Aldona z niesmakiem przyglądała się ulotce podanej jej przez Marka. Trzymała ją w dłoni przyozdobionej długimi, neonowymi tipsami, które co jakiś czas obijały się o siebie, wydając przy tym, specyficzny dźwięk przypominający klikanie. Kiczowata grafika na lśniącej ulotce przedstawiała tańczące pary, na które spadał deszcz kolorowych nutek wydobywających się ze staroświeckiego głośnika gramofonu, a nad ich głowami widniało dumnie wyeksponowane hasło: ‘Od Zakopca po sopockie molo napierdala Disko Polo’. Aldona przerwała martwą ciszę głośno wzdychając. Marek i Beata, koleżanka która wpadła jakieś dwadzieścia minut temu na plotki, stali w milczeniu, nie spuszczając z niej wzroku. Dziewczyna, nie śpiesząc się wepchnęła do ust różową gumę do żucia i zaczęła głośno mlaskać, z zadowoleniem, zauważając kątem oka, że mężczyzna wyraźnie zaczyna się niecierpliwić.

-Marek, chyba cię pojebało, jeżeli myślisz, że ja to tutaj wywieszę- powiedziała twardo Aldona, zaplatając sobie na palec cienki kosmyk czarnych włosów.

-Niby dlaczego? – zapytał wzburzony mężczyzna.

Nie czekając na odpowiedź wyrwał jej ulotkę z ręki. Aldonie wydawało się, że żyła na jego czole zaczyna nerwowo pulsować, a łysa czaszka czerwienieć.

-Od Zakopca po sopockie molo napierdala Disko Polo? Serio? W słowie Disko powinno być ‘c’ a nie ‘k’- prychnęła.

-No i co jest niby złego w tym haśle, co? Chodzi o to, że nasza muzyka podbija serca wszystkich Polaków, a litera ‘k’ jest wstawiona specjalnie, bo to nie Ameryka tylko Polska i piszemy jak słyszym, to chyba jest logiczne, nie?- odparł Marek, kiwając się nerwowo na boki.

-Nawet gwiazdy tego chłamu piszą słowo disco przez ‘c’- wtrąciła Aldona- Ale widzę tu jeszcze większy problem, niż literówki Marek… Wspominasz o sopockim molo, czyli wykluczacie półwysep helski, czy tak?

–  co Aldona z niesmakiem przyglądała się ulotce podanej jej przez Marka. Trzymała ją w dłoni przyozdobionej długimi, neonowymi tipsami, które co jakiś czas obijały się o siebie, wydając przy tym, specyficzny dźwięk przypominający klikanie. Kiczowata grafika na lśniącej ulotce przedstawiała tańczące pary, na które spadał deszcz kolorowych nutek wydobywających się ze staroświeckiego głośnika gramofonu, a nad ich głowami widniało dumnie wyeksponowane hasło: ‘Od Zakopca po Sopockie molo napierdala Disko Polo’. Aldona przerwała martwą ciszę głośno wzdychając. Marek i Beata, koleżanka która wpadła jakieś dwadzieścia minut temu na plotki, stali w milczeniu, nie spuszczając z niej wzroku. Dziewczyna, nie śpiesząc się wepchnęła do ust różową gumę do żucia i zaczęła głośno mlaskać, z zadowoleniem, zauważając kątem oka, że mężczyzna wyraźnie zaczyna się niecierpliwić.

– Marek, chyba cię pojebało, jeżeli myślisz, że ja to tutaj wywieszę – powiedziała twardo Aldona, zaplatając sobie na palec cienki kosmyk czarnych włosów.

– Niby dlaczego? – zapytał wzburzony mężczyzna.

Nie czekając na odpowiedź wyrwał jej ulotkę z ręki. Aldonie wydawało się, że żyła na jego czole zaczyna nerwowo pulsować, a łysa czaszka czerwienieć.

– Od Zakopca po Sopockie molo napierdala Disko Polo? Serio? W słowie Disko powinno być ‘c’ a nie ‘k’- prychnęła.

– No i co jest niby złego w tym haśle co? Chodzi o to, że nasza muzyka podbija serca wszystkich Polaków, a litera ‘k’ jest wstawiona specjalnie, bo to nie Ameryka tylko Polska i piszemy jak słyszymy…,to chyba jest logiczne, nie? – odparł Marek, kiwając się nerwowo na boki.

