Linia nr 1

Istnieje niewątpliwie szaleństwo konieczne, takie
że inną formą szaleństwa byłoby
nie być szalonym szaleństwem wszystkich ludzi

 J.Lacan za B.Pascalem, Sem. T3, r II

„Linia numer jeden łączy wszystkie miejsca zdarzeń, powiedział Pawłow przekraczając próg tramwaju.” – przeczytałem zdanie z notatnika i wydało mi się natychmiast pierwszym zdaniem, chociaż odnalazłem je w jednym z niepierwszych dzienników praktyki, w samej jego połowie, i to w dodatku nie na początku strony, ani na jej końcu, ale w samym półstroniu, pomiędzy dziesiątą a jedenastą linią.

W połowie jednego z setek dzienników praktyki, wyciągniętego na chybił trafił gdzieś ze środka sterty, w jakiej, od bez mała lat dziesięciu, tkwiły, zupełnie niespodziewane zdanie, czytane w przeszłości już tak wiele razy, dopiero teraz uderzyło mnie jako pierwsze, choć nie znajdowało się ani na początku samego zeszytu, ani pośród pierwszych, chronologicznie rzecz ujmując, dzienników, jakie zapisałem drobnym pismem praktykanta pedagogicznego w czasie studiów filologicznych, ale niepozornie gdzieś w półcentrum zapisów wypowiedzi nie tylko samego Pawłowa ale też innych, powierzonych podówczas mojej opiece rezydentów domu pomocy społecznej przy szpitalu psychiatrycznym w mieście Gorzów, gdzie od samego kierownika T., człowieka, którego wszechstronnej wybitności nie sposób tu streścić, otrzymałem zadanie przewiezienia tramwajem, jaki nie bez powodu okazał się tramwajem linii numer jeden, kilkorga osób z oddziału zamkniętego do teatru imienia Osterwy.

Od nazwiska Osterwy nosi nazwę najstarszy teatr miasta Gorzów, a od nazwy teatru imienia Osterwy przejmuje swą nazwę przystanek przy teatrze imienia Osterwy, gdzie należy wysiąść, jeśli podróżuje się tramwajem linii numer jeden z zamiarem udania do teatru imienia Osterwy, jedynego właściwego miejsca organizacji bankietu dobroczynnego na rzecz domu pomocy społecznej (jego pełna nazwa brzmi właściwie: „Dom w połowie drogi”), do jakiego zmierzaliśmy dziesięć lat temu, ja oraz powierzeni mojej opiece neurotycy z oddziału zamkniętego domu pomocy („Dom w połowie drogi”), chociaż nie jest to na pewno przystanek końcowy linii numer jeden, jaka podobnież nie zaczyna swego biegu przy szpitalu psychiatrycznym, a więc i domu pomocy („Dom w połowie drogi”), a nieco wcześniej, w osiedlu dziesięciopiętrowców, obok resztek tego, co kiedyś było nagrobkami cmentarza żydów niemieckich, a co dzisiaj przypomina raczej kilka rozrzuconych, pokrytych zatartymi hebrajskimi znakami kamieni pomiędzy jednymi z najstarszych i najwyższych drzew miasta Gorzów, miasta w którym prowadzi się zwłaszcza studia filologiczne, a przede wszystkim dwutygodniowe pedagogiczne praktyki w placówkach socjalno-oświatowych, zatem w tym celu także ja zgłosiłem się do domu pomocy społecznej (” Dom w połowie drogi „) zlokalizowanego nie bez powodu za ogrodzeniem z wysokiego poniemieckiego ceglanego muru, na terenie szpitala psychiatrycznego, w tak zwanym rozległym specjalistycznym kompleksie szpitalno-psychiatrycznym, gdzie dzięki nieocenionej uprzejmości kierownika T. otrzymałem szansę poznania bliżej kilkorga spośród wyjątkowych mieszkańców domu pomocy („Dom w połowie drogi”), a wkrótce także towarzysząc im jako opiekun w trakcie bankietu, na jaki miał zabrać nas tramwaj linii numer jeden do Teatru imienia Osterwy, sporządzić wiele zapisów ich niecodziennych uwag, zdradzających nie tylko typową neurotykom nieokiełznaną ekscentryczność, ale też niezwykłą, demoniczną wprost przenikliwość w sprawach im bliskich, czego przez wiele, już prawie dziesięć, lat nie byłem w stanie odpowiednio docenić, przeglądając zwykle swoje notatki bez uwagi i bez wymaganego w solidnej pracy badawczej głębokiego zastanowienia, w jakim tylko można odnaleźć wnioski o zadowalającej głębokości, i dopiero teraz po dekadzie, wyciągnięte gdzieś ze środka, po omacku niemal, zdanie Pawłowa uderzyło mnie swoim niedostrzeżonym wcześniej pierwszoliniowym pierwszeństwem, choć nie znalazłem go wcale w pierwszej linii, ale pomiędzy dziesiątą a jedenastą, to znaczy ni mniej ni więcej tylko w środku strony i to w dodatku, stwierdzałem to po odsłoniętych zszywkach, w samym środku brulionu, brulionu wyciągniętego przecież też nie z wierzchu, ale gdzieś z półśrodka gnieżdżącego już dziesiąty rok wszystkie te notatki kartonowego pudełka, a to, że Pawłow określił w tym zdaniu, w ten sposób, ten tramwaj linii numer jeden i to, że dał temu taki wyraz przestępując właśnie jego próg, rzucało się natychmiast jaskrawym światłem organizacyjnym najważniejszego, rozpoczynającego proces segregacji i eliminacji zdania na całą tę kumulację pedagogicznego materiału, a stamtąd serią natychmiastowych refleksji wprost na moje o całe tej praktyce wspomnienie, i to wewnętrzne pobudzenie wspomnień zmuszało na powrót moje oczy do dalszych rewizyt, ingerencji w tę materię, stopniowych poruszeń, przemieszczeń, aż do wysublimowania i koncentracji zdań najistotniejszych podług najistotniejszych wniosków.

Wnioskiem oczywistym, tak oczywistym, że należało raczej nazwać go dobitną oczywistością udającą wniosek, pseudownioskiem ukrywającym pseudorozkaz, który ukrywa bezwarunkowy bodziec, była ta okropna, nagła konieczność zredagowania leżącego już dziesiąty rok odłogiem pokaźnego zbioru wypowiedzi mieszkańców domu pomocy społecznej („Dom w połowie drogi”), a ściślej setek, jeśli nie tysięcy, monologów i współmonologów kilkorga rezydentów oddziału zamkniętego tej znajdującej się w obrębie szpitala psychiatrycznego placówki, między innymi wspomnianego Pawłowa, jaki z tramwajowego wejścia rzucił zdanie o linii numer jeden ze zwykłą sobie apodyktyczną nonszalancją, nie mogąc przewidywać jak doskonale akurat to zdanie odegra w dziesięcioletniej przyszłości rolę zdania pierwszego, uzurpującego prawa do organizacji innych pozostawionych w notatkach zdań wypowiedzianych przez wszystkich powierzonych mojej opiece neurotyków w trakcie dwóch tygodni mojej z nimi praktyki, popychając z właściwą zdaniom pierwszym natarczywością coraz dalej idącą falę wniosków, coraz szerzej wylewając się ze środka tego bezładu nagromadzonego w badawczo-dziennikarskim pośpiechu, spisanego z wytężonego słuchu w warunkach absolutnie partyzancko-polowych, przytłaczającego samym już pospiesznym, nerwowym nieuporządkowaniem, ogromnego stosu zapisków praktykanta pedagogicznego, jakie leżakowały od dawna w kartonowym zamrożeniu, początkowo na miesiąc, przedłużony jednak wkrótce o kolejny miesiąc, a potem kolejny, i kolejny, miesiąc za miesiącem, aż minął rok, wkrótce też następny, w efekcie skazując zapiski na całą bitą dekadę odleżyn w przestawianej z miejsca na miejsce i najwyżej raz lub dwa razy do roku przeglądanej paczce, w jakiej pewnie murszałyby nieaktywnie do końca ery papieru, gdyby nie nagły, odśrodkowy, organizacyjny atak wysuwającego swoje ośmiornicze macki wniosków cytatu z Pawłowa przestępującego próg tramwaju, atak przecież nie samego wypowiadającego zdanie neurotyka, ale jego dawno ucichłego głosu zaklętego w tej kluczowej frazie, jaką równie dobrze mógłby wypowiedzieć podczas przekraczania nie dziesięć lat, ale dwa tysiące dwieście lat temu, i nie progu tramwaju na czele grupki wariatów, ale przełęczy w Alpach na czele pięćdziesięciotysięcznej armii, co mogło, powinno było, zostać poczytane przeze mnie za zły omen, a jednak poczytałem zdanie Pawłowa zupełnie naiwnie i z podobną naiwnością poddałem się wypełzającym z niego orlim wnioskom, jakich forpoczty z dnia na dzień głębiej instalowały w obszarach moich wspomnień swą żelazną logikę pierwszozdaniowej dyktatury domagającej się coraz natarczywiej ujęcia klamrą pracy co najmniej literackiej materiału zgromadzonego w domu pomocy społecznej („Dom w połowie drogi”), podczas mojej nad wyraz starannej i uważnej praktyki pedagogicznej, do jakiej nie doszłoby wcale, gdyby dom pomocy („Dom w połowie drogi”) nie miał tak otwartego i koleżeńskiego kierownika w osobie niejakiego T., człowieka przez duże, największe znane mi CZ, jedynego tak wyjątkowego organizatora i opiekuna społecznego spośród wielu napotkanych w moim trzydziestotrzyletnim życiu ludzi, na którego polecenie, jakie było dla praktykanta pedagogicznego największą możliwą przysługą, zająłem się niewielką grupą osób z części zamkniętej domu („Dom w połowie drogi”), zwanej oddziałem zamkniętym dla chorych psychicznie i nerwowo, na jakim opiekowano się najbardziej zwariowanymi, ale i przez to najbardziej ekscentrycznymi i w niektórych przypadkach nadzwyczajnie błyskotliwymi umysłami, w skutek swojej wyrafinowanej ekscentryczności, bądź to niezdolnymi już do samodzielnej egzystencji, bądź stanowiącymi mniejsze lub większe zagrożenie, nie dla otoczenia przecież, ile zwłaszcza dla samych siebie, poprzez autodestruktywną naturę swoich przeciw-urojeń oraz wykształconych pod ich presją mechanizmów obrony przed samym sobą, o jakich dowiedziałem się ze szczegółami podczas konsultacji u niejakiego doktora Piotrowskiego, ordynatora wszystkich ordynatorów wszystkich możliwych oddziałów szpitala psychiatrycznego, w tym zwłaszcza oddziałów zamkniętych, na jakich miał on całkowitą, jako panordynator, władzę, a przez to i nieskrępowaną swobodę badawczą, z jakiej nieskrępowanie, czasem do granic przyzwoitości, korzystał, co pozwalało z pewnością właśnie jemu jedynemu prawdziwie i najgłębiej zrozumieć owe urojenia i mechanizmy autosamoobronne, o czym od niechcenia, z typowym panordynatorskim dystansem, ale jednak dość regularnie informował w czasie pogadanek mnie, zupłenie obcego wiedzy psychiatrycznej studenta filologii odbywającego praktykę pedagogiczną na terenie jego szpitala, co prawda w domu pomocy społecznej („Dom w połowie drogi”), a więc placówce organizacyjnie całkowicie od szpitala psychiatrycznego niezależnej, ale w skutek charakteru schorzeń przebywających na jego terenie, zwłaszcza na oddziale zamkniętym, osób, placówki podlegającej szpitalowi psychiatrycznemu psychiatrycznie, co prawdopodobnie było jedynym powodem dla którego dom pomocy społecznej („Dom w połowie drogi”), tak różny w swym troskliwym, opiekuńczym, domowym charakterze od ponurych kazamatów oddziałów zamkniętych samego