danie, gdy dostrzegłem w tych pomniejszonych oczach Maćka cień. Cień wymknął się ze źrenic, doskoczył do stolika Małgorzaty, na ułamek sekundy objął puste krzesło po Adamie, dopadł klatkę piersiową dziewczyny i wrócił do właściciela. Gdy mój odmieniony przyjaciel podniósł oczy, zobaczyłem w nich ten przyczajony twór podświadomości – pewny siebie, zadowolony, klasycznie piękny. „Boże, Maciek pozbył się konkurenta” – przemknęło mi przez myśl.

14.02.

            Dziś obchodzimy nasze najważniejsze święto – dzień patrona obłąkanych. Oczywiście wszystko ma wymiar nieoficjalny. Jakiś czas temu Maciek wpadł na pomysł, by personel robił sobie podarunki, ale wiecie – nie zwykłe, tylko takie „szalone” (dobre słowo, nie ma co). Dwa lata temu dostałem od Starszej lusterko z napisem: „Lustro Lacana. Zintegruj się.” Kocham Starszą! Ma prawie siedemdziesiąt lat, ale jej dusza zatrzymała się chyba w wieku dwudziestu. Mam wrażenie, że wciąż przechodzi późną adolescencję.

            Długo nie pisałem. Atmosfera szaleństwa, która ostatnio rozpanoszyła się w Przystani dotknęła i mnie. Śmierć chłopaka wciąż jest na językach ludzi, dziwne zachowanie Maćka coraz bardziej rzuca się w oczy, a ja zacząłem nawet podejrzewać (głupek ze mnie!), że on mógł mieć z tym samobójstwem coś wspólnego. Ten cień… nie mogę przestać o tym myśleć. W końcu zapytałem go, gdzie on wtedy w ogóle był… Spojrzał na mnie pełen półprzytomnego oburzenia (tak, jest to możliwe), potem zironizował poprzez podniesienie lewej brwi, skrzywił usta i puknął się w czoło. Poczułem się komicznie, zeszło ze mnie powietrze, coś połaskotało mnie w żołądek i tyle. Po powrocie do mieszkania jednak znowu osiadł na mnie cień z tego spojrzenia i nie mogłem spać. Kurwa! Co się tutaj dzieje? Niedługo nikt nie odróżni nas od pacjentów – nawet tych ze wschodniego skrzydła. Bo to działa tak, słuchajcie, że kitle, które nosimy to nie jest kwestia jakiegoś BHP, czy coś. My je nosimy, by się odróżniać. Po to mamy dyżurki, po to mamy pokoje socjalne i osobne kible. „Ja jestem pan doktor, ja nie jestem wariat” – tylko takich koszulek nam brakuje. Zachowujemy się tak, jakby szaleństwo było zaraźliwe.

  1. Wczoraj oglądałem gejowską pornografię. Piszę to, bo i tak mnie nie zlinczujecie, pedały. Każdy pragnie „bliskości”.

20.02

            Dziwnie to wygląda jak pod bramę Dębowej Przystani podjeżdża policja. Jakby do snu wjeżdżała. A może my wszyscy tutaj jesteśmy snem?

ENTER PASSWORD

CZUJĘ, ŻE NIGDY NIE UMRĘ

            To była pierwsza ciepła noc tego roku. Wystarczyło zarzucić na siebie tylko lekki sweter, albo nawet i to obie darować. Tamtej nocy powietrze mogło jedynie delikatnie i przyjemnie wyziębić wierzchnią warstwę skóry, nie mnie. Ja siedzę głębiej. Skończyłem drugi rozdział mojej książki o historii Przystani i tak jak stałem, wyszedłem do parku. Uwielbiam móc wyjść tak jak stoję. To oznacza, że świat nie ma właściwie granic, przed którymi trzeba się zmieniać, przebierać, nakładać maski, by móc wreszcie trafić tam, dokąd naprawdę się chce. W ciepłe noce granice nie istnieją, a raczej rozmywają się. Ciepłe noce są dla przygodnego seksu, dla zdrad małżeńskich, dla nowych poczęć, dla poezji, dla śmierci.

            Powietrze dotykało mnie, rozszerzało źrenice i pogłębiało oddech. Miałem ochotę iść szybko. Byłem podekscytowany czymś nieokreślonym – skakałem, by dosięgnąć świeżych liści, wchodziłem na krawężniki, siadałem na chwilę na oparciu ławek. Czułem, że muszę się rozchodzić, rozbujać, wytrząść. Huśtawki na tyłach Przystani. Oczywiście. Były tam takie dwie – nazywałem je koszyczkami z powodu ich wyglądu i funkcji – splecione liny wokół koła tworzyły swego rodzaju leże. Można było usiąść na skraju albo w samym środku, ale najlepiej sprawdzało się leżenie i bujanie – jak w koszyku unoszącym się na wodzie.

            Od razu wiedziałem, że postać na jednej z nich to była ona. Zawsze potrafiła się wymykać. Nie wiem czy to ta ciepła noc, czy moje pożądanie, albo zwykła ciekawość nie pozwoliły mi odwrócić się i odejść. Stałem przy małym płotku i gapiłem się na Gosię, która rozhuśtana do granic możliwości nie mogła mnie wtedy zobaczyć. Jej długie włosy tańczyły w powietrzu na przemian z nogami. Pomyślałem, że ona taka właśnie jest – rozhuśtana, góra, dół, góra, dół. I że ja też taki jestem.

            Gapiłem się jak uczniak w nadziei, że mnie zobaczy i nie będę musiał podejść sam. A że podejdę – wiedziałem. I udało się, dziewczyna zahamowała, usiadła na brzegu huśtawki i spojrzała w moją stronę. Patrzyliśmy na siebie kilka sekund czekając, które pierwsze wykona jakiś ruch lub wypowie słowo. Chciałem, by była to ona, bo tak mógłbym siebie usprawiedliwić. Zrobiła to – uśmiechnęła się i pomachała w moja stronę, wskazując w zapraszającym geście drugą huśtawkę-koszyk. Powinienem był podejść i skierować ją z powrotem do budynku, poinstruować, przypomnieć regulamin i wyrazić nadzieję, że porozmawia o swoich nocnych wycieczkach z terapeutą. Zdecydowanym, prawie radosnym krokiem, maskującym trzęsienie się kolan, dotarłem do huśtawki i od razu położyłem się, a wręcz poległem na niej. Poległem, bo przegrałem. Milczeliśmy bujając się naprzemiennie – kiedy ja byłem na górze, ona na dole. Spoglądaliśmy na siebie z wysokości i próbowaliśmy doścignąć się, będąc zbyt nisko.

            – Inaczej pan doktor wygląda – odezwała się pierwsza. – Zmienił się pan.

            – Potrzebowałem zmian, Gosiu…

            – Jest pan piękny.

Przyhamowałem, spoglądając na nią pytająco.

            – Jest pan piękny w każdym sensie. Za dwa tygodnie wychodzę, więc nie boję się mówić takich rzeczy. Zresztą wariatom wszystko wypada.

            – Dziękuję ci za komplement, ale pójdę już i tobie też radzę wracać do ośrodka.

            – Pan zawsze tak się ogranicza? W imię czego? Bo nie rozumiem – powiedziała to             z mocą.

            – Wiesz, wybierając w życiu pewne zawody, postawy… trzeba czasem zrezygnować z pospolitych pragnień. Obawiam się nie jestem wystarczająco silny, by sprostać samemu sobie – temu, który tych wyborów przed laty dokonał.

            – Pan już wybrał co innego i nie ma to wiele wspólnego z posłannictwem.

            – Jesteś krnąbrna – roześmiałem się.

            – Jestem szczera, bo tylko prawda może nas wyzwolić. Tak mówi babcia. I Biblia. – zachichotała, ponieważ zrobiło się jakoś gęsto i chyba chciała przebić się przez to. Prosto do mnie. – Pan się teraz pohuśta, pośmieje, pogada ze mną i nic złego się nie stanie. Nie jest pan moim psychiatrą, terapeutą, księdzem, nauczycielem ani ojcem. Może być pan teraz każdym,  a na pewno mężczyzną na huśtawce.

            – Całkiem przyjemnie jest być mężczyzną na huśtawce.

            – Co pan ostatnio czytał? Bo ja wróciłam do Kierkegaarda. Próbowałam odnaleźć siebie w którymś z opisywanych przez niego typów osobowości. Nie udało mi się, chociaż mam pewne intuicje. – Wiedziała o co zgadnąć. Już w terapii udawało się jej wciągnąć mnie w mocno stymulujące dyskusje światopoglądowe, które ukracane w realności, kończyły się w moich fantazjach. Gosia była w nich naga, leżała w moim łóżku, trzymała w ręku moje książki. Kierkegaarda zwłaszcza, jakby dla zaprzeczenia treści jego dzieł.

            – Czy zawsze musisz określać się w jakimś typie? Nie wystarczy ci, że jesteś swoją własną wersją?

            – Jest pan krnąbrny.

            – Zastanów się czasem po co ci ta symbiotyczność ze wszystkim co żywe i martwe. Totalnie ci to nie pasuje. Ale dobrze, jakim typem mogłabyś być? – uśmiechnąłem się, ponieważ nasza rozmowa zaczęła przypominać pogawędkę. Noc, huśtawki, jej odkryte ramiona i mój nieformalny strój przestały mnie przerażać. Nic złego nie mogło się wydarzyć, bo rozmawianie jest naturalne, relacje są naturalne, my jesteśmy naturalni.

            – Zdecydowanie typ etyczny. Do religijnego mi daleko. Może kiedyś. A pan?

            – Też.

            – A pan Krzysiek? Jak pan myśli?

            – Krzysiu… religijny. Zdecydowanie.

            – On pana kocha.

            – Kto? Bóg?

            – Nie wiem, ale pan Krzysiek na pewno.

            – Wiem. – potwierdziłem. Faktycznie wiedziałem.

            – Jak się pan z tym czuje? Bo to chyba dziwne jest, prawda? Być obiektem miłości, której nie można odwzajemnić.

            – Ależ ja ją odwzajemniam. „Załóżmy, że kochający widział, co było jego pragnieniem, że był kochany, lecz jednocześnie widział, że byłoby to skrajnie szkodliwe dla swoistości ukochanego, stałoby się jego wypaczeniem, niezależnie od tego, jak bardzo byłoby to upragnione: tak, wtedy miłość erotyczna jako taka nie jest w stanie ponosić tej ofiary. Lub załóżmy, że ukochany widział, iż stosunek stałby się ruiną kochającego, zupełnie unicestwiłby jego swoistość: tak, wtedy miłość erotyczna jako taka nie ma jednak siły do ponoszenia tej ofiary. Zaś prawdziwa miłość, poświęcająca się miłość, która kocha każdego człowieka wedle jego swoistości chętna jest do poniesienia każdej ofiary: ona nie szuka swego.” Odwzajemniam ją, ale nieerotycznie.

            – Rany, to Kierkegaard! Zna go pan na pamięć?

            – Nie, tylko ten fragment. Zorientowałem się, że Krzysiek jest gejem, gdy napisał mi taką dedykację w książce, z której ten cytat pochodzi. Zresztą on zawsze był bardzo blisko mnie. Potrafił lecieć nocą z mokrymi włosami, w górze od piżamy i szybko założonymi na siebie jeansami… wiem, bo nawet ich nie zapinał…, Chciałem pożyczyć podręcznik, potrzebowałem kasy, coś tam, coś tam… Był w pięć minut. Nie wiem jak to robił, ja nawet biegnąc potrzebowałem co najmniej piętnastu, by pokonać odległość od akademika do jego stancji.

            Kiedy zorientowałem się, że rozmawiam z Gosią o orientacji seksualnej mojego współpracownika i przyjaciela, było już za późno. Czułem, że mogę być lojalny tylko wobec tej dziewczyny i sytuacji – tak jakby bujanie się na huśtawce za domem wariatów było czynnością sakralną.

            – Zimno mi – powiedziała i przesunęła na brzeg koszyczka. – Zrobiłam miejsce dla pana.

            – Dla mnie? – zapytałem jakby od niechcenia i chyba nawet nie czułem wtedy niczego szczególnego, bo noc była ciepła, relacje naturalne, a granice nie istniały. Podniosłem się dość ociężale i położyłem obok niej.

            – Nie musi pan czuć się niezręcznie. Ja tutaj już właściwie nie jestem. To tylko kilka dni. Pana też tutaj nie ma.

            – Nie czuję się niezręcznie. To dziwne. Może nie mówmy o tym, bo poczuję, a nie chcę.

            Leżałem i było mi dobrze. Nieskomplikowana, cielesna i mentalna przyjemność. Dlaczego miałem się jej pozbawiać? Kiedy poczułem na swojej dłoni jej palce, nie zaprotestowałem. Czułem, że nie ma różnicy między nami, między nami a powietrzem.

– Wie pan, ja wolałabym nie mieć ciała. Ono wszystko komplikuje. Moglibyśmy teraz po prostu rozumieć się bez słów i nie martwić tym, że ktoś może zobaczyć nas razem. Bo nie byłoby brudu seksualności, zazdrości o atrakcyjność, anoreksji, samookaleczeń, gwałtów. Bez ciała bylibyśmy szczęśliwi jako czysta pragma.

– Schopenhauera znasz? On pisze, że bez ciała będzie jeszcze gorzej. Zostaniemy wchłonięci przez ciemną, chaotyczną wolę.

– Wow, mówi to pan innym pacjentom?

– Nie jestem na szczęście twoim psychiatrą, nauczycielem, księdzem i ojcem…

– Na szczęście nie. Czyli wg Schopenhauera samobójstwo się nie opłaca?