– Nawet gwiazdy tego chłamu piszą słowo disco przez ‘c’- wtrąciła Aldona – Ale widzę tu jeszcze większy problem, niż literówki Marek… Wspominasz o sopockim molo, czyli wykluczacie półwysep helski, czy tak?

– Że co? – zapytał skonfundowany Marek.

– Powiedziałeś, że wasza muzyka podbija serca Polaków, ale najwyraźniej nie sięga ona dalej, niż do sopockiego molo, co jest jawną dyskryminacją naszych rodaków mieszkających na przykład w Chałupach, a to jest już problematyczne…

– Ty nie bądź taka cwana, dobra- fuknął Marek – Spróbuj w takim razie znaleźć dobry rym do półwyspu helskiego wtedy porozmawiamy! Specjalistka od gegry się znalazła!

– Ja tu nie jestem od rymowania- skrzywiła się dziewczyna, tracąc cierpliwość- Zresztą, to hasło nie leży mi z innego powodu.

– Lewackie gadanie! Chodzi o Zakopane? Nie jesteś fanką polskich gór czy co?

– Chodzi o przekleństwo, ciole!- Aldona podniosła głos- Nie uznaję, kurwa, przekleństw! W formie pisanej rzecz jasna. Tutaj przychodzą matki z dziećmi i nie będę świecić oczami ze wstydu przez twoje głupie ulotki! Jeszcze ludzie pomyślą, że mam z tym całym projektem jakiś związek.

– Przecież nie będę teraz zmieniał hasła, bo tak sobie ubzdurałaś! Zapłaciłem już kumplowi za ten projekt i wydrukowałem już osiem dużych plakatów i sto dwadzieścia ulotek! – krzyknął wzburzony.

Beata stojąca obok niego, co chwilę nerwowo drgała, gdy ten zabierał głos, jednak w jej oczach widoczny był podziw i ciekawość.

– Trzeba było najpierw pomyśleć albo doradzić się kogoś, kto bardziej ogarnia temat, niż ty – westchnęła Aldona, która bardziej, niż rozmową, była zaaferowana strzelaniem balonów z gumy.

– Nie, to nie kurwa – warknął Marek, wyrywając jej ulotkę z ręki i wciskając ją niedbale do kieszeni niebieskich spodni od dresów- Ja się prosić nie będę. Kto inny to wywiesi franco, zobaczysz!

Mężczyzna wyszedł ze sklepu, trzaskając głośno drzwiami.

– Pa Marek! – krzyknęła za nim Aldona, nie mogąc ukryć rozbawienia na twarzy – Co za matoł, jak Boga kocham!

– Ale suka z ciebie! – stwierdziła z niedowierzaniem Beata.

– Bo co? To mój sklep, nie? I mogę decydować co, kto tutaj wywiesza. Poza tym nie uznaję tego chłamu mylnie określanego przez buraków, takich jak on muzyką, widziałaś, jak to było zaprojektowane? A to hasło?

– No dobra, ale facet się stara, ma jakieś ambicje, chce założyć własne radio, a to się ceni nie?

– Też mi ambicja, grać najpopularniejszy gatunek muzyki w Polsce! Robi to dla kasy i tyle!

– I co w tym złego?

– To, że takie dziunie jak ty, określają to słowem ambicja!

– Aldona, bo zaraz się pokłócimy!- zagroziła urażona dziewczyna, poprawiając koka na głowie.

Aldona wzruszyła ramionami.

– Mam już dosyć tych zaściankowych klimatów – westchnęła po chwili.

– Patrzcie ją, wielka pani! – prychnęła Beata – I nie kpij z gościa, przedwczoraj z Magdą słuchałyśmy jego podcastu, wiesz to taka rozmowa, której możesz posłuchać w internecie, tylko że bez obrazu…

Aldona posłała jej spojrzenie pełne pobłażliwości. Czy Beata naprawdę myśli, że ta jak dotąd nie spotkała się ze słowem podcast?

– Tak, to bardzo oryginalna forma przekazu, zwłaszcza w obecnych czasach – rzuciła po chwili.

Beata zignorowała jej uwagę i kontynuowała jak nakręcona:

– No, ale wiesz, Marek się do tego profesjonalnie przygotowuje, rzuca danymi jak z rękawa! Mówi o inwigilacji na facebooku, że Amerykanie tak naprawdę nie wylądowali na księżycu i o tych dwóch wieżach, że iluminaci kazali je wysadzić…

Aldona patrzyła na Beatę, jakby ta wróciła z satelity, na której wspomniani Amerykanie, według Marka nigdy nie wylądowali.

