KAMIENIOŁOM

W wąskim pokoju uchylone drzwi zajmują mnóstwo miejsca. W przejściu stoją dwie dziewczyny, patrzą na siebie bardzo intensywnie. Milczą. Jakiś słowa wiszą nad inwalidzkim wózkiem, przy którym krząta się pielęgniarka. Nie widać, jakie są to słowa, jasne jest jednak, że maja swój ciężar.
W wózku siedzi trzecia dziewczyna, także młoda (i milcząca), głowę ma podniesioną, ręka podtrzymuje woreczek z fekaliami. Jasna włosy związane są z tyłu kawałkiem gumki recepturki (po lekarstwach), ręka dziewczyny drży i usta drżą. Ale ona nigdy nie płacze.
A teraz skupia się na tym, by pielęgniarka szybko ją umyła.
Dwie stojące dziewczyny, odwracają się w jej stronę. W tej samej chwili.

****

Obie przeszły operacje, jednak do teraz mają kłopoty z wydalaniem. Ta druga, ładniejsza jest po naprawdę wielu operacjach, w tym plastycznych. Od jakiegoś czasu funkcjonuje prawie normalne. Czasem tylko wstydzi się blizn, smaruje ciało grubą warstwą złocistego kremu.
Obie nigdy nie będą mieć dzieci.
Są normalne.
Mało kto wie, co (tak naprawdę) się stało.

***

Kamieniołom nie był miejscem bezpiecznym. Nigdy. Z różnych powodów.
Matki pilnowały, by dzieci się tam nie bawiły. Kiedyś pracował tam strażnik, który wyganiał dzieciaki (także te starsze) i rozochocone pary. A potem pojawiły się firmy.
Trzymały tu jakiś potężny sprzęt ze dwie fabryki (czy też przetwórnie), pewnie miały coś wspólnego z kamieniarstwem.

***

Było tak: trzy przyjaciółki, miały wtedy po 17 lat, ubrane świeżo wyprane jeansy weszły na teren kamieniołomów chichocząc. Rozmawiały naprawdę głośno, śmiały się, bez obaw. Nie rozglądały się na boki, w ich zachowaniu było jednak coś wyzywającego. Ale nie oczywistego.
Szły ramię w ramię, obok siebie. Śmiejąc się skręciły w stronę kamiennej ściany, przy której stała największa platforma-maszyna. Wyglądała jak ogromna, postawiona pionowo brona i była podczepiona do sporo oddalonej budki sterującej. A ściana była gładka, jasnoszara, jakby połyskliwa, przyjemna w dotyku. Chłodna. Dziewczyny weszły na platformę przekomarzając się, potem zaczęły na wyścigi nucić coś i już śpiewając w głos złapały za wystające ze ściany kołki. Żartowały jeszcze, a potem zawisły, podnosząc nogi w tych jasnych jeansach, sprawdzając siłę rąk. Może były ciekawe, która się ile razy podciągnie (ale nie były), może chciały się porozciągać jak na wuefie (niekoniecznie), może to było bezmyślne.
I wtedy maszyna ruszyła.
W tym momencie gdy trzy dziewczyny zawisły trzymając się kołków, z nogami tuż nad platformą, podłoga opadła w dół, a ostrza brony ruszyły w ich stronę. Nie miały czasu, żeby krzyknąć. Ostrza, mniej więcej na wysokości bioder poszarpały ciała.

***
W budce nie zapaliło się światło. I zgasło..

***
Po latach, po prawdziwej walce o zdrowie tylko jedna z nich pozostała tak wyraźnie okaleczona. Ale wszystkie trzy dbały o to, by milczeć. Ani słowa o tym, co się stało.
W wąskim korytarzu trzy dziewczyny o ładnych twarzach i oczach wokół których zaczęły rosnąć kurze łapki i o zadbanych włosach, milczały w napięciu. W pomieszczeniu unosił się zapach odchodów.
Te dwie, które stały wyjęły z torebek kopertę i zapłaciły pielęgniarce, która na chwilę podniosła głowę znad miski. Myła tę dziewczynę z wprawą, szybko, uważnie.
Nadętnie spojrzała na nie, odłożyła kopertę tam gdzie zawsze.
Było cicho, tylko chlupot wody, a drzwi wciąż uchylone zaskrzypiały i wtedy ta, która stała bliżej, wyszła. A potem druga. A potem pielęgniarka je zamknęła, szturchając przy tym framugę nogą.


POZDROWIENIA Z CIENIA

Motto

Mam chmury bez deszczu nad głową
spadnie na mnie kupa szkła
ktoś zdjął czapkę i macha
korytarzem płyną topielcy
kosze pomiętych słów
kawy wyplutych plotek
i donosy być może są czystą poezję
ale nikt czysty nie czyta
donosów do snu

Idę korytarzem i czuję. Wyraźnie czuję jak mam serdecznie dość (z naciskiem na dość, nie na serdecznie). O, tak. O, mam potąd. Nawet idę wolniej niż zwykle. Mozolnie przedzieram się przez korytarz pusty, przestrzenny, odywaniony ekskluzywną wykładziną. Idę, chcąc zrównoważyć ciemne emocje i czarne podejrzenia rymem (białym) moich kroków. Czuję, że całkiem niedaleko znajduje się ponura, psychiczna wnęka, w którą chcą mnie wepchnąć Inni Popychani. Ona żyje i dyszy nieświeżym oddechem nieprzetrawionych emocji. Mam to gdzieś, że tak rzecz określę, może niezbyt elegancko, albo nie mam. Nie mam czasu na subtelność przystając na krawędzi tej paszczy, nie mam zamiaru spoglądać w dół, albo w środek tego czegoś (tym bardziej, że dyszy, skubane!). I patrzę. A nie lubię horrorów, w żadnym wydaniu. Idę korytarzem, jestem subtelnie przestraszona i bojowo nastawiona do ścian (w sensie – tłuc głową w ścianę, oraz gadać do ściany, oraz ściany mają uszy…).