– Nie.

– Nie… Panie doktorze, rozmawiamy o filozofii na huśtawce. Pan się zamartwia? Bo widziałam cień w pana spojrzeniu teraz… przed chwilą.

– Nie wiem.

– Jestem właściwie aseksualna. Nic się nie stanie.

– Nie jesteś.

– Jestem. Nie mam przyjemności, więc niczego nie zainicjuję.

– Dziękuję. Każdy potrzebuje bliskości – Wstałem z huśtawki w zwolnionym tempie, podałem Gosi rękę. Ciemność była silna. Miałem wrażenie, że przygniata dziewczynę, ale to tylko ja byłem przygnieciony. Podniosła się dość szybko i wyglądała jak obudzone ze snu dziecko, które za chwilę się rozpłacze.

– Proszę mnie dotknąć.

            Nagle wczepiła się we mnie jak czterolatka. Czułem, że pochłaniam ją i że ona faktycznie wciąż jest dzieckiem. Staliśmy tak kilka minut uszczęśliwieni, bo ta bliskość spełniała warunki bycia niemal absolutną.

– Czuję, że nigdy nie umrę. To raczej moje ciało po protu mnie nie utrzyma – powiedziała.

DZIECI

MODRZEWIOWE DZIECI

Moja babcia

            Moja babcia była malutka. Nosiła proste sukienki z grubych materiałów i „pantofle” – czarne, trumienne, brzydkie. Moja babcia miała krótkie, trochę siwe, trochę czarne, trochę złote włosy. Moja babcia była taka jako mała dziewczynka i staruszka. Zawsze miała na imię Helenka.

            Dawno temu, jeszcze przed wojną Helenka straciła mamę (mamę, nie matkę). Mama miała kruczoczarne włosy, orli nos i dziwny akcent, ale pomimo to była mamą, nie matką. Mama nosiła warkocz opleciony wokół głowy i czarne suknie, ale ten surowy wizerunek nie przeszkodził jej umrzeć. Helenka myślała, że takie mamy z zasady nie umierają, ale przyszedł rak-nieborak i uszczypnął.

            Helenka wyobrażała sobie go siedzącego w jelitach mamy – powykręcanego i złośliwego. Znaki były wyraźne – mama chudła, pokładała się, zaniedbywała pole (mama i tak zawsze dziwnie wyglądała na polu, jakby wycięta z jakiejś książki; nie pasowała do pola taka wyprostowana i nietutejsza, mama pochodziła z Sosnowca, z dzielnicy, gdzie nie było pól i niczego, co pszeniczne i jasne, z dzielnicy, gdzie rosły modrzewie).

            Helenka straciła swoją młodą, dziwną mamę na rzecz pierwszej miesiączki. Zaraz po miesiączce przyszła macocha (zaznaczam: nie druga mama, macocha).

            Macocha nie lubiła Helenki i jej braci. Macocha była kobietą otyłą z napuchniętymi łydkami. Helenka ze zdziwieniem stwierdzała, że nawet po wydaleniu kolejnego dziecka, łydki te nie stają się ani trochę szczuplejsze (niemądra Helenko, przecież dzieci nie rodzą się przez łydki, kto Ci takich głupot naopowiadał).

            Kiedy macocha wydalała kolejne dzieci, Helenka szukała sobie nowych pasji. Jedną z nich było zakładanie kotom na łapy łupinek z orzechów włoskich.

            Helenka umiała pisać i czytać, ale to nie przydawało się w jej nowej pracy (Helenka była praczką w bogatych domach; najmniej lubiła prać zakrwawione szmaty; często wyobrażała sobie, że szmaty te noszą na sobie ślady wojny, ale nie takie wojny prowadziły bogate panie każdego miesiąca).

            Pewnego dnia Helenka wzięła, z polecenia macochy, swoją przyrodnią siostrzyczkę na dwór (bo u nas mówi się na dwór, nie na pole; wszystkie kobiety z naszej rodziny na polu wyglądają dziwnie) i dziewczynka umarła.

– Usiadłam z nią w przeciągu – opowiadała babcia.

– Specjalnie? – pytałam z ostrożnością.

– Pewnie, że nie specjalnie. Specjalnie to tylko te łupinki na kocich łapakach były.

Dziś to u mnie jest zdjęcie trzyletniej Lucynki w trumnie. Ma na nim takie słodkie usteczka i koronkowy czepek. Ledwo widać ją pośród kwiatów. Helenka zaniosła stokrotki, które zginęły pośród kalii i goździków (kalie i goździki zabiły swym mdłym zapachem lekką woń stokrotek). Pogrzeb był długi i duszny. W kościele św Zygmunta nie było przeciągu.

            Helenka nie miała co jeść, mimo ze ojciec jej pracował całymi dniami. Macocha wszystko dawała swoim dziećmi, które rosły jak dęby, gdy „tamte dzieci” kurczyły się jak modrzewie.

            Helenka i jej modrzewiowi bracia chodzili do pani Saifredowej. Pani Saifredowa była bogata i nosiła wykrochmalone kołnierzyki (cała zresztą była jasna i czysta). U pani Saifredowej Helenka jadła i piła, bawiła się i umierała z miłości do młodego Saifreda. W moim domu stoją pamiątki po Saifredach, otoczone należną im czcią (głównie w formie wiary, że zostały podarowane, nie ukradzione, bo to rożnie bywa).

            Helenka poznała go w upalny dzień. Nie wyglądał jak młody Seifred. Był wysoki, nosił wojskową czapkę i miał modre, żywe oczy. Nie było w nim tej mieszczańskiej melancholii, ale jakaś ułańska zadziorność i wielkopańska wyniosłość. Pół szlachcic, pół rzemieślnik, pół mężczyzna, pół posąg. Powiedziała mu, że ją w wojnę po ulicy Niemcy gonili. Nie miał nic przeciwko.

– Trzeba było wyjść za mąż – mówiła.

– Trzeba? Czyli nie chciałaś?

– Nie. Nie podobał mi się. Był starszy, lubił popić, ale szło się przywiązać. Bo ja z przywiązania go kochałam.

– Ja cię babciu nie rozumiem – unosiłam się w tych swoich rumianych, malinowych czternastu latach.

– Zrozumiesz.

            Eugeniusz czekał na Helenkę latami. Latami pił, gdy ją zdobył.

            Helenka gotowała mi różne zupy i smażyła frytki. Była malutka. Nosiła proste sukienki z grubych materiałów i „pantofle” – czarne, trumienne, brzydkie. Miała krótkie, trochę siwe, trochę czarne, trochę złote włosy. Była taka jako mała dziewczynka i staruszka. Kiedy umierała, zawołała mnie do siebie. Pamiętam jej uśmiech i dziwny delikatny zapach pracowitego życia.

            Gdy zamknęła oczy położyłam na jej szafce krzyż ankh, bo wtedy wierzyłam w bogów, nie wiedząc że jeden właśnie umiera.

Wujek Zygmunt

            Wujek Zygmunt był najmłodszym bratem modrzewiowych dzieci. Jaki on delikatny, mówili chłopi ze wsi Wola Szlachecka i Barany. Jaki do pracy nie nadajny. Wujek Zygmunt wychodził w pole, gdy letnie słońce robiło się złote i ciężkie, skręcał w mały brzozowy lasek, a potem w zdziczały sad. Była tam jabłonka, którą nazwał Jagna. Jego prawdziwa Jagna przychodził tam czasem, zdejmowała bluzkę, ukazując swoje mleczne piersi. Jagna karmiła we wsi dzieci, karmiła też Zygmusia, ale nie było to mleko, tylko coś znacznie potężniejszego (o ile może być coś potężniejszego od kobiecego mleka). Niektórzy mówią na to miłość, inni pożądanie. Jagna, która tak naprawdę nazywała się Janka zdejmowała bluzkę i spódnicę, kładła się pod jabłonią albo huśtała na gałęzi.

– Czy mi to przystoi – pytała – jestem żoną i matką…

            Zygmuś milczał, wpatrując się w jej białe ramiona i lekko wypukły brzuch. Żałował wtedy, że nie umie dobrze pisać. Dawno już nauczył się przecież czytać, ale pisanie sprawiało mu problem. Litery wykrzywiały się i opadały jak gałęzie, a tak chciałby napisać: Janko, zostaw męża i dzieci, pójdziemy do Częstochowy, do fabryki. Zygmunt żałował, że nie potrafi pięknie mówić, a tylko pięknie myśleć. Nie wiedział co go tak boli w środku, co kuje jak igiełki modrzewia, o tam, w gardle i sercu.

            Miał osiemnaście lat, gdy położył się na torach prowadzących do jednej z częstochowskich fabryk. Pociąg jakby wiedział, że nie wypada się zatrzymać.

Wujek Janek

            Wujek Janek uśmiechał się zupełnie jak Helenka. Pamiętam jak w swojej czarnej teczce zawsze przywoził kosztele z jabłonki rosnącej przy domu w Gdyni.

            Janek nie chciał przenosić się do Gdyni. Ojciec (ojciec, nie tata) zabrał żonę, normalne dzieci i te modrzewiowe, by zbudować dom w nowowyrosłym mieście i umrzeć potrącony przez samochód. Janek nie chciał spuścizny po potraconym przez samochód ojcu. Mówił: Helenko, ja chcę wracać do Ciebie i Szczepanka. Morze jest zimne i bardzo ciemne. Ale mimo to uśmiechał się jak Helenka, przywoził kosztele w swojej czarnej teczce i to był symbol walki.

            Wujek Janek pozostał w Gdyni Chylonii, niedaleko wzgórz morenowych, w wysokim, szczupłym domu, gdzie ilość okien wielokrotniała w oczach, gdy tylko ktoś się rodził.

Rozmawiałam z nim któregoś lipcowego popołudnia. Wpatrzona w jego uszy (uszy miał dokładnie takie jak Helenka) szukałam dłonią talerza z pokrojonymi kosztelami (pomyślałam, że ja nawet nie lubię koszteli, że to coś więcej).

– Kiedy tak patrzę na ciebie, wiem że mama wróciła.

– Prababcia z Sosnowca?

– Wiesz, ona była…

– Wiem.

– Ale nie płacz, nie martw się.

– Ja się nie martwię, nie przeszkadza mi to.

– Nie przeszkadza ci? – zapytał z niedowierzaniem a mnie ukuło coś w serce, przypominając o swoim odwiecznym istnieniu.

Wujek Szczepan

            Był najpiękniejszy, o melancholijnym spojrzeniu, szlachetnym nosie i pełnych ustach. Na zdjęciach z Berlina uśmiecha się jak gwiazda kina, nie przymusowy robotnik. Mam wrażenie, że Szczepanek nie mógł nic robić z przymusu. On, taki piękny, dumny, zawadiacki? Pojechał, bo chciał doświadczać. Gdyby nie chciał, wystarczyłby uśmiech. Ja nie przesadzam. Nie widzieliście tego zdjęcia, na którym wącha płatek róży, ani tego, na którym siedzi z kolegami na jakiejś scenie jakby stworzony dla niej.

            Szczepanek słał swoje zdjęcia nie z próżności, tylko z powodu zapotrzebowania. Bliższa       i dalsza rodzina chciała móc oglądać go na co dzień łudząc się, że są chociaż trochę podobni.

            Czy jesteśmy trochę podobni, Szczepanie? Może kolor oczu… może usta. Ale Ty miałeś w sobie ten sam romantyzm, co Zygmuś, tę samą siłę, co Janek i ten sam dowcip, co Helenka.   A ja, ja jeszcze nie wiem, czy można pomieścić w sobie aż tyle.

            Gdy ktoś jest piękny musi być też trochę brzydki. Któregoś dnia lekarze wyciągnęli ze Szczepanka jakąś dziwną zieloną kulkę (zieloną jak oczy nas wszystkich). To był chyba nawet ten sam rak, który zabił tamtą mamusię. Czasem zaglądam sobie do brzucha i sprawdzam czy u mnie też siedzi (dziś operacje laparoskopowe można nagrywać). Nie jestem jednak tak piękna i dumna, by na takiego raka zasłużyć.

KORONKOWE DZIECI

Mój dziadek

            Dziadek Eugeniusz pochodził z przedziwnej rodziny. Matka – Józefa z Zambrzyckich herbu Kościesza opuściła Litwę, by poślubić ubogiego rzemieślnika z Piotrkowa Trybunalskiego o długim nazwisku. Posażna, piękna panna, mieszkająca w pałacu przybyła pod Łódź, by dało się   o niej zapomnieć.

            Kilka lat temu napisała do mnie pani, która badała korzenie rodziny Zambrzyckich. Józefa była dla niej jak cień, który wciąż się wymykał.

            Wszystkich mam, a Józefy nie mam. Wszystkich potomków, oprócz tych Józefy. Myślałam, że umarła, zanim wydała na świat potomstwo.

            Sądzę, że umarła właśnie, tylko nie tak jak ta pani myśli. Umarła dla posażnej pięknej rodziny, a narodziła się dla swoich koronkowych dzieci.

            Koronkowe dzieci mają w sobie hrabiowską wrażliwość i wyniosłość. Wydają się takie dostojne krocząc cmentarnymi alejkami, zakładając kapelusze, chorując i kochając.

            Koronkowe dzieci cierpią na hipochondrię, łykają Etopirynę, wzdychają patrząc przez okno.

            Koronkowe dzieci lubią porcelanowe lalki i Vivaldiego. Koronkowe dzieci nadużywają alkoholu, rzucają swoje patriotyczne, ziemiańskie wartości dla komunizmu, ale wciąż piją herbatę z rodowych filiżanek.