– Prawdziwy redaktor z niego- stwierdziła.

Beata wyczuła sarkazm w głosie Aldony, jednak parę razy powtórzyła słowo ‘redaktor’ w myślach, żeby je zapamiętać. Następnym razem, gdy spotka Marka przywita go słowami ‘siema redaktorze’, może w końcu zauważy jej istnienie i przestanie nazywać ją ‘koleżanką Aldony’.

-Może on sobie bredzić co chce w tym swoim podcaście, zakładać rozgłośnie, tworzyć zespół disco polo, mnie to nie bierze, bo mam go na fejsie i widzę, jakie kocopoły tam wypisuje. Beti, powiem ci jedno, jego treści to rak!

-Ja tam nie wiem, czy rak, czy nie rak. Facet jest przekonujący!- odparła  Beata  wzruszając ramionami- Przynajmniej ma poglądy.

– Poglądy?- Aldona westchnęła, tracąc cierpliwość- Beata, on po prostu powtarza zasłyszane skądś farmazony i tyle.

-Skoro, tak cię drażni, to po cholerę z nim gadasz?-zapytała Beata zniesmaczona niesprawiedliwością tego świata, bowiem w latach młodzieńczych kochała się w Marku, który zdawał się nie dostrzegać jej istnienia. Po tylu latach, choć zauroczenie minęło, pozostało uczucie niesprawiedliwości, bo Marek nadal jej nie dostrzegał, a przecież była, (obiektywnie) niczego sobie. Włos zawsze zafarbowany i ułożony, rzęsy, brwi i paznokcie zrobione, z modą zresztą, też starała się być na bieżąco. Więc dlaczego, nigdy się nią nie zainteresował?

– Marka toleruje tylko dlatego, że jest wujkiem mojego syna, choć staram się, żeby dziecko miało ograniczony kontakt z takim typem.

-Nie mówi się źle o rodzinie!- Beata pokręciła z dezaprobatą głową.

-Jaka to dla mnie rodzina? Z Jackiem widuję się co drugi weekend, jak do dzieciaka wpada, gdyby nie to, że kwitnę tutaj od trzydziestu lat byśmy się już dawno nie znali!

Beata puściła tę uwagę mimo uszu. Aldona od lat narzeka na swoje życie, twierdząc, że stać ją na coś lepszego, zadziera nosa i bywa złośliwa, przez co często wdaje się w pyskówki ze znajomymi, na co dziś Beata nie miała najmniejszej ochoty.

-A jeżeli powróciłyśmy już do kwestii weekendu- Beata spróbowała podjąć wątek, który został przerwany przez wtargnięcie Marka do sklepu- Milena, kazała się spytać, czy chcesz wybrać się z nami do Paradise’u w sobotę? Chcemy zarezerwować lożę, ale we czwórkę to wychodzi za drogo…

Aldona już chciała niedbale przyjąć propozycję, gdy drzwi do sklepu otworzyły się, a w nich stanęła znajoma skądś postać. Dziewczynie zajęło kilka sekund, by rozpoznać nowo przybyłą klientkę. To musiała być ona! Ile lat upłynęło od momentu, kiedy widziała ją po raz ostatni? Zdaje się, że wyjechała stąd zaraz po maturze. Aldona nie mogła spuścić oczu z dziewczyny, która szybko przemieszczała się między alejkami, głos Beaty natomiast zdawał się dochodzić do niej zza ściany.

Gdy klientka stanęła przy regale z herbatami, które stały obok kasy, Aldona była już pewna, że to nikt inny jak Justyna, koleżanka z liceum, z którą tuż przed klasą maturalną spędziła najwspanialsze lato w swoim życiu. Tamte wakacje były niczym wydarte kadry z jakiegoś filmu, ich osiedle zdawało się najwspanialszym miejscem na ziemi, w jej pamięci wręcz tonęło ono w złotych promieniach słońca, jak nigdy przedtem ani potem, było wtedy tak… romantycznie.

-Aldona, czy do ciebie dociera to co mówię?- spytała poirytowana Beata.

-‘Po co ona w ogóle tu przylazła?’ pomyślała Aldona. Wstydu jej zaraz narobi tymi swoimi wywodami i irytującym głosem, który co chwilę podnosi.