psychiatryka, umieszczono właśnie na terenie jedynego w promieniu setek kilometrów szpitala psychiatrycznego, gdzie z wyższych pięter, poprzez korony szpitalnych poniemieckich niebosiężnych drzew dostrzec można było drzewa jeszcze wyższe, poniemieckożydowskocmentarne, a więc te stojące na skromnym poletku ruin cmentarza żydów niemieckich, jeszcze w osiedlu dziesieciopiętrowców, gdzie linia numer jeden kończy się pętlą, tym podróżniczym zerem, jakie właściwie należy nazwać półzerem, gdyż żaden z pasażerów tramwaju linii numer jeden nigdy nie przekroczył tego punktu granicznego, za jakim następuje konieczny nawrót tramwaju linii numer jeden, nikt poza, oczywiście, samym motorniczym, jaki pętlę poznał, można się tak wyrazić, od środka, a jaki będąc, zgodnie z panującym wśród motorniczych tramwajów nieumierającym trendem, potwornym służbistą, stanowczo wypraszał przed manewrem zawracania po pętli każdego, kto choćby na chwilę zapomniał by wysiąść na przystanku końcowym, czy to przez nieuwagę, czy wprost z chorobliwej fascynacji i z autentycznym ukrytym zamiarem przejechania przez przystanek końcowy by dostąpić bezpośredniego, wewnątrztramwajowego wtajemniczenia w manewr zawracania po pętli, na co oczywiście motorniczy trzymający się ściśle regulaminu obowiązującego wszystkich motorniczych nie mógł zezwolić i czemu zapobiegał stuprocentowo skutecznie jako prawdziwie służbistyczny praktyk-militarysta z impetem eksmitując każdego przypadkowego lub przyczajonego marudera z pokładu jego jednostki na ląd przystani końcowej, ostatniej wysepki dostępnej podróżnym tramwaju na trasie linii numer jeden, gdzie wolno im było co najwyżej, a jakże często miało to rzeczywiście miejsce, przyglądać się z zewnątrz fascynującemu bez wyjątku wszystkich manewrowi zawracania po pętli, przechodząc tymczasem trzy kroki na przystanek początkowy z jakiego, wedle życzenia, mieli pełne prawo dalej podróżować tramwajem linii numer jeden w przeciwnym kierunku, po tym jak motorniczy nie dopuściwszy ich do współudziału dokonał najważniejszego z tramwajarskich manewrów, niesamowicie zdradliwego i najeżonego nieprzewidywalnymi komplikacjami, arcy-trudnego, wymagającego najwyższego mistrzostwa grand-manewru zawracania po pętli, jaki musi dokonywać się w absolutnej samotności motorniczego i przy szczelnie zamkniętych drzwiach pojazdu, po dokładnych oględzinach czy w jego tramwaju nie zasiedział się jakiś marzyciel, lub co gorsza (takich wszędzie pełno) wścibski entuzjasta, gdyż manewr nawracania po pętli jest manewrem zarezerwowanym dla motorniczych, jacy przeszli w tym celu odpowiednie, długoletnie i niezwykle kosztowne szkolenia, w trakcie których poznają odpowiednio i długoletnio, po niezwykle wysokich kosztach, techniki reagowania na nieprzewidziane komplikacje, jakie notorycznie i motorycznie występują w trakcie manewrów zawracania po pętli, a jakie zwykle lekceważone są przez osoby postronne, tych wszechobecnych ignorantów, amatorów i entuzjastów zawracania po pętli, co pcha ich wprost w ramiona, nie bójmy się tych słów, powolnej i nieuchronnej śmierci wskutek najróżniejszych, nieuleczalnych zwykle, powikłań pomanewrowopętlowych, na jakie motorniczy uodparnia się stopniowo latami, w skutek czego bez szwanku może kilka razy dziennie wykonać manewr nawracania po pętli, aby całkowicie odwrócić kierunek podróży zakończonej tylko chwilowo dla pasażerów, a dla motorniczego trwającej nieprzerwanie poprzez kolejne manewry zawracania po pętli, w jaką i z jakiej może wyprowadzić, dzięki swemu długoletniemu morderczemu i kosztownemu treningowi, o każdej porze dnia i nocy, każdy tramwaj, a zwłaszcza tak prestiżową jednostkę, jak tramwaj linii numer jeden, kierując go z powrotem do użytku podróżnych, o czym ci wszyscy, zarzucający motorniczym sztywniactwo i niereformowalność zapominają, a dzięki czemu tak tanio, wygodnie a zwłaszcza bezpiecznie, podróżują oni codziennie z osiedla dziesięciopiętrowców, nazwanego (to niestety nie żart) osiedlem Manhattan, a więc tak jak dzielnica najwyższych i najwspanialszych budowli Nowego Jorku, z których szczytów zapewne wyśmiewano by codziennie tych dziesięciopiętrowych manhattańczyków, a wraz z nimi całe to nie mniej kuriozalne, w gruncie i nad gruntem rzeczy, oraz tragiczne miasto Gorzów, gdyby nie to, że żaden z nowojorskich manhattańczyków nigdy nie słyszał o tych tragicznych dziesięciopiętrowych manhattańczykach miasta Gorzów, bo jakże miałby zainteresować się tą środkowoeuropejską dziesięciopiętrową miernotą, kiedy zasiada w jednych z najwyższych budowli znanych całej ludzkości, podczas gdy osiedle dziesięciopiętrowców nazwane, to naprawdę smutne, osiedlem Manhattan, jest najwyższym punktem kuriozalnego miasta Gorzów, a więc najwyżej najwyższym punktem tragicznej kuriozalności, w jakiej muszą żyć wszyscy urodzeni w mieście Gorzów, a zwłaszcza urodzeni w tym post-osiedlu dziesięciopiętrowców, zasługującym raczej na nazwę post-Manhattan, którzy właśnie dlatego tej wszechobecnej tragicznej kuriozalności nie są w stanie zrozumieć, bo rodzą się w niej i dorastają, oddychają nią, i codziennie w bułkach jedzą na śniadanie, i gdyby nie ten dziesięciopiętrowy, mający się za wzniosły, a przecież wciąż tak przyziemny umysł mieszkańców osiedla post-Manhattan, jakim nie są w stanie objąć swej zewnętrznej, a przez to i wewnętrznej tragicznej kuriozalności, gdyby nie ta wrodzona dziesięciopiętrowa krótkowzroczność, którą zabierają ze sobą wszędzie i przez którą, zwykle z zawistną pogardą, na wszystko patrzą, nawet zapewne na sam przewspaniały nowojorski Manhattan, dostrzegli by oni jak ich dziesiąte piętra są zwykłą post-niziną, depresją niemalże właśnie przez to, że nie posiadają naprawdę szerokiej perspektywy, jaka możliwa jest tylko z najwyższych budynków świata, zwłaszcza budynków nowojorskiej dzielnicy Manhattan, z jakich patrzy się prawdziwie empirycznie, a więc totalnie, podczas gdy z post-Manhattanu z widokiem na szpital psychiatryczny patrzy się krótkowzrocznie i skazanym się jest na typową ludziom przyziemnym wybujałą patologicznie duchowość, jaka rodzi się tylko i wyłącznie w zastępstwie niemożliwych do zrealizowania gestów, niczym fantom poamputacyjny, wyrastający mieszkańcom miasta Gorzów już od chwili narodzin, gdyż całe to miasto natychmiast, od pierwszych chwil życia, amputuje im wszystko co przekracza dziesiąte piętro, przysługujące i tak nielicznym tylko wybrańcom, tym geniuszom mieszkalnictwa, choć to po tych mieszkańcach dziesiątych pięter widać najbardziej w jak kuriozalnej i tragicznej sytuacji znajdują się wszyscy mieszkańcy post-miasta Gorzów, gdzie niejeden skonfrontowany nagle ze swymi poamputacyjnymi urojeniami nasiąka natychmiast potworną zjadliwą nienawiścią, zwłaszcza ci wybrani mieszkańcy dziesiątych, a więc zdawało by się najwyższych, o najlepszym widoku i najszerszej obserwacyjnej przestrzeni, pięter osiedla post-Manhattan, w którym dziesiąte piętro to szczyt sukcesu, to właśnie oni zbierają w sobie najgorszą, najczarniejszą nienawiść do swego otoczenia, gdyż ich wzrok, zawieszony między dziesiątym a urojonym jedenastym piętrem wyjątkowo dobitnie przypomina im, że dziesiąte piętro to dla nich koniec podróży, i że do końca życia utkwieni będą na zawsze między piętrem dziesiątym a urojonym piętrem jedenastym stanowiącym już tylko nieosiągalne marzenie, niemożliwą do zrealizowania a jednocześnie tak dotkliwą potrzebę, jaka, w skutek swej bliskości, tym bardziej nie daje o sobie zapomnieć, co zmuszeni są rekompensować sobie prawdziwie demoniczną i doskonale czarną nienawiścią, zwłaszcza nienawiścią do Nowojorskiego osiedla Manhattan, w jakiego cieniu od narodzin do swojej śmierci, jaką częstokroć jest skok z tego ich dziesiątego piętra, muszą egzystować w chorobliwym półśnie niezrealizowanych ambicji wylewającym się z nich wszelkimi otworami i tężejącym natychmiast w nienawiść tak czarną i radioaktywną, że gdyby mogła oderwać się od korzeniącej ją przygruntowej egzystencji, natychmiast przeskoczyła by ocean i postrącała co do jednego znienawidzone, bo nieosiągalne, drapacze chmur Nowojorskiej dzielnicy Manhattan, z ich jedenastymi, dwunastymi i wyżej, piętrami, jakie w osiedlu post-Manhattan stanowią wykroczenie przeciwko dziesięciopiętrowemu prawu dziesięciopiętrowej natury, kodeksowi ludzi wysoce przyziemnych, tragicznych i kuriozalnych, jakiemu podlega ich poamputacyjne półżycie, bo tkwią w nim od samego początku, już w chwili narodzin pozbawieni praw do wszelkich gestów zdrowych wolnych ludzi, a jakie miasto Gorzów zastępuje urojeniami i tym plemiennym dziesięciopietrowym prawem jeszcze bardziej wpędzającym w urojenia, od jakich najłatwiej jest uciec schodząc z dziesiątego piętra na sam parter i skierowawaszy się w stronę widocznych z każdego miejsca przeogromnych przedwojennych poniemieckich drzew, pod jakimi dzielnie trzymają się niedobitki nagrobków cmentarza żydów niemieckich, wejść na początkowy przystanek linii numer jeden, skąd punktualnie, kilkadziesiąt razy dziennie odchodzi tramwaj linii numer jeden dający swobodę dojazdu kolejno do szpitala psychiatrycznego, trzeciego mostu na rzece Warta, teatru imienia Osterwy, średniowiecznej katedry, pierwszego mostu na rzece Warta, osiedla Słonecznego, a nawet na sam przystanek końcowy, zwany półzerem pętli, przy jakim znajduje się zachowany w znacznie lepszym stanie poniemiecki cmentarz ewangelicki, wraz z przyległymi skromnymi parterowymi domkami z ogródkiem, zamieszkanymi przez najstarszych, a zarazem najmilszych ludzi miasta Gorzów, przenikniętych tą cała kuriozalnością i tragicznością miasta Gorzów najsłabiej, co można by poczytywać za zaletę samego ich miejsca zamieszkania, tak daleko wysuniętego na zachód, gdyby nie drobny, choć nie dający się zmarginalizować fakt komunalnej nomenklatury, która za podaniem historycznym musi nazywać ten rejon dzielnicą Wieprzyce, i co ma taki skutek, że zamieszkałych tam ludzi wszyscy inni, z pozostałych obszarów miasta Gorzów, nazywają wieprzami z Wieprzyc, a to jest naturalnie określeniem głęboko krzywdzącym, i w związku z tym pozostawia trwały rys owej krzywdy na całym ich parterowym przyogrodowym żywocie, pomimo tak okropnego nomenklaturalnego