Cześć 1

Do miast przybywa sonata o zachodzie słońca.
Maszerują małe armie w rytm ucichających bębnów.
Wieżowce poddają swoje wysokie ściany czarnym bastionom czerwonego zachodu.
               Rzucają prostopadłe szczyty daleko w poprzek mieniających się srebrnych    
               trójkątów gwiazd i ulic.
A kto je zbudował? Kto stworzył drapacze chmur?
Człowiek je stworzył, mały dwunożny błazen, Człowiek.
               Z jego głowy, snu, kawałka podstępnego nieba,
               Z wspaniałych małych diagramów, które tańczyły cicho w jego głowie - 
               człowiek stworzył drapacze chmur.
Dwiema rękami, łopatami, młotami, taczkami, z silnikami, przenośnikami, gwizdkami sygnalizacyjnymi, z dźwigarami, formami, stalą, betonem komorowym-
Wspinając się po rusztowaniach i szalunkach, na ruchomych belkach, dyndających w powietrzu, wołają, - chodźcie, chłopaki --
Człowiek wybudował wieżowce.

Kiedy jeden wysoki wieżowiec zostanie zburzony,
Aby zrobić miejsce dla wyższego,
Kto go burzy i kto stawia następny?
Człowiek… ten niewielki, dwunożny błazen… Człowiek.


Część 2

„W ich wzgórzach jest złoto”

Mówili starzy pionierzy siedząc na swoich furmankach
na których było nabazgrane:
Pike’s Peak or Bust.
Góry Skaliste są ułożone wysoko na linii horyzontu.
Wschód i świt obmywają je każdego ranka,
Czerwone pióra zachodzącego słońca blakną na różowo

A więc,

Właśnie,

Fakty są faktami, przybite, utwierdzone na stałe.
Fakty są piórami, pianą, fata morganą.

Niagara jest rzeczywistością lub małym drozdem lecącym nad wodospadem.
Śpiewa sobie. Co tu mamy?

A jak to się stało?

Kamienne garby starych gór,
Uginają się i podnoszą linię do nieba.
Zachody słońca chodzą z długimi cieniami.

Sześciu cylindrowy zdobywca

zapyta się,
Która godzina?

Kim byli Aztekowie i
Zunis jak by nie było?

Co mnie obchodzi Cahokia?

Dokąd idziemy?

Jakie są fakty?


Część 9

Stal, węgiel, ropa, testowanie cylindra stają się rzeczywistością, dominują,
Uprzywilejowane stanowiska z ambasadorami świata.
Między dwoma brzegami pojawia się szybka plecionka z krwi i kości,
               nerwów i tętnic, drogi kolejowe i samochodowe, pasy startowe i lotniska,
               tunele, przewody, odbiór transmisji na wysokich i niskich
               częstotliwościach odbiorników.
Konduktorzy wołają All Aboard do podróży kontynentalnej od wybrzeża
               do wybrzeża, a turyści zapłacą za benzynę cienkiej puszki i podążają za
               migrującymi ptakami.
Betonowe szosy pękają nieustanie pod oponami ciężarówek o wadze dwóch ton,
               dziesięciu ton - a betoniarki mają brzuchy wypełnione żwirem, 
               są gotowe do prac naprawczych.
Rozmowa toczyła się o -- bawełniowcu, niewypałach na polach naftowych,
               omacnicy prosowianki, nieudacznikach w kongresie, inwestycjach
               w rolnictwo, Ku Klux, jeleń rodzi się co minutę, agitujących sprzedawcach
               i gadających sprzedawcach —
Dyskusja dotyczyła fali morderstw, mordercach chłopca, dwóch kobiet
i mężczyzny, dwóch mężczyzn i kobiety, przemytnikach, burdach piwnych 
               i te groźne walki gangów, oberwania chmur, tornada, powodzie, 
               kanały wodny od Wielkich Jezior do Zatoki, tamie w Bouder—
Najnowsze utwory grane są od Broadwayu aż na zachód kraju - najnowsze filmy z
               Hollywood ruszą na wschód na cały kraj - w milionach domów ustawiają                       
               radia i słuchają przebojów jazzowych, klasyki, przemówienie prezydenta
               w Waszyngtonie, walki mistrzów wagi ciężkiej, symfonie starych mistrzów.  
                      

