Wiersz boleści

Sok z guajawy był zbyt dobrze zmrożony,
za dokładnie odmierzona pięćdziesiątka tequilli.
Za dużo było świecidełek, zasępionych gargulców,
kocich kroków trzymających się metrum
sprzed nastania świata. Za dużo precyzji
w każdej kropli deszczu. Za dużo róż
magnetycznych, róż Saadiego, róż Yorków
i Lancastrów, róż Krymhildy, de Meunga,
Elżbiety Węgierskiej, Guillaume’a
de Lorris, Kasprowicza i Blake’a.
Wszystkiego za dużo: toccat, PIN-ów,
guzików. A co ma na swoje usprawiedliwienie,
proszę państwa, tęcza?

Oto jest wiersz boleści. Był wśród nas,
a myśmy się na nim nie poznali.
Poznaliśmy się na sztuce: za dużo było piękna.
Pawie znużone tasowaniem kolorów wołały:
Precz z pawiem! Kto tu mówi: chcemy więcej pawia?
Paw też ma swoją cierpliwość – i właśnie jej nie ma.
Paw musi odejść! Proszę puścić pawia!

Nie poznaliśmy się na bólu. Za dużo było
tego, czego nie ma: biły źródła piękna,
skinheadzi w skórzanych kurtkach też bili.
Zbyt dobrze wiedzieliśmy, o czym są drzewa,
poznaliśmy tajemnice wszystkich wodorostów,
za dużo nam przysyłali nowych, ładnych książek.
Żyjemy, prawdę mówiąc, osaczeni słodyczą.

A trzeba było słuchać oczywistych ostrzeżeń:
że śmierć za życia nie wydała drukiem
kompletnego zbioru swych klasycznych reguł,
że od każdego uśmiechu był jakiś podatek,
a smutkiem nie płacono nigdy bez odsetek.

Za dużo było róż. Na pewno.
Prawdziwa róża kwitnie
dopiero niewidzialnie.
Po odejściu wiersza.
Dopiero po odejściu.
Po odejściu. Potem.


Parmenides powiedział

Parmenides powiedział: życie i światło są nierealne,
realna jest tylko śmierć. Życie i miłość, i światło
są ludzkimi złudzeniami. Przedmiot jest realny,
jeśli jest nieruchomy. Jeśli coś jest ruchome,
jest nierealne, tak powiedział Parmenides.
Realna jest tylko śmierć i nic więcej. Dlatego
nie ma światła, nie ma miłości i nie ma życia:
wszystko to zabawki dla dziecka świata.
Żyjemy siebie dopiero w snach. Dopiero tam
jest życie i miłość, i światło. Skąd wiem?
Od Marksa (implicite): niebyt odkształca
nieświadomość.


Komentarz do Parmenidesa

W swoich pracach poruszył problem śmierci.
A przecież to dziwne, że z myślenia o śmierci
można jeszcze powrócić do myślenia
o czymś innym. Myślenie jest niedoskonałe:
może wyprowadzić poza granice życia,
a jednak nie umie nie wrócić. Zawsze
powraca na miejsce zbrodni. Samo jest
płonącą czapką na głowie filozofa.
Piórem, które połyka wypisany atrament.
„Miłość jest mocna jak śmierć” – czytamy
u króla Salomona. W winie jest zapomnienie
miłości i nadmiar słów.
Mowa – mocniejsza niż śmierć.


Most Głupców (Eselbrücke)

Zachłysnąć się. To takie kosztowne.
Sztuką jest przestać tęsknić
i zacząć się trwożyć.
Z upływem lat coraz mniej to wychodzi.
Śmiech w końcu wybucha,
ale wpierw trzeba go wyprodukować.

Korytarze stają się bardziej zmęczone.
Coraz bardziej chce się spać.
Jeszcze jeden raz, a potem
nigdy już nie będzie bardzo.
Zmarszczki na korze mózgowej
pojawią się i zgasną.

Rzeczywistość to uginająca się kładka,
szeroka dla kogoś, kto ma odwagę
przyznać się do własnej głupoty.
Wąska i krucha,
jeśli trwasz w uporze wiedzy.

Najlepsze chwile spędzamy przy tablicy,
potem odnoszą nas do pralni.

Nigdy nie zaniedbałem okazji do nauki
i ciągle było mi mało.

To nie są słowa prymusa,
to słowa repetenta.


Klodka a sprawa głupców
Most głupców (Eselbrücke): skondensowana postać ludzkiej wiedzy. Ów szczególny rodzaj mostu miał zapewne na myśli Horst Bienek:
„W naszym mieście są trzy mosty przez Kłodnicę, każdy je zna. Kiedy wejdzie się na wieżę u Wszystkich Świętych, tam gdzie potężny dzwon św. Jadwigi grzmi nad miastem, można je wszystkie objąć jednym spojrzeniem, jeden zielony, drugi biały, trzeci czarny.
I przyjdzie taki czas, kiedy jeden most się zawali, drugi zostanie wysadzony, a trzeci, zielony, z drzewa, spłonie. Wtedy przyjdzie ktoś i przerzuci przez Kłodnicę most z papieru, a ci, którzy w ten most zwątpią, zatoną w rwącej wodzie, kiedy nadejdzie przybór, ale ci, którzy uwierzą w ten most i przejdą po nim, osiągną drugi, bezpieczny brzeg…” (przeł. Maria Przybyłowska).
Proroctwo z powieści Bienka Die erste Polka (Pierwsza polka) dotyczy niedużej, niezbyt czystej rzeczki przecinającej miasto Gleiwitz (Gliwice).
Ktoś, kto myśli o starym moście w Heidelbergu — powie Heidegger — jest o wiele bliżej owego mostu niżeli ktoś, kto przechodzi przezeń bezmyślnie.
Kłodnica (Klodka) to doprawdy nieudana rzeka. Bienek, jak się zdaje, miał na myśli własną książkę.
Jak powszechne wiadomo, znane są dwa rodzaje dokumentów: prawdziwe oraz fałszywe. Do tej ostatniej grupy — według genialnej intuicji Orygenesa — należałoby zaliczyć wszelkie dyplomy zaświadczające o ukończeniu szkoły. Zawierają one mianowicie wierutne łgarstwo, którego nie może ziścić żaden przyrodzony system edukacji: „zakończył naukę”. W jednym z kapitalnych dzieł Orygenes tak maluje wizję miejsca pobytu zbawionych: „Sądzę mianowicie, że wszyscy święci odchodząc z tego życia będą przebywać w określonym miejscu na ziemi, w miejscu, które Pismo święte nazywa «rajem», a będzie to jakby miejsce nauczania (quodam eruditionis loco) oraz, że się tak wyrażę, sala wykładowa i szkoła dusz (auditorio vel schola animarum); tam święci otrzymują naukę o tym wszystkim, co dzieje się na ziemi, a ponadto otrzymują jakieś wskazówki o sprawach przyszłych” (O zasadach, II, 11, 6; polski przekład Stanisława Kalinkowskiego). Nie chodzi tu żadną teologiczną koncepcję; Orygenes, nauczyciel z Cezarei, wyraża nadzieję, że w zaświatach nie zabraknie dla niego pracy.
Stąd bierze się zapotrzebowanie na świętych i męczenników, ludzi wyćwiczonych w sztuce cierpliwości, bo któż by wytrzymał wieczność w szkolnej ławie?
 

Marek K.E. Baczewski – Cztery wiersze
QR kod: Marek K.E. Baczewski – Cztery wiersze