            Eugeniusz był najmniej koronkowy. Wprawdzie odziedziczył po prababci Józefie pełną niezgody na świat nerwowość (swego rodzaju sarmacką awanturniczość połączoną z pełną klasy godnością – w tamtych ludziach mieściło się znacznie więcej niż w obecnych), ale na co dzień wolał proste rozrywki. Dziadek Eugeniusz jadł dużo kiełbasy i pił dużo wódki. Dziadek Eugeniusz kochał wolność i potrafił zgodzić się na niewolę, dlatego wspierał Piłsudskiego. Popiersie Marszałka stało przy łóżku dziadka. Mnie nie wolno było nawet go dotykać. Teraz za to, gdy mam sposobność, gładzę marszałka po głowie, wkładam mu palce do nosa (mimo swoich statecznych czterdziestu lat) i zaglądam głęboko w gipsowe oczy, rozszerzając je tak, by wyglądało to śmiesznie.

            Eugeniusz pracował na kolei jako konduktor (z powodu ukochania wolności i umiejętności zgody na niewolę). Wyruszał w pełną przestrzeń zamknięty w niewielkiej przestrzeni i czuł, że żyje.

            Chory na Alzheimera kazał mi się kryć przed Niemcami, więc chowałam się pod stołem, czekając aż będę mogła wreszcie wyjść i pobiec do koleżanki na zabawę klockami Lego Belville i lalkami Barbie. Niestety przez to od zawsze toczy się we mnie wojna między literaturą wojenną   a pasją do lalek, wojna, której ani Niemcy ani stworzone przez Żydówkę polskiego pochodzenia plastikowe kobiety nie potrafią ostatecznie wygrać.

Ciocia Ania

            Ania kochała swój wielki nowy dom i ogród nawet, gdy zabrakło w nim najbliższych (najbliżsi to mąż i nie istniejące nigdy dziecko; kiedy zabrakło nawet nieistniejącego nigdy dziecka ciocia zaczęła zapraszać nas na swoje odludzie).

            Odludzie było porośnięte owocami lata i jesieni. Nikt z nas nie potrafi wyobrazić sobie tego miejsca zimną czy wczesną wiosną (pewnie dlatego ciocia zmarła latem, byśmy bez wstrząsu mogli przyjeżdżać na jej grób). Duży, kwadratowy, modernistyczny dom i napuchnięty zielenią sad tworzyły niecodzienne połączenie nowego i starego, niepokojącego i bezpiecznego, brzydkiego i pięknego. Ania miała kury, króliki i psa. Miała też nas – odległych, częstochowskich, wysyłanych listownie. Raz do roku pojawialiśmy się w jej świecie jak duchy – trochę nierealni, trochę tacy, w których trzeba wierzyć. To samo odczucie towarzyszyło nam, gdy staliśmy pod bramą domostwa – sad i Ania w słomkowym kapeluszu i starych perłach przerzucanych przez pierś. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie jak na zjawy z innego świata. A potem światy łączyły się, tworząc nową jakość, nowy rodzaj melancholii i dziwactwa, napędzających się wzajemnie.

            Ciocia była nadmiernie oszczędna, ale owoce w jej sadzie nie wiedziały o tym i pozwalały się sobą przejadać. Leżałam w chłodnym pokoiku (pełnym ślicznie oprawionych zdjęć różnych figurek i bibelotów) z nadętym brzuchem i upajałam się nadmiarem. Ania ganiła mnie za rozsypane porzeczki, opowiadała o wojnie, wyznawała niemalże matczyną miłość (byłam dzieckiem, jakiego zawsze pragnęła), przestrzegała, by nie siedziała na zimnym, bo nigdy nie zajdę w ciążę. Po latach gdy powiedziano mi, że nie będę mogła mieć dzieci próbowałam przypomnieć sobie każdy kamień, na którym mogłam usiąść i drżałam ze strachu.

            Ania miała lekkie wąsy, bo wycięli jej macicę. Wstydziła się tego, ale ja wdziałam w niej idealne połączenie męskości i kobiecości, siły i koronkowej delikatności, zaradności i romantyzmu. Ania miała pieska Sarę, ja mam córkę Sarę (bo z każdym pokoleniem rzeczywistość musi ewoluować, stawać się doskonalsza, bo niektórych macic na szczęście nie trzeba od razu wycinać).

            Wstrząs nastąpił po śmierci Ani. Nowi właściciele domu podzielili sad na kilka działek Podzieli coś, co winno zostać nienaruszone i to, do czego wszyscy mieliśmy trafić po śmierci.

Wujek Heniek

            Henryk miał mieszkanie w starej częstochowskiej kamienicy. Było malutkie, ale mnie zawsze zdawało się, że jest ogromną salą baletową (to pewnie z powodu muzyki klasycznej, którą wujek uwielbiał).

            Henryk lubił rosół mojej mamy i zapalał znicze na swoim grobie, pomimo że grób stał pusty i czekał. Niektórzy wyśmiewali to dziwactwo wujka, a ja zawsze brałam ta za przejaw typowego dla naszej rodziny poczucia humoru powiązanego z pewnego rodzaju wyczekiwaniem. Tak więc Henryk lubił rosół mojej mamy (tradycyjny), zapalał sobie znicze na grobie (całkowicie nietradycyjnie) i był komunistą (to z kolei było wywrotowe). Wujek Heniek czuł na starość, że warto rozmówić się z Bogiem, ale nie mógł wyobrazić sobie Go w kościele katolickim, więc został protestantem.

            W rogu pokoju na małym łóżku z koronkową pościelą leżała żona wujka. Ta mała, blada, nieuleczalnie chora osoba nie przerażała tylko swojego męża. Wydzielił jej maleńką przestrzeń na umieranie, próbując uczynić śmierć znośną i udomowioną. Kobieta głaskała swe cierpienie tak długo aż stało się łatwe do przełknięcia i umarła. Następnie wujek wydzielił sobie swoją przestrzeń na umieranie, ale było już oswojone, więc umarł szybko, bezboleśnie, we śnie. Nie wiem czy zdążył rozmówić się z Bogiem, ale uśmiechał się, gdy go znaleziono, więc chyba tak.

Ciocia Natala

            Jej mieszkanko było królestwem koronek, mimo że mieściło się w najgorszej i najmniej „eleganckiej” dzielnicy miasta. Koronkowe dzieci mają to do siebie, że nawet króliczą norę potrafiłyby uczynić koronkową (odziedziczyłam to po nich – gdy mieszkałam w bloku, salon wyglądał jak ten z powieści polskich pozytywistów, ale to nie pasowało, więc musiałam kupić dom przedwojenny i teraz jest tak jak trzeba).

            W mieszkaniu cioci było ciemno i cicho. Pachniało ziołowymi lekami uspokajającymi, bo ciocia zawsze czegoś się lękała: za młodu, że umrze, gdy urodziła dzieci – że one umrą, a teraz, na starość, boi się, że nie umrze nigdy. Natalka ma zaburzenia pamięci, więc czasem zapomina czego się boi, ale strach nie znika (strach jest czymś więcej niż obiekt, którego dotyczy i to jest właśnie wielkie nieszczęście ludzkości). Strach osiada na firankach, a raczej w szparach pomiędzy nićmi, przenosi się cieniem na ściany i ciało.

            Natalka leży w domu opieki, delikatna jak koronka, rusza się nieznacznie, zaciska usta w lęku.

CEGLANE DZIECI

Babcia Henia

            Miała dwóch mężów, ale jakby jednego. Bo jak mężowie piją są jak jedno. Z osobowościowych cech alkoholika najbliżsi zapamiętują głównie te nieosobowe. Bo alkohol wyostrza to, co jednakie. Człowiek przestaje istnieć.

            Babcia miała dwóch mężów, ale jakby jednego i dwóch synów, ale został jakby jeden – mój tata. Tato, „jakby” nie służy temu, by Cię zdenerwować, „jakby” oznacza, że nikt z nas, łącznie z Twoją mamą właściwie nigdy Cię nie poznał.

            Babcia Henia była za młodu idealna – kształtna blondynka z kręconymi włosami i niebieskimi oczyma. Do tego mądra, przewodnicząca klasy! Na starość idealna babcia i nadal bardzo piękna mimo chorób, bandaży na brzuchu i żylaków. Bo piękno jest osobowe, nierozcieńczalne, gdy się nie pije alkoholu.

            Domek babci – taki z czerwonej cegły, zielonymi drzwiami i framugami okien śni mi się do dziś. Bo czy jest coś bardziej urokliwego dla snu od czerwonej cegły, drewnianych drzwi i pelargonii? I od wydeptanej ścieżki pośród pulchnej zieleni? Widzę nas w tym śnie – ja, około trzyletnia, w sandałkach i z niebieską konewką w rączce i ona – babcia – jasna, w sukience koloru mojej konewki. Niedaleko biegną tory. Biegną tak szybko, że nie widać ruchu, pozornie zastygają w upale, ale przepychają pociągi na pobliską stację.

            Kształtne blondynki z niebieskimi oczami mogą mieć pecha w miłości, swoją archetypiczną anielskością stwarzają obok siebie miejsce dla schorowanych dusz. Jedna schorowana, nieosobowa dusza kryjąca się w kątach ceglanego domku biła babcię i jej synka. Druga, która przyszła na miejsce tamtej robiła to samo.

            Dom z czerwonej cegły spłonął. Spaliły się książki i meble, cały strych. Kiedy byłam nastolatką włamałam się do tych ruin. Czerwona cegła zalała mnie, przyciągnęła do ziemi. Położyłam się i patrzyłam w niebo. Brak dachu był okiem. Oko obserwowało mnie, miało wypalone rzęsy, a ja płakałam, rozszerzałam się i kurczyłam w środku jak źrenica.

            Babcia Henia przychodzi do mnie w snach i zaprasza do drugiego, wewnętrznie ceglanego, domu. Wewnętrznie ceglane domy to te, które ktoś kazał otynkować, jakby tynk miał je upiększyć, ale tynk nie upiększa, tylko dusi coś, co winno oddychać. Stara, przedwojenna cegła oddycha. W tych snach nawet otynkowany blok na Alei Pokoju bierze oddech, bo mieszkanie babci to małe niebo. Wszystko jest tam takie jak za jej życia, tylko jaśniejsze i trochę bardziej mgliste. Chusteczki i łyżeczki, koraliki i pudełeczka, kryminały Christi i paprotki doniczkowe. Maryja karmi Jezusa piersią, pierś jest świetlista, a mleko wypływa Jezusowi z kącika ust i potrafi spłynąć poza obraz.

Wujek Jurek

            Wujek Jurek jest uważany za starego wariata, bo zapisuje sny i nie chce chrześcijańskiego pochówku. Wujek Jurek jest buntownikiem w małej polskiej wsi. W Rudnikach robi się cement,       a wujek ma dom z cegły.

            Bóg chciał wujka uciszyć, więc zesłał na niego raka krtani. Kiedy wujek mówić nie mógł biegał po podwórku z siekierą i wygrażał temu dziwnemu i niedyplomatycznemu Bogu. „Czemu ja mam być dyplomatyczny, skoro on posuwa się do takich zagrań” – cedził ochryple wujek.

            Gdy byłam nastolatką u jednej z koleżanek poznałam dziewczynę z Rudnik. „A wiesz, u nas we wsi jest taki wariat, który biega po podwórku z siekierą, a cały dom ma obsadzony ziołami”. Od tamtej pory mam swoją własną definicję wariata. Jestem jednym z nich.

***

            Kiedy umrę, po drugiej stronie będą czekać na mnie również oni – modrzewiowe, koronkowe i ceglane dzieci. Ci pierwsi usiądą ze mną na progu domu, może tym częstochowskim – na Kawiej. Zygmuś nawet nie spojrzy na mnie zajęty obserwowaniem fabrycznego dymu z komina (wcześniej tego nie znał, więc owładnięty nieskończoną, cichą fascynacją będzie wciąż odwracał oczy). Helenka od razu przysunie się do mnie, ciągnąc za rękaw roześmianego Janka. Zapachnie kosztelami, skórzaną teczką i nadmorskim piaskiem. Szczepan podniesie zawadiacko jedną brew i zaprosi do samego środka tego miejsca, które jest doskonałe.

            Koronkowe dzieci zaczną krzątać się w salonie z oknem otwartym na świetlisty sad (dokładnie takim jak kiedyś), zaparzą herbatę i zaczną przepychać się do mnie, by zapytać o życie. Ciocia Ania o dzieci i czy nie siedziałam na kamieniu, dziadek o Niemców, wujek Heniek pogłośni muzykę i porwie mnie do tańca, ciocia Natala podsunie talerzyk ze śliwkowym ciastem, trzymając się za plecy, mimo że tu nie ma już bólu.

            Usiądę w fotelu przy oknie, za którym majaczyć będzie sad i modrzewiowy zagajnik. Helenka przyniesie zupę, a Ania okryje moje ramiona koronkowym szalem.

            – Natrudziłaś się, więc teraz odpocznij.

            Pomiędzy drzewami, jakoś tak nierealnie, niczym dukt lśnić będzie ceglany klinkier jak ten na Rakowie. Wujek Jurek opowie jakiś sen, babcia Henia wciśnie mi coś do poczytania.

            A wszystko to razem nie będzie dziwne. Jak w wierszach Tuwima.