Część 10

Głosy ludzkości mówią: spójrzcie sobie w oczy - kim jesteście,
            kto ty jesteś? powiemy ci - oto jest najnowsze - to jest to, co zrobił Człowiek
            dziś w pawilonie czterech wiatrów, na łukach kuli ziemskiej—
Zakurzone czerwone słońce zachodzi, sportowe strony wciągają, podpowiadają,
            skreśl wyniki, skandale --- zdjęcia umierających mistrzów,
            nowych pretendentów, świeżych kandydatów wzywających konkurencję --
            lotników latających poprzez ocean, zwycięzców i przegranych, nowych 
            i starych wybrańców losu.

Losy grających w kości podobne są do siebie, wielki
           Dick lub wężowe oczko, w środku nocy, równowaga,
           kurczak jednego dnia, a pióra następnego,
           prawdziwa historia jak jesion może stać się
           werandą i vice versa.


Cześć 12

Najpierw przychodzą pionierzy, wychudzeni, głodni, wciekli, brudni.
Awanturują się, łapią się za łby z żywiołami.
Stawiają na jedną kartę, plony, febrę, gorączkę, reumatyzm.
Prowadzą wojny i nanoszą na mapę państwo.
Walczą z zamieciami, wszami, wilkami.
Wykopują topór wojenny
Przygotowują ziemię dla nadchodzących milionów.

Potem nadchodzą tłuste lata, kiedy tłuszcz kapie.
Wtedy przychodzą bogacze, oszołomieni swoim bogactwem,
Oszołomieni milczeniem ich wielkich bogactw.
Wtedy przychodzą starożytni heroldzi, desperackiej drwiny.

               Napchaj swoje kiszki
               pokaż co potrafisz
               jaki jesteś mądry i bogaty;
               kiedy umrzesz, nie żyjesz
               i nie ma powrotu
               nawet nazwiska –
               karm, och świnie, karm, och wieprze.

Weterani, sól ziemi, tacy dobroduszni,
Weterani, brud odpada od stóp i dni.
Stare czasy żwiru i lepkiej ziemi,
Weź je z powrotem uprzejmie
Weź te świnie, te wieprze,
Kości ich i ich braci płowieją w żółtej patynie czasu.


Część 16

Cicha litania robotników ciągnie się dalej –
Prędzej, prędzej, jesteśmy twórcami szybkości.
Budujemy latające, ryczące silniki,
Sprzęgła, hamulce i osie,
Przekładnie, zapłony, akceleratory ,
Szprychy i sprężyny oraz amortyzatory.
Cicha litania robotników ciągnie się dalej –
Prędzej, prędzej, jesteśmy twórcami szybkości;
Osie, sprzęgła, dźwignie, łopaty,
Ustawiamy znaki i wylewamy drogi –
                Prędzej, prędzej.

Drzewa degradujemy do naszych narzędzi,
Rzeźbimy w drewnie tak jak się nam podoba.
Skomlący śpiew śmigłowca na niebie,
Ciężki warkot ciężarówki na lądzie,
Pochodzi z naszych rąk; nas; twórców prędkości.

Prędkość; turbin przepływających Wielką Kałużę,
Każda nakrętka i śruba, każdy pasek i śruba,
Każdy dopasowany i obracający się wałek,
Pochodzi od nas, twórców,
My, którzy wiemy jak,
My, wysoko wykwalifikowani projektanci i mechaniczne przekaźniki,
My, z głowami,
My, z rękami,
My w długich poszukiwaniach, krótkich olśnieniach,
Jesteśmy twórcami; wińcie nas za to –
Twórców szybkości.