zniesławienia wiedzionym z właściwą im pogodą ducha, choć mieliby pełne prawo pogrążyć się w najgorszej, sromotnikowo gorzkiej depresji, skoro bez względu na to jak wspaniałymi i pogodnymi starają się być, wciąż i wciąż wszyscy przezywają ich wieprzami z Wieprzyc, dogłębnie niesprawiedliwą obelgą, z którą zmagać muszą się wszyscy mieszkańcy z Wieprzyc od maleńkości, będąc trywialnie ale nie mniej dotkliwie wytrącanymi niejako z szacunku do samych siebie, a więc na kilka centymetrów odsuniętymi od siebie samych, a w związku z tym wywichniętymi minimalnie ze swych osobistych światów, i nabierają empirycznej, a więc praktycznej wiedzy o tym jak niesprawiedliwa jest podłość ludzkich określeń i jak przywiązanie do wszelkich nazw jest praktyką głęboko prymitywną, ordynarną i bezsensowną zarazem, nawet jeśli nie wprost krzywdzącą osobisty charakter każdego człowieka upychając go w kierat jakiejś nazwy, choćby nazwa ta wcale nie narzucała tak złych skojarzeń jak wieprz z Wieprzyc, co jest prawdziwie skrajnym przypadkiem nazewniczej przemocy, codziennie, proszę tylko pomyśleć, nawet przez zupełnie małe i niewinne dzieci, oswajanej jak genetyczno-geograficzna choroba mieszkańców Wieprzyc, i zapewne to między innymi jest przyczyną ich stalowego wprost charakteru, hartu duchowego, a co za tym idzie i jego chłodnej pogody, kierowanej jednak tylko do osób najbliższych, zaufanych, a zaufanie to, z wiadomych przyczyn, niełatwo jest zdobyć u ludzi tak w skutek swych trudnych doświadczeń i swoistego nazewniczego ostracyzmu ufundowanego przez nienawistne miasto Gorzów wyczulonych, odkąd miasto Gorzów wchłonęło tę małą miejscowość o nazwie Wieprzyce, gdzie od zawsze wszyscy dobrze się znali i może nawet ongiś zwykli byli mówiąc do siebie żartem – ty wieprzu z Wieprzyc – jak to ma miejsce między znajomkami, ale zwyczaj ten znikł natychmiast kiedy tragiczno kuriozalny nienawistny potwór mieszczański zapukał do ich małomiejskich, wiejskich wręcz, dźwi, jak to się mawia w takich małych miejscowościach, i na dzień dobry, od progu, zaczął nazywać ich z tym miejskim, podłym, nienawistnym, prymitywnym brakiem szacunku wieprzami z Wieprzyc, co zostało, być może, nawet przez krótką chwilę poczytane za chęć pobratania się i na co, być może, odpowiedziano pogodnym pytaniem, czego tu szukają te świnie z Gorzowa, ale miasto Gorzów, jak każde większe polskie miasto, wyzbyte jest krztyny przyzwoitości i nie jest w stanie pojąć nawet tak wulgarnej kultury szacunku, a wszystkie obelgi wygłasza i poczytuje sobie jako mściwe i podłe, tymczasem w mniejszych miastach i po wsiach nadal znana jest ta przyjacielska obcesowość, i swojska kultura przezwisk, choć grubiańska i chłopska, ale poprzedzona pewnym bratnim szacunkiem, z jakim rzuca się tą czy inną obelgą pośród swoich, bo tak się utarło kulturalnym zwyczajem, a jakiego to zwyczaju próżno szukać w mieście Gorzów, w jakim wszystko, a już zwłaszcza obelgi, poprzedza mordercza i nieludzka nienawiść do całego świata, nienawiść kojarzona zwykle z dziesiątym piętrem osiedla post-Manhattan, ale stamtąd, jak z fabryki nienawiści zatruwająca swym nienawistnym wyziewem serce każdego mieszkańca miasta Gorzów, czego najlepszym dowodem jest ta zrodzona w głębokich ranach nieufność ludzi peryferii, zwłaszcza miejsca tak doświadczonego  nienawistnym smrodem miasta Gorzów, jak dzielnica Wieprzyce, gdzie linia numer jeden ma swój przeciwny przystanek zakańczający podróż dla pasażerów, wykopywanych z tramwaju w trybie natychmiastowym, kiedy ich niesłabnące podróżnicze popędy nagle odcina eksmisyjna czystka zaprowadzana z najwyższą bezwzględnością przez zmotoryzowany jednoosobowy oddział motorniczego i wystawieni zostają na pastwę porażającej nudy przystanku końcowego, wpatrzeni w pętlę jak w jakieś podróżnicze, ostateczne zero, gdzie zahipnotyzowani potrafią stać godzinami marząc o ekstrapolacji linii numer jeden, zgodnie z ich metageograficznymi popędami, dalej na zachód, bo roi im się nieskończona podróż tramwajem po linii numer jeden, a tu nagle spotyka ich taki amputacyjny przystanek końcowy i wpędza w znaną tylko podróżnikom u kresu podróży post-podróżniczą hipnozę, podczas gdy w najprostszy sposób mogli by amputować tę amputację, to jest ściąć zero pętli przechodząc dosłownie trzy kroki, by znaleźć się na przystanku rozpoczynającym po czym wsiąść na powrót do tramwaju, najlepiej linii numer jeden, najdoskonalszej pierwszoosobowej jednostki taboru tramwajowego miasta Gorzów, najlepszej ze wszystkich linii tramwajowych kraju Polska, prawdziwego skarbu publiczno-komunikacyjnego, o jaki opiera się cały ten kuriozalno-tragiczny, a jednak istniejący na przekór wszystkiemu powolny rozkład najważniejszych miejsc miasta Gorzów, z których każde tak naprawdę żyje własnym, inaczej zatrutym, i w tylko sobie charakterystyczny sposób z wielkomiejską trucizną walczącym, żywotem, i na których tle szpital psychiatryczny ze swoją doskonale zachowaną poniemiecką architekturourbanistyką, oraz znajdujący się vis-a-vis młodej filharmonii stary teatr imienia Osterwy, w swoim mezaliansie słusznie nazywane kompleksem teatralno-filharmonicznym, wypadają wyjątkowo swoiście i autonomicznie, zupełnie nie wpisując się w ogólny, wyznaczany z amputowanego czubka czarnej piramidy osiedla dziesięciopiętrowców plan zagospodarowania nienawiścią, jaki właściwie należało by nazwać planem zniszczenia miasta Gorzów, gdyby miasto Gorzów samo w sobie nie było już objęte zniszczeniem, niszczonym jeszcze bardziej przez planową gospodarkę degradacji, stając się samą istotą samoniszczącego się zniszczenia, od którego można tylko uciec, jeśli nie chce się od razu trafić na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego, na przykład do starego teatru imienia Osterwy, lub do równolegle zlokalizowanej młodej filharmonii, w ten starczo-młodzieńczy, młodzieńczo-starczy kulturalny kompleks, swoją drogą budzący ogólne zgorszenie wśród większości mieszkańców osiedla dziesięciopiętrowców, przezywanego od dawna w pewnych kręgach post-Manhattan, oraz wśród innych osiedli dziesięcio, dziewięcio, ośmio, siedmio, sześcio, pięcio, cztero i trójpiętrowców, które niczym rozliczne wyższe i niższe rangą przyczółki mrocznego imperium post-Manhattan rozsiano po całej rozległości, doszczętnie zblokowiskowanego, pagórkowo-dolinnego landszaftu miasta Gorzów, w jakim kompleks teatralno-filharmoniczny słusznie może uchodzić za prawdziwy cud z zagłębia nienawiści, choć nie zachwyca on wcale zawistnych indywiduów z dziesieciopiętrowego reżimu, gdzie jak wiadomo idea szacunku, a już szczególnie szacunku do sztuki, w ogóle nie jest kultywowana, zastąpiono ją natomiast kultem siły, jaki owszem wyciera sobie nagminnie otwory gębowe słowem „szacunek”, jednak nazywa on tak coś, jak to zwykle w podobnych tego typu perwersyjnych patologiach, wprost przeciwnego, rodzaj poddańczego uwielbienia dla gwałtu, o jakim trudno jest cokolwiek więcej powiedzieć, gdyż ten typ bezmyślności nie daje się pojąć kategoriami językowymi, co najwyżej jakimś niezrozumiałym pseudologicznym dadaistycznym bełkotem bezsensów, używanych bez najmniejszego zrozumienia, a wręcz przeciwko jakiemukolwiek rozumieniu, siłowo i kultystycznie, w trybie intelektualnego współsamookaleczenia, przed jakim chronić mają mury starego teatru imienia Osterwy, czy też w młodej filharmonii, jaka zresztą z zewnątrz przybrała w skutek tego naporu siłowo-kultowego, postawy zwartej i ascetycznie obronnej, co jednak wcale nie przenosi się na w najlepszym guście zaprojektowaną klarowną fasadę i wnętrza, jakich doskonale pojemną i świetnie ułożoną akustyką może ona, w odróżnieniu do starego przygarbionego teatru Osterwy, naprawdę oddychać, zaś cała ta kompleksowa architektoniczna zażyłość rozgrywa się pod zwalistym nosem średniowiecznego kościoła katedralnego, zupełnie bezsilnego w swych dogmatycznych, wyznaczonych kwadratowym katedralnym placem kwadratowych średniowiecznych przekonaniach, od których robi się od razu tak nudno i kwadratowo, kiedy jadąc tramwajem linii numer jeden zapomni się wysiąść na przystanku teatralnym i zajedzie na przystanek katedralny, co zdarza się bardzo często, zwłaszcza niedoświadczonym i zapominalskim, takim na przykład jak górale, których co prawda mamy w pagórkowatym mieście Gorzów niewielu, wobec przytłaczającej większości, to jasne, pagórali, ale to górale, nie pagórale, zwykle zapominają wysiąść na przystanku teatralnym, i jazda, wynosi ich na katedralny, gdzie nagle obudzeni, z wrodzonego góralom narwaństwa, pędzą wprost do średniowiecznego kościoła katedralnego, zamiast przeczekać, jak każdy spokojny pagóral, niziol czy doliniarz na tramwaj jadący w przeciwnym kierunku, może być nawet niepierwszej, niższej linii, oby tylko odwiózł ich do starego teatru imienia Ostarwy, ale nie, górale jak to górale pędzą od razu na złamanie karku przed siebie, a że przed sobą akurat mają średniowieczny kościół katedralny, to wpadają od razu w studzienno-modlitewny chłód tej świątyni, gdzie zapał ich momentalnie gaśnie, i z której, kto wie, wywożą ich pewnie przygaszonych proboszczowskim mercedesem do seminarium, a tam już na pewno przerabiani są potem na księży, biskupów, kardynałów i, a czemu nie, papieży, czego mogliby spokojnie uniknąć gdyby tylko nie zasypiali przystanku teatralnego, a na katedralnym znowu nie dostawali tego góralskiego szału, jaki pcha ich prosto w szeregi kleru, podczas gdy zupełnie podobne ceregiele jakie wyprawiają się w średniowiecznym kościele katedralnym, dzień w dzień, pod nieco tylko innym charakterem, odprawiane są też w starym teatrze Osterwy, a nawet z dużo większą wprawą, jakimś minimum artystycznego kunsztu i bez całego tego idiotycznego kościelnego blichtru, jakim zawsze obkładało się największe aktorskie partactwo, przeciwnie, z pewną szlachetną dozą skromności, żeby nie powiedzieć ubóstwa, stary teatr imienia Osterwy regularnie wystawia swoje rytuały, gdzie właśnie zmierzaliśmy, to już będzie dziesięć lat temu, z tą grupka oryginałów z oddziału zamkniętego domu pomocy społecznej („Dom w połowie drogi”) na bankiet dobroczynny i to właśnie na teatralnym, a nie katedralnym mieliśmy wysiąść i zaiste wysiedliśmy.