ADAM

            Był jasny, pogodny dzień, około 23 stopni Celsjusza w cieniu, mocno pyliło. Siedziałem     w swoim fotelu i czekałem. Nie powiem – przypadek Adama już wtedy stanowił dla mnie wyzwanie. Rzadko leczę psychotyków, specjalizując się raczej w zaburzeniach osobowości. Dlaczego? Powód jest prosty – nerwica jest dla mnie zbyt banalna; – pacjentów coś strzyka, mają zawroty głowy i przeważnie wymagające matki, schizofrenicy zwyczajnie mnie irytują – nic do nich nie dociera, nawet jak włożę najlepszy garnitur nie chcą mówić do rzeczy. Z zaburzoną osobowością jest inaczej – to coś po środku, coś idealnego… Jest lęk i smutek, jest złość i próby samobójcze, jest to wszystko w jednej osobie – i na dodatek taki pacjent potrafi o tym opowiedzieć! A ja bardzo lubię słuchać.

            Krzysztof, przekazując mi Adama powiedział: Maciek, nie lubisz gości nawijających o mafii, ten nie ponawija, krótko – on milczy. Nie dotarłem do niego, w pewnym momencie trzeba sobie odpuścić. Jest jak jest, sam wiesz. Rozumiem, że ty lubisz pracować na rozmowie, no ale ja nic tu nie wskóram. Jesteś szefem? Jesteś. I powinieneś dbać o dobry wizerunek tego grajdołu. Trzeba gościa przycisnąć, ja nie jestem terapeutą dla niego. Odpowiedziałem mu, że jasne, że owszem, że grajdoł. Zawsze sobie w ten sposób pomagamy – dobro pacjentów jest dla nas najważniejsze. Prywatnie przyjaźnimy się z Krzysztofem. Nadal pamiętam jak pięć lat temu posuwał moją byłą żonę, ale ustaliliśmy, że sama tego chciała, a on był pijany. Nie mam żalu, nadarzyła mu się dobra okazja, by spróbować z kobietą, a jak wspominałem, żona piękna, młoda. Ja wolałem fantazjować o pacjentkach niż kochać się z nią.

            Mój nowy cicho-ciemny pacjent był ubezwłasnowolniony. Tamtego dnia przyprowadzili go rodzice – Joanna i Marek Ł. Wprawdzie Krzysiek zrobił z nimi wywiad, ale nie chciałem żerować na jego pracy. Psychiatra powinien zawsze zaczynać od początku. Kiedy weszli, już od progu wiedziałem, że ta rozmowa będzie dla mnie trudna z dwóch powodów – Marek wyglądał na alkoholika, Joanna z kolei to nerwica w czystej postaci, a na dodatek taka, która się więcej natrzęsie, niż cokolwiek z siebie wydusi. Nie myliłem się.

            – Witam państwa, proszę usiąść. Nazywam się Maciej Jankowski, jestem właścicielem tego szpitala, lekarzem psychiatrą i psychoterapeutą. Od dziś będę się zajmował państwa synem, Adamem (tutaj spojrzałam na chłopaka, tak jakby w pokoju było więcej synów). Mój współpracownik przeprowadzał z państwem już wywiad, ja jednak chciałbym zrobić to jeszcze raz.

            Kobieta przewracała nerwowo oczami, przytakując. Facet natomiast siedział znudzony         z wypisanym na twarzy: Ja wiem lepiej. Wbrew pozorom to w nim coś mnie poruszyło. Nigdy bowiem nie intrygują mnie roztrzęsione jak galarety matki, próbujące przekonać wszystkich, że one chciały dobrze, a tak właściwie są winne wszelkim krzywdom i dramatom swoich dzieci. Marek Ł. był inny. Jego subtelnie zapijaczona morda, zgarbiona sylwetka i uroczy T-shirt w gwiazdki, zdawały się mówić: Świetnie wiem, a nawet lepiej, co się w tym domu dzieje, mogę o tym powiedzieć, ale mi się nie chce. Płochliwość matki i jej skarpetki do sandałów sugerowały natomiast, że mogłaby wyszeptać nieśmiało: Przecież jesteśmy szczęśliwą rodziną. Ja już swoje wiem o „szczęśliwych rodzinach”. Leczenie „dzieci”z takich „szczęśliwych rodzin” jest zdecydowanie trudniejsze od leczenia typowych produktów patologii – ojciec bił, pił, matka się puszczała, wszystko jasne. W tym pierwszym przypadku natomiast psychiatra musi się nieźle napocić, aby pacjent wreszcie uświadomił sobie, że tak kolorowo wcale nie było, że zdania typu: „Gdyby brat nie umarł, ty byś się nie urodziła, czy Tylko nie mów ciotce, że nie zdałeś matury, bo to wstyd mają ogromny wpływ na zdrowie psychiczne. Adam Ł. należał zdecydowanie do tej drugiej, mniej uprzywilejowanej grupy, w której znajdują się ludzie, którzy na pierwszy rzut oka nie mają powodów, by cierpieć, a cierpią.

            – Dobrze, zacznijmy od pytań podstawowych. W jakim wieku jest Adam?

            – 25 lat.

            – Pracuje, uczy się? – pytanie to zadałem kierowany względami formalnymi. Wystarczyło tylko spojrzeć na chłopaka, by stwierdzić, że na pewno nie uczy się ani nie pracuje. Siedział nie wpatrzony, nieprzytomny, nieobecny. Niczego nie obserwował, niczego nie słuchał, chyba nawet nie towarzyszyły mu żadne głosy, żadne nieistniejące postacie. Otaczały go ściany. Ja byłem ścianą, jego rodzice, pielęgniarka.

            – Nie. Siedzi w domu odkąd skończył studia – w głosie ojca dało się wyczuć złość.

            – Myśmy chcieli go gdzieś wysłać do pracy, żeśmy mu nawet szukali – wytrzęsła z siebie matka.

            Myśmy chcieli, ale on nie chciał. On jest taki a taki. Siedzi tylko, nic nie robi, na garnuszku ciągle, zły, niedobry syn. Miał być wizytówką rodziny, reprezentantem, szkoły skończył, nasze kompleksy miał leczyć. Ale nigdy z nikim nie był, z żadną dziewczyną, pornusy na komputerze oglądał, to go ojciec ze trzy razy zdzielił. A wcześniej to dobry chłopak, cichy taki, chociaż czasem ryja na matkę darł, oj darł. Myśmy chcieli, żeśmy szukali, a tu nic – siedzi tylko. Spodziewałem się, że mogę to usłyszeć. Zazwyczaj rozżaleni rodzice skarżą się, że nie takiego dzieciaka pragnęli.

            – Rozumiem – odpowiedziałem. Jakie Adam ma wykształcenie?

            – Architekturę skończył – matka wyraźnie się ożywiła i przestała trząść – W Krakowie. Same piątki miał, matematykę lubił.

            – Przebyte choroby Adama?

            – Wszystkie te ważne przebył – rzeżączkę, świnkę, ospę.

            – Aśka, na litość boską, różyczkę, nie rzeżączkę – wycisnął przez zęby ojciec – do tego się raz w głowę uderzył.

            – Kiedy wydarzył się ten wypadek – zapytałem, próbując ukryć zaskoczenie. W papierach od Krzyśka nie było o tym żadnej wzmianki.

            – Ano, to nic – matka z powrotem zaczęła przewracać oczami, nie wiedząc co z nimi zrobić, podobnie z dłońmi – co rusz wkładała je pod siedzenie, po chwili wyjmowała i prostowała palce. Jej ciało najwyraźniej nie słuchało gorączkowych rozkazów psychiki: Zachowuj się, siedź! – Tak tylko wypadł z okna i miał wstrząs.

            – Jak to się stało? – w gabinecie nie zapanowała cisza, a powinna; w takich sytuacjach jest jak najbardziej wskazana. Prawie od razu usłyszałem chlipanie matki i spanie ojca.

            – Bo ja nie chciałam go wtedy nazwać wieprzem. Gruby był, ciągle gębą ruszał – spojrzałem na Adama. Szczupły. Matka ma co chciała, teraz syn wygląda doskonale, a nawet doskonalej. Uroczy wariat.

            – Wypadł czy skoczył pani Joanno?

            – Wypadł… znaczy zdecydował, że wypadnie…

            – Czyli skoczył. Próby samobójcze albo groźby zdarzały się częściej?

            – Coś tam czasem gadał, że żyły sobie podetnie, ale my-myśmy nie mówili nikomu i my-myśmy za żart to brali – wyjąkała kobieta.

            – Rozumiem – nie rozumiałem – Upadek zmienił coś w psychice syna?

            – Jaki głupi był taki jest! – uniósł się pan tata, po czym już ciszej dodał – no nic się nie zmienił, nie zmądrzał nam.

            – Czy ktoś w rodzinie cierpiał na zaburzenia psychiczne?

            – Nie, raczej nie… chociaż mój brat Janek to chyba miał coś z głową, karty Tarota, sny zapisywał, ale już nie żyje, znaczy umarł zanim się Adaś urodził, to na niego nie przeszło – odparła matka.

            – Mogło przejść pani Joanno, mogło. W genach. Dobrze, a czy w domu państwa istniał, bądź istnieje problem alkoholowy?

            – Będzie istniał jak młody się do życia nie obudzi! – twarz ojca zrobiła się sina z gniewu.

            – Co to znaczy panie Marku?

            – Nic.

            – A znaczy, powiedz panu lekarzowi, że znaczy – matka rozpłakała się już na dobre – chlejesz od kilku lat, dobrze, że Adaś taki nieprzytomny jest, to chociaż tego nie widzi, za wzór zawsze cię brał – Miałem poważne wątpliwości czy Adam rzeczywiście nie zdaje sobie sprawy ze swojej sytuacji. Najpewniej właśnie dlatego, celowo wręcz wpadł w stan otępienia.

            Nie miałem wtedy żadnego rozpoznania wstępnego dla Adama. Byłem zły, uwielbiam zaraz w trakcie rozmowy z pacjentem wypełniać tę pierwszą rubrykę. Podobno miał próby samobójcze, podobno siedzi sam w pokoju, nigdzie nie wychodzi, nie mówi do siebie, nie wymyśla niestworzonych rzeczy, nie buduje ołtarzyków i utrzymuje higienę. Mogłem stwierdzić, że ma depresję i tyle, ale warunkiem diagnozy, przynajmniej dla mnie, jest rozmowa z samym zainteresowanym. Na rozpoznanie musiałem sobie jeszcze trochę poczekać; jednak nawet w tracie tego czekania nie żałowałem, że zrezygnowałem kiedyś z onkologii. Praca ze śmiercią bardzo mnie pociągała. Chciałem być blisko tych, którzy mierzą się z ostatecznością, tak oczywistą jak rak z przerzutami. Któregoś dnia poinformowałem dziadka, że nie będę psychiatrą: Dziadek, słuchaj… nie idę na psychiatrię, marzy mi się faktyczne pomaganie ludziom, wyrywanie ich ze śmierci. Pamiętam jego oczy – nie było w nich nawet cienia zawodu, którego się spodziewałem. Nie powiedział nic w stylu: A co z Dębową Przystanią? Miała być kiedyś twoja. Kto się nią zaopiekuje? Był człowiekiem, który swoje psychoanalityczne fascynacje i przekonania wcielał w życie, uznając między innymi, że nasze pragnienia nigdy nie są pragnieniami innych i nie mogłyby nimi być. Patrzył na mnie spokojnie, po czym wskazał na zdjęcie Anny O. wiszący na ścianie jego pokoju. Widzisz Maciuś, to ta słynna pacjentka Freuda. Nieszczęśliwa kobieta, bardzo cierpiała i wbrew zapewnieniom „mistrza” najprawdopodobniej wcale nie chorowała na histerię. To była bez wątpienia psychoza. Śmierć się na nią nie zaczaiła, nie miała raka… Ale widzisz ten cień za nią? To nie śmierć ją wybrała, to ona sama tę śmierć przyciągnęła nie wiedząc o tym. I to jest prawdziwa ostateczność – kiedy ty i umieranie to jedno, kiedy staje się ono częścią ciebie, kiedy z nim nie walczysz… Mam pacjentów, którzy nie chcą poczuć się lepiej, ponieważ bez lęku, smutku, urojeń nie byliby już sobą, przestaliby istnieć. To oni są śmiercią, Maćku. Do dziś pamiętam jak szybko odwróciłem twarz, by dziadek jej nie zobaczył. Nic w życiu nie wystraszyło mnie tak bardzo jak Anna O. i cień za jej plecami. Już wtedy byłem pewien, że to prawdziwa śmierć. Dziadek miał rację, ja mam teraz Dębową Przystań.

            Czekałem, by móc wreszcie zobaczyć śmierć, która ukryła się w Adamie, a raczej śmierć, która jest Adamem. Bycie psychiatrą oznacza dla mnie walkę z umarłymi i obserwowanie jak rodzi się nowe życie. Na tamten czas o swoim pacjencie wiedziałem tylko tyle, że miał chorych rodziców. Kiedy wyszli posiedziałem z nim trochę, zadałem nawet kilka pytań, na które nie odpowiedział. Wychodząc zawlókł za sobą spory kawałek cienia. Chyba się wystraszyłem.

SARENKA I KORALICZEK

             Córeczko,

piszę, by Cię przeprosić, że dałam się nabrać na życie. Jakbym miała je narysować – byłby to chłop (taki typowy, mazowiecki) z łopatą. Chłopi byli rumiani zazwyczaj i rubaszni, więc życie też byłoby rumiane i rubaszne na tym moim rysunku.

            Dałam się nabrać jak dzieciak, który myśli, że można się pohuśtać na łopacie, a łopatą się tylko grzebie w ziemi. Bo widzisz, życie namówiło mnie bym spróbowała zajść w drugą ciążę. Pomyślałam – no przecież to normalne, życiowe takie mieć dwójkę dzieci.