Chicagowski wieżowiec

W dzień wieżowiec jawi się w dymie i słońcu i ma duszę.
Preria i dolina, ulice miasta, ludzie wlewają się i mieszają się pomiędzy dwudziestoma piętrami i znowu się wylewają na ulice prerie i doliny.
Mężczyźni i kobiety, chłopcy i dziewczęta wchodzą i wychodzą
przez cały dzień, oni nadają budynkowi duszę
marzenia i myśli i wspomnienia.
(Wybudowany na pustyni lub porzucony w morzu
kto by się nim przejmował wymawiał jego nazwę lub poprosił
policjanta o wskazanie drogi do niego?)
Windy ślizgają się po szynach i przewodach
przenoszą listy i paczki a żelazne rury gaz, wodę i ścieki.
Przewody rozsyłają tajemnice, światło i słowa,
opowiadają o strachach, zyskach i miłościach –
przekleństwach ludzi zmagających się z planami biznesowymi
i pytaniami kobiet w intrygach miłosnych.
Godzina po godzinie kesony sięgają do skały
fundament trzyma budynek na obracającej się planecie.
Raz po raz dźwigary pełnią rolę żeber, wyciągają ręce ściskają razem
kamienne ściany i podłogi.
Godzina po godzinie ręka murarza z zaprawą tynkuje kawałek
po kawałku to czemu architekt nadał kształt
Godzinę po godzinie słońce i deszcz, powietrze i rdza,
i presja czasu biegającego przez stulecia,
bawi się w budynki wewnątrz i na zewnątrz korzysta z niego.
Ludzie, którzy wbijali słupy, mieszali zaprawę, leżą w grobach,
gdzie wiatr gwiżdże dziką piosenkę bez słów
Podobnie mężczyźni, którzy naciągali kable i zakładali rury i przewody i ci,
którzy widzieli, jak rośnie piętro po piętrze.
Tutaj są wszystkie ich dusze, nawet pomocnika murarza
stojącego w drzwiach setki kilometrów stąd oraz murarza
który trafił do więzienia stanowego za zastrzelenie człowieka
podczas bójki pijackiej.
(Jeden człowiek spadł z dźwiga i złamał sobie kark nurkując
prosto w glebę – on tutaj jest – jego dusza weszła do kamieni budynku).
Na drzwiach z piętra na piętro – setki nazwisk i każde nazwisko ma
Wypisane na twarzy podobiznę zmarłego dziecka, namiętnego kochanka,
kogoś z ambicjami o firmie wartej milion dolarów
lub kogoś mającego łatwe życie, jedzącego homary.
Za drzwiami z nazwiskami, wszyscy pracują, milczą
Jak ściana z pokoju do pokoju
Stenografowie za dziesięć dolarów tygodniowo odbierają listy od
urzędników korporacji, prawników, inżynierów wydajności,
tony listów jest odprawianych z tego budynku do wszystkich krańców ziemi.
Uśmiechy i łzy każdej dziewczyny z biura stają się duszą budynku
tak samo jak rządy mężczyzn-szefów, nim zarządzających.
Palce zegarów wskazują południe i każde piętro
wysypuję swoich mężczyzn i kobiety, a ci idą na lunch.
Po koniec dnia spada tempo i praca idzie wolniej,
ludzie zaczynają zbierać się do domów.
Piętro po piętrze pustoszeje, ubrani w mundury windowi odeszli.
Wiadra brzęczą, sprzątaczki pracują, rozmawiają w obcych językach.
Szczotki i woda, mopy wycierają podłogi z ludzkiego kurzu i śliny,
brudu maszyn z całego dnia.

Elektryczny napis na dachu słowami informuje ludzi i domostwa
znajdujące się daleko, gdzie można kupić rzeczy.
Przemawia aż do północy.
Ciemność na korytarzach. Echo dudni. Cisza głucha… Strażnicy chodzą
powoli z piętra na piętro sprawdzają drzwi.
Rewolwery wybrzuszają kabury na biodrach… stalowe sejfy stoją w rogach.
Pieniądze są w nich ułożone.
Młody stróż opiera się o okno i widzi światła barek przepychających się
przez port, sieć świateł latarń czerwonych i białych na torowiskach kolejowych,
gęsty mrok pocięty liniami bieli i plamami skrzyżowań i kęp drzew
nad śpiącym miastem. Nocą majaczący wieżowiec w dymie i blasku gwiazd
ma duszę.