Wsiadając do tramwaju linii numer jeden gdziekolwiek, chociażby i przy starym teatrze imienia Osterwy, a właściwie należało by powiedzieć kompleksie teatralno-filharmonicznym, bo nasz teatr od kilku lat ma młodą towarzyszkę, zatem wsiadając na teatralnym, lub gdzie bądź, ale koniecznie do tramwaju linii numer jeden, możemy odwiedzić najważniejsze z miejsc tego skądinąd oficjalnie tragiczno-kuriozalnego, zblokowiskowanego po każdy garbaty pagór i każdą zapadłą dolinę miasta urojonego, jakim jest w istocie miasto Gorzów, przejęte oddolnie we władanie tym ludowym ruchem dziesięciopiętrowym, jakiego wizje i prawa rodzą się na dziesiętnych piętrach chorych umysłów mieszkańców osiedla post-Manhattan, a do jakiego podróże, jako osoba miejscowa i obeznana, szczerze odradzam, jako że jest ono wylęgarnią najgorszych okaleczeń, rafinerią najzjadliwszej, najczarniejszej i przytulnej jak ciekły azot atmosfery nikczemnej wrogości, od której aż ciemnieją źrenice, gdy tylko wysiadamy na przystanku końcowym linii numer jeden przed zarezerwowaną dla motorniczego i jego tramwaju pętlą, skąd nie powinniśmy zapuszczać się dalej niż zrujnowane doszczętnie pozostałości cmentarza Żydów niemieckich, przyglądając się z bliska tym najwyższym i najstarszym, poniemieckim drzewom jakie z owego cmentarza żydów niemieckich wyrastają, zdawałoby się, pod sam ekran nieba, a robiąc to możliwie ostrożnie, już na pewno nie wdawać się w zbędne spacery w głąb otaczającego ów zabytek dendrologiczno-nekropoliczny spiętrzonej kanciastą draperią fali betonu, do jakiej modli się prostopadłościenny kult siły i umysłowej amputacji zastąpionej morderczymi urojeniami mieszkańców niejedenastych pięter osiedla post-Manhattan, urojeniami jakich materializacja mogłaby zmieść z powierzchni ziemi niejedną prawdziwie piękną dzielnicę, choćby był to sam najwspanialszy przeogromny nowojorski Manhattan, zresztą w urojeniach tych zwykle bywający pierwszym celem, a te rozpościerają się dużo dalej, na cały kontynent ameryki północnej i z pewnością też na wiele z europejskich metropolii, do jakich zawsze beznadziejnie aspirowała każda cherlawa polska dzielnica blokowa, zwłaszcza rozmaite osiedla dziesięciopiętrowców, a zwłaszcza już to najwyższe spośród najniższych, osiedle post-Manhattan, zbrukane po ostatnie piętra krwiożerczym, poddańczym kultem siły, a więc kultem tego samego gwałtu, z jakiego zrodzone i jakim karmione jest od swych najmłodszych pięter całe to obozowisko nieszczęść, zaprojektowane podług ekspertyz obozowej koncentracji ludności na terenach przyfabrycznych i przyzakładowych, zgodnie z panującą od stuleci folwarczną teorią człowieka, zbiorem nazw narzuconych z większą perfidią jeszcze niż ongiś zamykano w kajdany, a jakich dziś z powodzeniem używa się sto razy od kajdan skuteczniej, ponieważ nazwa nakłada swe folwarczne pęta nie na ludzkie ciała, ale wprost na ich dusze, niedostrzegalnie a przez to tysiąc razy trwalej i wydajniej, a przy tym nieodczuwalnie, gdyż wszyscy oni od narodzin przechodzą zanikową terapię usuwającą ten nerw prawdy jaki uciskałby tylko niepotrzebnie pracownika, jaki nie pozwalałby odpoczywać w ryku silników, oddychać pełną piersią spalin, i kaleczyć się dalej współrodzinnie, łańcuchowo podtrzymując tradycję niedorozwoju, a jaki sygnalizując wszechstronny ucisk stałby się przyczyną niepotrzebnej, bezproduktywnej, ekonomicznie nieporządanej, destruktywnej wręcz reakcji neurotycznej, na jaką obozowe miasto Gorzów nie może sobie przecież pozwolić, tak jak nie pozwala choćby na najmniejszy objaw niezadowolenia czy smutku, wiecznie wyszczerzone tym czarnym, sadystycznym, dziesięciopiętrowym grymasem, jaki nie jest żadnym uśmiechem, a tylko mimowolnym, automatycznym skurczem, automatycznego kultu automatycznej siły, jaki z resztą nosi się w mieście Gorzów głęboko pod nieruchomą maską twarzy, gdzieś na skraju krtani, albo jeszcze niżej, głęboko w żołądku, nie dając poznać po sobie najmniejszych choćby oznak tkanki nerwowej, która jak wiadomo mogła by sugerować istnienie u jej zakończeń jakichś emocjonalnych, a co gorsza intelektualnych, komórek mózgu, jaki w osiedlu dziesięciopiętrowców uchodzi za organ najbardziej ze wszystkich wstydliwy, podczas gdy inne organy obnaża się zwykle bez skrępowania, mało tego, zawsze przy ogólnych okrzykach aprobaty przechodniów, gdyż ci natychmiast korzystając z okazji rewanżują się współobnażeniem, tak, że można w miesiącach cieplejszych obserwować przechodzącą przez osiedle post-Manhattan okresową falę obnażeń, zapoczątkowaną zazwyczaj od błysku czyichś pośladków, a roznegliżowującą jego mieszkańców wśród okrzyków radości po najintymniejsze organy płciowe, za wyjątkiem mózgu oczywiście, jakiego w osiedlu dziesięciopiętrowców nie należy pod żadnym pozorem, dla własnego bezpieczeństwa eksponować, gdyż dziesięciopiętrowe prawo wyraźnie zakazuje bezwstydnych aktów inteligencji, jaka mogłaby zaburzyć tak pieczołowicie pielęgnowany automatyzm relacji, podporę wszelkich urojeń, a w związku z tym i całego urojonego miasta Gorzów, nanizanego na srebrną linię numer jeden niczym ogromny czarny, ropiejący karbunkuł, miasta niewątpliwie najgorszego i najczarniejszego na całej mapie tego nie mniej czarnego i nie mniej urojonego kraju, jakim jest post-wojenna Polska, która jak każde amputowane rozbiorem państwo, nigdy już nie staje się państwem na powrót zbiorowym, a tylko post-rozbiorowym, protetycznym, swędzącym takim swędzeniem, którego nigdy już nie będzie w stanie podrapać, a mimo to święcie broniącym się od przeszczepów, wymachującym swoją patriotyczno-protetyczną historiozofią jako mistycznym źródłem wiedzy empirycznej, a jaka jest zwykłym duchowym urojeniem amputowanych nerwów, do jakich okaleczenia żaden mieszkaniec odległej czarnej galaktyki polskiej, a już szczególnie najczarniejszej i najciemniejszej jego gwiazdy, miasta Gorzów, nigdy nie będzie w stanie się przyznać, jako że zgodnie z dziesięciopiętrowym prawem winę za amputację ponosi zawsze pacjent, a dobrowolne przyznanie się do winy bycia ofiarą czegokolwiek i kogokolwiek w dziesięciopiętrowym kulcie siły oznacza ni mniej ni więcej tylko wyrok śmierci, wykonywany natychmiast przy milczącym współudziale całego osiedla poprzez zrzucenie z dziesiątego piętra, tak restrykcyjne jest prawo mechanicznej sprawiedliwości, jaka oczywiście, jak wszystko w osiedlu post-Manhattan, jest dokładnym przeciwieństwem rzeczywistej sprawiedliwości, wymagającej tych wszystkich nieautomatycznych funkcji intelektualnych w osiedlu post-Manhattan surowo wzbronionych, gdzie wsadzają od razu z marszu każdego pracownika wymiaru sprawiedliwości nie kierującego się w pracy bezmyślnym posłuszeństwem i automatyzmem, do pierwszego nadążającego się tramwaju, zwykle linii numer jeden, z jakiego ten czy ów może wysiąść gdziekolwiek, oby dalej od ich osiedla, na przykład przy szpitalu psychiatrycznym, jeśli przytłoczony wszechobecnym najczarniejszym złem miasta Gorzów szukałby wytchnienia dla swoich wciąż żywych, odpornych na amputację nerwów, bo te najdoskonalej leczą w domu pomocy społecznej („Dom w połowie drogi”), i chociaż placówka ta notorycznie boryka się, pomimo najlepszej kadry pielęgniarskiej i rehabilitacyjnej, najlepszych psychologów, pomimo koncertowego wprost zarządzania przez kierownika T., z karygodnym niedofinansowaniem ze strony zarządu miasta Gorzów, pławiących się w luksusach szefów aglomeracji największej w promieniu setek najczarniejszych kilometrów z największym w najczarniejszym promieniu setek kilometrów budżetem, w jakim mimo wszystko zawsze brakuje tych paru dosłownie złotych na pomoc najbardziej potrzebującym, a już zwłaszcza potrzebującym mózgom, jakie schronione w domu pomocy („Dom w połowie drogi”) mogą jedynie pokładać nadzieję w cudzie, a takim z pewnością są zdolności organizacyjne i menedżerskie kierownika T., który dwojąc się i trojąc niestrudzenie wyjednuje środki u lokalnej, zresztą strasznie skąpej, finansjery, jaka zapraszana jest rok rocznie na bankiety dobroczynne do teatru imienia Osterwy, gdzie rok rocznie naświetlane są jej te same gigantyczne wprost problemy tej kwintesencjonalnej  działalności społecznej, biorącej pod opiekę nie tylko rzadkie (choć w tej czarnej urojonej dziurze miasta Gorzów jednak częstsze niż gdzie indziej) przypadki neurozy, ale zwłaszcza wspierające ludzi starszych, dotkniętych w skutek wyczerpania tragicznymi (i kuriozalnymi) warunkami życia i pracy, jakże przedwczesną demencją, lub wprost porażone chorobą Alzheimera, tym rozdzierającym serce całej rodziny uwięzieniem we własnej bezradności wobec wyniszczającej wszystko i wszystkich samej natury, jakiej mrocznym kultom rozliczne sanktuaria działalności społecznej dają dzielnie odpór, a już zwłaszcza skutecznie i dzielnie