            Prawdopodobnie jestem w ciąży, córeczko. Nie pamiętasz tego, ale ja nie zapomnę nigdy, że prawie umarłyśmy obie. I wtedy wiedziałam, że mój cud już się przydarzył i że niczego więcej od życia nie oczekuję. I coś mnie podkusiło, by cud nadwyrężyć, przetestować, sprawdzić granice.

            Córeczko, jak zasypiam przy Tobie trudno mi wyobrazić sobie coś lepszego – tak jakby całe dobro, prawda i piękno ułożyło się przy moim lewym ramieniu.

            Ale mogę nie zdążyć być Twoją mamą, bo wyobraziłam sobie, że stać mnie na jeszcze jedno, ale jeszcze jeden i jeszcze raz to nie moja muzyka.

            Jestem zła na siebie i dużo płaczę. Bo jeśli znowu wystąpi krwotok obie stracimy te wszystkie wieczory i poranki i wycieczki, śniadania, siniaki, grzebanie w piasku. Podobno jestem krzywa w środku.

           Kochana córeczko,

uspokoiłam się trochę. Kupię dziś dwa testy ciążowe w aptece i sprawdzę. Po południu poszłam się położyć do Twojego pokoju i przyśniło mi się dwoje dzieci – Ty i to ewentualne. Oboje byliście jak skrzydła, po prawej i po lewej stronie. Unieśliście mnie do nieba, ale ono było właśnie tutaj – w domu na Legionów.

            Czy to ewentualne jest w środku? Jak myślisz? Co czujesz?

  1. Jest. Sprawdziłam.

            Sareneczko,

zamanifestowało się słabiutką kreską. Kąpiesz się, a ja znowu płaczę. Sądzisz, że to może się udać? Że dostanę swoje drugie skrzydło, a Ty będziesz mieć braciszka albo siostrzyczkę?

Mała gwiazdeczko (tak zwracałam się do Sary, gdy była w brzuchu mając wielkość główki od szpilki),

trzymaj się (trzymaj się dosłownie ścian macicy, proszę). Chcę wierzyć, że będzie tak jak ostatnio – że ostatecznie wszystko skończy się dobrze.

Posłuchaj, już Cię kocham. Serio, nie musisz wierzyć.

 Mały koraliczku (powinieneś dostać swoje imię),

kiedyś wszyscy pojedziemy do Ludyni zobaczyć ten modrzewiowy dwór, dobrze? Chcę Was obojga.

            Sareneczko,

dziś zabrałam Cię do kina na Barbie – Gwiezdna Przygoda. Dobrze, że było ciemno, bo przez te hormony albo metafizykę ciągle coś lało mi się z oczu (łzami tego nazwać nie sposób, bo było gorące jak woda w naszym prysznicu i obfite jak krwawienie). Płakałam, bo Barbie miała zbawić galaktykę, bo patrzyła na naszyjnik od mamy, która umarła, bo Barbie zbawiła tę galaktykę, a jej mamy nie było przy niej. Boże, jakie to potworne! Co jeśli też będziesz musiała to zrobić beze mnie?  

            Potem nakrzyczałam na Ciebie, potem zamknęłam się w pokoju, potem miałam ochotę wymiotować.

            Koraliczku,

nie rób sobie żartów. Może to przez test innej firmy kreska wyszła słabsza. Jutro jestem umówiona do lekarza, który Cię potwierdzi, więc i Ty musisz stanąć na wysokości zadania i trzymać się mnie. Mamy już z Sarą pewne plany. Jest kilka takich miejsc, które chciałybyśmy Ci pokazać. Kupiłam najlepsze witaminy ciążowe.

             Sarenko,

mój strach powoli słabnie. Minęło kilka dni i wiem, że nasza przygoda z krwawieniem, brakiem tętna i siną skórą wcale nie musi się powtórzyć. Przyjmijmy, że Koraliczek ma prawo do własnych doświadczeń i wcale nie musi dzielić naszych.

            Koraliczku…

            Sarenko,

jesteśmy same w tym rozciągniętym świecie, na polach w Ludyni. Koraliczek potoczył się wraz ze stróżką krwi, bo nie zasługiwałam na niego. Ale Ty? Ty zasługiwałaś. Koraliczek nie chciał albo nie mógł zostać (co jeśli to przez mój strach?).

            Umiem płakać, bo hormony wciąż szaleją, choć to był dopiero piąty tydzień (Ciebie odkryłam właśnie w piątym tygodniu i nawet do głowy by mi wtedy nie przyszło, że mogę Cię stracić).

            Wiesz, kiedy się wycierałam, zastanawiałam się czy to koraliczek jest właśnie w tej palmie krwi. Takiej ciąży nawet nie można pochować. Więc stoimy tutaj same na tym rozciągniętym świecie, słońce pali mi plecy (Ciebie schowałam w cieniu). Stoimy bez koraliczka a miałyśmy tu kiedyś z nim przyjechać i słuchać pod lipą soundtracku z Przedwiośnia.

            Wiesz, mam takie okulary, przez które wszystko wygląda jak sierpień. Założyłam je dziś i sierpień zwielokrotnił się.

            Z głębi sierpnia wołam do Ciebie, koraliczku, wybacz mi!

            Z głębi sierpnia wołam do Ciebie, Sarenko, zrozum mnie, tak jak ja musiałam zrozumieć swoją matkę. Pola w Ludyni wyciągają mój cień. Lekarze mówią: czas się kończy. Ale zanim mój jedyny jajnik będzie miał wielkość małego koralika, zatrzymam się przy Tobie. Przyjmij mnie. 

PENETRACJA

            Widywałem ich bardzo często przechadzających się razem po parku. Przestrzeń, którą współtworzyli swoimi prawie doskonałymi sylwetkami wydawała mi się wtedy jakby święta – jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Dębowa Przystań ma pewien klimat – przygaszonego nieco, odrealnionego miejsca, leżącego na granicy małego miasteczka i pustki. Latem przybiera barwę wyblakłej żółci, jesienią nienasyconej sepii, zimą zdaje się być biało-szarą litografią, a wiosną… wiosną praktycznie przestaje istnieć zalana agrestowym puchem. Nie trzeba nawet przymykać oczu, by poczuć się jak „w czymś innym”, jak „gdzieś indziej”, „poza światem”. Żaluzje w oknach, talerze telewizji satelitarnej i stoły do ping-ponga powinny przypominać mieszkańcom   o resztkach normalnego świata, który gdzieś na pewno istnieje, ale w Przystani nie ma żaluzji, telewizji satelitarnej ani stołów do ping-ponga, jest nie tyle staroświeckość, co oniryzm – nieco schulzowski i niemożliwy. Tak ją widzę – jako wiązkę absurdu, która od absurdu powinna uwalniać przygniecione absurdem głowy. Co rusz okazuje się, że nie tylko ja wyczuwałem w przedwojennym dużym domu klimat świątyni nieistnienia, moi pacjenci również odrealniali się tu na chwilę, by w pewnym momencie obudzić się z tego snu i stanąć twarzą w twarz z życiem – innym, zimnym, ale przez to prawdziwym. Wstrząs ten, pobudzany przeze mnie i moich kolegów słowami, stojący w opozycji do panującej tu atmosfery, rodzi w głowach pacjentów chaos, z którego w końcu wyłania się nietzscheańska gwiazda.

            Gosia i Adam spacerowali razem wśród tych przygaszonych barw i rozmawiali. Wielokrotnie słyszałem jak chłopak w uniesieniu prawie wykrzykiwał: „A co jeśli rzeczywistość nie istnieje?! A co jeśli jestem tylko myślą, a ty, a oni wszyscy jesteście tylko moją projekcją?!”. „Nie strasz mnie.” – odpowiadała dziewczyna – „Chociaż masz rację… co jeśli nie istniejemy… może wtedy śmierć nie musiałaby wcale oznaczać przejścia… może między takim życiem, a śmiercią nie ma żadnej różnicy…?”. Niepokoiło mnie to, o czym mówili, ale przede wszystkim bałem się konsekwencji mojej ostatniej decyzji dotyczącej zatrzymania Adama w Przystani. Jego nierówne zachowanie i coraz bardziej gwałtowne reakcje udowadniały, że chłopak wymaga innego, niż dotychczasowego, nadzoru.

– Krzychu, słuchaj, naszego pana Ł. należy chyba przenieść do wschodniego skrzydła – zagaiłem.

– Tak myślisz? A nie przesadzasz? Omamy? Poważne urojenia?

– No… są. Chyba….

– „Są chyba”? – prawie zapiszczał Krzysiek – Co konkretnie?

– No, w zeszłym tygodniu podczas sesji wpadł nagle w jakąś wściekłość, mówił zupełnie nieskładnie, gonił oczami jakieś… obrazy. Oderwał się po prostu…

– Wściekłość? Zrobił się agresywny?

– Yyy – zawiesiłem na chwilę słowa, których się bałem. Reakcja Krzyśka mogła być przecież tylko jedna – Zaatakował mnie werbalnie, ale też fizycznie. Obawiam się, że nie jest bezpieczny dla innych z zachodniego skrzydła…

– Kurwa, stary! Czemu od razu go nie przeniosłeś? Wezwałeś chociaż pomoc? – Krzysiek podniósł głos. Spodziewałem się tego. Rzadko zdarza się, że nasi przyjaciele są dla nas kimś w rodzaju autorytetu, zazwyczaj kochamy ich, ale nie uświęcamy, dostrzegając w nich wady, które pomagają nam poczuć się lepiej. Jednak dla mnie Krzysiek był autorytetem, jeśli nie we wszystkich sferach życia, to przynajmniej w tej zawodowej. Moje nieprofesjonalne zachowanie wzbudziło natychmiastową złość w przyjacielu, który bez ogródek powiedział mi, co na ten temat sądzi:

– Wiem, o co chodzi! Wiem! Ciebie normalnie kręci obserwowanie tej dwójki! Gdybyś Adama przeniósł nie miałbyś teraz pretekstu do… Maciek, ostatnio trochę się rozpadasz. Może powinieneś wziąć wolne?

– Dam radę, przecież wiesz, że to nie pierwszy raz, kiedy… odczuwam coś intensywniej – powiedziałem to cicho, czując się jak uczniak.

– W chwili, kiedy twoje samopoczucie wpływa na pacjenta… Stary, zastanów się nad tym!

***

            Zastanawiałem się długo i namiętnie, szczególnie wieczorami. Wrzesień był chłodny, więc zapalałem na stoliku nocnym podgrzewacze. Czułem się jak nastolatek z kryzysem tożsamości. Siadałem wtedy na łóżku, zakładałem słuchawki i spajałem id (ego nie istniało) z muzyką. Któregoś razu z imaginacji obudziło mnie pukanie do drzwi. Byłem zaskoczony nie pasującym do tego miejsca i godziny odgłosem; o tej porze nikt nie miał możliwości, a nawet śmiałości przeszkadzać mi w moim mieszkanku. Gdyby coś działo się z pacjentem, pielęgniarz dałby mi sygnał specjalnym dzwonkiem. Z wahaniem przekręciłem zamek i otworzyłem lekko drzwi. To była ona, oczywiście, że to mogła być tylko ona.

Przepraszam. Wiem, to okropne, nie powinno mnie tu być. Przepraszam, ale muszę z panem porozmawiać.

Gosiu, powiadomiłaś personel, że czujesz się źle, ktoś wie, że tu jesteś? – zapytałem spłoszony.

Pan jest personelem przecież, chodzi pan do toalety dla personelu.

Powinniśmy przejść do gabinetu – zdecydowałem szybko, ale ona włożyła nogę w drzwi i zatrzymała nas w bezruchu .

Nie możemy nigdzie iść, mogę nie dojść – wyszeptała, pokazując mi zakrwawioną rękę.

Gosiu, proszę, proszę wejść – byłem przerażony, ale usiłowałem zachować pozory spokoju – Jak to się stało? Czemu nie poszłaś do dyżurki? – pośpiesznie wyjąłem górnej półki apteczkę, pochwyciłem nadgarstek dziewczyny, wytarłem nadmiar krwi, by zobaczyć jak głęboka jest rana. Głęboka. Najszybciej jak tylko mogłem wezwałem pomoc. Moi sanitariusze zjawili się w ciągu kilku minut ze sprzętem.

Nie chcę nigdzie iść, Maćku – wymamrotała dziewczyna, używając mojego imienia.

Musimy cię znieczulić i zszyć tę okropną ranę…

Umiesz mnie znieczulić? – zapytała słabo, wciąż mówiąc do mnie na „ty”. Miałem poczucie, że nie jest sobą.

Wariactwo, prawda? – zamknęła oczy, gdy pielęgniarze przenosili ją na nosze – Wariactwo, chciałam byś je zobaczył. Tylko ty jesteś w stanie to zrozumieć.

            Zawieźliśmy dziewczynę do małej salki zabiegowej, gdzie zawsze czekaliśmy na przyjazd pogotowia. Patrzyłem na rozszarpaną żyłę Gosi i próbowałem dociec, jak to zrobiła. Pomyślałem, że musiało to być rozbite szkło. Dlaczego tak dotkliwie się okaleczyła? Przecież odzyskiwała siebie – powoli, ale stabilnie. „To on! To przez niego, a raczej przez moją niekompetencję!” – uświadomiłem sobie. Powinienem wcześniej zareagować na zażyłość Gosi i Adama. „Co jej powiedział? Co zrobił?”.