* * *
Zatem (po raz kolejny) idę korytarzem, za mną snuje się długi ogonek pytań. Nie macham tym ogonkiem, ale on macha (do mnie, a może mną?). Powinnam odmachać? Przyczepiły się pytania jak rzepy, szczególnie te zadawane przez mojego Bezpośredniego Przełożonego wszystkim, których dziś spotkał. Dotyczyły mnie. Mnie osobiście. Dokładnie mnie. Dlatego pytania  m n i e  odszukały i teraz mam je na ogonie.  Brzmiały całkiem zwyczajnie.
–  Co ona, psia juha, nagadała prezesowi, co? – pytał Bezpośredni.
Były (podobno) też dłuższe wywody. Sprowadzały się do jednej kwestii, już ujawnionej, a także do kwestii moich kompetencji (względem czegokolwiek), dla efektu – w bliżej nieokreślonej dziedzinie. Nic konkretnego. Nikt nie chciał całości powtórzyć w oryginalnej formie. Ponoć za skomplikowane było. Nie, to nie! Myślę, że porządna plotka musi ewoluować w trakcie swojej egzystencji. Wieści są kreatywne. Tutaj są. I oby nie wszędzie. I to była kreatywna informacja, pojawiająca się jak popiół vibuti – tak jakby znikąd, ale w konkretnej dłoni. Nikt mi jej nie powtórzył, a i tak mnie odnalazła.
Z mojego punktu widzenia (i chodzenia po korytarzu) było tak: własna, aktywna siła tworzenia sporządziła (w niepokojących okolicznościach) zarys prostego pytania do (prostego) prezesa. Stało się to po kolejnym ucięciu stawki, przed kolejnymi decyzjami pomniejszającymi mój wkład, zasługi, doświadczenia, moją żywotność, optymizm, radość, uśmiechy… w tę pracę.
Dlatego pytanie musiało paść (powstać i paść znowu… baczność!).
– Prezesie… dlaczego?! – dopytywałam (otrząsnąwszy się z tego zawodowego ciosu)
– No… poprawiły się wyniki, ale kryzys, kryzys, finanse, finanse…!- biadolił Prezes w  (mętnej) odpowiedzi.
– A inne działy mają stałe stawki. Dlaczego? – upierałam się odważnie.
– No… poprawiły się wyniki, ale kryzys, kryzys, finanse, finanse…! – powtarzał Prezes.
– Ale inwencji mam tyle, czujności, zapału… lepsze wyniki mam… no to dlaczego wszyscy zarabiają więcej?
– Nie wszyscy – zauważył Prezes przytomnie – są jeszcze dwie osoby…
– Na stu pracujących, dwie! – zdziwiłam się naiwnie – Aha. A moje stanowisko, moja odpowiedzialność, moje przygotowanie? Dlaczego?
– Kryzys, kryzys, finanse, finanse…! – rozkręcił się prezes – Nie zależy to ode mnie, bo gdyby całkowicie zależało…
– ..To by mi prezes nie ścinał stawek co chwila? O, raju! – weszłam mu w słowo i właściwie mogłam już wychodzić. Jeszcze pomyślałam, że ciekawe, jakim cudem jego bardziej prywatne ‚finanse, finanse’ są odporne na ‚kryzys, kryzys’? Czemu jego wypłata zachowuje się tak bardzo inaczej niż moja!  Nie maleje! Postanowiłam podpytać inaczej.
– Co robię źle? – rzuciłam od niechcenia.
– Co za pytanie, hę? – zagrał prezes na czas – Czy jesteś w kontakcie z Bezpośrednim Przełożonym? To wy, wy macie dopracowywać styl, szczegóły… Dziwię się postawionemu w ten sposób pytaniu! Czemu masz coś robić źle?
– Bo źle zarabiam. Pytam, na logikę. – sprecyzowałam.
– Co za  logika? – oburzał się prezes w najlepsze. Dałabym głowę, że jego oburzenie było z gruntu fałszywe. Jak skóra na kanapie w prezesowskiej poczekalni. Jak… nie wiem co. Prezes pochylił się w moją stronę:
– Zespół ludzi przygląda się waszej pracy i naszym możliwościom. Ale jest dobrze. Wyniki wzrosły.
– To dlaczego stawki zmalały? – zawołałam, z najprawdziwszym zadziwieniem.
– Skomplikowana kwestia – wyprostował się, podkreślając niewątpliwy dystans, jaki na dzieli. – Porozmawiamy o tym potem, teraz mam ważny telefon.
– Bezdźwięczny? – zdziwiłam się (naiwnie, po raz drugi).
– Wyciszony- mruknął i zaczął grzebać w swojej dyrektorskiej teczce, dając mi wyraźnie znak, że tkwi obecnie w strefie prywatnej i nie ma głowy do niepoważnych spraw.
Osobiście, wciąż przebywając  w strefie zawodowej nie chciałam być ani bezdźwięczna, ani wyciszona, choć najwyraźniej ta opcja zadowalałaby prezesa. Nie chciałam też wychodzić bez odpowiedzi (w dodatku po bezdźwięcznym dzwonku!). Prezes (zarzuciwszy szukanie telefonu) z wyrzutem zaglądał w moją niedopitą kawę, a przecież sam mi ją zaproponował (pytając uprzejmie, czy mała czy normalna). A skoro przyszłam po podwyżkę, zażyczenie sobie małej nie wchodziło w grę. Dopijałam zatem normalną. Po ostatnim łyku, na który czekał niecierpliwie, zapytał:
– Podrzucisz filiżankę pani Kasi? Dzięki.
– A prezes mi wytłumaczy dlaczego tniecie stawki i tak już pocięte doszczętnie? – odparowałam z zimną krwią (ostatni łyk był zimną kawą)
– Tak, oczywiście – wzruszył ramionami – później. – dodał. W końcu dopadł pierwszego lepszego (milczącego) telefonu – Halo, Halo???? – wyszeptał, jak mi się wydawało, konspiracyjnie i entuzjastycznie zarazem.
Uznałam, że sytuacja robi się żałosna i powinnam zapytać: ale dlaczego?…..ale  przemilczałam.
A gdy wreszcie (ku jego uldze) stanęłam w drzwiach, rzuciłam ostatnie spojrzenie na wielkie, prezesowskie biurko, oznajmił uroczyście (zasłaniając słuchawkę):
– Za parę miesięcy będą zmiany. Zalecenia z najwyższej półki. Wtedy się wszystko wyjaśni. Zresztą, nie masz wcale źle.
– Nie mam w jakim sensie? – zatrzymałam się w progu, gotowa barykadować przejście, aż do skutku.
– No… twoi koledzy też się starają, bardzo, doszkalają się…
– Zaczynałam pracę już doszkolona! – powiedziałam wolno i wyraźnie, a gdybym miała przyłbicę, to bym ją odsłoniła natychmiast.
– Wychodzą w teren, w niepogodę, tyle wysiłku, wiesz? – posmutniał (niemalże zapominając o słuchawce).
– Wiem – powiedziałam twardo – też wychodziłam, mierząc się z tymże zawodem, dawno temu. Potem awansowałam i dlatego nie wychodzę – podkreśliłam, nie wychodząc – Wyrobiłam się z tym zawczasu – dorzuciłam jeszcze, po małej pauzie. – A teraz inaczej do ludzi wychodzę, w niepogodę, w migrenę, w grypę, w niepewność jutra wychodzę, wychodzę odważnie, z sercem na dłoni, wychodzę w nieznane mając (znane) małe dochody, mające przygotować mnie do wychodzenia. Zawsze, zawsze mam dobry humor, coś do powiedzenia mam; mnóstwo mam, mnóstwo tego, czego trzeba! Czy prezes może to sobie chociażby wyobrazić? – zawiesiłam głos dramatycznie, wsparłam się o framugi, czekałam.
W międzyczasie prowadziłam wewnętrzny monolog:  …czy on może to sobie wyobrazić: myślą – mówiłam – wyobrazić, nie wspominając o mieć. Hi, hi. Milczy? O, to prawdopodobnie był taktyczny błąd? Na pewno może sobie wyobrazić, że ma mnóstwo wszystkiego. Pewnie robi to codziennie, w samochodzie, gdy jedzie na tysiące ważnych spotkań, wyobraża sobie jak nic!)!
– Mogę. Mogę sobie wyobrazić – przerwał mój monolog wewnętrzny – Cieszę się, że przyszłaś. – spróbował zbić mnie z tropu. Potem  wyciągnął szyję, tak jakby sięgał gdzieś hen, poza mnie, jakby przestrzeń nie miała dla niego granic – Pani Kasiuuuuuu! – wrzasnął.
Wyszkolona pani Kasia przybiegła na ratunek, rzuciła mi uśmiech piękny, bo jest piękną panią Kasią i lubimy się, więc co mi tam… Wyszłam, bez ostatniej powtórki pytania: ale dlaczego? W sumie – dlaczego by nie? I uśmiechnęłam się (do pani Kasi). W sumie było miło, wypiliśmy kawkę, zamieniliśmy parę zdań, wymieniliśmy kilka uwag, których ciężaru jeszcze nie znam, ale go poznam. Nie wiem, na co wymieniliśmy te uwagi, a możliwe jest, że na-ni-co. Obejrzałam także ekspres do kawy, piękny, nowy, gabinetowy, połyskujący sumą rzędu mojej dwukrotnej pensji. Było miło. A potem zaczęło się rozpoznawanie wspomnianego (niebacznie) ciężaru.

