Po części bowiem tylko poznajemy, 
po części prorokujemy. 
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, 
zniknie to, co jest tylko częściowe. 
Gdy byłem dzieckiem, 
mówiłem jak dziecko, 
czułem jak dziecko, 
myślałem jak dziecko. 
Kiedy zaś stałem się mężem, 
wyzbyłem się tego, co dziecięce. 
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; 
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: 
Teraz poznaję po części, 
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.

I List do Koryntian 13;9-12

Tapczan stoi naprzeciw telewizora. Drogę od jednego do drugiego przecina stół. Mam pięć albo sześć lat. Głową sięgam już ponad jego blat. Widzę wyraźnie przedmioty, które się nań znajdują. Potrafię je nazwać, chociaż jeszcze nie tak, jak czynią to dorośli.

Od momentu, w którym pierwszy raz mogłem dojrzeć leżący na blacie pilot od telewizora, szklaną, wiecznie pełną cukiernicę i sztuczny bukiecik, zaczynam czuć, że świat nie jest spójny i jednowymiarowy. Skoro duży pokój w moim mieszkaniu składa się z kilku wymiarów, a cały dom z paru uniwersów, to z jak wielu wymiarów składa się moje przedszkole, miasto albo ulubiony plac zabaw? Jeszcze wielokrotnie przyjdzie mi nad tym rozmyślać, ale, póki co, leżę z rozpalonym gorączką czołem.

Tu i teraz jest dobrze i bezpiecznie. 

Jest już bardzo późno. Nie śpię. Leżymy z mamą na tapczanie. Jest jeszcze młoda i szczupła. Mimo że już wtedy nie można było podejrzewać jej o zadowolenie z życia, jest w dobrym humorze. Ogląda film, którego nie rozumiem. Czuję zapach jej szlafroka i włosów.

Mam pięć albo sześć lat. Jeszcze nie rozumiem tego, że człowiek może być nieszczęsliwym zaledwie w chwilę po tym, gdy osiągnie już wszystko to czego, jak mu się wydawało, pragnął najbardziej na świecie.

W gorączce świat stołowego blatu, świat tapczanu, na którym leżymy z matką, świat naszego, wiecznie zawalonego butami, kurtkami i ojcowymi gratami, przedpokoju wydają się drgać z, tylko im zrozumiałego, podniecenia. Jeszcze nie wnikam w sens i znaczenie tego zjawiska. Wiem tylko, że światy stołowego blatu i tapczanu łączą się w jedno wielkie uniwersum pokoju gościnnego, będącego jednoczesnie sypialnią rodziców.

Każdy ze światów rządzi się swoimi prawami – w jednym panuje prawo umiarkowanego odpoczynku, w drugim prawo wiecznego nieporządku, a w innym prawo umownego bezpieczeństwa.

Małe światy mojego mieszkania przenikają się, nachodzą na siebie i ścierają. Czasem wyraźniej niż dziś czuję ich drżenie. My jesteśmy gdzieś pośrodku, starając się im nie przeszkadzać.

Zrozumiałem to w momencie, kiedy pierwszy raz sięgnąłem głową ponad świat stołowego blatu, w sypialni moich rodziców. Miałem pięć albo sześć lat. Wtedy mnie to jeszcze nie przerażało – zaakceptowałem wszystko bez sprzeciwów. Naturalnym było, że chciałem światów tych poznać i dotknąć jak najwięcej. Czy powiedziałem o tym rodzicom? Nigdy. Ta wiedza wydawała mi się czymś wstydliwym, czymś za co mógłbym zostać skarcony.

Zresztą, nigdy o nic nie pytałem dorosłych. Zwyczaj ten zachowałem do końca życia. Przeczuwałem, że życie, w całej swojej misternej konstrukcji, da mi się poznać samo, tylko później, tak jak poznaje się ukochaną osobę – nie szczędząc radości, uniesień, ale i rozczarowań.

Jeszcze nie rozumiem tego, że niedługo dorosnę. Zawisnę wtedy między dwoma światami – światem pamięci o tym, co rzeczywiście się wydarzyło a światem półpamięci, składającym się ze zlepków koszmarnych i absurdalnych majaków.

Droga między tapczanem a telewizorem zaczyna szarzeć. Głos lektora zamkniętego za wypukłym ekranem wije się po całym pokoju. Rwąc się i tracąc na sile, wpełza za meblościankę, pod fotel i stojącą w rogu tuję, z szelestem wnikając w ich światy. Dosłownie widzę, jak przyjemny głos mężczyzny w garniturze, deklamujący beznamiętnie o strajkach w kopalniach, podwyżce cen masła i ropy, osiada na soczystych liściach tuji. Obiecuję sobie, że rano zajrzę pod kaloryfer, czy tam też go nie ma.

Chwilę później telewizor gaśnie. Matka przykrywa mnie kołdrą i dotyka mojego rozpalonego gorączką czoła. Słyszę trzy obroty zamka w drzwiach wejściowych. To pewnie tato.

Będzie to ostatnia rzecz jaką zapamiętam. Później nic już nie będzie takie pewne. Zasypiam.