            Kiedy lekarz zajmował się nadgarstkiem dziewczyny, ja stałem wpatrzony w jej osłabione, ale przytomne oczy. Uśmiechały się urzeczone tym wszystkim, co działo się wokół. Usiłowałem nie czuć nic ponad zawodową ciekawość, ale jak na złość, kolejny raz w obliczu ostateczności, tym razem tej osiadłej na cienkiej granicy skóry i żył, stałem się poetyczny. Tak jak piosenki w bajkach Disneya, jak stepowanie na ulicy w starych musicalach, tak i moje uniesienia były nienaturalne. Tym razem moje myśli uciekły w sztukę. Będąc jeszcze chłopcem uwielbiałam przeglądać albumy z malarstwem. Moim ulubionym obrazem była Ofelia pędzla Millais’a –  zanurzona w wodzie, martwa postać fascynowała mnie swoim pięknem. Zieleń, kwiaty i spokój śmierci… Gdzieś z tyłu głowy miałem jednak poczucie, że kobieta ta jeszcze żyje, że kiedy skończy napawać się  swym samobójczym smutkiem, wstanie i wróci do prawdziwego świata. Może. Ale póki co dopadł ją obłęd, a klaustrofobiczne otoczenie pełne woni zbutwienia i wilgoci nie pozwala jej uciec. Tymczasem moja Ofelia straciła przytomność, wyrywając mnie tym samym z absurdalnych wyobrażeń.

– Panie Jankowski, nic się nie dzieje, to z osłabienia. Rana jednak nie była tak głęboka na jaką wyglądała. Dziewczyna chciała nas tylko nastraszyć – lekarz parsknął, a ja natychmiastowo poczułem do niego złość. Gosia była już na tym etapie, gdzie strasznie kogokolwiek nie wchodziło w grę. Ciało stało się dla niej jedynym łącznikiem ze światem, którego nie potrzebowała – tylko ono oddzielało ją od tego, kim się stała.

            Kazałem przenieść dziewczynę do jej pokoju i oddelegowałem swój personel. Oddziałowa była wyraźnie zaskoczona, bo zawsze w takich sytuacjach prosiłem, by to ona została z pacjentem. Tym razem jednak sam pan ordynator zamknął za sobą drzwi, prosząc uprzednio o czujność w razie, gdyby zadzwonił po któregoś z pracowników.

            Usiadłem blisko jej łóżka i okna, by móc uciekać raz do niej, a raz w noc. „Złamała regulamin w sposób oczywisty” – rozważałem – „Wcześniej tylko się rozdrapywała, uderzała   w coś mocno… a teraz… teraz musi odejść z terapii grupowej, ale czy z Przystani? Nie w Przystani musi zostać. Wyciągnę ją z tego, odsunę siebie, uruchomię doktora i wszystko będzie jak należy”. Spokój spływał na mnie, stał się lekką zasłonką i wiatrem, łaskotał po twarzy, ramionach, łokciach… Spoglądałem na nią. Byłem w tym spłoszony i intensywny. Zauważyłam, że znowu bardzo schudła. „Przestała rozrastać się w głąb” – tak mówiła kilka tygodni temu. „Wie pan kiedy orientuję się, że za bardzo schudłam? Nie… nie wtedy, gdy wchodzę na wagę, ale gdy zaczynam wychodzić na zewnątrz. Bo póki jestem w sobie, póki moje kości kryją się     w środku – czuję się bezpieczna. Ale, gdy wychodzą, zaczynam mówić, bo anoreksja to mówienie. I gdy one – kości właśnie zaczynają zmuszać rzeczywistość do bycia niewygodną – bo tapczan zaczyna uwierać, poręcz boli i nie można się oprzeć, a spodnie przepuszczają przez siebie twardość kolan, wiem że jestem za chuda.”

            Rozejrzałem się po pokoju. Na biurku leżał otwarty list. Doszedłem do wniosku, że ludzie dzielą się na dwie grupy – na tych, którzy używają do otwierania listów nożyka i na tych, którzy rozszarpują kopertę. Ci pierwsi pozwalają słowu czekać, ci drudzy pragną go tu i teraz. Gosia pragnęła. Może to ten list poruszył ją tak bardzo – myślałem. Prawie od razu wyobraziłem sobie, że to wyznanie miłosne od Adama. Mimowolnie podniosłem się z krzesła i podszedłem do biurka. Koperta zapraszała, by rozchylić jej usta. Poszarpany papier sprawiał dziwne wrażenie złośliwego i niepohamowanego. Z pomiędzy cienkich, białych warg wystawał koniuszek kartki. Zbliżyłem się ostrożnie i pociągnąłem za ostry języczek. Przemówiło.

Kochana córko,

 urodziłaś się.

            Urodziłaś się i to było niezwykłe…

            Czułem się jak zdrajca, czytając prywatną korespondencję. A ten ojciec? Jakiś poeta? Kto dał mu prawo pisać tak, jakby życie Gosi było tylko formą? Przecież jej życie to treść i substancja.

            Coś we mnie – jakiś narcystyczny głos kazał natychmiast poszukać dziennika. Może jest tam o mnie? Przeszperałem dwie szuflady i dno szafy. Na duży zielony zeszyt natknąłem się jednak przypadkiem, dotykając grzeszną dłonią parapetu. Powędrowałem ku dolnemu rogowi, włożyłem palec w ciasną przestrzeń pomiędzy połyskującymi okładkami i rozpocząłem penetrację wnętrza dziewczyny, prawie nieobecnej, leżącej niemalże u moich stóp.

            Pierwsze wysunęły się zdjęcia. Czternaście zdjęć jej ciała. Sekcja zwłok… Chryste, czemu ja to robię? Brzuch i uda. Wnętrze dłoni. Stopy i pośladki. Usta. Oczy. Robiła je sama. Narcyzm. Każde zdjęcie było opisane czarnym markerem. „He is more myself than I am” albo „Jeśli cię wpuszczę, rozerwiesz mnie”… Patrzyłem na chaotycznie wykadrowane zdjęcia jej bardzo młodego ciała i czułem do siebie wstręt. To było jak wejście do grobu i onanizowanie w jego ciemnym, pustym wnętrzu. Jej tam nie było. Tylko ja ze swoim nabrzmiałym ego, brakiem moralności i zapętleniem. Przerażony schowałam zdjęcia i odrzuciłem od siebie zeszyt. Wystarczy.  

***

            Kartkę na urlop wypisywałem z ociąganiem. Nie chciałem zostawiać Julianowa z Dębową Przystanią w samym jego centrum. Krzysiek wiedział, co się dzieje i niepokoił się o mnie. „Potrzebujesz superwizji, potrzebujesz odpoczynku, potrzebujesz kobiety, potrzebujesz więcej warzyw”. Owszem – potrzebowałem tego wszystkiego i przewrotnie – potrzebowałem przeciwieństwa tego wszystkiego w postaci Gosi. Ona była tak mocno wchłonięta przeze mnie, że żadna superextrawizja by nas od siebie nie odróżniła; ona była tak bardzo męcząca we mnie, że odpoczynek byłby jedynie fikcyjny; ona była tak bardzo niekobieca, a dziecięca i chłopięca, że często myślałem o niej jak o małym sobie; ona była tak bardzo czerwonym, ciężkostrawnym mięsem, że zjedzenia czegokolwiek innego oznaczałoby nienasycenie. W tym wszystkim od początku zdawałem sobie sprawę, że nie chodziło o nią. Ona właściwie nie istniała realnie. Przekonany, że to mój własny kryzys osobowościowy, próbowałem podjąć decyzję o odejściu z zawodu i zajęciu się jedynie administracyjnym zarządzaniem Przystanią. W tym celu potrzebowałem urlopu i zmiany miejsca.

            Drugi miesiąc próżnowania w polskich górach sprawił, że Julianów stawał się coraz bardziej obcy. Próbowałem nie interesować się czy Gosia jeszcze jest w Przystani i kto ją prowadzi. Oficjalna wersja była taka, że pochorowałem się i musiałem wyjechać na leczenie. Oficjalna wersja była prawdziwa, ale niepełna. Separacja nigdy nie jest prosta. Bolało mnie, że musiałem ją zostawić, uwierał mnie mój nieprofesjonalizm, ale nie pomógłbym jej będąc tym, kim wtedy byłem.

            Pomimo ciągłych problemów ze sobą zawsze wiedziałem, co jest słuszne. Przeniosłem swoje fisie na pacjentkę, która była bardzo podobna do mnie. Trzeba było z tym skończyć. Trzeba było przyznać się przed sobą, że marny ze mnie specjalista, że mam niepoukładane. Podjąłem właściwe decyzje zanim jeszcze doszło do tragedii. Oficjalnie wykreśliłem się z listy terapeutów, pozostając dyrektorem Dębowej Przystani i doraźnym diagnostą. Wiedziałem, że długo nie wrócę do prowadzenia terapii, o ile w ogóle wrócę. Będąc jeszcze na urlopie poczułem się wolny – nie miałem już pracy, w której musiałem każdego dnia powstrzymywać swoje wciąż pragnące manifestować się ego. Mogłem wreszcie dać przepłynąć myślom bez poczucia winy. Posiadałem uczucie komfortu od dawna – jako właściciel ośrodka z tradycjami byłem ustawiony na całe życie.

            Wyjeżdżając z Karpacza czułem, że jestem alternatywną wersją Wertera. Odpowiedzialną, nieegoistyczną wersją Wertera! Nie kocham samego kochania i nie hołduję cierpieniu. Co najistotniejsze – nie mówię po niemiecku i nie czytam starej, nudnej literatury! Byłem zwycięzcą, bo poradziłem sobie z najpotężniejszym demonem, który drzemie we mnie – symbiotycznym pożądaniem. Wiedziałem również, że to, co czułem do Gosi było jakąś pokręconą formą miłości i obawiałem się, że takie doświadczenie zmieni moje życie na zawsze. Że stanie się przezroczyste i że zacznę tak postrzegać rzeczy. Przez ściany przebijać będzie wschód słońca, przez kubek kawa, a przez ludzi ich wnętrza. To wszystko było powodem, by nie móc spać. Przezroczyste życie to bowiem utrata esencji. Zbyt mało konkretne porusza się na wietrze i szybciej schnie. Jest jak tkanina, która nie zakrywa i nie ogrzewa. Widziałem coś takiego kilka lat temu na plaży i nie wiem czemu miało służyć. Ta dziewczyna zawiązała sobie bezsens na biodrach. Wciąż obnażona i zimna dokonała pozornej zmiany. Przezroczyste życie jest bowiem pozorne. Chciałem wrócić do tego czasu, kiedy moja codzienność była jak ten bury koc, co go używałem do siedzenia na trawie w marcu. Bo marzec to taka udawana wiosna i mogło być zimno, a nie było, bo miałem ten koc właśnie. On nawet trochę śmierdział. A moje przezroczyste życie nie wydziela żadnych zapachów. Będąc z powrotem w Julianowie pozdejmowałem więc wszystkie firanki, by sobie tego nie dokładać.

            Na poziomie świadomym wiedziałem o co mi chodzi. Chciałem siebie pokochać, sobą się zachwycić. A może to taka forma narcyzmu? Ktoś podobny do mnie jest świetnym obiektem, by przenieść na niego wszystkie prywatne dysfunkcje. Mam ich mnóstwo. Całe wagony lęku.   W pierwszym wagonie kłopoty z matką, w drugim wagonie separacja, w trzecim abstynencja seksualna… uff, jak gorąco! Więc pojawia się ona i nie kocham jej prawdziwie, tylko siebie takiego podziurawionego. Bo innej miłości niż swojej własnej nie umiem znieść. Inna miłość niż moja własna wydaje się być realna.

MARTWA GODZINA

            Drogi Henryku,

czy wiesz, że ostatnio często odwiedza nas policja? I co Ty o tym sądzisz? Samobójstwa tu się przecież zdarzały, ale nigdy nie doświadczyliśmy śledztwa na tak szeroką skalę. Istnieją podejrzenia, że ktoś pomógł młodemu schizofrenikowi skoczyć z dachu wschodniego skrzydła. Pomoc ta miała polegać na udostępnieniu mu klucza do wyjścia na dach, skopiowaniu jego pożegnalnego listu i upewnieniu się, że nikogo nie będzie w pobliżu. Jest przecież taka godzina każdego dnia, podczas której wszystko robi się senne i nierealne. Nazywają ją w dokumentach „poobiednim odpoczynkiem”, ale dla mnie jest to „martwa godzina”. Tak sobie myślę, że ona musi istnieć, bo nie wolno żadnego człowieka pozbawić możliwości wyboru, a „martwa godzina” jest szansą, by wybrać – czy się pójdzie na drzemkę, czy poczyta książkę, czy zagra w szachy, czy zabije. Martwa godzina zawsze wprowadza taki mały, dyskretny chaos i łatwiej jest przeoczyć chociażby wyjście pacjenta z oddziału albo to, że znowu jakaś studentka wpuściła kota do holu, by go pogłaskać. W naszym ośrodku nawet chaos jest dyskretny i stąpa lekko jak wariaci w kapciach albo koty. Wprowadziłeś przepisem w statucie dyskretny chaos, Henryku nie bez powodu, bo Ty nigdy nie chciałeś, tak jak Twój wnuk, ratować ludzkich żyć, ale wystawiać je na próbę. Jeśli się te próbę przeszło – tutaj, w Dębowej Przystani – człowiek mógł mieć pewność, że wszystko już zawsze będzie dobrze. Tęsknię wciąż za tymi próbami, na które wystawiałeś mnie. Dzięki nim wiedziałam, że jestem Kariatydą. Wciąż jestem Kariatydą, Henryku?