II

Idę korytarzem i wiem, że mój Bezpośredni (przełożony) słyszał ze źródeł kilku o mojej osobistej wizycie w ‘nie-kawiarni pod prezesem’. Nie słyszał jednak iż w moim własnym imieniu pytałam dlaczego zarobki mam tak śmiesznie małe, nie słyszał, że wizyta była skierowana na czysty zysk materialny, a nie na podżegania do wzajemnej nienawiści, że było bez podtekstu duchowego. Uznał, iż wszystkie wizyty są takie same, a moje apele o zysk, który sięgnąłby (skromnie) średniej krajowej – to pretekst. A przecież rozmawiałam w imieniu sprawiedliwości, a nie pustych ambicji! Poszłam pić kawę z prezesem nie tylko dla kawy z nowego ekspresu,(choć na dole dają tylko sypaną). Chciałam wiedzieć co mogę zrobić, by zasłużyć…nic więcej (przynajmniej na początku).
Ale sam prezes zawezwał (co za istotne słowo, oddające samo sedno wydarzeń), Bezpośredniego mu oznajmił, co następuje: Ona się skarży, że nie dajesz sobie rady jako przełożony. Nie podajesz jasnych wytycznych i ona nie wie, jak ma pracować, żeby była skuteczna na 100 % . Nie wspomagasz, to trzeba rozważyć. To jest twoja działka, nie ma co! Podejmij decyzje. Jako prezes nie będę decydować za ciebie. Sam wiesz, co jest tak, a co nie. Przecież tobie powierzyłem ten odcinek, to znaczy że ufam twoim kompetencjom. Jesteś kompetentny? Tak. No. Bo wyniki spadną, ludzie odejdą.
Mój Bezpośredni dokładnie tego się spodziewał, knowań i gróźb. Zatem zareagował spokojnie.
– OK –zgodził się wstępnie –  po pierwsze proszę o szczegółowe wytyczne dla mojego działu. Te zależne od  koncepcji prowadzenia przez ciebie firmy. Powiedz też, jak ma być, a będę mieć jasność i resztę się pod to ustawi. Bez tej informacji nie ruszę. To jaka jest koncepcja?
Prezes pokiwał głową, z absolutnym zrozumieniem i rzucił:
– Ruszysz, ruszysz. Wszystko wiesz.
–  A mogę prosić jednak o te dane? – nie ustępował Bezpośredni, choć przeczuwał, że owa nieustępliwość do niczego konkretnego nie doprowadzi.
– Nie teraz. – odpowiedział prezes, jak się wydawało Bezpośredniemu, z niejaką satysfakcją, ukrywającą permanentny brak koncepcji – Wyjeżdżam na urlop – kontynuował prezes – do tego czasu sobie poradzisz sam. No! – zakończył, zachęcająco przeciągając „o”, jakby chciał dodać: wierzę w ciebie wyższy specjalisto (ale nic nie dodał)
To mogło tak wyglądać, może nawet wyglądało, słowo w słowo. Efekt był o tyle przewidywalny, co niemalże natychmiastowy. Natychmiastowy, jak na tempo toczących się tu rozmaitych spraw. Dostałam sms, zostałam zawezwana do Bezpośredniego w trybie specjalnym (czyli drugiego dnia po).
–  O co chodzi? – zaczął od razu, gdy tylko stanęłam w drzwiach – Ja i ty, rozmawialiśmy o zadaniach na ten sezon, prawda? O realiach, o wytycznych, a ty do prezesa…
– Po podwyżkę – przerwałam mu zawczasu.
– Nie wspominał o podwyżce – zauważył sucho Bezpośredni – o niedogadaniu naszym mówił, o tym, że merytorycznie sobie nie radzę. Ja – podkreślił –  sobie nie radzę!
–  Kłamał – postanowiłam rozwiązać rzecz jednym cięciem, prosto i zgodnie w prawdą. – Kłamał – powtórzyłam delikatniej i wzruszyłam ramionami, jakby to było oczywiste.
– Robisz mi koło pióra, mała – mruknął Bezpośredni – a ja tak się staram, by stawki uczciwe były. Mówiłem ci, że dali budżet, jaki dali.
– No to poszłam do budżetu, żeby dali więcej! – zamknęłam za sobą drzwi i usiadłam na przeciwko niego, aby widział mój absolutnie uczciwy wzrok..
– Narażasz moją reputację… – Bezpośredni nie dawał się udobruchać.
– Najwyraźniej sama siebie narażam – powiedziałam – ale nie podważam twoich kompetencji! Nigdzie.
– Już podważyłaś! – był uparty i poważnie urażony. Krwawił.
– Przecież mówię ci, że nie! –  spojrzałam mu prosto w oczy. Szczerze i z (pracowniczym) oddaniem. Nie miałam innych argumentów.
– Zatem – cofnął się i odchylił w fotelu – codziennie zapraszam na omówienie dnia. Na 40 minut. Po dyżurze.
– Codziennie!? – nie mogłam zgodzić się z wyrokiem. – Po pracy???? – No tak, pomyślałam, musiał mnie ukarać, by poczuć się lepiej? No dobra, ale jednorazowo, nie codziennie !
– Wszystko omówimy sobie na bieżąco – Bezpośredni zmrużył oczy, tak cwanie jakoś – Najprościej będzie.
Nie podobał mi się pomysł.
– Ale dlaczego? – zapytałam – Nie ma co omawiać. Pracuję tam gdzie zwykle, tak jak zwykle, chcę tylko pracować za więcej niż zwykle! Może być tyle, ile zwykle bierze się za taką pracę w pokrewnych firmach.
– Mam określony budżet, powiedzieli, że więcej nie dadzą. – przypomniał mi Bezpośredni – Nie mam z czego wykroić dodatkowych pieniędzy!
– Dlatego kwestię omówiłam z prezesem. – przypomniałam mu, wypowiadając słowa nienaganną dykcją – Próbowałam znaczy … – dodałam.
I opadły nam ręce. On swoje położył na biureczku, na jakichś wydrukach, ja swoje – na kolanach, palce mi się wpół zgięły, jak w przykurczu jakimś, bezwładne i najwyraźniej narażone na stres. To był koniec dyskusji. A szkoda. Mogłabym te moje palce ewentualnie, w dowód protestu włożyć w drzwi (wychodząc), przysięgając, że prezes to kłamliwy pies. Zresztą niczego by to nie zmieniło. Bezpośredni najprawdopodobniej wierzył mi, lecz musiał dbać o swoje k o m p e t e n c j e, a że nie był kompetentny, to nie wiedział jak. Zatem stracenie dziennie czterdziestu minut na czcze gadanie wydało mu się najodpowiedniejsze. A dla mnie owa strata czasu miała postać gwoździa do trumny, a nie schodka do (intratnej) poprawy drogi zawodowej. Byłam tego pewna. Wówczas.
Pożegnałam Bezpośredniego bez entuzjazmu, lecz serdecznie. W sumie nie mam nic do niego. Konflikt wygenerował prezes, żeby nikt mu nie zawracał głowy podczas wakacji. Niech mu echo tych wydarzeń dźwięcznym będzie, bo choć inteligencji gęstej ma pod dostatkiem, ale emocjonalnie… ma sporą przestrzeń do zagospodarowania. Aktualnie wypełnił    ją pragnieniem władzy (spełnionym), strachem przed utratą tej barwnej mgły (podstępnym), a tym malowniczym zestawem czasem targały fale drobnych, błotnistych manipulacyjek. Obawiałam się, że teraz mogę powiedzieć: O, żegnaj moje szalone, dodatkowe 500 złotych, moja ¼ dochodu, moje dopłacone rachunki, mała wycieczko za miasto (żegnaj), bilecie miesięczny, moje kawy wypijane w eleganckich miejscach, w których za darmo można obejrzeć gazety, żegnajcie! Aha i żegnajcie kolorowe rajstopy, których mieć nie muszę, ale które bym chciała posiadać. Nie lubię ckliwych rozstań, więc moje drogie, kochane przyjemności, wsiadajcie w tę zawodowo-pochodną drezynę i wio mi stąd!
Szybko szłam korytarzem nucąc:

Mam chmury bez deszczu nad głową
spadnie na mnie kupa szkła
ktoś zdjął buty i został
w korytarzu zastygły szepty
kosze nie lecą z okien
kawy mieszane z błotem
i donosy być może są czystą poezją,
ale nikt czysty nie czyta donosów do snu…..