odpiera się naturalnej degradacji dom pomocy („Dom w połowie drogi”) położony na terenie kompleksu specjalistyczno-psychiatryczno-szpitalnego, w jednym z wielu znajdujących się na specjalistycznym terenie specjalistycznego szpitala psychiatrycznego poniemieckich specjalistycznych oficyn zbudowanych z przedwojennych poniemieckich klinkierowych cegieł, uchwyconych zmatowiałą ławicą śniadozłotych łusek w brudnoszarobiałej wywietrzałej sieci cementowych fug, z których wprawne oko może natychmiast wycisnąć całą paletę staro-gorzko-miodowo-klinkierowych, staro-słodko-miodowo-klinkierowych, słono-klinkierowo-aksamitno-miodnych i klinkierowo-miodowo-mlecznych napitków, z prostopadłościennego plastra wosków przelewanych w suchotniczo-słonecznikowe, słonecznoszare, słonecznomchowe, prawo i lewosłoneczno-żółciowe ochrowe palety malarskiego smaku, ociekające całym spektrum ceglanej emisji, od żółci najniższych słońc po żółć słońc najwyższych, szczytowopestkowososnowych, trzaskających otwartym sinożylnym złamaniem w mokro-błotno-lniane, sucho-błotno-lniane, znoszonolniane i wreszcie rozdartolniane zacerowane siwobrudnomączną fastrygą cementu krępującego szczelnymi pętelkami każde żywo i zdechłokanarkowe prostokątne piórko, każdą żółtozębową płytkę gryzącą bułkomasłowego sąsiada, a poniżej odświętną warstwą wtrącone dla urozmaicenia cynobrowe pancerzyki homarycznej czerwieni, układane poziomkową linią w równych interwałach zarumienionych rdzawych otarć, jaką to mętne akwarium śniętych arylidow zaformalinowało marmuro-karminowym cienkowędzonym wężowo-łososiowym tatuarzem liniejącym nierównomiernie na zażółkłych stronicach z notatnika poniemieckich klinkierowych cegieł, w którym słoneczne pióro atramentem deszczów zapisało zawirowania ich burzliwej młodości i późnostarcze perypetie stupięćdziesięcioletniej osady glinianych, pełnych siebie szkatułek, posegregowanych jak sztabki fantazyjnie domieszkowanego nieszczerego złota w swoje bezuchwytne szuflady pełne wszystkich znanych odcieni słodowopiwnych, gorczycopiwnych, cytrynopiwnych, miętowopiwnych, z odpowiadającymi im lekkimi i ciężkimi odcieniami ciepłej i zimnej uryny, wylewającej się spod dziąseł zmurszałokamiennych starobrudnodrzewnych krokwi, precyzyjnie i poniemiecko podtrzymujących kruchą kolczugę świerzego techno-cynobru dachówek, doskonale skatalogowaną kataraktą czerstwych bochenków lakierowanego piaskowca, równym stosem prostokątnych monet mosiężnych liźniętych tu i ówdzie pokostami niedbałych bursztynów pełnobursztynowych, mglistobursztynowych, żewnobursztynowych i cierpkobursztynowych, a całe to przygaszone zapleśniałe złoto poprzetykane wzdłóżnie pasjansami zaplecionych w podokienne zwiędłomakowe intarsje spranych, poplamionych dynią szkarłatów, wszystkich stadiów truskawkowych narodzin, skomplikowanego życia i wielostopniowego rozkładu, małotruskawkowych wysuszeń i wielkotruskawkowych zwilżeń, radykalnotruskawkowych pianek, cihotruskawkowych szkiełek, finezyjnotruskawkowych kantów, oślotruskawkowych serc, zwinnotruskawkowych rysek, kulawotruskawkowych mgiełek, złośliwie truskawkowych stempli, pomocnie truskawkowych przeswitów,  morderczotruskawkowych sadzawek, porodowotruskawkowych grani, futrzastotruskawkowych języków , jelitowotruskawkowych łysin, rozcieńczanych gdzieniegdzie cytrynowoherbacianymi mrzawkami karminowej podłości i burgundowo-wietrznych animozji, przejmujących już do końca rozłożyście korzenno-koralową rafą tereny podmurówki, ledwie dostrzegalnie żyłkowanej mokrowapiennym splotem fensnetowych półek, przechowujących przy gruncie wina ze wszyskich wysokości i nasłonecznień geografii czerwieni, od rozmemłanych głupiosłodkich malin po wytrawny zimnokrwisty wampiryczny zakrzep, których roczniki i gatunki, w skutek wewnętrznego zróżnicowania składu gliny i niejednolitych temperatur wypieku klinkieru, tworzą delikatną, nie rzucającą się zrazu w oczy subtelną mozaikę odcieni, pomimo dwuch rozróżnialnych kolorow podstawowych rozłuszczoną w nieskończony katalog ich odmian, bogactwo zwykle ujawniane przez przedmioty wyrafinowane czasem, w tej estetyce noszącej ślady naocznej duchowości jaka materializuje się poprzez odsłanianie wewnętrznej struktury obiektów oraz ich zewnętrznych uwikłań w naturę dopiero wypalona wieloletnim światłem i zwilżona wieloletnim cieniem, tak że oczyszczone z banałów charakterystycznych rzeczom nowym, jednolitości i kłującego w oczy nieokrzesania, mogą one ujmować wprawne oko swą głęboką fakturą i osobliwym pięknem czegoś nieuchwytnie rozchwianego a jednak ustalonego delikatnym zrównoważeniem cierpliwej sedymentacji, jaka właśnie rzeźbiła fasady obiektów szpitala psychiatrycznego, zwanych żółto-czerwonymi domkami psychiatryka przez zidiociały kolektyw ignorantów z dziesięciopiętrowego kultu maszyn prostych, kultu samych tylko niezrównoważonych sił natury, nienawidzących mechanicznie tej szlachetności dającej im odpór, jaką charakteryzują się zwłaszcza umysły neurotyków, toczące zmagania, za tymi skromnie mozaikowymi fasadami, z tą erozją najgorszą, ciągłym naporem wszechobecnej kultury kultu, mechanizacji nerwu w naturalnych trybach stosunków sił i posłusznym bezwładzie bezwarunkowej afirmacji dla tresury strachem i głodem, jakiej tak skutecznie i przez tyle lat już pomaga opierać się dom pomocy („Dom w połowie drogi”), dom pełen tej inteligentnej dynamicznej równowagi w jaką wprawiają go wariactwa mieszkańców trzymane w ryzach przez personel, a czasem i zamknięte drzwi oddziału, zresztą nie zawsze skutecznie, bo wielu z rezydentów wyprawia sobie częstokroć nielegalne przechadzki otwierając drzwi sekretnym nielegalnym kluczem, czego przecież nie da się uniknąć, nawet jeśli tak jak kierownik T. zaplanuje się wszystko z demonicznym wprost intelektem, zapewni częste wyjazdy i spacery w towarzystwie pielęgniarzy i pielęgniarek, jak choćby wyjazdy na bankiet do teatru imienia Osterwy, nie daje to i tak nigdy gwarancji uspokojenia rozwichrzonych osobowości neurotycznych, w których samej kontr-naturze leży niezaspokojenie, i nawet podróże tramwajem linii numer jeden w najdalsze rejony miasta Gorzów nie są w stanie na długo zadowolić głodu wrażeń zwariowanego umysłu mieszkańca oddziału zamkniętego domu pomocy („Dom w połowie drogi”), gdzie Pawłow oraz pozostali spędzali przedpołudnia i popołudnia, przedpółnoce i popółnoce, współrezydując pod czujnymi oczyma pielęgniarek, a skąd dziesięć lat temu tramwajem linii numer jeden jechaliśmy do teatru imienia Osterwy,.choć moglibyśmy pojechać znacznie dalej, aż na drugi przystanek końcowy w parterowo-domowo-ogródkowej dzielnicy Wieprzyce, przejeżdżając wcześniej obok osiedla Słonecznego, do jakiego nawet nie myślałbym się zbliżać, tak przerażające i mroczne jest to miejsce znane mi zaledwie z opowieści tych, którym udało się, nie bez szwanku, zapuścić pomiędzy spalone białym słońcem dziesięciopiętrowe zwierzenia, pod jakich wyblakłymi złuszczonymi maskami skoncentrował się najczarniejszy kryminał, jeszcze czarniejszy i jeszcze bardziej kryminalny niż ten wyciekający z osiedla post-Manhattan, gdyż w skutek swego położenia osiedle Słoneczne jest idealną niecką zbierającą ścieki najcięższych i najzjadliwszych patologii z całego terenu miasta Gorzów, koncentrując się tak od dziesięcioleci pod niewinnie jasną nazwą osiedla Słonecznego, którego odbijająca słońce betonowo-sztywna powierzchowność, jak przydrożny wypalony słońcem kamień, skrywa pod sobą najohydniejsze kotłowisko pełzającej czerni, skoncentrowane tysiąckrotnie w najzjadliwszy oleisto-ropny ładunek nieprzerwanego mordu i gwałtu, sto razy silniejszy od szaleńczych wyziewów i rojeń post-Manhattańczyków, bo nie wymierzony w nikogo i w nic, zawinięty w siebie jak rojowisko węży, oddany całkowicie własnej potwornej czerni samounicestwienia i samogwałtu, pochłaniającego tylko nieuważnych przechodniów z głębi kryjącego świeże plamy skrzepłej krwi cienia jak wiecznie głodna rzeźniczo-ośmiornicza karuzela, wysyłająca swoje splugawione plemię mieszkalnicze stadami półludzkich hien na krwawe łowy do pobliskich dzielnic, gdzie porywane są pod osłoną każdej nocy dziesiątki kobiet, mężczyzn i dzieci na ofiarę mrocznym profanacjom w podziemiach tego świetliście za dnia jasnego osiedla Słonecznego, z okien tramwaju linii numer jeden tak niewinnie spokojnego i wręcz leniwie potulnego wietrzejącymi spokojnie spiętrzeniami cementu, pozornym małoosiedlowym skromnym życiem będącym tylko doskonaloną latami taktyką kamuflażu, uśmierzającym świerzbiąca podejrzliwość spojrzeń spektaklem swojskiej dobroduszności, wystawianym codziennie przez ten dwulicowy słoneczny pomiot, jak wystawia swe szyldy mała przedsiębiorczość drobnych sklepikarzy, chociaż schludnymi wesołymi literami zapraszają one wprost w najgłębsze