Aldona chciała zabić ją wzrokiem, puknęła się w głowę, po czym wymownie ułożyła usta by wydobyć z siebie nieme słowo: ‘Klientka, idiotko!’

Beata wzruszyła ramionami i głośno westchnęła, nie wiedząc co ma ze sobą zrobić, wyciągnęła z przewieszonej przez ramię nerki telefon, który po sekundzie całkowicie ją pochłonął.

Aldona z każdą chwilą odczuwała coraz większe poddenerwowanie. Co ma zrobić? Czy się przywitać? Zdawało jej się, że Justyna spędza przy regale całą wieczność. Ale dzięki temu miała czas, by dobrze się jej przyjrzeć. Musiała przyznać, że wyglądała naprawdę dobrze! I ten strój! Jakby zarzuciła na siebie pierwsze lepsze ubrania, które miała pod ręką, ale całość wyglądała na przemyślaną stylizację: elegancki, piaskowy płaszcz, w połączony z bluzą z kapturem i czapką z daszkiem. Nic oryginalnego, jednak dziewczyny stąd tak się nie ubierają, gdyby ona lub Beata założyłyby to na siebie, nigdy nie uzyskałyby podobnego efektu, wyglądałyby na osoby przebrane. Tutaj, na tym osiedlu ubierano się ‘na bogato’, bo tego bogactwa nigdzie nie było. Trzeba zamanifestować przynależność do czegoś, do czego nie ma się dostępu, trzeba zafałszować rzeczywistość, nakładając na siebie imitacje futer, połyskującej skóry, podkreślić to mocnymi kolorami i sztuczną biżuterią. A dziewczyna, która rusza powoli, niczym w zwolnionym tempie w stronę kasy, za którą stoi Aldona, zdaje się mieć tego typu manifesty gdzieś.

I w końcu stanęła przed Aldoną twarzą w twarz. A jej twarz wyglądała, trzeba przyznać, bardzo dobrze. Bez zmarszczek, cieni pod oczami, a przecież nie miała na sobie mocnego makijażu ani przedłużonych rzęs.

-Hej Justyna, ale szok co? W końcu cię widzę po tylu latach!- Aldona robiła wszystko, aby jej głos brzmiał naturalnie i na luzie.

Justyna zawahała się i przez chwilę intensywnie studiowała twarz Aldony.

-To ja Aldona! Starych ziomalek nie poznajesz czy co?- wypowiadając te słowa, Aldona czuła jak czerwienieje jej twarz. Ziomalka? Serio użyła tego słowa? Jednak najbardziej, zabolało ją to, że Justyna autentycznie przez chwilę nie miała bladego pojęcia, kto zagaił rozmowę.

-Aldona! No tak! Hej, przepraszam, powinnam przecież pamiętać, ten sklep w końcu należy do twoich rodziców- odparła Justyna, lekko się uśmiechając.

-Należał! Przejęłam interes! – Aldona z jakiegoś powodu zaśmiała się nerwowo. Jej prawy policzek płonął od wymierzonego w jej stronę, czujnego spojrzenia Beaty, która pozostawała incognito. Po co ta cholera tutaj stoi i na nią łypie? Wyszłaby na fajkę przed sklep. Głos Justyny, choć łagodny i miły, nie korelował natomiast z jej zimnym spojrzeniem, który również zaczynał ją przytłaczać. Wszystko zdawało się ciągnąć ślamazarnie i dziać w błyskawicznym tempie jednocześnie. Jak zareagować? Co powiedzieć?

-Wróciłaś na stare śmieci?- spytała Aldona, próbując prowadzić rozmowę i w tym samym czasie niezdarnie kasować produkty z koszyka, jakie postawiła przed nią Justyna.

-Nie – odpowiedziała Justyna, nie spuszczając z niej wzroku.