III

Znowu jest tak: idę korytarzem, obok mnie kroczy postanowienie, by nie przejmować się drobiazgami. Teraz kroczy, a częściej chowa się przemyślnie, gdy tylko spotykam kogokolwiek. Ktokolwiek (czyli Każdy) mnie pyta:
– Co, co powiedziałaś prezesowi?
A ja grzecznie tłumaczę, że powiedziałam, żeby powiększył budżet, bo na małym nie zajedzie się daleko.
Każdy się dziwił: Tak? i dodawał/dodawali (wszyscy) – A, bo Bezpośredni cię szukał. (ukał, ukał ukał… roznosiło się po korytarzu)
Potem każdy patrzył tak, jakby moja konfrontacja z Bezpośrednim miała przynieść nie wiem jakie atrakcje, nie wiem komu. Może samobójstwo, może bijatykę przy barze? Może czyjeś wypowiedzenie, może siłowanie się na rękę w szatni, gdzie wisi pęk mięty przyniesionej przez wdzięcznego klienta? Oto matka natura patrzy zza wiechcia mięty, a naturalne instynkty buzują i nikt nie powinien ustępować, a kto pierwszy to zrobi, ten fujara! Mam wrażenie, że każdy czeka, aż padnę trupem, albo pomylę się, źle ocenie sytuację, przechodząc do czarnej legendy eliminującej mnie z gry. Mentalnie (i momentalnie) każdy stawia mnie pod ścianą, na którą wszyscy mogą nasikać (co nie znaczy, że każdy).
– Ale co, co powiedziałaś? – słyszę.
No i jaki wyjawić sekret, jak podkoloryzować siłę mej odwagi, która kazała mi  na pogawędki u/do Prezesa? Jak przekazać co on powiedział mi, to co ja jemu, a co on Bezpośredniemu?
– Co, co powiedziałaś  prezesowi? – pytają i najwyraźniej czekają na odpowiedź.
– Powiedziałam, że nawet kiedy mam okres, pracuję lepiej niż kiedykolwiek. – mówię, a każdy nadstawia ucha – Nie zrozumiał – ciągnę wątek – bo nigdy nie miał okresu i w dodatku dawno nie pracował lepiej niż kiedykolwiek. Zawsze to samo, sam rozumiesz, prawda?
–  Żartujesz? – każdy pyta w tym miejscu.
– Nie żartuję, nie miał okresu! – przez chwilę kręcę głową z niedowierzaniem, a potem idę sobie dalej.
Wiem, że nie każdy jest w stanie mi uwierzyć. Skądinąd ciekawe jak mogę dojść do ładu z Bezpośrednim? Nie chcą mi poradzić. Na oko nie chcą wcale wiedzieć co zostało powiedziane w rzeczywistości; chcą wiedzieć, co się wydarzy teraz, zaraz, za moment, w kuluarach, za kotarami, w gabinetach wszystkich pośrednich i bezpośrednich. A zapomniałabym – i w palarni! Kto dostanie drugie życie, komu przepadną punkty….
Och, mogłabym wygenerować jakąś plotkę, piękną, z podtekstem fizjologicznym, niejasną trochę, pełną interpretacyjnych możliwości! I namówić każdego do tego, by stanął po mojej stronie, by wszyscy mnie rozumieli i bym mogła poczuć, że za plecami stoi zwarty tłum, gotowy wykrwawić się w imię prawdy swojego zawodu oraz w imię dobrego traktowania ludu pracowitego, w imię każdego zaangażowanego! Amen.

III i ½

Idę korytarzem i spotykam samą siebie:
– Jak długo wytrzymasz, co?
– Aż nie zemdleję. Tyle mogę wytrzymać.
– Daję ci tydzień stresu.
– Wezmę, co mam zrobić? Szukanie podobnej pracy w tym mieście nie ma sensu.
– Jak długo nie będziesz szukać?
– Jak długo się da. Aż nie dostanę permanentnej gorączki.
– Dostaniesz. Zawsze dostajesz, gdy nie widzisz wyjścia.
– Idź sobie, wcale mi nie pomagasz.
– Mdlej zatem, jeśli nie chcesz mnie słuchać.
– Kurcze, wcale nie chcę.
– Nie?
– Nie!
– Pozwalasz traktować się jak ofiara.
– No coś ty!
– No co ty, coś ty! Coś JA?
– Przesadzasz. Robisz to specjalnie, żeby mnie podburzyć? Śnisz o rewolucji?
– Ależ skąd! Śnię spokojne sny. I możesz sobie żyć za grosze i w stresie, bojąc się szefów, prezesów, donosów oraz kolegów z biurka naprzeciwko.
– O kim mówisz?
– Och, przykład taki.
– Och, jak jesteś pomocna! Jeszcze wpadnę w paranoję przez ciebie.
– Przez siebie.
– Na razie nie ma wyjścia z tej sytuacji.
– To patrz lepiej. Nie pozwalaj im na wszystko!
– Łatwo ci mówić.
– Dokładnie tak samo łatwo jak tobie.
– No dobra, to na razie.
I obie ja kierują się w tę samą stronę, po czym niezauważalnie prawie następują na siebie i nie potykają się, ale stapiają. I sprawnie skręcam z korytarza do pokoju, i siadam przy moim komputerze, zerkam w otwarte pliki, na zamknięte też zerkam, potem poprawiam, ustawiam, zamykam, podtykam, wytykam, pomykam po kawę, analizuję sprawę, zapisuję. Zapisuję. Zapisuję. Komputer się wiesza, wisi długo, ponaglany miękkim resetem i nic. Nic. Wisi, a ja wiszę razem z nim. A, że dotychczas siedziałam jak na szpilkach, aktualne wiszenie jest momentami nawet relaksujące. Nie mniej, moja głowa odbiera zachowanie komputera jako atak. Atak bezpośredni. Atak prosto w głowę, szybciej bije serce. Atak niespodziewany, niezasłużony, bez wypowiedzenia wojny! Bez najmniejszego komunikatu! Komputer wysłał całą zawartość pulpitu w kosmos (w sobie tylko znane rejony). Czuję szum w uszach. Dotykam czołem klawiatury. Zaklinam pliki. Czuję suchość w ustach. Odbija mi się kawą. Lecę w kosmos za wszystkim tym, co już tam poleciało. Zsuwam się z krzesła. Mdleję. 1: 0 – Dla mojej pracy! (być może słyszę fanfary…nie pamiętam.)

IV

Idę korytarzem. Obok mnie cicho i ekskluzywnie sunie wizja kredytu, którego jak dotąd nie wzięłam, ale który wydaje się być coraz bardziej potrzebny. Ona (ta wizja) czuje moje napięcie i stara się być blisko. Na zawołanie. Kuzynka u której mieszkam wraz z narzeczonym, w końcu wróci ze Szkocji… ostatnio nawet pyta o rachunki, wydarzenia, stan liczników…. dla żartu pyta, przecież wie jaka jestem odpowiedzialna! Wie, że pod żadnym pozorem nie będę nadużywać jej zaufania, ani używać jej pościeli. Kuzynka ułoży sobie życie w ojczyźnie, a ja ułożę swoje rzeczy na kolejnych nie swoich półkach. Żaden bank nie da mi kredytu widząc takie zarobki, taki kawałek etatu przyznany na taki krótki czas.
Idę korytarzem i, a to ci gratka!, spotykam Prezesa. Świetny moment. Genialny! Wizja kredytu znika jak sen (sen mara – bóg wiara),  najprawdopodobniej zaplątała się(ta wizja) w biurowy kosz na śmieci. Dociskam pokrywkę kosza piętą, zagaduję Prezesa (kulturalnie).
– Dzień dobry!
– Dzień dobry! – odburkuje prezes. Nie zauważył mojej ekwilibrystyki nad koszem, w ogóle mnie nie zauważył. Ale najwyraźniej słuch ma dobry (ha!),
No to mijamy się. On rzadko chadza tym korytarzem, widzę że czuje się tu niepewnie, niezgrabnie wymija krzesełka (zgrabnie) oparte o ścianę. Same popsute krzesełka stoją, czekając na lepsze czasy (i na naprawę), siedzawki wyniesione z kanciap komputerowych, z pokojów rozmaitych, z miejsc krzesełkolubnych… Teraz tkwią w najciemniejszej części korytarza, może liczą na to, że ktoś siądzie i spadnie (i śmiechu będzie po pachy, a krzesełka mają ogromne poczucie humoru).
Prezes nie zna tych siedzawek, w gabinecie ma szacowne krzesła, nie jakieś krzesełka, ma też fotele (z naciskiem na fo!). Przyglądam się, szybko odchodzi w głąb korytarza, może nawet w dyszącą paszczę piekła dla prezesów idzie? Ciekawe, co go tu ściągnęło, jaka potrzeba, jaka plotka? Gdzie prezes podąża? Czego pożąda? Co myśli? Kogo lubi? Kogo ceni? Kto nim manipuluje?
Gdy odwracam z powrotem głowę, widzę Teresę. Stoimy na przeciwko siebie, blisko, więc rejestruję jej niewyspanie, ma pogniecioną, zmęczoną twarz, włosy w nieładzie i w niedokolorze, nieład na stopach.
–  Dziwne masz buty. Są wygodne? – pytam z czystej (nieprzemyślanej) ciekawości.
– Jest mi wszystko jedno. Mam dość! – uśmiecha się Tereska nieśmiało.
– Tak mi przykro, naprawdę. – mówię – Nie wiem jak ci pomóc… może zrobię herbaty? Dobrą mam. – zachęcam (naprawdę dobrą mam!)
– Nie rób. – Tereska macha ręką z rezygnacją – Albo zrób. – zmienia zdanie – Albo jest mi wszystko jedno – dodaje po krótkiej pauzie. – Nikomu nie mów, muszę stąd odejść, czuję się jak szmata.
PO tych słowach wrastam w korytarz, zatrzymuje mnie murawa wykładziny i czuję jej ciężar. Tereska patrzy szklanym wzrokiem przez mnie, gdzieś hen, tam, gdzie zniknął prezes. Po chwili odwraca się i bez słowa idzie w przeciwną stronę, kiwając się na wysokich, cienkich obcasach. Tereska idzie korytarzem, a za nią ciągnie się ciemna smuga żalu i niemocy. Chcę jej powiedzieć, że jeśli coś się kończy, to znaczy, że się coś zaczyna. Uświadamiam sobie jednak, że Tereska ma na głowie kredyt, który wygląda na nieskończony (ambitny plan wieloletni). Ma też na głowie spustoszenie fryzjerskie. Wystarczy.  Życzę jej, żeby wydarzyło się to, czego potrzebuje. Słyszałam, że mdlała już 4 razy. Dużo. Wątpię, czy chciałabym się wybudzić po trzecim omdleniu. Wolałabym pozostać pod komputerem, leżąc wygodnie, ale bez obrażeń i w przyzwoitej pozie, omiatana czasami przez skrupulatne sprzątaczki, nieświadoma własnego upadku… Tymczasem nic z tego!