            Kochany,

Twój wnuczek mówił mi kiedyś, że miłość jest czymś, co wykracza poza jednostkę ludzką. Opowiedział mi historię jakiegoś lekarza psychiatry z Austrii, którego Niemcy zamknęli w Oświęcimiu. On tam stracił młodą żonę i doskonale wiedział, że ona nie żyje. Kiedy jednak codziennie rano musiał w mrozie pokonywać ogromne odległości, myślał o tej kobiecie – wyobrażał sobie jej twarz i to go wznosiło. Miłość – mówił Maciek – wykroczyła poza tę konkretną osobę i stała się postawą życiową, siłą napędzającą. Jesteś, Henryku, moją siłą i archetypem. Teraz, gdy już nie istniejesz realnie, połączyłeś się z czymś, co wyznacza granice sensowności. Twoja twarz to symbol czegoś więcej i chociaż nie wiem czego, rozumiem tego Austriaka i każdego, kto po stracie najważniejszej osoby w życiu pozwala sobie żyć.

            Piszę, bo nie mogę przestać myśleć o tym, co stało się wczoraj. Nie dość, że sprawa schizofrenika jeszcze się nie wyjaśniła, to jedna z naszych byłych pacjentek – Kasia, wiesz która, straciła ciążę! Znowu jej się trochę umarło.

            Ja wiem, że umierać można nieskończoną ilość razy – każdy potomek jest przecież trochę swoim rodzicem, dziadkiem, pradziadkiem… Ja umrę tylko raz.

            Kochany,

martwię się o pana Krzysia. Coraz częściej zasępia się i już nie potrafi tak żartować jak kiedyś. Samobójstwo chłopaka dotknęło nawet jego, mimo że wydaje się najbardziej zdystansowany do swojej pracy z nas wszystkich. Nie rozumiem również, co dzieje się z Twoim wnukiem – znika na kilka miesięcy, potem pojawia się z powrotem jakiś odmieniony. Nie pracuje już jako terapeuta, siedzi po nocach przy oknie, ciągle coś pisze, albo spaceruje po parku. Zdaje się, że jego życie bardzo zwolniło, ale nie mam pojęcia dlaczego. Przecież tutaj wciąż jest tyle pracy! Wszyscy popadliśmy w jakiś dziwny marazm, a mnie Dębowa Przystań wydaje się być jeszcze bardziej niż zawsze rozmyta. Już nawet nie wiem, gdzie zaczyna się a gdzie kończy park. Może to przez to lato, które wybuchało niespodziewanie i zrobiło nam za oknami czysty impresjonizm? Żyję tu przecież od tylu lat i jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam – tylu linii falistych, zamazań i mgły. Przestałam też dostrzegać gdzie kończy się pan Krzysiek a zaczyna Twój Maciek. Obaj teraz spędzają ze sobą każdą wolną chwilę w ciągu dnia, jakby się na sobie podpierali. A gdzie kończy się Twoja obecność tutaj, a gdzie zaczyna rzeczywistość? Popadam w jakieś szaleństwo, bo każdy dźwięk interpretuję jako Twoje przyjście. A raz nawet zdawało mi się, że widzę przechadzającego się podwórzem schizofrenika, który kilka miesięcy temu odebrał sobie życie. Dochodzenie wciąż trwa, może to dlatego. Wszyscy tu jesteśmy wariatami.

            Henryku,

zabrali Twojego wnuka! Policja go zabrała! Podobno jest podejrzany o pchnięcie schizofrenika do samobójstwa. Oczywiście nie zrobił tego fizycznie – nikogo na dachu wtedy nie było, ale podobno udostępnił mu klucz. To ohydne pomówienie! Nigdy nie uwierzę, że Twój Maciek mógłby zrobić coś takiego. Każdy, ale nie on! Pan Krzysiek dosłownie rwie sobie włosy z głowy, a ja zamiast z żyły pobieram z tętnicy, a potem dziwię się, dlaczego krew naszych pacjentów jest jasna, mglista taka… Wszyscy, wszyscy się rozpływamy.

            Piszę Ci to wszystko, bo próbuję nie myśleć o Maćku, ale i tak myśl o nim przeskakuje na pierwsze miejsce jak w jakimś teleturnieju. Mam przeczucie, że Twój wnuk właśnie zwycięża w sądzie i że wreszcie w Przystani zapanuje ta sama, co zawsze atmosfera – spokojnego niepokoju, a nie niepokojącego spokoju. To taka ogromna różnica! Zazwyczaj jest tutaj tyle ludzkich lęków, paranoi, smutku, ale nasz pałacyk i park nadają temu wszystkiemu takie wygaszone, stłumione barwy. Dzięki temu łatwiej się wszystkiemu przyjrzeć, bo już nie odstrasza jaskrawość i nadmierność. Po śmierci tego pacjenta i oskarżeniu dyrektora ośrodka, kolory odzyskały swoją jadowitość – są atakujące i drapieżne, ale udają przed pacjentami, że nic się nie zmieniło. Mam wrażenie, że wszyscy przez to unikamy kontaktu ze światem i sobą nawzajem. Boimy się zbliżyć ze strachu przed pochłonięciem.

            Henryku, Twój Maciek niczego w Przystani nie zmienia. To znaczy, oczywiście, unowocześnia to, co trzeba, ale stary pałac Zambergów wciąż jest tym samym, starodawnym miejscem z mnóstwem zakamarków, drewnianymi schodami i portretami w ciężkich ramach. „Ma być tak jak to dziadek zostawił” – powtarza Maciek. Pamiętam jak był tu nawet kustosz z muzeum okręgowego, by przekonać Twojego wnuczka, by udostępnił pałacyk zwiedzającym. Roztoczył przed nim piękną wizję ogromnych pieniędzy, bo przecież tu już nic nie trzeba zmieniać, a miasto da fundusze na nowoczesny budynek, który stanie po drugiej stronie parku. „To dziedzictwo, to wielki zabytek. Szkoda, by mieszkańcy miasta, Polski, ba, całej Europy, nie mogli zobaczyć tego wyjątkowego miejsca, poczuć zapachu historii i…” Maciek nie mógł już tego słuchać i ze spokojem, ale stanowczo stwierdził: „Jeśli świat dalej będzie funkcjonował na znanych wszystkim zasadach, zapewniam pana, że spora część naszego polskiego, ba, europejskiego społeczeństwa do tego ośrodka trafi. To po pierwsze, a po drugie nam wariatom też się coś należy na wyłączność”. Uśmiechnął się przeuroczo, odgarnął włosy z czoła i powoli odprowadził kustosza do drzwi. Miasto podejmowało jeszcze kilka prób dzierżawy budynku, ale Twój wnuk nie dał się skusić nawet na nowoczesny kompleks z basenami i restauracją.

            Henryku, czuwaj nad nim, spraw, by już do nas wrócił.

            Ukochany,

rozmawiałam dziś z panem Krzysiem. Mam wrażenie, że nie jest sobą. Podskórnie czuję, że nie do końca wierzy w niewinność Maćka. My tutaj wszyscy nie wiemy, w co wierzymy… Pan Krzysiek ma do siebie żal za te wątpliwości. Widziałam jak płacze. A ja boję się podchodzić bliżej tej starej jarzębiny, którą kazałeś ogrodzić małym, białym płotkiem. Ona wygląda jakby spijała krew prosto z probówek – tak się pochyla nad oknem laboratorium! Wszystko robi się drapieżne, Henryku. Nie bez przyczyny kazałeś ją ogrodzić, prawda?

ŚWIATŁO W HOTELOWEJ ŁAZIENCE

            Otworzył pokój. Zalany nagłą ciemnością przez chwilę zapomniał gdzie się znajduje. Częste podróże przyczyniały się do takiej niepamięci. Bo żaden hotel nawet nie dryfuje po powierzchni tego co zwykł nazywać Miejscem. Miejsce staje się tożsame z człowiekiem, jest po prostu domem. Hotel to zaś funkcjonalne pomieszczenie bez kontinuum. Domy mają charakter wertykalny, dotykają czegoś ponad, hotele horyzontalny, płaski, geograficzny.

            Po omacku szukał miejsca na magnetyczną kartę, by mogło stać się światło. Znalazł. Nacisnął włącznik, ale światło się nie zapaliło. Przez chwilę chodził po pokoju jak kot, ostrożnie i w kółko. Nie może być tak ciemno – pomyślał, wrócił w okolice drzwi, docisnął mocniej kartę i światło zapaliło się, pobudzone wcześniej przez ślepe klikanie, przesuwanie, uderzanie – u sufitu, przy biurku, nocnej szafce, w łazience, w garderobie.

– Boże, jak tu ciemno – powiedział. Podchodził po kolei do każdej lampki, kierował światło na środek pokoju, przesuwał szafki, by na drodze światła nic nie stało. Sam usunął się w cień poduszek, wyciągnął telefon z kieszeni spodni, włączył latarkę a jej promień wycelował prosto w twarz. – Nadal nic…

– To te Siemianowice. Hotel w otoczeniu familoków, to ten listopad – odezwała się wreszcie.

– Co Ty tam wiesz, smarkulo. Potrzebuję więcej światła, by pracować. Dobrze, że jest tu takie duże biurko…

– Tato…

– Mhm?

– Dużo teraz zarabiasz, prawda? Mama też. Jesteście zadowoleni? Ja jestem zadowolona. Świat was chce, zapracowaliście na to. Częściej u mnie bywacie. Dziękuję za ostatnie kwiaty.

– Miałabyś siedemnaście lat.

– Zawsze mam siedemnaście miesięcy.

– To dlaczego mówisz do mnie tak płynnie? Jasne, nie umiesz być logiczna, smarkulo…

            Maja odeszła w duszny lipcowy poranek. Dzień wcześniej otrzymała szczepionkę na błonicę, tężec i krztusiec. Tadeusz nie wierzy, że miało to wpływ na śmierć dziewczynki, Elżbieta wierzy.

– Chorowała wcześniej. Nie wiedzieliśmy. Szczepionka jedynie pobudziła… – mówił.

– Wcale nie! Wcale nie! Gdyby nie ta przeklęta szczepionka Maja by żyła! – krzyczała.

            Upał, szczepienie, zapaść i śmierć. W dokumentacji: infekcja gardła.

– Dziecko mi zmarło na infekcję gardła. Zmarła na gardło! Tadeusz, przecież ty też nie wierzysz, powiedz, że nie wierzysz… – płakała.

– Podobno sepsa, kochanie… sepsa… to mogło być wcześniej. Maja była przecież nieco zmęczona, pamiętasz… była zmęczona…

            Nie chciał okazać się niepostępowy. Zaliczony do grona tych, co wierzą w homeopatię, chemtrails i żydowski spisek. Elżbieta jednak, czując wewnętrzny przymus, publikowała historię córki w gazetach, internecie, chodziła na antyszczepionkowe manifestacje, założyła fundację wspierającą ofiary niepożądanych odczynów poszczepiennych, gdy Tadeusz w zaciszu domu stawał się cichy.

– To jej nie wróci mawiały babi i ciotki. To straszna historia – współczuły koleżanki. Trzeba żyć dalej – radzili koledzy.

            Po osiemnastu latach żyło się dalej. Tadeusz był cenionym specjalistą w swojej branży, Elżbieta prowadziła niedużą, ale dobrze prosperującą sieć sklepów papierniczych. Ale Maja nie żyła dalej. Maja przychodziła w snach i lękach raz do jednego, raz do drugiego rodzica. Nigdy do obojga, więc każde czuło się samotne i niezrozumiane. Brak synchronizacji w cierpieniu wyczerpywał wspólną energię małżeństwa gromadzoną przez lata podczas pierwszych randek, seksu w samochodzie, przejażdżek rowerowych, kolacji przy świecach, ślubie, urządzaniu mieszkania, ciąży… Po osiemnastu latach wspólnej energii nie było już wcale. Rozwód to tylko formalność – mówiła. Rozwód nie wchodzi w grę – mówił.

***

            Gdy otworzył oczy, światło w hotelowej łazience jakby zwiększyło objętość. Pięć procent baterii w telefonie – latarka musiała świecić kilkanaście minut. W pokoju zrobiło się bardzo jasno a jednak wciąż panował mrok. Tadeusz postanowił zejść do hotelowej restauracji, do jarzeniowego światła i podświetlonego baru, gdzie butelki połyskiwały brązem i bielą. Wódka czy whisky… Whisky.

            Usiadł przy najlepiej oświetlonym stoliku przecząc swojemu introwertyzmowi. Maja schowała się w cieniu wypełnionej brązowym płynem szklanki. Zazwyczaj dało się ją uciszyć alkoholem. Tadeusz sączył whisky powoli jakby jego usta były szklaną rurką, przewodem gotowym przyjąć światło. Blat stolika odbijał jarzący się prostokąt jarzeniówki. To twoja trumna, Majka! Tu pod szklanką, w ognistym pudełku…

            Tadeusz leczył się z od dekady z przerwami. Właśnie nastąpiła przerwa. Sięgnął po alkohol pierwszy raz od dwóch lat. Alkohol był jak światło – rozgrzewał, wypełniał, ośmielał. Kurwa mać, Jolka mnie zabije – myślał o swojej terapeutce z Dębowej Przystani.- A Anka? Co Anka powie?

            Poznał ją na terapii AA. Miała jesienne włosy, mały paznokieć i dziewiętnaście lat.

– Ty masz dziewiętnaście lat.

– Więc to dziwne, że piję. To chcesz powiedzieć.

– Jesteś dziewczyną, masz dziewiętnaście lat…

– Chcesz wiedzieć jak piję? Co piję? Dlaczego piję?