Aldona czuła się coraz bardziej poddenerwowana i zawstydzona. Rzadko w swoim życiu miała okazję czuć się w ten sposób, ale wiedziała, że jest to jedna z najgorszych mieszanek emocjonalnych, która zostawia ślad w pamięci i która przez długie lata będzie do niej powracać i  prześladować przed snem. Właśnie ten z pozoru nic nieznaczący moment ze swojego życia będzie drobiazgowo studiować, analizować i próbować zakłamać słowami, gestami i wydarzeniami, które w rzeczywistości nigdy nie miały miejsca, ale będą one formą pocieszenia, że nie wypadła tak źle.  Będzie próbowała troszkę się oszukać,  że pewnie i tak nikt o tym incydencie nie pamięta, zakłóci on jednak jej poprzednie wspomnienia z Justyną, odsłoni pewne niewygodne prawdy i sprawi, że Aldona pożegna się z szybkim zasypianiem na dłuższy czas. Miała ochotę całą swoją złość przerzucić na naocznego świadka, swojego upokorzenia, Beatę, która stała z boku i lustrowała całe to wydarzenie podejrzliwym wzrokiem. Chciała rzucić w jej stronę: ‘ A ty, co się gapisz? Nie masz nic innego do roboty jak tu sterczeć bez celu?’

-Wpadłam odwiedzić rodziców- dodała w końcu Justyna- Zwykle o tej porze roku, wyjeżdżamy gdzieś całą rodziną, ale niestety tym razem nie wypaliło.

-Na długo przyjechałaś? Jak żyjesz?- Aldona poczuła ulgę, może jednak ta rozmowa nie okaże się totalną katastrofą?  

-Po weekendzie, wracam do siebie i dziękuję, żyję bardzo dobrze.

Znów się uśmiechnęła! Może to dobry znak? Może nie nosi już w sobie żalu za tamto?  W końcu Justyna kiedyś bardzo ją lubiła, może nawet więcej niż lubiła?

Aldonie nasuwały się kolejne pytania, którymi chciała ją zasypać, gdy nagle to Justyna zadała pytanie:

-Ile płacę?

-Słucham?

– Zakupy, ile za nie płacę?

Aldona, tuszując rozczarowanie podała jej kwotę. Dziewczyna nie była w najmniejszym stopniu nią zainteresowana. Ich czas minął. Justyna zapłaciła szybko, rzucając słowa pożegnania, po czym wyszła ze sklepu, nawet nie odwracając się w jej kierunku.

-Kiedyś frajerka, teraz pozerka- rzuciła kwaśno Beata gdy dziewczyna opuściła sklep.

Aldona zignorowała ten komentarz, udając że pochłonęły ją przeliczenia drobnych w kasie.

-Widziałaś, jak się tutaj bujała? Na mnie nawet nie raczyła spojrzeć!

-A niby w jakim celu miała na ciebie patrzeć?- zapytała Aldona, rzucając jej wymowne spojrzenie.

– W końcu chodziłyśmy przez trzy lata do tej samej klasy, nie?

– O ile pamiętam, nieźle utrudniałaś jej życie…

-No- Beata, zgadzając się posłała ironiczny uśmiech koleżance- Razem z tobą…

-Tylko że ja nie jestem z  tego dumna!

-A ty co?  Bliskich przyjaciół opieprzasz i obrażasz, a jakąś wywyższającą się laskę, która ma cię w dupie i udaje, że cię nie pamięta, a ty jej bronisz? Już nie pamiętasz, jak żaliłaś się mnie i Jackowi, że łaziła za tobą w któreś wakacje, że się odczepić od niej nie mogłaś i że była jakaś zboczona?

-Głupie, szczeniackie gadanie…- Aldona płonęła w środku ze wstydu na samo wspomnienie o kłamstwach, jakie rozpuszczała na temat Justyny.

-Pamiętam, jak wchodziła obsrana ze strachu na teren szkoły- Beata zaśmiała się z satysfakcją- A teraz proszę! Buja się po osiedlu jak największa cwaniara! Wielka mi pani! Udaje światową, kupuje jakieś egzotyczne herbatki i inne wege gówna, a jest z tego samego podwórka co my!

-Oj Beti, bo zaraz pomyślę, że gadasz o niej, bo jej najzwyczajniej w świecie zazdrościsz, boli cię, że cię olała co? Czy to czasem nie twoje kompleksy dochodzą teraz do głosu?

-Chyba Bóg cię opuścił- Aldona dobrze znała ten ton Beaty. Nie myliła się, co oznaczało, że jeżeli zaraz nie odpuści, jej przyjaciółka wytoczy  swoje działa, by  uderzyć w nią czymś równie bolesnym. Nie wzięłaby jeńców. Beata rzadko wchodziła w pyskówki, ale gdy już do tego dochodziło, nie było przebacz. Przestałyby się znać.

