Nie mam przyjaciół, za to mam piękne sny. Bez nich byłbym maszyną. Ludzie nie są przystosowani do życia na jawie, żyją bez odpowiednich organów jak ryby bez skrzeli. Nie chcę być jak oni, ale moja wola jest bezsilna. Przygniata mnie biologiczny i kulturowy głaz, przypominający o przynależności do wielkiej ludzkiej rodziny. Chciało mi się zapłakać, gdy pomyślałem o tym pierwszy raz.

            W ciszy sączyłem słodkie czerwone wino. Napawałem się jego porzeczkowym smakiem pozostającym długo na podniebieniu i wyrazistym zapachem, przywołującym wspomnienie rodzinnego zbierania owoców z pola. Po odłożeniu kieliszka na mahoniowy stolik wino wewnątrz niego zaczęło uśmiechać się rubinowo, by po chwili mienić się różnymi odcieniami czerwieni jak suknia wieczorowa z cekinów. Bal w rytm krwistego wina, tego mi było trzeba.

            Wyczekiwałem wiadomości od profesora Akdroma, mojej ostatniej szansy w wyleczeniu mnie z somnambulizmu. Akdrom był emerytowanym profesorem filozofii, który na koniec kariery zainteresował się psychoanalizą. Dla jego wielu przyjaciół z uczelni ta konwersja była nieodpowiedzialnym wybrykiem starca i haniebnym aktem herezji. Nie przejmował się jednak tymi wypowiedziami, ponieważ dla filozofii już więcej zrobić nie mógł. Swoją przygodę z umiłowaniem mądrości ponoć zakończył słowami: „Bardziej będę obowiązany tym, dzięki których łasce będę mógł zażywać bez przeszkód mego czasu, niż tym, którzy by mi ofiarowali najzaszczytniejsze w świecie stanowiska i godności”.

            W pracy z pacjentami z moim typem zaburzenia snu profesor wykorzystywał autorską terapię polegającą na rozmowie podczas lunatykowania, co często było dla niego wyzwaniem, ponieważ musiał nieprzerwanie dostosowywać się do spontanicznego zachowania towarzyszy –  długie spacery, częste postoje, brak jakiejkolwiek odpowiedzi albo udzielanie ich w nadmiarze były z naszej strony na porządku dziennym, choć w rzeczywistości nocnym.

            Mój przypadek nie był wyjątkowy. Około pierwszej w nocy, nie budząc się, wstawałem z łóżka i po ubraniu się wychodziłem z mieszkania na przechadzkę po mieście. Zawsze dręczyło mnie poczucie, że nie zabrałem ze sobą czegoś ważnego, dzięki temu wracałem i budziłem się, gdy chwytałem za tę rzecz –  mógł to być telefon, zapalniczka, pilot od telewizora, grzebień, ramka ze zdjęciem albo filiżanka z herbatą. O moim zachowaniu podczas snu dowiedziałem się od Akdroma już na pierwszym spotkaniu. Tamtego dnia o godzinie dziewiętnastej miałem wizytę w jego domu. Gdy zobaczyłem się z nim nie był zbyt rozmowny –  jego skrycie i małomówność nie zmieniły się podczas następnych spotkań. Poczęstował mnie kubkiem melisy, wskazał w pokoju gościnnym miejsce do spania i zalecił drzemkę. Położyłem się. Łóżko skrzypiało jak skrzypce w rękach nieudolnego grajka, ale zasnąłem szybko z myślą – co mnie czeka? Kiedy obudziłem się trzymałem nie za konkretną rzecz, a za rękę profesora. On wówczas popatrzył na mnie przenikliwie, nawet z pożądaniem, ale też chłodno, tak jak patrzy się na przedmiot swoich badań. Skinieniem głowy podziękował i wyszedł z pokoju. Dowiedziawszy się wtedy o mojej budzącej się w nocy naturze chciałem wykrzyczeć komuś tę wiadomość. Ale tak naprawdę nie miałem komu. Wśród innych czułem się samotny. To rodzaj samotności oblepiający wszelkie radości smołą obojętności, powodujący wolniejsze bicie serca, przez co człowiek wydaje się apatyczny. Poeci ten stan nazywają melancholią. Różnicą było to, że dla mnie nie był to werset z tomiku poezji a doświadczenie, z którym mierzyłem się każdego dnia.