Burmistrz miasteczka Gary

Zapytałem się burmistrza miasteczka Gary o 12-godzinny dzień i 7-dniowy tydzień.
Burmistrz Gary odpowiedział, że więcej robotników kradnie czas pracy w Gary niż w jakimkolwiek innym miejscu w Stanach Zjednoczonych.
„Idź do fabryk, a zobaczysz mężczyzn siedzących bezczynnie – maszyna robi wszystko” – powiedział burmistrz Gary, gdy zapytałem go o 12-godzinny dzień i 7-dniowy tydzień.
Miał na sobie fajne kremowe spodnie, burmistrz miasteczka Gary i białe buty, a fryzjer umył mu włosy szamponem i skropił wodą po goleniem, a on był miły i nieugięty, chociaż rządowy termometr z biura pogodowego pokazywał 96 F stopni ciepła, a dzieci moczyły głowy w bulgoczących hydrantach strażackich na rogach ulic.
Pożegnałem się z burmistrzem miasteczka Gary i wyszedłem z ratusza i skręciłem za róg Broadwayu.
I widziałem robotników, ubranych w skórzane buty skąpane w ogniu i żużlach, podziurawione małymi iskierkami topionej stali,
Niektórym masę mięśniową wokół łopatek stwardniała jak surówka, mięśnie przedramienia były z blachy stalowej i wyglądali jak mężczyźni, którzy gdzieś byli.

Gary, Indiana, 1915.


Potomek Rzymian

Makaroniarz łopaciarz siedzi przy torach,
wcina na drugie śniadanie chleb z bologną.
Pociąg przeleciał obok, mężczyźni i kobiety
jedzą befsztyk polany brunatnym sosem,
truskawki w śmietanie, rurki z kremem, kawa,
na stołach czerwone róże i żółte żonkile.

Makaroniarz łopaciarz zjadł swą suchą kanapkę,
obmył się w kuble nosiwody
i wrócił do drugiej połowy 10-godzinnego dnia pracy.
Tyra nad drogą, aby róże i żonkile
nie trzęsły się w wysmukłych szlifowanych wazonach
stojących na stołach wagonów restauracyjnych.


Rosół

Widziałem sławnego człowieka wcinającego rosół.
Oczom swoim nie wierzyłem, on wiosłował łyżką
tłustego rosołu prosto do ust.
Nazwisko jego było tego dnia w gazetach
Zapisane w tłustych czarnych nagłówkach
I tysiące ludzi mówiło o nim.

Kiedy go zobaczyłam,
Siedział pochylony nad talerzem
Z wiosłującą łyżką prosto do ust.


Strefa ruchu

W mroków krzyżujących się dwóch ulic,
Kobieta czai się i czeka
Aby przejść, gdy policjant wyrasta przed nią.
Uśmiecha się krzywym uśmiechem umalowanej twarzy,
Wynędzniałych kości policzkowych, zrozpaczonych oczu,
Całą noc oferuje przechodniom, to co chcą.
Pomięte piękno, zwiędło ciało, wymagania ulotniły się,
I nie ma amatorów na ich wdzięki.


Roznosiciel lodu

Znam roznosiciela lodu, który ubiera flanelową koszulę
z guzikami z perłowej masy wielkości dolarówki,
taszczy stu funtowy kawał lodu do lodziarki w szynku,
aby schłodzić szynkę i chleb pszeniczny.
Barmanowi mówi na odchodne z głową w chmurach i parą
twardy pięści, że jest cieplej niż wczoraj,
ale jutro będzie jeszcze cieplej, jak Bóg miły,
Wydaje każdej soboty dolara lub trochę więcej
na kobietę stu kilową, która zmywa talerze w Hotelu Morrisona.
Wspomina czasy, gdy zakładano związki, złamał wtedy nosy
dwóm łamistrajkom i poluzował nakrętki kół sześciu wagoników z lodem,
więc pewnego poranka zobaczył lód topniejący na ulicy.
Jednak było mu głupio, gdyż jeden z łamistrajków pogryzł mu
kostki prawej pięści, krwawił, gdy przyszedł do salonu opowiedzieć
o tym chłopakom.


Populacja wzrasta

Świeżo skoszone siano pachnie, wiatr równiny uczynił z niej
kobietę mająca żebra o sile wzgórza, ręce jej lubiły pracę,
i była miłość do życia w jej łonie.
Ona i jej chłop przepłynęli ocean a upływające lata znaczyły
na ich twarzach kłótnie z właścicielem domu i sklepikarzem,
gdy ich sześcioro dzieci grasowało się na bruku i buszowało
po śmietnikach.
Jedno z ich dzieci wykaszlało swe płuca, dwoje innych ma
problemy z migdałami i nie mogą mówić ani biegać jak ich matka,
jedno jest w więzieniu, dwójka następna ma pracę w fabryce pudełek.
Składając kartony zastanawiają się, co to jest
sukces życiowy, nieśmiało myślą o nim, gdy
pierwsze podmuchy wiosny nadchodzą lub gdy
zielone lato przechodzi w brąz:
Nie wiedzą, że to zapach świeżo skoszonego siana woła
wraz z wiatrem z równiny, modlą się za nich, aby ponownie
chwycili swoje życie w ciężkie ręce z furią.