mroki jaskiń gwałtu i mordu, drążonego spod tych wapiennobiałych skorupiastych wieżyc w kto wie jak już rozległy podmiejski labirynt przestępczych korzeni, podlewanych co nocy świeżym nawozem łez i posoki niewinnych ofiar osiedla Słonecznego, najciemniejszego, bo o najjaśniejszej nazwie, miejsca na świecie, w którym wysiąść z tramwaju linii numer jeden znaczy oddać się w kajdany sadycznej prostytucji lub wprost pod rzeźnicze noże kanibalizmu, gdyż jak wszyscy dobrze o tym wiedzą w osiedlu Słonecznym ludzkie mięso to chleb codzienny, dlatego niech żaden podróżnik tramwaju linii numer jeden nie poddaje się hipnozie jasnego oblicza osiedla Słonecznego i nigdy, przenigdy nie schodzi z pokładu tramwaju linii numer jeden w tym miejscu, kiedy kilka chwil jazdy dzieli go od miejsca skrajnie niemal przeciwnego, położonego za przystankiem końcowym, przy tak zwanej pętli w dzielnicy Wieprzyce, gdzie przyjmą go prawdziwie dobrzy ludzie, tak różni od tych półludzkich półdiablich istot z osiedla Słonecznego, choć i tam należy uważać aby nie wspominać choćby słowa określającego samca świni, nawet właściwie nie mówić o czymś takim jak schab albo szynka, ani o niczym co się tyczy trzody chlewnej, ponieważ ludzie z dzielnicy Wieprzyce mają swoje na tym punkcie zrozumiałe kompleksy, wyrobione dekadami wobec samych jadoplujnych mieszkańców miasta Gorzów, jacy częstokroć specjalnie biorą wolne z pracy tylko po to by jechać na sam przystanek końcowy i jeszcze z progu tramwaju, krzyknąć coś o wieprzach z Wieprzyc, na całe gardło, bez żadnych zahamowań, bo w upodlonym do kości sanktuarium nędzy jakim jest miasto Gorzów uczynili sobie z tego istne nikczemne igrzyska podłości, prześcigając się w liczbie i głośności wykrzykiwanych inwektyw, w których zawsze podstawowym tematem improwizacji jest ten nieszczęsny wieprz z Wieprzyc, odmieniany przez tę kreatywną nienawiść w stu różnych przypadkach zaplatanych w plugawe litanie obelg, z prawdziwie bezbożnym czarno-różańcowym podnieceniem odszczekiwanych pod oknami parterowych domków, niejednokrotnie przez degeneratów zapominających się tak dalece, że rozdeptują wszystkie podokienne grządki, najrzadsze i najtroskliwiej pielęgnowane odmiany najpiękniejszych kwiatów, tratowane są niczym pospolite chwasty przez tych dzikich odszczepieńców rodzaju ludzkiego, gdyż tylko chwastami właśnie są w oczach tej hordy zaślepionej swoim urojeniem wysokości jedenastego piętra, z którego zdaje się patrzą na innych, a na którym nigdy nie postała ich kobyla noga, bo gdyby rzeczywiście byli w stanie jakimś magicznym cudem wejść na rojone piętro jedenaste, to tym samym cudem byliby w stanie dostać się aż do samego nieba, i wyżej, po najdalsze zakątki wszechświata, ale ci troglodyci tkwią w swym poczuciu przemożnej siły, podczas gdy z jedenastego piętra ich własne urojenia szczają im bezpiecznie na głowę, wyśmiewając się z nich, z każdym dniem życia coraz dotkliwiej, i z tą uryną własnych demonów na twarzy muszą staczać się w najgorszy gnój nienawiści, tarzać się w nim codziennie i obrzucać tym gównem każdego przechodnia, a kiedy i tego im mało, jechać tramwajem linii numer jeden gdzie ich smród jeszcze nie dochodzi, i przerzucać ten nawóz dalej i dalej, rzygać nim na głowy samotnym staruszkom pielęgnującym jakieś rzadkie hortensje, nazywając je wieprzami z Wieprzyc i wywołując wszechstronnie uczucie nie tyle strachu ile potwornego smrodu, roztaczając wokół siebie aurę dziesięciopiętrowej zgnilizny nerwowej i ciężkiego, dudniącego odmóżdżenia, z którego czerpią swe dudniące głosy, i którymi dudnią i dudnią dzień i noc pod oknami skromnych rezydencji mieszkalnych zwanych potocznie domkami z ogródkiem, a zlokalizowanych w dzielnicy Wieprzyce, jaka z wolna ulega mimo wszystko nasilającym się atakom obelżywego szału, stając się coraz bardziej i bardziej nieufną, zamkniętą, rozbitą na atomy pojedynczych domostw społecznością sąsiedzką, gdzie coraz częściej już nie brat, ale sąsiad sąsiadowi zaczyna patrzeć nieufnie przez płotek na schludnie utrzymany przydomowy klombik, kiedy jemu w nocy ktoś z rykiem wyzwisk zaorał najrzadsze szczepy azalii, takich o jakich nikt inny, nawet jego sąsiedzina nie może pomarzyć, i tak te zewnętrzne ingerencje w godność i przydomowe uprawy zaszczepiają stopniowo tę niedostrzegalną zrazu pleśniową warstewkę powoli zjadającej wszystko paranoi w najhardziejszych z hardych staromodnych sercach ludzi z Wieprzyc, jakim należy się mimo wszystko głęboki szacunek, choćby za ich zdolności w dziedzinie hodowli i aklimatyzacji egzotycznych roślin, a zwłaszcza tajemnej wiedzy o tworzeniu niezwykle trwałych i niespotykanych nigdzie w świecie krzyżówek międzygatunkowych, z których w całej europie florystów słyną nieprzerwanie od wielu pokoleń, o czym nikt w mieście Gorzów nic nie wie, bo floryzm to nad wyraz tajemniczy i egalitarny ruch badaczy roślinnych genów, w skutek wielokrotnych posądzeń o praktyki okultystyczne jeszcze bardziej zamknięty i wsobny, stanowiący skądinąd swoisty czarny rynek obrotu nasionami, a co za tym idzie i substancjami pochodzenia roślinnego, o jakich nie śniło się najbardziej rozespanym chemikom w uniwersytetach, substancji o których po całym mieście Gorzów krążą tylko legendy, a jakich sekretów pilnie strzeże każdy szanujący się florysta, bo są pośród nich związki naprawdę mrożące krew w żyłach, dosłownie, nie raz już znajdowano wtulonego w beton osiedlowych chodników nagłego trupa, zwykle takiego który mieszkał na dziesiątym piętrze, a który z przyczyn, jak to się mówi, niewyjaśnionych, w pół kroku zasłabł, grzmotnął swą umięśnioną zaskoczeniem facjatą o nagły pion deptaku i pozostał tak już, zasłuchany w tektonikę płyt, aż go przygarnęła dyskotekowa ferajna z noszami, stwierdzając wcześniej, po kilkukrotnie satysfakcjonującej acz nieskutecznej defibrylacji, kompletny jak to się mówi, zgon, kiedy tymczasem w osiedlu wiedzą swoje i od razu, w czym są najlepsi w świecie, zbierają czarne runo wniosków i snują czarną, grubą jak powróz przędzę podejrzeń, która musi niechybnie skłębić się wokół florystów, tych przeklętych wiedźm i guślarzy z ich przydomowymi, podejrzanie zadbanymi chwastami, o jakich mniema się powszechnie wśród mieszkańców, że są zbiorami roślin prawdziwie zabójczych, zdolnych wywołać w różnych konfiguracjach dowolne schorzenia i objawy, a to wszystko pod niepozornym kolorowym płaszczem pospolitych storczyków, lub jakiejś odmiany ozdobnego słonecznika, w którego grubej genetycznie zmodyfikowanej pojemnej łodydze kumuluje się tymczasem najrzetelniejsza z śmiertelnych toksyna spotykana jedynie w gatunku jakiejś nikomu nieznanej amazońskiej liany, jaką potajemnie, przez florystów tylko znanymi sposobami sprowadzono w rejony europy środkowej i jeszcze potajemniej pożeniono z jakimś niewinnym małym kwiatkiem, z zewnątrz wprawiającym w jak najlepszy nastrój i zachwyt podczas gdy pod uroczymi gładkimi oranżami i słonecznym ciepłem alabastrowych płatków zebrano z największą, znaną tylko matce naturze perfidią i zjadliwością, z tym typowo naturalnym wyszukanym podstępem, najgorszy z możliwych nekrotyk, zdolny jedną kroplą ekstraktu porazić nerwy stu obywateli, paraliżując ośrodki oddechowe i prowadząc do natychmiastowej śmierci klinicznej w skutek niedotlenienia, po której szybko, w przeciągu minut następuje ostateczne zatrzymanie kamertonu serca, śmierć natychmiastowa, precyzyjna, w białych ogrodowych rękawiczkach, której egzotycznych przyczyn koroner będzie się potem mógł tylko domyślać, bo analizy oddzielonego tymczasem osocza nie wykazały absolutnie niczego znanego współczesnej medycynie, więc pada zwyczajowy werdykt – zawał serca, choć wszyscy najbliżsi wiedzą doskonale, że chłop był zdrów jak byk, i wiadomo od razu, że była to podstępna zemsta tych wieprzów z Wieprzyc, tej okultystycznej zgrai starych chwaściarzy, hodujących swe jadowite pnącza, trujące bluszcze, dla niepoznaki obsypane pstrokatymi kwiaty, ale wskutek tej jajogłowym dziadom tylko znanej inżynierii medycyny naturalnej zmienionymi w istne fabryki demonicznej chemii, zdolnej walić pokotem stada nosorożców, a co dopiero tych przepitych i zamarynowanych sterydami anabolicznymi mięsnych purchaw z osiedla post-Manhattan, jakich się kasuje najgłupszym genetycznie modyfikowanym fiołkiem, pobieżnie skrzyżowanym z ptasznikiem i produkującym w aksamitnych listkach zabójczą truciznę, zbieraną w niewinnych flakonach od perfum przez niepozorne zasuszone staruszki, jakie aplikują szybkim aerozolem swoje specjały zlokalizowanym wcześniej przez florystycznych szpiegów wrogom klombów, do identyfikacji używając starej techniki gipsowych odlewów odciśniętych butów oraz polowych analiz porównawczych, co często powoduje wykończenie, dla pewności, wszystkich nosicieli