-No to przestań o niej nawijać, bo zaraz pomyślę, że się zakochałaś. Gadaj co z tą lożą w Paradajsie!

Beata przez chwilę przyglądała się jej w milczeniu, potem zaczęła kontynuować przerwany temat planowanej imprezy jakby od niechcenia. Nie patrzyła Aldonie w oczy, udawała znudzoną by po kilku słowach ekscytacji ze strony koleżanki, rzucić jej wciąż jeszcze nadąsane spojrzenie, które z minuty na minutę ustępowało. Po kwadransie stała już całkowicie zrelaksowana, opierając się  o ladę, tak jakby wydarzenie sprzed kilku minut nigdy nie miało miejsca.

Aldony natomiast nie obchodziła impreza ani Beata. Udawała. W tym specjalizowała się od lat. Próbując nadążyć za potokiem słów, wylewającym się z ust Beaty jednocześnie analizowała i odtwarzała sobie spotkanie z Justyną. Co mogła w nim poprawić, co powiedzieć? Czy powinna zaraz po pracy pójść po niej? Zapytać się, czy ma czas i ochotę na spacer po dzielni jak za starych, dobrych czasów? Przeprosić za wszystko. Wyjaśnić, że wtedy nie była gotowa, chociaż zapewniała ją, że jest. Wyznać, że często wraca do tamtych wspólnie spędzonych chwil, że żałuje, co zrobiła, że zniweczyła wszystkie wspólne plany, wyjazdu na kolejne wakacje i studiowanie na tej samej uczelni. Mogłoby być tak fajnie! Mogły tyle razem osiągnąć no i to uczucie, do którego sama przed sobą nie potrafiła się przyznać, nawet dziś przychodzi jej to z trudem, z jakimś wewnętrznym wstydem.

A teraz stoi tutaj w sklepie przejętym od rodziców, w którym niewiele się zmieniło, trudno uwierzyć, ale pewne regały tu stojące pamiętają jeszcze jej dzieciństwo, przychodzą tu każdego dnia te same twarze jak chociażby Beata i czas płata figla, że nic się nie zmienia, że ta rutyna jest normalna, bezpieczna i jest częścią życia, podczas gdy ona, Aldona wie, że to kłamstwo, że traci swój czas, że powiela scenariusze swoich rodziców i nic z tym nie robi.

-Ale cię zamroczyło, stara…- Beata przerwała jej potok myśli.

-O co chodzi?- zapytała zawstydzona, jakby ktoś przyłapał ją na robieniu czegoś niestosownego.

-Przecież widzę, że do ciebie nie dociera o czym  mówię, odpłynęłaś gdzieś, prawdopodobnie z Justynką…serio, ta laska zawsze miała na ciebie zły wpływ i kurde nadal w jakimś sensie ma.

Kto by pomyślał, że Beata, która nie wiedziała nic o świecie, tak dobrze potrafi czytać Aldonę. W pewnym sensie dziewczyna była pod wrażeniem bystrości umysłu koleżanki, za której plecami często twierdziła, że nie jest zbyt lotna.

-Gadasz bzdury! Jak już musisz wiedzieć mam wyrzuty sumienia. Dobrze wiesz, że nie dawałyśmy jej żyć.-Głos Aldony brzmiał dziwnie łagodnie, przez co Beata czuła się nieswojo. Nigdy do niej tak nie mówiła, czasami słyszała ten ton ale był on  zarezerwowany dla Alanka,  syna Aldony. 

-Przestań!- odparła bagatelizująco- Wielkie mi rzeczy, trochę się zabawiłyśmy jej kosztem, dostała dwa razy oklep w obecności całej klasy i tyle…nie przez takie rzeczy ludzie przechodzą i jakoś żyją.

– A jeżeli…no wiesz… to na nią w jakiś sposób wpłynęło, zniszczyło?

-Zniszczeni ludzie, nie noszą butów od Balenciagi ani nie wożą się Audi. Wydaje mi się, że nie miało to na nią wpływu. I tak szczerze, to dziwię  się, że wracasz do tego i zajmujesz się takimi pierdołami- Beata zdawała się, być w tej kwestii niewzruszona.