            Chciał wiedzieć wszystko. Po trzech miesiącach znajomości wiedział sporo. Umiał zlokalizować językiem każdą jej bliznę i tatuaż. Ale wiedział też, że była inna niż sobie początkowo wyobrażał. Jesienne włosy to tylko etap przejściowy do blondu. Czechow, bo musiała. Tylko mały paznokieć jako jedyny pozostał autentyczny, wskazywał na neurotyczność, która doprowadziła ją do alkoholizmu. Alkoholizm Anki był przekomiczny. Zaczęła pić już w gimnazjum. Najpierw by przypodobać się kolegom, potem, by przestać podobać się kolegom. Bo jak się spodobała któremuś, ten od razu chciał stałego związku. Więc Ania popijała najpierw, potem piła, potem chlała, by pokazać im prawdziwą siebie i kazać spierdalać. Spierdalali gdzie pieprz rośnie. Imprezy i wolny seks, zdarte fleki od ulubionych, trochę za dużych szpilek, głośna muzyka i przypadkowe studia – to była Ania. Nie wiadomo jaka, ale pobudzała go jak elektrowstrząs.

            Już pierwszego dnia w jakimś sensie się pokochali. Opowiadała mu o sobie, mimo że bycie osobą przychodziło jej trudno.

– Rodzice mi kazali tu przychodzić.

– Jak kazali? Jesteś dorosła.

– Ale wciąż mieszkam z nimi. Zobacz, to tamten blok. Ciągle pali się światło. Jak się światło pali to nie jest się samemu. Więc oni w tym moim piciu uczestniczą.

– Nadal nie wierzę, że pijesz.

– No ja też. Ale lubię to. Wszystko staje się wtedy jasne, oczywiste. Uczucia są proste.

– Mam teraz bardzo proste uczucia.

– Ja też. Ale odłóżmy to na za kilka tygodni. Chcę sprawdzić czy to faktycznie zadziała, ta terapia…

            Nie wytrzymali kilku tygodni. To musiało skończyć się licznymi połączeniami – ciała, ducha, picia. Na grupie ukrywali swoje kontakty, pogrążając się w alkoholu (subtelnie) i seksie (całkowicie niesubtelnie). Ania rzuciła polonistykę, Tadeusza rzuciła żona.

            Byli ze sobą na zasadzie bez zasad. Sprawdzało się. Anka wróciła do polonistyki, Tadeusz wrócił do żony, ale wciąż się sprawdzało.

            Kiedy siedział w hotelowym barze, Anka wychodziła za mąż. Kilka lat terapii zmienia postać rzeczy w postać osoby. Anka stawała się. Zaczęła wiązać włosy w kucyk, robiła u kogoś paznokcie żelowe, pisała dorywczo do kobiecego magazynu. Tadeusz wciąż pracował, sypiał już tylko z żoną. Ale wciąż się sprawdzało – ten związek bez zasad z kilkoma zasadami. Dzwonili do siebie, pisali, chodzili na kawę. To wszystko. Aż tyle.

            Tadeusz zdał sobie sprawę z Anki dopiero rok temu, kiedy zaczął widzieć ją ewoluującą z chaosu do formy. Potem zdał sobie sprawę z Elżbiety, z Mai, ale jakby sto lat za późno. Ela nie musiała robić paznokci żelowych, farbować włosów a Maja nie musiała być.

            Gdzie teraz był? W jakim punkcie? Bo etapów żałoby było więcej niż pięć. Pierwszy, gdy osiwiał w noc po śmierci Mai. Wyglądał jak gołąb. Zobaczył się w lustrze i odczytał – „Osiwiałem. Powody są poważne”, ostatni jeszcze nie nadszedł. Obecnie przechodzi dwudziesty siódmy etap – szukanie światła. Kroków zresztą było już więcej niż dwanaście. Tadeusz miał wrażenie, że będzie musiał przejść cały glob dookoła, poznać smaki i zapachy, faktury i sensy. Do tej pory był głównie w Polsce, czasem w Niemczech i na wakacjach w Grecji.

            Pamięta jak jechał z Mają karetką. Opowiadał swojej Joli, że odchodziła mu na rękach, że ręce miał wtedy delikatne, by mogły przyjąć, jak ziemia, delikatne ciało, że Elżbieta została w domu, rozdrapała kawał ściany, powyrywała włókna dywanu. Biegł za sanitariuszami po przyklejonej na podłodze czerwonej linii. Analogia z krwią narzucała się sama, ale krwi nie było. Ciałko Mai było suche, odwodnione…

– Boże! – krzyczał w skwar nieba – Boże, dlaczego mi to robisz?! Jolu – mówił – dlaczego on mi to zrobił? Terapeutka milczała jak butelka wódki, ale nie przebijało przez nią światło, nie było w niej tej jasności, której pragnął. Więc przegrała.

            Wyjął długopis i kartkę z teczki. Napisał: „O ojcach tracących dziecko nie mówi nikt. Tak, był Kochanowski, Broniewski. Ale oni sami musieli… Nikt za nich. Więc zrób to dla mnie i powiedz światu: ojcowie cierpią po stracie swoich dzieci. Musisz oddać im głos.” Pomyślał, że każdy powinien mieć swoją Ankę. Anka ma rubrykę, świetną rubrykę. Niech napisze. Włożył list do koperty, zaadresował, zlecił w recepcji jego wysłanie.

            Był zmęczony, więc postanowił połknąć więcej światła, znaleźć takie, w którym można się zanurzyć a nie tylko w siebie wlać. Przyhotelowy basen. Podświetlony, z gorącą wodą. Woda świeci tam jak tęcza a na skórze osiadają maleńkie bąbelki, które unoszą włoski na ramionach do nieba, niby piórka. Tadeusz obserwował to przez kilka minut.

– Tato, zanurz się wraz ze mną. Potrzebuję wody. Wysuszyło mnie.

– Chcesz mnie zabić smarkulo. Od lat chcesz.

– Gdybym chciała, nie dałabym ci Anki! Anka to moja sprawka. Każdy powinien mieć swoją Ankę. Daj mi tej wody, sobie weź światło i od razu się wynurz.

Tam pod wodą światło szybciej wnikało do wnętrza, skóra unosiła się do nieba.

– Tato, wychodzę.

– Kocham cię, smarkulo i do zobaczenia.

– Powiedz mamie, że przepraszasz za Ankę. Nigdy tego nie usłyszała. Nie musi wiedzieć, że Anka była potrzebna. Gdyby nie ona wtedy, umarłbyś.

            Gdyby nie ona wtedy, umarłby.

MIASTO

            Szanowny Panie,

jestem w tym życiorysie narratorem wszechwiedzącym, ale bardzo oszczędnym. Muszę opowiedzieć w skrócie, celowym, niemal parabolicznym historię o schodzeniu do podziemia. Nie chodzi o podziemie polityczne, o nic z tych wielkich spraw, którymi powinny zajmować się autobiografie.

            Każda piwnica w bloku mieszkalnym to podziemie. Pod stopami ludzi kwitną czarne dziury wydeptywane przez szczurze łapki, zasiedlane przez bezokie, kalekie koty. W jednej z takich piwnic znajdowały się drzwi do Miasta. Było to jedno z nielicznych Miast poszerzających rzeczywistość, budowane w głowie, znajdujące się w piwnicy i przynależne do jednej tylko osoby. Moje Miasto.

            Schodziło się do niego zawsze poprzez piwnicę właśnie i poprzez wnętrze. Te dwie przestrzenie nierozerwalnie ze sobą połączone współistniały na zasadzie kontrastu jak zaburzenie dwubiegunowe, którego ziarno kiełkowało we mnie już wtedy, gdy byłam małą dziewczynką.

            Aby wejść do Miasta musiałam najpierw złożyć ofiarę ze swojego ciała. Dopiero potem otwierały się przejścia i połączenia, które zabierały mnie w miejsce absolutnie osobiste, do mojego universum totalum. Było czymś w rodzaju odpoczynku po ciężkim dniu (odpoczynek był ponadnaturalny a dzień postpeerelowski). Miasto przeczyło blokowisku. Jasne, zabytkowe, ze wzgórzem zamkowym, otaczającą je rzeką zdawało się być królewskim. Na przedmieściach znajdowały się drewniane wille i TEN DOM. Mój dom w moim mieście. Czasem sen pozwala mi być tam znowu, chociaż nie wszędzie się mieszczę. W Moim Domu jest strych a w nim dziura do skrytki. Nie umiem już do niej wejść. Coś bezpowrotnie straciłam.

            Piwnica była ciemna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że owa ciemność miała nasycony, błotnisty kolor. Wciągała jak błoto i dusiła jak błoto. Wilgotne, brudne wnętrze wnętrza bloku. Mało brakowało a piwnica stałaby się moim wnętrzem, chociaż poniekąd tak jest. Noszę w sobie piwnicę i Miasto.

            Wczoraj znalazłam wysuszoną mysz. Coś jakby mumię. Leżała niedaleko schodów prowadzących na tarasik. W mojej piwnicy takie myszy miały oczy przenikliwe, a tutaj jakby wcale nie było oczu. Wzięłam ją za ogon i zapytałam: Myszko, myszko moja mała czy widziałaś Miasto? Ale to głupie – myślę – przecież ona niczego nie widzi.

            W Moim Mieście znajduje się kilka charakterystycznych miejsc – restauracja, do której schodzi się jak do wnętrza jaskini, kilka rzędów straganów ze szklanymi figurkami, malowane na zielono wille. Nie umiem napisać nic więcej, bo miasto jest niewyrażalne. Czasem zmienia kształt, ale zawsze leży na Wzgórzu. Miasto otacza Wzgórze jak wąż albo szalik albo ramiona. Raz tak a raz inaczej.

            Piwnica prowadząca do Miasta miała dwa poziomy – fizyczny i ponadnaturalny. Ten drugi kontynuował się sam, kilka godzin późnej na granicy snu i stanowił wąskie przejście, przez które trzeba było się przeciskać. Obecnie mam tak, że do Miasta się teleportuję. Nie opuszczę Miasta nigdy. Ono się zupełnie zmienia i pozostaje niezmienne. Raz zdaje się, doszczętnie spłonęło. To było jak się całkowicie z domu wyprowadziłam (całkowicie czyli długo później niż zmiana miejsca pobytu). A potem wyrosło takie samo, ale dużo jaśniejsze i jakby inne.

            Lekarz mówi, że Miasto to osobowość, którą poddałam przebudowie i że odwiedzałam Miasto podczas życiowych kryzysów. Prosiłam, by nie trywializować Miasta. Miasto to więcej niż ja. Jest czymś ponad, mimo że leży pod spodem.

           Kiedy tamten kazał mi iść do piwnicy coś w środku pompowało więcej krwi, by mogła wyciec i otworzyć portal. Krew pojawiała się na kłykciach, gdy ocierały się o chropowatą ścianę. Krew dawała sygnał. Sądzę, że w Mieście wszystko wtedy rosło i potężniało. Ludzie wstawali z ziemi jak ziarna, rzeka przyspieszała bieg. Dziś, gdy się skaleczę to najpierw krew jakby lekko buzuje, jakby pieni się, szuka kodu A AB B 0 AR H ARH minus plus… ARH plus.

            Drogi panie, byłam używana i musiałam po sobie zmywać. Puszczałam światło po swoim ciele, wspinałam się na Wzgórze, przechodziłam przez rzekę, dziurę na strychu, połykałam zieleń jak na letnisku. Czysto, tak czysto!

            Raz pan tam był. Wtedy miasto płonęło. Siedziałam pod jakąś deską, ale nie bałam się. Zza zgliszczy wyłonił się pochód. Stał pan na czele i skinął na mnie. Nie wiem czy był pan Jezusem czy Mojżeszem.

            Jestem narratorem wszechwiedzącym, ale bardzo oszczędnym. A to jest chwila święta. Moja wnuczka bawi się w ogrodzie w Nałęczowie (gdzie wille są podobne do tych z Miasta). Ja nadal krwawię (krew buzuje i pieni się), posiadam resztki narządów po operacji. Jeśli to jest nawrócenie to dzięki, że zrobił to Pan tak delikatnie. Jeśli Miasto to była Pana sprawka, dziękuję tym bardziej.

            Dziś umieram i ubieram się w Miasto. Dzielnice kolejno kładą się na mnie. Drewniane wille wchodzą pod paznokcie, ogrody i łąki we włosy, rzeka nawilża spojówki, wąskie uliczki biegną jak żyły, podzamcze układa się pomiędzy dawnymi piersiami.

            I żadnej piwnicy. Żadnej piwnicy, co kurczy się i rozszerza jak mięśnie silniejszego.

Epilog

Przychodzi pacjent w manii do lekarza:

– Będę mówić szybko.

            W poczekalni jest ciemno, ale ty widzisz więcej. Smartfon rozświetla ci twarz jak otwierana na magnez skrzynka skarbów.

            Pani z katarem nie stanowi zagrożenia, choć ciało ma głośne (ludzie z głośnymi ciałami skrzypią, mlaszczą, wiercą się). Twoje ciało jest ciche i dumne. Wilk śpi albo odszedł, jeszcze nie wiesz. Rozświetlona łapiesz odcienie szarości w snake’u i chyba w życiu. Dotarłaś z remisją prawie do samego wnętrza. Myślisz, że może pojedziesz jeszcze dalej.

            Wchodzisz do gabinetu jak do byle jakiego pociągu. W środku rzucasz żart, który już cię nie dotyczy. Śmiech dobiega z dystansu, prawie spóźniony.

            Ale odjazd – myślisz. W oddali wyją wilki.

Katarzyna Zwolska-Płusa – Magnolie
QR kod: Katarzyna Zwolska-Płusa – Magnolie