***

Pot zalepia mi oczy. Może lepiej ich nie otwierać? Ostatnim co zobaczę będzie, mająca kształt rozpalonego młota hutniczego, pięść mojego ojca. Wrzaski i wycie w obcym mi języku przepełnią mnie nieznanym dotąd strachem. Wiem, że tak samo będę się bał siedemnaście lat później, kiedy pewnej nocy na mojej piersi usiądzie strzyga, którą zrzucę z siebie zanim zdąży uczepić się moich włosów i wejść mi do głowy. Wtedy po raz pierwszy wybiegnę przez zamknięte szklane drzwi.

Matka zachęca go, żeby mnie bił. Jest naga i podniecona. Jej włosy płoną, poskręcane chęcią gwałtu.

– Uderz, uderz! – krzyczy, klnąc i bluźniąc.

Wydaje wyrok. Zdaje się tańczyć i klaskać.

Ojciec zmienił się nie do poznania. Zamiast dłoni widzę rozpalone do czerwoności młoty hutnicze, a z brzucha bije żar setek tysięcy pieców. Jego twarz nie wyraża emocji.

Chcę krzyknąć „tato”, ale słowo to więźnie mi w gardle. Już nawet nie jestem pewny, czy ten człowiek, który zaraz mnie skrzywdzi, to ten sam, który bierze mnie w ramiona, albo kładzie na swoim brzuchu, podczas gdy bawi się ze mną albo uczy nowych piosenek.

Uderzenie hutniczego młota i jego buchającego, wszechogarniającego gorąca zmywa sprzed moich oczu wszystkie światy. W jego huku niknie blat stołu, telewizor i rozwrzeszczana matka.

Budzę się, choć od tego momentu wydaje mi się, że jakaś część mnie już na zawsze będzie spać – rozgorączkowana i zawinięta w kołdrę, czekając na drugi cios.

***

Nigdy nie zapytałem rodziców o wydarzenia z tamtej nocy. Podświadomie czułem, że nie powiedzieliby mi prawdy, odgradzając się od niej drwiną i śmiechem, albo zarzucając mi zbyt wybujałą wyobraźnię.

Nie ufałem im – każdej nocy, przed snem, uważnie spoglądałem na dłonie mojego ojca i jego brzuch, szukając na nich śladu tamtej nocy. Z biegiem lat, brzuch rzeczywiście stanie się podobny piecowi hutniczemu, ale dłonie zmarnieją, zwiotczeją i stracą siłę, która tak mnie niepokoiła przez kolejne lata. Włosy mojej matki również przestaną się wić i skrzyć blaskiem młodości.

Przez następnych piętnaście lat będę próbował dośnić to czego nie dośniłem wtedy.

Każda bezsenna noc będzie moim utrapieniem, zaś każda gorączka będzie nadzieją, że znów wniknę w świat tego pociągającego absurdu. Tym razem jednak będę gotowy i nie tak bezbronny jak wtedy.

Żyję już tylko tym. Nie znam innego życia.

Uważnie obserwuję światy. Dla niektórych z nich stanę się demiurgiem, ich ostatecznym sprawcą i wykonawcą. Zachłannie ujarzmię kosmos swojego pokoju, wraz z jego wszystkimi światami (biurkiem, łóżkiem, szafkami). Staram się go nie opuszczać, jeśli nie muszę. Innych uniwersów się boję, nie mam w nich mocy, jestem intruzem i świadomość tego, każe mi być w nich ostrożnym.

Tak jest z piwnicą (w której wciąż przesiaduje mój ojciec) i z dużym pokojem. Wiem, że nie są dla mnie gościnne, muszę ważyć wypowiadane w nich słowa i uważać na każdy ruch, czy bodaj najmniejszy gest. To co będę w nich szeptać, one ogłoszą na rogach ulic, a to co wykrzyczę, one zatają. Zdrada kryje się w każdej ze ścian, w każdym przedmiocie i meblu, a ja muszę zręcznie między nimi lawirować.

Innych światów nie chce znać, ku zmartwieniu wszystkich, którzy mnie otaczają.

***

Piętnaście lat później obudzę się nie bardziej dorosły niż wtedy, kiedy zrozumiałem, że światy przenikają się, nachodzą na siebie i się ścierają.

 Przez następnych trzydzieści lat będę próbował dośnić zadany mi ból. W tym czasie zdążę pochować rodziców (nawet przed śmiercią żadne nie zająknie się na temat tego wydarzenia), dwukrotnie się ożenić, a nawet mieć dzieci.

Umrę niespodziewanie. W nocy. Zostawiając świat mojej sypialni, świat wnętrza ud mojej żony i bezpieczne światy pokojów swoich dzieci na pastwę innych, obcych dla mnie światów.

Część mnie, która przez tyle lat spała, rozgorączkowana i zawinięta w kołdrę obudzi się na moment, by przyjąć drugi cios. Po nim będzie już tylko kojące drganie wszystkich światów.

Tarnowskie Góry
12.11.2018
Szymon Bryzek – Febris
QR kod: Szymon Bryzek – Febris