Aldona poddała się tematom narzuconym przez Beatę. Tak było bezpieczniej. Jeszcze tej idiotce przyjdzie coś do głowy i zacznie innym rozpowiadać jakieś bzdury na jej temat. Beata zdawała się jednak żyć sobotnią imprezą, a nie nic nieznaczącą przeszłością i kujonką, która wraz z ukończeniem szkoły zniknęła z jej życia. Aldona była z kolei jej przeciwieństwem bowiem często powracała do lat nastoletnich szukając kluczowego momentu, który sprawił, że znalazła się w miejscu, jakim jest. W tym momencie była pewna, że Justyna mogła być jej wybawicielką i mogła stać się miłością życia. Przed snem wszystko to sobie znów przeanalizuje.

-Ej, ale czas zleciał- Beata podniosła głos podekscytowana- Powinnaś już zamykać! Matka się nieźle wkurzy, zostawiłam jej małą tylko na godzinę, a ja tu pół dnia spędziłam… co tam…mamcia trochę potruje i przestanie.

Aldona miała nadzieję, że Beata ulotni się zaraz ze sklepu, ta jednak cały czas trajkotała jej nad uchem, o nowej sukience, którą zamówiła córce przez internet, o Siwym, byłym narzeczonym i ojcu ich Oliwki, który jest draniem i nieudacznikiem, któremu nie wiedzieć czemu co jakiś czas daje kolejną szansę, wracają do siebie, by zaraz się rozstać i tak bez przerwy od ponad dziesięciu lat. Potem wspomniała o  Marku i jego zaradności i znów o imprezie i loży, którą już zdążyła zaklepać na fejsbuku. Aldona nie mogła uwierzyć w potok bredni, który wylewał się z jej ust. Co gorsze, Beata nie odstępowała jej na krok, aż do zamknięcia drzwi sklepu.

– No to, co widzimy się jutro?- zapytała na odchodne.

-No- odparła Aldona niedbale.

-A ty gdzie idziesz?

-A co ci do tego? Co ty mnie tak pilnujesz? Mało ci mojego towarzystwa czy co?

-Matko, już normalnie pytania zadać nie można- Beata zrobiła naburmuszoną minę- Ciotę dostałaś czy co?

-A żebyś wiedziała! Muszę coś załatwić, a zdycham z bólu. Widzimy się jutro, jak coś to pisz!

-Trzeba było tak od razu mówić, a nie…- pokrętne odpowiedzi przyjaciółki nieco uspokoiły Beatę.

Aldona szła przez osiedle wolno niczym w letargu. Nogi zdawały się ją instynktownie prowadzić w stronę bloku, w którym mieszkała Justyna. Jej rodziców widywała często, rzadko jednak bywali w jej sklepie, tak jakby unikali z nią spotkania. Na pozdrowienia odpowiadali niechętnie i nie posyłali przy tym nawet spojrzenia w jej stronę, tak jakby Aldona nie była godna nawet sekundy ich czasu. Gdyby nie fakt, że Aldona wiedziała, czym ten chłodne odpowiedzi na zwykłe ‘dzień dobry’ były spowodowane, już dawno przestałaby ich witać. Pamięta pełne gniewu oczy kobiety i pytania, co się takiego stało, że jednego dnia dziewczyny są nierozłączne, a drugiego jej córka zostaje pobita przez swoją najlepszą przyjaciółkę. Aldona wzruszyła wtedy niedbale ramionami, żując ostentacyjnie gumę i nie patrząc nawet w stronę kobiety. Matka po tym wszystkim nieźle ją sprała, że zachowuje się jak kryminalistka i jeszcze sobie nabruździ w papierach, przez co Aldona jeszcze bardziej uwzięła się na Justynę.

Po chwili zorientowała się, że stoi pod klatką schodową dawnej przyjaciółki, cofnęła się o kilka kroków, by spojrzeć w górę i lepiej przyjrzeć się oknu pokoju, które przed laty należało do Justyny. Znajdowało się na drugim pietrze i teraz było całkowicie zasłonięte. Przypomniało jej się, że w tamte wakacje miały swój własny kod, ona naciskała guzik domofonu trzy razy, cofała się w stronę chodnika patrząc w górę, by po chwili zza okna dostrzec wystającą i uśmiechniętą twarz Justyny, która zapewniała, że zaraz zejdzie, lub gdy padało, wpuszczała ją szybko do mieszkania. Paliły wtedy skradzione rodzicom papierosy na balkonie, czytały  książki  leżąc na łóżku ramię w ramię, robiły najwspanialsze tosty z serem, a potem…Na samo wspomnienie dziewczyna uśmiechnęła się do siebie.