            Czekałem dalej, cierpliwie jak kot polujący na mysz. Alkohol krążył w moim krwiobiegu już od godziny, zrobiłem się senny, moje powieki opadały jak suche liście z drzew. W półjawie, a może półśnie zadzwonił telefon, była to wiadomość od Akdroma, chciał, abym natychmiast do niego przyszedł. Z trudem podniosłem się i z ciałem jakby z ołowiu ruszyłem do domu profesora. Zamierzałem być u niego o dziewiętnastej, ale nie mogłem dostrzec godziny na cyferblacie zegarka, wskazówki rozjeżdżały się niczym mknące samochody na autostradzie.

            Mężczyzna podparty o metalową laskę czekał na mnie w drzwiach. Dziwił się, że jestem przed czasem. To akurat zrozumiałem z jego słów, bo twarz Akdroma nie zdradzała żadnych emocji. Powiedział żebym udał się do pokoju, w którym spałem ostatnio. Następnie odwrócił się i żółwim tempem zniknął w cieniu korytarza.

            Na podłodze zobaczyłem kartkę papieru – pewnie wypadła staruszkowi, gdy odchodził – była zapisana technicznym pismem, każda litera wyglądała jak odrysowana przy użyciu ekierki.
To co przeczytałem z pewnością dotyczyło mnie: „On jest przeszkodą dla samego siebie. Swoją największą trudnością. Biedak chciałby poczuć się lepiej, ale nie wie jak. Obwinia więc innych, przeklina świat”.

            Było po pierwszej w nocy, kiedy świadomość wróciła do mnie jak uderzenie cegłówki w twarz. Świadomy sen był wynikiem zastosowanej przez Akdroma techniki zakotwiczenia mnie do jego osoby, co pozwoliło mi widzieć przez sen. Szedłem więc obok niego ze świadomym poczuciem, że czegoś zapomniałem. Ahh, ale uwierało to uczucie, nawet bardziej niż w stanach poprzednich, miałem wrażenie połknięcia zestawu igieł, które raniły moje narządy, zwłaszcza żołądek. Po krótkim spacerze przeprosiłem profesora i wróciłem do jego domu, ale nie wiedziałem po co. Z przerażaniem i bez skutku chwytałem coraz to nowe rzeczy. Spałem i wiedziałem, że śpię, ale nie znana była mi rzecz uwalniająca z tego stanu.

            Z zewnątrz usłyszałem wołający mnie głos. Akdrom zachęcał mnie, abym wyszedł i wrócił do swojego mieszkania. Zrobiłem to z niechęcią, wiedziałem, że zostawiam w tym domu kawałek siebie. Jeszcze chwilę spacerowałem ramię w ramię z emerytowanym wykładowcą, po czym on powiedział, że dalej muszę iść sam. Poszedłem. Było mi zimno w stopy.

            Obudziłem się rano na podłodze, obok swojego łóżka. Nie mogłem uchwycić się jednej myśli. Różne obrazy skakały chaotycznie w mojej głowie jak dziecko na trampolinie. Próbowałem wstać, ale zachwiałem się i wylądowałem twarzą w pościeli, byłem jak kłoda. Gdy odzyskałem sprawność ciała i znalazłem się na sztywnych nogach, rozejrzałem się z uśmiechem po pokoju. Od teraz byłem kimś nowym, o dziwo pełniejszym, a jak okazało się po późniejszej rozmowie z Akdromem straciłem tylko parę butów. Chodzenie w swoich butach, jakie to trudne. Dobrze, że po nie nie wróciłem.

Przemysław Głuchowski – Sasza somnambulik
QR kod: Przemysław Głuchowski – Sasza somnambulik