IV i ½

Oczywiście – idę korytarzem, tu się mało co zmienia! Krzesełka stoją, ludzie idą. Znowu spotykam Tereskę. Ona ostatnio dużo chodzi. Uwielbiam Tereskę. Jest życiowo mądra, choć daje się wkręcać, jest emocjonalna i inteligentna. Przedtem spędzałyśmy trochę czasu na rozwojowych pogawędkach w barze. Teraz zrobiło się zbyt ponuro. Tereska wygląda nieco lepiej niż ostatnio (oprócz fryzury).
–  Kochana – zaczyna, wbijając obcasy w wykładzinę – czy wiesz, że właściwie kocham moją pracę? Czasem się sama temu dziwię. Tyle lat robię co umiem, radzę sobie ze wszystkim i na czas, wiem dla kogo to robię i oni są zadowoleni. Dlaczego prezes tego nie widzi? Dlaczego góra tego nie docenia?
– Jacy oni? – pytam, wyobrażając sobie bóg-wie-kogo.
– Poplecznicy! – wzrusza ramionami Tereska.
– Aha…
– Złożyłam wymówienie – dorzuca mimochodem.
–  Kiedy? – podskakuję przerażona – Wczoraj? – otwieram oczy szeroko – Przyjął? – boję się, że odpowie: owszem. Ale nic takiego nie mówi.
– Nie wiem. – prawie szepcze – Nie chcę wiedzieć. I wiesz…. zaczyna mi być wszystko jedno – spuszcza głowę i wyciąga obcas z podłogi.
– Oj, pewnie nie przyjmą.- wyrażam nadzieję.
– Wisi mi – oznajmia Tereska – a potem chwyta mnie pod ramię. – Chodź – mówi – idziemy w tę samą stronę.
Jest mi przyjemnie, choć być może, to nieszczególna metafora.
Idziemy obok siebie i czujemy, że za chwilę popłyną łzy. Tak, płaczę wraz z Tereską. W milczeniu. Częstujemy się chusteczkami, głośno wycieramy nosy. Tereska rozumuje sercem, przez co czuję się bezradna, jak pod ścianą: nie widzę wyjścia, nie widzę nawet ładnej tapety! Nie umiem teraz pomóc Teresce i ona to wie.
–  A tak kocham moją pracę… – gardło ma ściśnięte.
– Wiem – chlipię subtelnie –  Bardzo chcę, by praca kochała ciebie tak samo, jak ty ją. A może nawet bardziej. – wydmuchuję nos i nachodzi mnie myśl – Czemu miłość – pytam, wrzucając chusteczkę do kosza –  ta zwyczajnie piękna miłość, albo bosko spektakularna, ta czysta i ta niekoniecznie wymagająca obcowania ciał, czemu tak rzadko kończy się happy endem?!
– Nie rozśmieszaj mnie.. – prosi Tereska, ale jest za późno. Już się uśmiechamy.
– Teresko, nie płacz, proszę – dodaję i podrzucam kilka zmiętych chusteczek, by wyglądały jak białe obłoczki chmur. Ale wyglądają żałośnie, jak latające śmieci. Bardzo akurat, ale mało estetycznie. – Przecież masz sporo znaków szczęśliwych na co dzień. – Mówię do Teresy, zbierając chusteczki z podłogi – Rodzina ci kwitnie, jesteś młoda, zmarszczki masz płytkie, mieszkanie niedaleko centrum, masz znajomości w całym mieście. Niech się praca wypcha, niech uschnie z tęsknoty za  tobą, dobrze?
Ale Teresce nie jest dobrze. Jest jej tylko wszystko jedno. A i to nie prawda.
– Teresko – wzdycham – nie martw się…
Nie wiem jak ona, ale ja od razu zaczynam się bardziej martwić. Każde miasto ma w tym zawodzie poziom absorpcji nieduży. A nasze miasto wygląda na nasączone. Wcale nie jest różowo, jak bym chciała. Może praca nie zatęskni, a zdrowia może nie starczyć na walkę o lepsze jutro… o rany, po co tak myślę! Kysz!
Tereska powoli oddala się i niknie w końcu korytarza. Idzie ciężko, jakby z przymusem, kiwa się na boki, wydaje się, że łapanie równowagi oznacza dla niej dodatkowe utrudnienie życiowe.
Postanawiam,że zaproszę ją na nalewkę, za parę dni, nie dziś. Dziś muszę sama się pozbierać w sobie, przestać się użalać. By rozpocząć owo ‚samo się zbieranie’, zaczynam od skupiania się  na otwartości świata, choć nie umiem z niej korzystać. Czuję, jakbym stała przed maszyną z kawą, do której wrzucam monety i ona powinna podać pachnącą kawę, a nie podaje. Wrzucam, wrzucam, wrzucam. Tu i tam wrzucam. I jeśli nawet maszyna tę kawę w końcu wypluwa, to jej nie posłodzi, śmietanki pożałuje, albo potraktuje mnie samą śmietaną… Albo znienacka podniesie cenę, połknie drobne i zażąda niemożliwego. A mimo to wiem, że świat nie jest popsuty, działa i może zadziałać na moją korzyść. Może podać kawę w pięknej filiżance, na tacy i najchętniej – do łóżka. Może to zrobić tak, że nie będzie trzeba manipulować przy naciskach… proste zamówienie, szybko wydana reszta. Przecież moje picie kawy, ten moment, ten proces, nie może być zależny od handlarzy kawą! Dochodzę do wniosku, że  prezes ma się nie tyle za handlarza kawą, co za samą kawę. Podejrzewam, że się auto-aromatyzuje. Całkiem sam.