Aldona już chciała nadusić guzik domofonu, gdy za plecami usłyszała znajomy głos:

-O proszę, kogo ja widzę!

Marek stał za nią, trzymając w ręku kilka ulotek. Aldona westchnęła zawiedziona.

-Proszę!-  powiedział mężczyzna, wciskając niemal pod jej nos kilka kartek papieru- Widzisz! Prawie wszystko zniknęło! Poza tobą nikt specjalnie nie narzekał na treść ulotek. Malwina z kosmetycznego pozwoliła mi zostawić z dwadzieścia i jakoś nie kręciła nosem jak ty.

-I bardzo fajne- odparła Aldona, wiedząc, że kosmetyczna zgodziła się dla świętego spokoju i najprawdopodobniej zaraz po wyjściu Marka z salonu jego ulotki trafiły do śmietnika.

-Ale najwięcej wziął ten Chińczyk z restauracji, powiedział nawet, że plakaty rozwiesi w oknie, zaraz koło menu, bo on disco polo lubi i słucha w kuchni.

-Pan Phan, nie jest z Chin, tylko z Wietnamu- poprawiła go Aldona, jednak widząc brak zainteresowania ze strony mężczyzny, szybko dodała- Marek, wiesz, nie chce umniejszać twojego sukcesu, ale wiesz, że on najpewniej przyjął twoje ulotki ze strachu? Boi się, że zrobisz kipisz w jego barze.

-E tam, głupie pieprzenie- odparł- Mam to w dupie czy się mnie boi, czy nie, ważne, że Chińczyk współpracuje, bo jak nie, to wtedy byłby problem, bo to znaczy, że się integrować nie chce…

Aldona pokręciła głową z niesmakiem.

-Ale, ale…- Marek przyjrzał się jej uważnie- Ty do kogoś w gości się wybierasz? Co tutaj robisz?

‘Następny’ pomyślała zirytowana dziewczyna.

-Kumpela tu mieszka, ale chyba nie ma jej w domu.

-Tak? A która? Ta, co swojego życia nie ma i kwitnie całe dnie u ciebie w sklepie? Jak Boga kocham, niektóre laski myślą, że się w czasie zatrzymały i cały czas szesnaście lat mają i za żadną pracę się nie biorą…powinnaś jej za to towarzystwo płacić.

-Niedoczekanie!- Aldona zaczęła powoli spychać Marka w stronę chodnika, obawiając się, że Justyna mogłaby pojawić się znienacka koło nich. Bardzo wstydziła się Beaty, ale zostać przyłapaną w towarzystwie Marka byłoby już wyższym poziomem żenady.

-Nie mogłam się dziś jej ze sklepu pozbyć, myślałam, że od jej paplaniny głowa mi eksploduje.

Marek pokiwał głową ze zrozumieniem. Wyciągnął w jej stronę paczkę papierosów. Dziewczyna, dziękując ochoczo poczęstowała się jednym.

-No to, co to za koleżanka co?-zapytał Marek, wolno sunąc za Aldoną, która próbowała jak najszybciej oddalić się od klatki schodowej Justyny.

-E tam taka jedna, do klasy w ogólniaku ze mną chodziła, właściwie to się słabo znamy.

-Ale czy ja ją znam?- zaśmiał się Marek- Czy ostała się jakaś nieszczęśnica, która nie zaznała ode mnie przyjemności?

-Marek, mało ci dzieci porobionych z przypadku?- Aldona nie czekając na rubaszną odpowiedź szybko zapytała- Jacek w domu?

-Chyba tak- Marek wzruszył ramionami- Co będziecie się godzić?

Aldona wywróciła oczami:

-Nie, jutro wychodzę na imprezę i Alana chcę mu zostawić.

Ruszyła z Markiem w stronę ich domu. Zapominając na chwilę o Justynie, przypomni sobie o niej przed snem i będzie na przemian powracać do tamtego lata i tej zimnej, krótkiej rozmowy, która miała miejsce dziś w sklepie. A potem zaśnie i może w snach będzie próbowała się z nią spotkać. Potem znów zapomni i przypomni sobie o niej po trzecim drinku w Paradisie i już przez resztę nocy nie będzie w stanie dobrze się bawić, jedynie wspominać.

Paulina Krzyżaniak – Niewygodne wspomnienia
QR kod: Paulina Krzyżaniak – Niewygodne wspomnienia