Cebulowe dni

Pani Gabrielle Giovannitti chodzi ulicą Peoria
każdego poranka o dziewiątej rano
z wiązką drzewa na podpałkę na głowie, oczy jej
patrzą pod nogi, aby stare stopy stawiały pewne kroki.
Jej synowa pani Pietro Giobannitti, której mąż został zabity
podczas eksplozji w tunelu spowodowanej przez
nieostrożnego kolegę,
pracuje dziesięć godzin dziennie, czasami dwanaście, zbierając
cebulę dla Jaspera na Bowmanville road,
jedzie tramwajem o wpół do szóstej rano.
Pani Pietro Giovannitti tak robi.
Wraca z pracy z gotówką za każdy przepracowany dzień
pomiędzy dziewiątą a dziesiątą wieczorem.
W ostatnim tygodniu miała osiem centów za pudełko, Pani
Pietro Giobannitti zbiera cebulę dla Jaspera,
ale w tym tygodniu Jasper opuścił cenę do sześciu centów za pudełko,
ponieważ wiele kobiet i dziewcząt przyszło
do pracy w związku z ogłoszeniem w Daily News.
Jasper należy do kościoła Episkopalnego w Ravenswood
i niektórymi niedzielami
z przyjemnością wyśpiewuje Wyznanie Wiary ze swoimi córkami,
ma je po swoich bokach.
Jeśli kaznodzieja powtórzy stare kazanie z poprzedniej niedzieli,
myśli Jaspera wędrują po jego 700-akrowym polu, zastanawia się wtedy,
jakby tu produkcję uczynić jeszcze bardziej opłacalną.
I czasami spekuluje nad tym, czy mógłby dodać słowo w
ogłoszeniu w Daily News, aby zwerbowało mu więcej
kobiet i dziewcząt do pracy na farmie i obniżyło koszty własne.
Pani Pietro Giovannitti jest daleka od tego, aby rozpaczać nad życiem,
jej radością jest dziecko jeszcze nie narodzone, które przybędzie
za trzy miesiące.
Tak się mają sprawy Giobannitti dzisiaj, ale są jeszcze inne,
o których moglibyśmy porozmawiać jutro.
I o tym, jak niektórzy poszli zimowego poranka z koszykiem
po fasolę i płatki owsiane, i molassę do powiatowej opieki społecznej.
Słyszę, jak któryś z kolegów mówi, że to się nadaje na powieść lub
nawet mogłaby być z tego dobra sztuka teatralna.
Mówię, że nie ma takiego dramaturga, co mógłby starą panią
Gabrielle Giovannitti przedstawić w sztuce z wiązką drzewa
na podpałkę na głowie idącą ulicą Peoria
o dziewiątej rano.


Mag

Jak Boga kocham, chciałbym nigdy cię nie spotkać, Mag.
Chciałbym, abyś nigdy nie rzuciła pracy i poszła ze mną.
Chciałbym, abyśmy nigdy nie załatwili papierów i białej sukni,
aby wziąć ślub w dniu, w którym poszliśmy do pastora
mówiąc mu, że nie opuścimy siebie nawzajem w potrzebie
i będziemy się kochać zawsze i wciąż jak długo będzie słońce i deszcz.
Tak, teraz chciałbym, abyś mieszkała gdzieś daleko stąd,
a ja byłbym dziadem wśród dziadów tysiąc mil stąd
bez grosza przy duszy.

Chciałbym, aby nasze dzieci nigdy się nie narodziły.
I czynsz, i węgiel, i odzież, za którą się płaci,
i sklepikarz wołający za gotówką.
Każdego dnia kasa za fasolę i śliwki.
Jak Boga kocham, chciałbym nigdy cię nie spotkać, Mag!
Chciałbym, aby nasze dzieci nigdy się nie narodziły!