V

Idę korytarzem i myślę o miłości, na którą to myśl naprowadziła mnie rozmowa z Tereską. Mam mokre ręce, bo przed chwilą umyłam kubek, mam zmrużone oczy, bo siedziałam z nosem w komputerze kilka dobrych (lub złych, jeszcze nie wiem) godzin. Mam ochotę odbić wilgoć dłoni na czystej ścianie korytarza. Od czystych rąk nie będzie plam. Nikt nie zauważy, a ślad po mnie tu nie pozostanie. Nawet najmniejszy. Chińczycy kaligrafują wiersze na betonie za pomocą pędzla i wody… sztuka ulotna..wyparowana. Przystaję, wiedziona impulsem i tam, gdzie stoję – przykładam rękę.  Są to zamknięte drzwi. Gdyby nie późna pora, siedziałby za nimi Bezpośredni. Ale zbliża się 19.00. Nikogo nie ma, a ręka już wyschła. Zastanawiam się, czy nie zawrócić do łazienki, ale nie. Dochodzę do mojego pokoju siadam przy komputerze, dotykam klawiszy, psuje mi się klawiatura. Nie ma informatyka na drugiej zmianie. Wiem, że niczego już nie zrobię, a jutro każą mi klawiaturę odkupić. Jeśli pracownik czegoś dotknie, a niedajbóg to się nadwyręży, jeśli to był ostatni dotyk przed zepsuciem – musi ponieść karę. Pochylam się nad klawiaturą nisko, niziutko, oglądam kurz miedzy przyciskami, na co wchodzi Każdy (z drugiej zmiany).
– O, psuja! – wesoło woła.
– Stara klawiatura to się psuje – mruczę nad literkami.
– Ale nie każdemu – zauważa Każdy.
– Bo te naprawdę stare dostaję tylko ja – warczę. Nikt się mnie nie boi, klawiatura się nie reperuje.
–  Stara, nie stara, masz ją na stanie – zauważa sucho Każdy – Wiesz, będę musiał raport pchnąć i tak? Przykro mi. – i wychodzi.
Spokojnie, powoli kładę głowę na klawiaturze. Niech się popsuje w cholerę, dotykam jej jako ostatnie. zresztą dotykałam tu już tylu rzeczy, tylu spraw, że nie wystarczyłoby roku na zestawienie wszystkiego i na pchnięcie informacji (d0nosu) dalej (lub dalej niż dalej). Mam na stanie bardziej skomplikowany sprzęt niż klawiatura. Gdybym miała za wszystko płacić, ogłosiłabym totalne bankructwo, a wizja, iż każdego dnia zarabiam na odnowienie firmowej infrastruktury – dołuje mnie i spycha niżej (poniżej klawiatury). I nagle czuję się taka potrzebna, taaaakaaa ważna. Uśmiecham się (do siebie) i mdleję. 2 : 0 Dla mojej pracy. (Być może słyszę fanfary)

V i ½

Tu się wychodzi z omdleń bez fanfar. Dlatego następnego dnia jestem w pracy i grzecznie odbieram wszystkie, wszyściuteńskie telefony:
Mama: Musisz jeść, dziecko. Jesteś słaba.
Ja: Przybyły mi 3 kilogramy.
Mama: Nie widać, a blada jesteś.
Ja: Puder za jasny.
Mama: Przestań siedzieć non stop przy komputerze. Po pracy idź do parku chociaż.
Ja : Do kina chodzę.
Mama: Z tobą jak z dzieckiem, ciągle tłumaczyć trzeba. Zajrzyj do domu, wyśpisz się przynajmniej.
Ja : Jest w porządku.
Mama: Ja w twoim wieku żyłam zdrowo.
Ja : Bo nie było komputerów i fast foodów.
Mama: Teraz też można tak żyć,  jakby ich nie było.
Ja : Mamo….

Odkładam słuchawkę, tak jakby nie było komputerów. Z atencją. W ogóle: odkładam, jem, śpię, odgrzewam (jarzynowe zupy) i wiem, że takie funkcjonowanie nie jest zdrowe. Jestem uzależniona od przepływu informacji, od ekranu i klawiatury, dzięki którym zarabiam. Mam materialne zabezpieczenie wypracowywane codziennie i w święta też. Informacja jako taka – nie świętuje, ewentualnie się inaczej przyodziewa. Zarabiam, a gdy przychodzi rachunek za prąd, to się go nie boję. Nie boję się dużo prać, włączać elektrycznego dogrzewania w chłodne noce, nie boję się nadmiaru światła, jeśli jest zbyt czarna noc. Lubię siedzieć w fotelu (mojej kuzynki) i chrupać orzeszki, i mieć świadomość, że mi ich nie zabraknie, choć fotele mogą się zmieniać. Gdy jestem zabezpieczona, mogę zająć się ważniejszymi sprawami niż zabezpieczanie, na przykład tym, jak żyć zdrowo?
Porozmawiam o tym z Mamą… następnym razem.

VI

Znowu i znowu, i znowu – idę korytarzem. Nie mogę myśleć o pracy, nie chcę myśleć o popsutej klawiaturze, więc myślę o miłości. Żeby nie myśleć o miłości przeliczam drobne i sprawdzam, czy wystarczy na kawę. Skręcam do baru, spotykam prezesa pochylonego nad kremem sułtańskim.
– Dzień dobry. Dobry krem? – pytam, przystając przy barowym blacie.
– Polecam. – odkrzykuje prezes ze swojego miejsca (z nienaturalnym entuzjazmem. – Jak zawsze pani Jola zamówiła nam tu extra krem! – podlizuje sie bezczelnie. Nie patrzy w moją stronę,  pani Jola jest szczerze zadowolona.
– Entuzjastyczna recenzja – mówię do Pani Joli – bardzo czarną kawę poproszę.
I rzeczywiście, dostaję kawę czarną jak smoła i bez zacieków mlecznych.
Nie mogę myśleć o pracy, ale myślę. Skupiam się na kawie, lecz przecież kupuję ją w pracy, kółko się zamyka, kleszcz się zakleszcza. Wracam do siebie, ostrożnie niosąc filiżankę. Mam wrażenie, że każdy, kto mnie dziś widzi reaguje jakoś dziwnie. Podejrzliwie tak. Przecież nie chodzi im o klawiaturę, prawda? No i prezes odpowiadając z nad kremu nawet nie patrzył na mnie, jakby się wstydził, lub nie chciał rozpraszać. A pani z biura na parterze cofnęła się w drzwiach, w popłochu. Uwaga, uwaga, kawę niosę gorącą, ale bez przesady! Idę korytarzem i uważnie stawiam kroki, nadstawiam ucha,  dałabym głowę, że słyszę szepty.
Idę, aż pojawia się Każdy.

– Widziałaś? – pyta.
– Kogo? – też pytam.
– Co raczej – poprawia mnie – Ktoś, podpisując się jak ty, wysyła do wszystkich porno propozycje z podrobionego adresu.
– Żartujesz sobie? – dziwię się, choć w sumie powinna się spodziewać czegoś równie durnego -Do wszystkich? Kawę niosę, lepiej uważaj.
– Chcesz zobaczyć? – stoi przede mną i patrzy mi w oczy.
– O boże, nie! – cofam się – po co?
– Lepiej zobacz – kiwa głową zachęcająco.
– A przynajmniej jest podniecające? – próbuję żartować.
– Nie. Za to podpada pod paragraf.
– To zmienia sytuację – zastanawiam się, do jakiego prawnika mogłaby z tym pójść.
– Trochę. Nie każdy widzi, że to podróbka.
– Żartujesz? – znowu się dziwię, ale to oznacza, że wkrótce wszystkie panie będa mnie mijały drzwiach jak zarazę, a któryś z kolegów przyjmie propozycję. I zanim wygram proces sytuacja wykończy mnie psychicznie.
– Słyszałem jak gadają – dobija mnie Każdy, a ręka mi zadrżała.
– O cholera, patrz, wylałam….
– Widzę, wylałaś. Mam twoją kawę na bucie.
– Przepraszam – pochylam się nad jego butem, nie za nisko, przyglądam się ściekającej kawie. Nie wzięłam serwetki. Świat się na mnie uwziął.  Każdy pochyla się nade mną, bierze za łokieć i pomaga wyprostować.
–  Trzęsiesz się – zauważa – odstaw to na podłogę. Mogę cię przytulić.
– Poproszę – wzdycham i przytulam się. Jest ciepły i na moment mam wrażenie,że jestem bezpieczna. A jeśli on myśli, że to ja pisałam te pornobzdety?…..
W kotytarzu stoję przytulona, naprawdę się trzęsę, w środku szczególnie. Przerasta mnie ludzka głupota, zawiść, niechęć podsycana przez ciemne, nieznane siły. Nie zamierzam się tłumaczyć. I jak teraz będę negocjować z prezesem, który czuje się zażenowany na mój widok? Czy on myśli, że miałam ochotę pisać pornolisty do niego? Oszalał? Nie mam siły. NIE MAM SIŁY. Chcę zemdleć… Nic z tego.