jakiegoś obuwia w rozmiarze przykładowo czterdzieści pięć, a przecież ta bezwzględność w dokonywaniu zemsty nie przynosi żadnych trwałych skutków, bo na miejsce jednego lokatora piętra dziesiątego, który przemeldował się z pomocą jakiejś cichociemnej ogrodowej babci na cmentarz komunalny przy ulicy Błotnej, gdzie ma za pokutę przeistaczać się w nawóz, wprowadza się następny i upiory jakie zamieszkują piętro jedenaste zaczynają teraz jego zadręczać i zbydlać, wylewając mu codziennie na łeb fontanny urojeń, nadymając mu ego i boleśnie je raniąc, przeobrażają go nie do poznania w swojego plugawego kapłana i jak tamten wkrótce i on zdepcze czyjeś kwiatki, jadąc w tym celu tramwajem po linii numer jeden z miejsca najwyższego w mieście Gorzów, osiedla post-Manhattan, manufaktury najczarniejszych zwyrodnień, do miejsca poniżej wszelkich innych poziomów, hodującej najpiękniejsze i najdemoniczniejsze kwiaty dzielnicy Wieprzyce, dzielnicy ludzi bez wyjątku starczych, gdzie nawet dzieci wszystkie tam mają włosy siwe i twarzyczki, czy to od nieustannych całonocnych studiów botanicznych, czy od trujących wyziewów tych biomilitarnych roślin, zupełnie pomarszczone, jakby się od razu urodziły maleńkimi chyżymi staruszkami, tak że młodych ludzi od starych w pewnej chwili można odróżnić tylko po tym z jaką prędkością przeflancowują grządki i czy jeszcze są w stanie rozprostować plecy, coraz bardziej z wiekiem, w wyniku schyleniowej skoliozy kamieniejące od najniższych kręgów, tak, że można po kącie maksymalnego odgięcia z odpowiednich wzorów wywnioskować wiek florysty, a trzeba zauważyć, że ci dożywają dużo powyżej dziewięćdziesięciu stopni ponieważ, jak sami twierdzą, prowadzą tryb życia zgodny z rytmem natury, ale co jest bardziej prawdopodobne, szprycują się już od śniadania jakimiś ziołowymi świństwami, przedłużając swój wiek tak bardzo, że wcale już nie przestają wąchać własnych kolan, ostatecznie dogięci jak zamknięty cyrkiel, a mimo to do ostatnich chwil życia ryją w rabatkach i zazwyczaj znajduje się ich zastygłych nad ranem z pół opróżnioną konewką i zakopuje, tak jak padli, na klombie, żeby się nic nie zmarnowało i żeby jeszcze po śmierci użyźniali tę swoją eksperymentalną mikrodżunglę, odorem biochemicznym drażniącą w miesiącach letnich już od samej pętli tramwaju linii numer jeden, na co narzekają najbardziej motorniczy zmuszeni wykonywać kilka razy na dzień manewr zawracania po pętli w dzielnicy Wieprzyce, a przecież nie od razu można po pętli zawrócić, trzeba jeszcze przeprowadzić, mimo mdlących oparów, gruntowną inspekcję obydwu wagonów, nieraz asystować pomocnym butem w pośladek ostatnim ślamazarom, zanim będzie można przebić się przez ten bioperfumeryjny wyziew, pośród chmar wszystkich możliwych gatunków owadów, jakie w tych rejonach obżarte genetycznie zmodyfikowanym nektarem przyjmują najbardziej zmutowane, najeżone żądłami, szponiaste i kąśliwe lotne formy, i odjechać jak najprędzej z tego polifenolowego poligonu w rejon gdzie w powietrzu jeszcze znajdzie się kilka atomów niezwiązanego z niczym tlenu, choćby i w pobliże słonecznych uśmiechów rozpromienionego osiedla słonecznego, gdzie harmonijny obraz psują tylko stłumione odgłosy ludzkich jęków dobiegające gdzieś spod jasnych chodników, z głębi podpiwniczonych katakumb w jakich orgie mordu trwają dzień i noc, choć i tu w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach butwiejących po śmietnikach niedoogryzionych ludzkich kończyn, więc motorniczym, a z nimi podróżnym tramwaju linii numer jeden powinno udać się naprawdę odetchnąć dopiero gdzieś przy kwadratowym placu średniowieczno-katedralnym, choć tu znowu najwięcej jest spalin w skutek skrzyżowania najruchliwszych ulic, więc właściwie motorniczy musi jechać całą tę połowę trasy na wdechu i dopiero wspinając się w rejon przyszpitalny może odetchnąć drzewnym tlenem, gdzie znowu powietrze jest tak nim, w skutek nagromadzonych przepotężnych roślin zielonych, przesycone, że aby nie ulegać hiperwentylacji oddycha on płytko w długich odstępach, i tylko jadąc w przeciwnym kierunku robi tu ostatni pełny wdech, na którym musi wytrzymać dwadzieścia kilka kolejnych przystanków, choć tak beztlenowe środowisko centrum i niższych okolic dla motorniczego z licencją na kierowanie tramwajem linii numer jeden, a więc licencją nie mniej prestiżową niż ta na pilotaż wahadłowców, nie stanowi najmniejszej przeszkody, a od pasażerów w stanie tlenowej półśpiączki i tak nie jest wymagana żadna sprawność, gdyż na przystanku końcowym rejonów wysokich okolic post-Manhattan, odzyskują oni świadomość i wysiadają w miarę sprawnie, zaś na końcowym w pętli Wieprzyce, usuwani są jak śnięte pstrągi przez kierownika składu tramwaju linii numer jeden, o której Pawłow, neurotyk z oddziału zamkniętego domu pomocy („Dom w połowie drogi”) powiedział, że jest linią łączącą wszystkie miejsca zdarzeń, w chwili gdy schodził z przystanku przy szpitalu psychiatrycznym a wchodził na tramwaj, co mam zanotowane w jednym z notatników praktyki pedagogicznej, w miejscu, nie ukrywam tego, dość centralnym, na linii dziesiątej od dołu, i ta właśnie wypowiedź mieszcząca się w jednoliniowym zdaniu, odegrała rolę dyktatora dla zdań pozostałych wyłapywanych w procesie ekstrakcji redakcyjnej, wywołanej nie tyle jej zdaniem pierwszym jako takim, ale pierwszym zdaniem wrzuconym w roztwór wspomnień, z którego przy pomocy logicznej chemii wytrąca się ostateczny związek polisemiotyczny, a więc to wyczekiwane nieszczęsne opracowanie materiału, wymuszone przez pierwsze zdanie, którego dziwność i nagłość nie przestawała mnie zdumiewać, tak niespodziewanie, niczym zalegające w głębi uśpione kłącze, przeleżawszy dekadę w jakimś notatniku, wyrosło nagle do rangi pierwszego zdania, chociaż w pierwszych chwilach, oraz jeszcze przedpierwszych, kiedy wielokrotnie przerzucałem strony notatników praktyki pedagogicznej nie wydawało się w żadnym wyrazie zdaniem istotnym, a co dopiero pierwszym, a jednak nagle, zebrawszy jakiś tajemniczy wewnętrzny ładunek, skoczyło mi wprost do oczu swoją prymarnością, czym wprawiło mnie z początku w lada niezręczność, z jaką próbowałem radzić sobie czytając je na setki sposobów, z góry na dół i w poprzek, przestawiając litery, oby straciło swój demoniczny charakter i wróciło w szereg reszty, niegorszych przecież, zdań, przepisywane przeze mnie na tysiące sposobów pod zdaniami znacznie lepszymi, literackimi, historycznymi, ugruntowanymi ogólną aprobatą zdaniami wyższej kultury, artystycznymi zdaniami z rodowodem, finezyjnymi, filozoficznymi, wszystkimi najlepszymi jakie miałem pod ręką, tylko po to by przyćmić, zbesztać i wykpić to bezczelne prymusowate zdanie rozkazujące natychmiastowy wymarsz wniosków z mojej nikomu nie wadzącej sterty notatek, co jednak nie przynosiło najmniejszego skutku, gdyż zdanie to jedną nogą stojąc twardo na ziemi drugą już wkraczało w pewną głęboką nieokreśloność i dynamikę, nie będąc ani zbyt prostym, ani zbyt trudnym, przeciwnie, w pewnym sensie podmurowane twardo banałem, w innym jednak otwierające drzwi jakiejś nieograniczonej interpretacji, pozostając w swej szlachetnej prostocie niewzruszonym uzurpatorem i pomimo moich wzbraniań rozwijając coś na kształt kilkupunktowego planu zagospodarowania poprzedzających je a zwłaszcza następujących po nim zdań, i planem tym, jak kartą żelaznych praw zaczęło świecić wszem i wobec, pomimo tego, że zawierało tramwaj, tak anachroniczne słowo, przywodzące na myśl jeszcze konne zaprzęgi, choć zaraz jasnym się stawało, że to słowo elektryfikuje ekologiczną przyszłością, więc musiałem zwrócić swa krytykę przeciw linii, która jest najgorszym geometrycznym banałem, ale zaraz ten banał wiązał się w pęczki jakiejś perspektywy, dlatego należało algebraicznie, nie geometrycznie je zbesztać, wytykając ten głupi numer jeden, jaki wytknięty od razu rewanżował się swym jedynym uniesionym palcem wskazującym na ogólną modularną podstawę procesów językowych, a z kolei tego połączenia nierozsądnie było się czepiać, więc mój kolejny atak skupił się na zdarzeniach, czemu tak ogólnie, kolokwialnie i mało konkretnie, na co przyszła odpowiedź wymijająca, że to nieoznaczoność Heisenberga, pogrążając mnie coraz skuteczniej, i kiedy tak grzązłem i grzązłem, zdanie niczym boa dusiciel zaplatało się tym szczelniej na mej głowie im bardziej chciałem się wywiercić z jego uścisku, osaczony nagle ze wszystkich stron, nie mogłem nigdzie się ruszyć, żeby zdanie to już nie czekało tam na mnie, nie wyłaziło z każdej napotkanej linii, z każdego przestępowanego progu, potworne, zapisane w genach każdego jednego przedmiotu, każdej jednej sytuacji, żeby nie wspomnieć o tramwaju linii numer jeden, jaki stał się dla mnie w początkowych fazach pracy nad tekstem obiektem