Witryna sklepowa

Człowiek z lombardu zna głód,
Wie, że głód pożre każde serce
Tego, co przyszedł ze starą pamiątką.
Oto obrączki i bransoletki dziecięce,
Broszki i spinki, podwiązki wysadzane klejnotami,
Staroświeckie noże z inkrustowanymi rękojeściami,
Stare zegarki ze złota i srebra,
Stare monety wytarte palcami.
Opowiadają historie.


Młode robotnice

Młode robotnice rano idą do pracy, długie ich szeregi
zmierzają do sklepów śródmieścia i fabryk,
tysiące ich z drugim śniadaniem pod pachą zawiniętym
w gazety na kształt małych cegiełek. Każdego poranka,
kiedy przechodzę przez tę rzekę życia młodych kobiet,
odczuwam ciekawość, dokąd to wszystko zmierza,
wiele z nich jest w kwiecie wieku, uśmiech czerwonych
ust, wspomnienia nocnych tańców, zabaw, spacerów
mają w oczach.
Zielone i szare nurty, płyną obok siebie w rzece, w niej
są zawsze też inne, te, które są ponad wszystkimi,
kobiety znają koniec ryzykownego życia, jego sens
i treść, i tancerzy, i ręce wokół ich bioder,
palce bawiące się włosami.
Na twarzach jest napisane: – „Wiem wszystko, wiem, gdzie
młodość i śmiech się podziewają i mam wspomnienia”,
stopy ich poruszają się wolniej i one mają tam mądrość,
gdzie inne piękność.
Tak więc młodość i starość wychodzi wczesnym rankiem
na ulice w śródmieściu.


Jack

Jack był smagły, zuchwały sukinsyn.
Pracował przez trzydzieści lat na kolei
dziesięć godzin dziennie,
a jego dłonie były twardsze od podeszwy.
Ożenił się z mocną kobietą, mieli ośmioro dzieci,
kobieta umarła, dzieci dorosły,
poszły na swoje, pisały raz na dwa lata.
Umarł w przytułku siedząc na ławce w słońcu,
opowiadał wspominał przy innych mężczyznach,
którym żony umarły, a dzieci rozproszyły się.
Radość na jego twarzy była, gdy umarł, radość była
na jego twarzy gdy żył,
był smagły zuchwały sukinsyn.


Krzykliwy sprzedawca ryb

Znam Żyda, krzykliwego sprzedawcę ryb z ulicy Maxwell
z głosem podobnym do północnego wiatru
wiejącego ponad ścierniskiem kukurydzianym w styczniu.
On tak kręcił śledziem przed nosem przyszłego klienta,
okazując radość identyczną z tą od tańca Pawłowej.
Jego twarz jest twarzą człowieka bardzo
szczęśliwego sprzedawcy ryb,
bardzo go to cieszy, że Bóg stworzył ryby i klientów
po to, aby on mógł wykrzykiwać o zaletach towaru
ze swego ręcznego wózka.


Para

On był w Cincinnati, ona w Burlington.
On był w grupie zakładającej linie telefoniczne.
Ona szorowała garnki w zajeździe.
– Samotność jest straszna – pisała do niego.
– Tutaj jest tak samo – odpisał jej.
Zima minęła, wrócił i się pobrali,
ale burze przewróciły słupy telefoniczne,
a przewody popękały na mrozie
musiał wracać.
I raz jeszcze napisała do niego:
– Samotność jest straszna.
A on odpisał raz jeszcze:
– Tutaj jest tak samo.
Ich pięcioro dzieci chodzi do szkół publicznych.
On głosuje na republikanów i płaci podatki.
Znają tych, którzy uważają ich za prawych obywateli
Ameryki, żyjących uczciwym życiem.
Wiele rzeczy, które innym przeszkadzają, im nie przeszkadza,
oni mają pięcioro dzieciaków i są parą,
parą ptaków na każde wołanie sobie odpowiadającą.
Na pewno, gdy on wyjedzie, ona napisze:
– Samotność jest straszna.
A on błyskawicznie odpowie:
– Tutaj jest tak samo.
To są dawne czasy, gdy on był w grupie zakładającej
linie telefonicznie w Cincinnati, a ona szorowała garnki
w zajeździe w Burlington;
Poza tym oni nigdy nie byli sobą znudzeni: oni są parą.