VI i ½

Idę korytarzem, analizuję listy, tak, te które przysyłali znajomi, w ramach słów otuchy.  Słowa pocieszenia drepczą obok mnie, mała, brzęcząca chmara. Gdy się odwracam i chcę na nie popatrzeć, wpadają w śmieszną panikę, udają, że wcale nie należą do mnie, że spotkały mnie przypadkiem. Ale gdy idę, są tuż, tuż.
Dzwoni Tereska.
– Kochana, nie przejmuj się – ma spokojny, opanowany głos.- Jakiś szaleniec, może po prostu schizofrenik. Może czegoś chciał kiedyś i nie zauważyłaś, że nienormalny. Mści się. Tylko się nie denerwuj. Nie ma co.
– Ludzie patrzą na mnie, jakbym sama pisała do każdego te bzdury. – skarżę się, równie spokojnie.
– A prezes? – pyta Teresa znienacka.
– Co prezes?
–  Czy cię broni?
–  Nie wiem. Powinien, co?
–  Znalazłby wariata i zaliczył duży plus. – Tereska myśli dziś logicznie i chłodno.
–  Tak…tak…- odpowiadam po krótkiej chwili zastanowienia –  ale Teresko, ja nie umiem go poprosić.
– Wkrótce wpadnie na to sam , że o dobre imię firmy chodzi. Zresztą, to pewnie tylko miejscowy zawistnik. Pełno ich w okolicy. W najbliższej. Bądź dobrej myśli.- kończy.
– Będę. Dziękuję – odpowiadam, a mała, brzęcząca chmara się powiększa. Idę korytarzem, dzwoni prezes (komórka mi brzęczy).
– Musimy porozmawiać.- mówi jak zwykle – Chodzi o tę, no… sprawę.
– Oczywiście – przerywam mu miłosiernie, by nie określał sprawy. Źle robię, powinnam poczekać aż dopowie, wiedziałabym wówczas co naprawdę mu chodzi po głowie. Ale on nie kończy, znaczy – uważa, że kwestia jest wstydliwa. Że ja się powinnam wstydzić. To mnie przygnębia. Oglądam się na chmarę słów otuchy, czy jest ze mną? jest. No to idę.
Skręcam na wyższe piętro, wchodzę bez pukania, skupiona, odprowadzana zdziwionym spojrzeniem pani Kasiuni. U prezesa jest, kto powinien być. Uff.
– No, mam tu techniczne wyjaśnienia, dobrze, że już jesteś – zaczyna prezes.
– To mógł być ktoś stąd. – dopowiada Każdy – Ale niekoniecznie.
–  Kogo podejrzewasz? Otwarcie mów, szczerze. Jesteśmy tu tylko my.
Siadam przy stole, sięgam po urzędowe ciasteczko.
–  Nie mam pojęcia, nie podejrzewam – odkładam ciasteczko. – Do nikogo mi nie pasuje wulgarny tekst.
– Na pewno? – chce wiedzieć Każdy.
– Serio, nie znam ludzi od tej strony…
– No, no – prezes mi nie wierzy. – Jak chcesz. Na twoim miejscu bym powiedział.
Patrzę na niego. Na moim miejscu sobie pomilczę. Chociaż tak, czasami mam ochotę wkopać kogoś, kopnąć, wykopać, ale nie dziś. Może wymieniłabym kilka nazwisk, na przykład trzy. Te trzy, których nosiciele wystawili mnie do wiatru parę razy i wystawiali mnie za drzwi. Jednak nie, milczenie jest świadomą decyzją, przejawem dobrej, pozytywnej mnie, tej wybaczającej wystawianie na wiatr, wypychanie pod wiatr, akcentowanie potknięć i podrzucanie tzw. zgniłków różnego rodzaju. Owszem, w mojej pracy zdarzają się pornowielbiciele, wariaci w fazie aktywności. Jak dotąd nie byli natrętni.
–  Jeśli nie chcesz rzucić kamieniem pierwsza… dobrze – uznaje prezes. – A przy okazji – mówi lekko, podniósł nawet nieco ton głosu – wyniki masz dobre, słyszałem że mogłabyś czasem używać prostych środków wyrazu. Niekiedy jak co palniesz, to nie wiadomo czy jest OK, czy nie jest?
–  Jak to? – oburzam się odruchowo – Zawsze jest OK. Jestem specjalistką, wiem to!
–  O. Właśnie – prezes nie wie co powiedzieć. Następuje krótka pauza. Nie jest pewien czy jest OK, czy nie jest. I nagle – O – wzdycha z ulgą – dzwoni telefon! – prezes rozkłada ręce, w geście mówiącym „wybaczcie, co za pech!”
– Bezdźwięczny? – pytam i sięgam jednak po ciastko.
– Ten sam. – Prezes sięga po aparat (elegancki, płaski, wszystko-mający).
– To dziękuję za zainteresowanie – wstaję, zanim usłyszę jego ‚halo” –  Trzeba uspokoić falę plotek. – I czuję, fizycznie czuję narastanie tej cholernej fali.- Mam nadzieję, że wariata się wyłączy z naszej sieci, tak? – kończę, z nadzieją patrząc na Każdego.
– Jak widzisz, dokładamy starań? – szybko mówi Prezes – przepraszam zaraz porozmawiamy – szepcze do słuchawki.
–  Znaczy, będzie małe śledztwo? – biorę drugie ciastko.
–  Nie ma takich możliwości. Oficjalnie. – niecierpliwie rzuca prezes.
– A nieoficjalnie? – jestem dociekliwa i doenergetyzowana ciastkiem.
–  Zapytam – macha reką w moją stronę – zapytam kogo trzeba.
– Nie przejmuj się, coś zaradzimy – wtrąca Każdy.
–  A jednak się trochę przejmuję. – nie daję za wygraną. I w dowód mojego przejęcia zjadam całe drugie ciastko. Od razu.
–  Jak chcesz, to żegnam, żegnam… Halo? Halo? – Prezes cofa się pod okno, obraca do mnie plecami. Koniec gry.  Nie ma over.
Sięgam po trzecie ciastko i wychodzę z pełną buzią. Ciastka są stare, ale słodkie.

VII

Idę korytarzem, jestem widoczna bardziej niż zwykle, bo od tygodnia chodzę w czerwonych ciuchach. Nie od stóp do głowy, raczej akcentowo, ale czerwono. W czerwonej bieliźnie nie boję się ich patrzenia i szeptania po kątach, urywanych rozmów, i zdawkowych uwag. Nie boję się, że zemdleję na korytarzu i że to będzie koniec mnie, poddanie się, długa, nieustannie aktualna zgoda na bezruch. Nie może tak być! Od tygodnia przeliczam zarobki w tę i z powrotem, by mieć pewność na ile mi wystarczy kaw i na które z pierwszych rachunków. Być może na wszystkie. Chcę mieć pewność, że dam radę. Co by się nie wydarzyło – dam radę. (Kupię czerwone buty).
Pracuję normalnie. Zapłaciłam za klawiaturę. Stać mnie. Stać na wszystko. Płacę za sprzęt myśląc, że to za karę, bo pozwalam sama sobie na niepotrzebny stres. Jeśli się od tego nie odetnę, znowu zapłacę. Jeśli mnie będzie to uderzać po kieszeni, a nie tylko po głowie (i wprost w serce) – w końcu się zbuntuję zdecydowanie,  bez teoretyzowania. Zbuntuję się praktycznie, raz a dobrze (i obym wytrwała w tym mniemaniu!).
Pracuję, ale myślę o miłości, uczuciu egzotycznym w tych okolicznościach, a pachnącym rewolucją. Zajdę w ciążę, urodzę dziecko, pogrążę się jeszcze bardziej; wyrzucą mnie na bruk z niemowlakiem na ręku, (z laptopem w plecaku), wytoczę im sprawę. Pójdę do domu małego dziecka i podłączę się do sieci, by siać niepokój w duszach wszystkich tych obrzydliwców.
To potem. Teraz staram się żyć z jednej pensji, spłacać sprzęt, dzięki któremu zarabiam na czerwone buty (oraz firmowe klawiatury); teraz pracuję jak zwykle i chodzę jak zwykle, i tym samym korytarzem.  Słyszałam, że rodzima instytucja przyjęła w moim imieniu podziękowania od wiernych klientów, przyjęła je i postanowiła nie  informować mnie o takich miłych sytuacjach. Słyszałam, każdy tak tu kiedyś miał. I każdy się przyzwyczaił. Dobre informacje można odnaleźć, wyszukać, wywęszyć, gdy się wie jak. Można wydrukować i przy okazji pierwszej lepszej awantury – używać jako argumentu. Choć to podobno rzadko działa. Tak słyszałam.
Przestaję iść, siadam przed kompem, grzebię w plikach przez chwilę, potem postanawiam przynieść kawę, bo rozgrzebywanie plików doprowadza mnie do smutnych konkluzji.
Wychodzę na korytarz. I wtedy mam ten sen:

SEN

Nie chciałam, żeby szli za mną, a oni szli. Nie mogę stwierdzić, że uciekałam, choć w pewnym sensie właśnie tak było. Oni szli za mną i w końcu postanowiłam nie być widzialna. Tak, to była dobra decyzja, po prostu. Przed mną rósł stary las, z dużymi prześwitami między malowniczymi drzewami. Rzuciłam okiem za siebie i postanowiłam nie kombinować za mocno. Starodrzew wydawał się silny, zdrowy i przyjazny. Przystanęłam przy jednym z pierwszych drzew. To był dąb, rozłupany przez jakieś wichury, poradził sobie z tą raną, uznałam więc, że lepiej mnie zrozumie. Zresztą wyglądał teraz optymistycznie: zielony, otwarty, mądry dąb. Weszłam do środka, między rozpołowiony pień, a potem stałam się jego częścią. Rozpłynęłam się, dostosowałam i wlepiłam w drzewo. Z perspektywy kory patrzyłam, jak przyszli, zajrzeli do środka dębu i zaczęli rozglądać się coraz mniej pewnie. Powiedzieli: „Trzeba zawołać specjalistę, on się na tym zna. Znajdzie ją.” No, stało się jasne, że nie jest dobrze. Specjalista wyglądał jak licealista, był młody, miał włosy ufarbowane na czarno, czarną, spraną bluzę z kapturem. Zaczął od dotykania kory, przypuszczałam, że  wyczai mnie po temperaturze. Szybko trafił na moje policzki. Dotykał uważnie, byłam przekonana, że patrzy mi w oczy, choć wiedziałam, że to niemożliwe. Byłam korą drzewa, więc wytrzymałam jego dotyk i wzrok. Niech nie ma pewności. Ale on był pewien: „Jest – powiedział spokojnie – jak zacznę ją stąd wyciągać, będzie bolało…” Odwrócił się do nadchodzących, podszedł do nich, nie za daleko, lecz na tyle nieuważnie, że wyślizgnęłam się. Wyszłam na zewnątrz i zasłonięta całym pniem, z tyłu, spróbowałam wspiąć się wyżej. Chciałam znów wsiąknąć w koronę drzewa. Wdrapywałam się szybko, ale któryś z nich się zorientował, że coś jest nie tak. Jednak tylko specjalista mógł wiedzieć co i w jaki sposób można mnie zatrzymać. Wspinając się czułam obecność „pogoni”, w okolicy pięt, na plecach, nie było to miłe uczucie. Ale nie paraliżowało. Będąc już bardzo wysoko, daleko od ziemi, zdecydowałam się wybrać gałąź. Była giętka i przez moment miałam wątpliwości, czy jest dobra, lecz przeczucia były w porządku. Gałąź wchłonęła część mnie, dostosowała się do ciężaru.  Po chwili pojawił się wiatr i poczułam niepokój, a potem coś na kształt absolutnego szczęścia. Oto kołysałam się w koronie dębu, momentami drzewo dotykało ziemi, rozbujane harmonijnie i skutecznie. W koronie byłam sama, tylko ja, liście, gałęzie, wiatr i widok na pobliskie jezioro. Było idealnie niebieskie, bez fal, pomimo wietrznej pogody. Gładka tafla wydawała mi się nierzeczywista, gdy wiatr tak poczynał sobie z drzewami i ze mną. A jednak – to prawda. Byłam szczęśliwa. Jezioro potęgowało mój spokój.
Tymczasem oni przez jakiś czas stali pod drzewem z zadartymi głowami. Mam nadzieję, że podziwiali moją niewidzialność, tak jak ja podziwiałam siłę (i zarazem delikatność) wiatru, moc drzewa, własną symbiozę, na którą mi pozwoliło. Po kilkunastu minutach odeszli. Oczywiście, tak czy inaczej, wpadnę w ich ręce. Są pewni siebie i pewni mnie. Na razie się kołyszę, bujam się. Pal ich licho, to licho, które nigdy nie śpi.

PO ŚNIE

Zbudziłam się na środku korytarza. Nie byłam bardziej wypoczęta, leżałam na wykładzinie, nade mną pochylała się Tereska.
– Dobrze, że nic sobie nie zrobiłaś. – powiedziałam, głaszcząc mój policzek. Czułam odrętwienie, a tam gdzie mnie głaskała wracało życie, czyli czułam krążenie krwi.
– Zemdlałam? – mruknęłam.
– A może jesteś w ciąży? – beztrosko zapytała, tonem nie wymagającym odpowiedzi. Jakby stwierdzała bardziej, a nie pytała.
– Boże broń! – szepczę, bo podnoszenie głosu po takim śnie wydaje mi się nie możliwe. Jestem nadal szczęśliwa.
– Lepiej sprawdź, czy obronił – rzuca Teresa (bezdusznie). – Możesz wstać?
– Mogę się ruszać – uznaję po chwili – Ale powoli. Długo byłam nieprzytomna?
–  Na tyle, że wezwałam pogotowie.
–  To nie wstaję. – zdecydowałam od razu – Niech mnie stąd wyniosą – (jestem szczęśliwa, będę noszona!)
– Wrócisz? – Tereska wyjęła grzebyczek i poprawiła mi fryzurę.
– Żartujesz? – szepczę, mrużąc oczy.
– Tylko trochę. – przyznaje się i przygląda krytycznie grzywce. – Powinnaś ją zahodować – mówi.
– OK – zgadzam się. – To co, mam 3 : 0 dla pracy.
– Niezły wynik, jak myślisz?  – Teresa uśmiecha się. Na korytarzu nikogo nie ma. żadnego zbiegowiska. Słyszę z oddali sygnał karetki.
– Zły wynik -wzdycham – ale pod kroplówką nabiorę sił i im pokażę!
–  Dobra, już idą nosze. Zadzwonię do ciebie wieczorem. Tu masz swoją torbę – wciska mi porządnie zamkniętą torebkę w ręce – trzymaj mocno i miej rzeczy na oku. Na razie.
–  Dziękuję. – próbuję powiedzieć w trakcie przenoszenia na nosze. Wcale nie czuję się komfortowo, szarpana przez dwóch silnych, obcych facetów. Teresa kiwa głową, jakby z niedowierzaniem. Patrzę na nią, oddalając się w pozycji poziomej, uśmiecham się.

VII i ½

Wieczorem, w swoim łóżku, leżę nieruchomo i bez uśmiechu. Jutro się ruszę (a może nawet się uśmiechnę), napiszę zgrabne, tłuste wypowiedzenie. Albo poczekam, aż zarzucą szukanie wariata, próbującego mnie wykończyć psychicznie, napiszę oficjalne maile do wszystkich tutejszych szefów, zawierające kilka słów szczerego oburzenia. W listach będzie widać moje podniesione dumnie czoło i czerwone ciuchy. Podłączę pismo od wdzięcznych klientów, od tych, których pociągnę za sobą, odchodząc. Przyjmę ofertę pracy za mniejsze pieniądze, za większą satysfakcję, przynajmniej na początku. Nie przyznam się nikomu do zarobków, a każdą osobę  będę obdarzać uśmiechem kogoś, kto przegrał 3:0, a potem uznał wynik za ciekawe ćwiczenie stylu. Będę zadowolona.
Już jestem zadowolona. Leżę w swoim łóżku, nieruchomo. I zmieniam swoje życie. Naprawdę. I ręczę za siebie, jutro się ruszę. Wcześnie rano. Uśmiech. (może usłyszę fanfary)!

Miłka O. Malzahn – Proza
QR kod: Miłka O. Malzahn – Proza