mistycznego wprost lęku, realizując metaforyczną materializacją jakąś okropną moc tego potwornego zdania, jakiego nie mogłem żadnymi sposobami zignorować, chociaż posiadam najlepsze publiczne wyższe zawodowe wykształcenie filologiczne pozwalające zawodowo ignorować wnioski, na co mam szereg świadectw jakie szkolnictwo podstawowe średnie i wyższe wręczyło mi z okazji ukończenia, niejednokrotnie z wyróżnieniem, państwowych kursów postępowania metodycznego, doktrynalnego, a więc unikania nie ujętych państwowym programem dydaktycznym wniosków, a to najdoskonalsze szkolne, licealne i akademickie, poświadczone pisemnie przez państwowe instytucje wykształcenie do podążania w kierunku jasno wyznaczonym programem dydaktycznym i unikania wszelkich treści niezidentyfikowanych podstawą programową, w dodatku wykształcenie wprost kierunkowe, filologiczne, które uzbrajało mnie szczególnie zaciężnie do obrony przed wyciąganiem wniosków ze zdań, a i tak cały ten państwowo-edukacyjny trud okazał się niewystarczający wobec przemożnej, mechaniczno-automatycznej siły zdania Pawłowa, jakie nawet wobec ostatkiem sił wyprowadzonego przeze mnie nieczystego ataku po mieczu, tnącego w sam korzeń chronologiczno-genealogiczny, to jest przywołując jego nikomu nieznanego, nieistotnego ojca zniesławionego dodatkowo zamknięciem w domu wariatów, Pawłowa, zdanie wyprowadziło natychmiast kontra-sztych homonimiczny wyciągając życiorys znanego w całym świecie profesora behawiorysty Pawłowa, i w skutek takiego powinowactwa po nazwisku przebijając wariata profesorem, a więc wprost ze szpitalnego łóżka oddziału zamkniętego pakując się na samą uniwersytecką katedrę psychiatrii, na której natychmiast wywiesiło swój noszony zawsze i wszędzie manifest, czyli plan zagospodarowania tekstu, z całą mocą pretensji zdania pierwszego, domagającego się natychmiastowego lenna wniosków, których z początku nie było widać ani słychać nigdzie, gdyż pomimo całego odprawionego przedstawienia i napuszenia, zdanie wciąż porażało banałem jak pospolita dziura w polskojęzykowym asfalcie, i dopiero ta ciekawostka z Pawłowem, to jest zbieżność nazwisk neurotyka z profesorem uniwersytetu, przerodzona w ciekawość i wreszcie w ciekawskość, przywiodła mnie na skraj tego ubytku w powierzchni lingwistycznego chodnika, gdzie z przerażeniem stwierdziłem, iż otwór ten, niepozorny, istotnie nie posiada zwyczajowego banałom płytkiego piaszczystego dna, ani nawet dna głębszego, poetycko jaskiniowego, tylko jest zupełnie bezdenny, jak przejście w jakąś podjęzykową otchłań i czeluść, a w jaką spadek może zakończyć się kompletnym dadaistycznym szaleństwem, dlatego należało z tym przeręblem obchodzić się ostrożnie i wyławiać tylko takie wnioski, na jakie stać było moją  filologiczną gawędkę z linią numer jeden u której końca tkwił tramwaj i wijący się na nim tłusty motorniczy, zarzucony pomiędzy nawiasy tego ziejącego istnym szaleństwem cytatu, podciągany, raz w górę, raz w dół,  penetrując tym głębinowym tramwajem zakamarki Pawłowego zdania cierpliwie, i w nadziei uchwycenia sensu całej tej zalegającej pokaźnym stosem pisaniny, a co w efekcie doprowadziło do istnej reakcji łańcuchowej rozpoczętej tym wrzuconym na oślep, jak się okazało w czeluści lekko promieniotwórczym tramwajem w przekraczającą krytyczny poziom masę wspomnień, które w skutek tak nagłej ingerencji zaczęły emitować wnioski i rozbijać zdania w takim tempie, że musiałem rozsuwać na bezpieczną odległość pojedyncze dzienniki, broniąc się przed częstą w takich wyładowaniach katastrofą, jakiej zresztą całkowicie i tak nie udało się uniknąć, gdyż potworna ilość wniosków okropnie promieniotwórczych filologicznie przedostawała się bez udziału mojej świadomości w obszar wspomnień, męcząc mnie już od pierwszych nocy snami z życia, którego wcale za dnia nie prowadziłem, co skutkowało notorycznym niewyspaniem i wyczerpaniem, a mimo to ani na moment nie mogłem wyrwać się z pola rażenia zdania pierwszego, myśląc czasami tylko o tym jak wiele pierwszych zdań produkuje się w tym kraju, jaka pierwszozdaniowa epidemiczna płodność trwa ciągle powodując rodzinne tragedie, rozłamy, kiedy nagle tknięty pierwszym zdaniem jegomość porzuca natychmiast swoją żonę, nawet z dzieckiem, lub w najlepszym przypadku odstawia ich na drugi, trzeci, lub siódmy plan, w zależności od ilości posiadanych planów, i jak szczególnie dramatycznie przebiega to w przypadkach żeńskich, kiedy jakaś ofiara ataku zdania pierwszego porzuca odpowiednio męża z dzieckiem, lub wręcz kilkorgiem dzieci, odsuwając ich na piąty, dziesiąty, piętnasty plan, gdyż kobiety planują jeszcze więcej niż mężczyźni, a przejęte tym pierwszym, często pierwszym lepszym zdaniem, od razu gotowe są do porzucenia dziecka, męża, wszystkich naraz kochanków, byle tylko zrealizować ten potworny plan zagospodarowania jaki wprowadza reżim pierwszozdaniowy nie zważając zupełnie na nic, ani na kochającego mężczyznę, ani na wyciągające rączki, spragnione uczuć potomstwo, nic nie jest w stanie zatrzymać raz wyzwolonej reakcji łańcuchowej wspomnień przekraczających masę krytyczną, i nie potrzeba wcale zdania tak doskonałego jak to zdanie Pawłowa, które swą totalitarną doskonałość ujawniło tylko przez mój profesjonalnie wykształcony filologiczny ruch oporu, jaki u niesfilologizowanych cywilów pozostaje w formie neonatalnej i zdechlakowatej, przez co pierwsze przypadkowe, usłyszane z telewizji lub wyczytane w prasie zdanie, nawet z najgorszego brukowca jaki zwykle nie przeżywa pasteryzacji wysokich stopni krytyki, jest w stanie przełamać immunofilologiczny opór cywila, bo niektórym naprawdę wystarczą zdania wprost podniesione z bruku, podczas gdy inni się już na nie uodpornili, chociaż nawet najtęższy, najbardziej zatwardziały arcy-umysł jakiegoś hiperfilologicznego megaprofesora też prędzej czy później gromadzi tyle wspomnień, że ich dziesięciokrotnie krytyczna masa nie jest w stanie uchronić się od przenoszonych laryngologicznie wybitnych jakichś megauniwersyteckich zdań, jakie raz siadłszy mu na głowie zaczynają wżerać się przez neokorteks, aż po same rdzennokręgowe ośrodki ruchowe, a wtedy przecież już nawet dla takiego megaprofesora jest za późno, musi rzucić megakatedrę megawydziału i w zaciszu domowym wprowadza w życie plan zagospodarowania podług wniosków którymi podstępnie, gdzieś spomiędzy fałd materii szarej steruje jego megapierwsze megazdanie, bo jak uczyli nas już antyczni grecy, największe tragedie mogą zacząć się od najniewinniejszego pierwszego zdania, jakie niestety bardzo rzadko bywa zdaniem najlepszym, przeciwnie, jest to zwykle zdanie takie sobie, ale z uwagi na te perfidne wnioski, zaczyna całą lawinę tragicznych nieszczęść, w skutek których zwykle jakaś rodzina doszczętnie się wymordowuje, lub wręcz upadają całe miasta, wszystko przez to demoniczne pierwsze cichociemne zdanie, i nie zmienia tu nic fakt, że komedie również zaczynają się zdaniami pierwszymi, w skutek czego jednolita teaoria zdań pierwszych pozostaje nierozwiązywalnym fabularnym paradoksem, niemożliwym przy obecnym stanie rachunku zdań do sformułowania, chociaż  każdemu łatwo jest wykazać doświadczalnie istnienie, poprzedzającego każde inne fatum fabularne, fatum pierwszego zdania, po którym musi nastąpić drugie, trzecie zdanie, bez względu na to czy ma fabularyzować tragicznie prowadząc ku śmierci spowinowaconych z sobą kazirodczych współmorderców, czy tylko niewinnie zagaić frywolną facecję, prawo zdań pierwszych wyraźnie narzuca wydarzeniową konieczność, jakiej od początku do końca poddani są nie tyle bohaterowie tragiczni, ale sam tragiczny i nieszczęsny autor, bez względu na to czy prowadzi swoich bohaterów tragicznych na tragiczną śmierć, czy swoich bohaterów komicznych na śmierć śmiechu wartą, to działają nań żelazne prawa zdania pierwszego, na jakiego orbitę dostałem się niestety i ja, wskutek przekroczenia horyzontu wspomnień, za którym następuje nagły, niekończący się upadek w szaleńczą realizację planu zagospodarowania poprzez wyciąganie kolejnych wniosków z niewyczerpanej, głębokiej jak ocean energii międzyzdaniowej próżni, a więc pola wszelkich możliwych konfiguracji słownych, które należało nadziać na linię numer jeden jak na szaszłyk przejeżdżając zdaniem Pawłowa po kolejnych zdobycznych terenach notatników i dokonując wyrywkowej inspekcji stanu jednostek słownych, jednocześnie dopilnować eliminacji zdań słabych, niedołężnych, przestarzałych, lub po prostu buntowniczych, umieszczając je za ogrodzeniem skreślenia, gdzie miały za zadanie przestać istnieć, bo za nieistniejące już uchodziły w ramach planu zagospodarowania zaprowadzonego pierwszym zdaniem i siłą jego wniosków. (…)

Piotr Mateusz Salomon – Bankiet (vol.1)
QR kod: Piotr Mateusz Salomon – Bankiet (vol.1)