Gotowy, aby zabić

Przez dziesięć minut na to patrzę.
Byłem tutaj wcześniej i zastanawiałem się nad tym.
To jest w brązie pomnik sławnego generała
jadącego na koniu, z flagą, mieczem i rewolwerem.
Chcę rozwalić go na drobne kawałki,
pociąć i oddać na złom.

Mówię to otwarcie:
przetopi się to, a wtedy rolnik, górnik,
sprzedawca, robotnik, strażak i teamster
będą upamiętnieni w brązie,
wyrzeźbi się ich podczas pracy,
robiących coś do jedzenia, coś do ubrania.

Postawmy kilka kompozycji z sylwetek
pod niebem w parku
pokazując prawdziwych siłaczy, którzy
wykonują prace tego świata, karmią ludzi
zamiast ich zabijać.

Być może wtedy, jak się tutaj zatrzymam,
z łatwością spojrzę na tego generała armii
trzymającego flagę na wietrze,
jadącego na złamanie karku na koniu,
gotowego zabić każdego, kto stanie na jego drodze,
gotowego puścić krew, wypruć flaki z człowieka
na zielonej soczystej trawie prerii.


Cmentarz Graceland

Kciuk milionera, multimilionera,
Szanowni Państwo,
miejsce umarłych, w którym wydają każdego roku
lichwę w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy dolarów
na utrzymanie grobu i kwiaty,
aby mieć świeże wspomnienie o umarłym.
Kupiec, książę obróceni w proch
polecili w swych spisanych ostatnich wolach,
podpisanych ich nazwiskami,
wydać dwadzieścia pięć tysięcy dolarów na
róże, lilie, hortensje, tulipany,
na perfumy i upiększenia, słodkość pamięci
wokół ich ostatniego podłużnego domu.

(Sto rozpustnic chce pięćdziesięciocentówkę, aby pójść do kina
dzisiaj wieczorem. Na zapleczach stu salonów kobiety przy stołach
piją z mężczyznami lub czekają na brzęczące srebrne dolarówki w kieszeniach.
W setkach umeblowanych pokoi są dziewczyny sprzedawczynie jedwabiu
lub pięknych strojów, lub wyrobów ze skóry, pracują za sześć
dolarów tygodniowo. A gdy porankiem zakładają pończochy, mają gdzieś
Boga, gazety, policję i to, co o nich mówią ludzie i jak je nazywają).


Rząd

Rząd – słyszałem o Rządzie,
poszedłem sprawdzić go. Powiedziałem przyjrzę mu się
bliżej gdy go zobaczą.

Widziałem policjanta ciągnącego pijaczka do
ciupy. To była akcja rządu.

Widziałem radnego wślizgującego się do biura sędziego,
aby pogadać z nim z rana. Później tego samego dnia sędzia
uwolnił z zarzutów kieszonkowca, który pracował dla
radnego. Znowu widziałem jak Rząd pracuje.

Widziałem milicjantów mieszących z karabinów w tłum
robotników, którzy próbowali powstrzymać innych robotników
aby trzymali się z daleka od fabryki gdzie był strajk.
To była akcja Rządu.
Wszędzie widziałem rząd jako stworze zrobione
z ludzi, rząd ma krew i kości,
wiele gęb szepczących do wielu uszów
wysyła telegramy, mierzy z karabinów, wydaje rozkazy
mówi tak lub nie.

Rząd umiera jak sama jak ludzie, kładzie się do
grobu i następny Rząd jest ludzki, składa się z bicia serca,
ambicji, chytrości a pieniądz tym wszystkim rządzi
pieniądz wzięty i dany, pieniądz ukryty
mówiący ściszonymi głosami.

Rząd jest tak samo tajemniczy i skryty, wrażliwy
jak każdy ludzki grzesznik, dźwiga swoje grzechy,
tradycje i geny przekazywane przez
matki ojców, tam i z powrotem.


Czekałem

Czekałem aż pociąg towarowy przejedzie.
Bydlęce wagony z krowami wstawiającymi rogi
Przez kraty.
Pół tuzina włóczęgów stało na zderzakach
Pomiędzy wagonami.
Cóż, zwierzętom należy się szacunek, pomyślałem.
Każda krowa miała zapłacony transport przez farmera
Wysyłającego ją do rzeźni,
Gdy włóczędzy łamali prawo
Jeżdżąc koleją na gapę.

To przypomniało mi dziesięć dni spędzonych w powiatowym
Więzieniu Allegheny w Pittsburgu.
Skazano mnie chociaż byłem weteranem
Wojny Hiszpańsko-Amerykańskiej.
Przyskrzynili mnie w tej samej celi z starszym mężczyzną,
Murarzem, drobnym pijaczkiem.
Jak się później okazało, też weteranem,
Walczył w obronie Unii i Murzynów.
Siedzieliśmy tam w trójkę, tym trzecim był Litwin
Który pracował w stalowni i upił się w dniu wypłaty-
Wdał się w bójkę z policjantem;
Wszystko to, co miał było na nim; buty, koszula
Spodnie,
Ktoś zabrał mu kapelusz, marynarkę i pieniądze,
Których nie zdążył przepić.


Guziki

Patrzyłem na mapę wojny wiszącej jako reklamówka
w redakcji gazety,
Guziki –czerwone i żółte – niebieskie i czarne guziki – są rozmieszczone
Na mapie wzdłuż i wrzesz.

Śmiejący się mężczyzna o pogodnej twarzy z piegami,
Wszedł na drabinę dowcipnie opowiadając kawał
Komuś w tłumu, przesunął żółty guzik jednego cala na zachód
A za żółtym przesunął czarny guzik jeden cal na zachód.

( Dziesięć tysięcy ciał mężczyzn i chłopców w drgawkach w czerwonej posoce
Wzdłuż brzegu rzeki, z trudem łapie oddech, ranni, wołają o wodę,
Niektórym śmierć zaglądała w oczy).
Kto mógł domyślać się, co przyniesie przesunięcie dwóch guzików na wojennej mapie,
Tutaj w redakcji gazety w której piegowaty młodzieniec uśmiecha się do nas?


Dziewczynko, ostrożnie, co mówisz

Dziewczynko, ostrożnie z tym, co mówisz,
gdy mówisz słowami – słów,
słowa składają się z sylab,
a sylaby, moje dziecko, zrobione są z powietrza,
a powietrze jest tak cienkie, że jest oddechem Boga,
powietrze jest lepsze niż ogień czy mgła,
lepsze niż woda czy promień księżycowy,
lepsze niż lilie wodne o świcie,
              słowa są także mocne,
              mocniejsze niż skały lub żelazo,
silniejsze niż kartofle, kukurydza, ryby, krowy
i są także delikatne, delikatne jak gołębie jajka,
delikatne jak muzyka skrzydeł kolibra,
więc, dziewczynko, gdy składasz życzenia,
gdy opowiadasz żarciki, układasz plany lub modlitwy,
              bądź ostrożna, bądź ostrożna, bądź ostrożna,
              bądź tą, co pragnie być.

przełożył Adam Lizakowski


Carl Sandburg był praktycznie nieznany światu literackiemu, gdy w 1914 roku kilka jego  wierszy wysłanych przez żonę ukazało  się w  magazynie”Poetry” w Chicago. Jego dzieło sławiło  piękno i chwałę  prostej Ameryki jaką znał: farmy, naturę, prerię, przemysł, miasto, krajobraz, kultura i, co najważniejsze, naród amerykański. Po opublikowaniu poematu Good Morning, America w 1928 roku, stał się wieszczem Środkowego Zachodu  wyśpiewując pieśni pochwalne dla ciężko pracujących robotników, farmerów. Troska o  Amerykę i Amerykanów to troska o naturę i człowieka, ale nie wolno zapominać, że jego poezja to potężną krytyka ekonomicznego wyzysku.

Zamieszczone powyżej wiersze pochodzą poematu Good Morning, America, który  w całości składa się 21 części oraz wielu innych tomów. Niektóre  przekłady były wcześniej publikowane w wielu pismach i książkach na przestrzeni ostatnich 25 lat na emigracji i w kraju, np. w tomie pt. Dzieci Gór Sowich (MOK, Piława Górna, 2007) lub w „Kartkach” (Białystok, 2000 nr 23 s. 66, 67). Są też przekłady nowe, nigdzie wcześniej nie publikowane, tłumaczone z myślą o „Helikopterze”, np. Chicagowski Wieżowiec.

Carl Sandburg – Dzień dobry, Ameryko
QR kod: Carl Sandburg – Dzień dobry, Ameryko