Rejs

M. podszedł do nas na krakowskim dworcu, w plecaku miał jakieś ulotki, a potem nie pamiętam w tamtym barze, gdzie piliśmy nie wiedzieć czemu kawę, czy gdzieś zupełnie indziej powiedzieliśmy śmiejesz się jak Czycz, a on do mnie musisz to opisać, więc jak było:
wrzesień, Jan Jan mówił dużo i szybko, nawet gdy wysiedliśmy już, wszyscy chcieliśmy jechać na ten zjazd czy festiwal Piszących i Już Od Dawna Znanych; na tym dworcu o którym Pio wyraził się ładny spotkaliśmy Piszącą (to ja jej mam robić zdjęcia? załamany zamówił podwójne pierogi, piwo), a dalej, zanim godzina odjazdu wybiła, pojawił się Bóg, jego była żona i jej obecny facet, a także un certain Plume; zewsząd dołączali do nas inni Bynajmniej Nie Początkujący, żebyśmy mogli patrzeć na nich i patrzeć spode łba, milczeć w przedziale w różnych językach, łowić strzępy zdań (poezja jest jak odtłuszczone mleko), wspominać bodaj krakowską kasjerkę która powiedziała z oburzeniem legitymację się okazuje, a nie pokazuje!, no albo te wszystkie te wszystkie Ach Pejzaże Zaokienne – przedpola – pola – popola – pędzą-ce na łeb na szyję na złamanie karku, gdy my sobie rozmawiamy jak redaktorzy, o poezji na przykład, czas leci i nagle jestesmy na miejscu, sucho, zimno, hotel koło stacji, tak że widać tory, dużo torów przez okno; Jan Jan od razu przykleił się do parapetu, jak wszystko na trzecim piętrze świeżo pomalowanego; dwa piętra pustych pokoi oddzielały nas od portierni, gdzie dwóch jegomości oglądało w najlepsze igrzyska, i od tego baru, gdzie dana nam była jajecznica, herbata z cytryną, porcja czerstwego pieczywa; było ciemno albo słońce świeciło – kawał drogi – co ja tu robię? myślałem, kurwa nic tu po mnie, ale nie za długo, bo wyszliśmy jak jeden mąż i przecięliśmy tory, potem Dzielnicę Czerwonych Dresów i Dystrykt Wybitych Szyb – i oto stanęła przed nami Hala, gdzie wszyscy Godni Podziwu już są albo prawie że, hala obszer-na, targowa; jedna pani sprzedaje piwo w plastiku, a dwie obok jakieś książki, na mostku siedzi Pandark i mój sąsiad z podwórka, no i się zaczęło (to czytanie); jedno takie czytanie (po schodkach metalowywch szło się po piwo), to znaczy wdrapywali się na podium i grzebali w tych kartkach, tak to leciało przerwa, druga przerwa, a te materace to z którego poligonu? – mam już taką jedną w domu – znowu swoje, no i ogarnia mnie taki nastrój, że jestem półprzytomny, i w ogóle zresztą nie ja jeden za-pewne, nie licząc tych obok nas i tych obok nas, chętnie bym komuś przywalił, ale jeden nosi okulary, drugi jest z Łodzi, a M rozmawia jak gdyby nic z Poetą o Szczu-rzym Ryjku i z tym Drugim, co wydał książkę z nadrukiem na grzbiecie, i tak to się kręci, i ach te wszystkie wiersze-wyliczanki, wszystkie mantry, Ta Driada powtarza-jąca jutro będziemy trzeźwi, Jan Jan przecierający zaparowany okular –
hotel ma dach, ewidentnie, na górze gwiazdy, nocne niebo, niżej uśpione ciężkie miasto, akurat dla nas krzesło, drugie by się przydało, idź po fajki (znowu mi się to wszystko, bo była jeszcze druga noc, wkładam im w usta jutrzejsze słowa), M. przepadł, Tamci zaczęli się kłócić, więc krzyknąłem macie nasrane do głowy – no a ty masz tam czysto, odparował – chodźcie, zawołaj resztę;
więc idziemy, wieczór suchy i zimny, zanim wsadziliśmy M. do szafy przez ten jego śmiech (przez sen), zanim Dziewczyny z drugiego przyszły się z nami napić niedostrzegalnie niemal i Jan Jan z Tą Drugą próbował tyle że nie pamięta za bardzo rozmawiać (po polsku & po angielsku), noc była sucha i zimna zanim to wszystko, mimo że ominęliśmy Jakąś Dzielnicę, przeszliśmy obok Tych Ludzi, o których nie-ciekawe typy, a gdy wróciliśmy z wódką i tu właśnie pojawił się Mambo, którego M. polubił prosto z mostu, aon na to nigdy nie wyciągaj do mnie pierwszy ręki, moje życie potoczyło się tak jak się potoczyło, to nie była gra w guziki, facet rzeczywiście był tym Typem, myślałem że mu zaraz pierdolnie powiedział Jan Jan, a potem na densingu, gdzie unosił się zapach potu i frytek, piliśmy rozwodnione piwo, a pani Irenka, taka wielka i w fioletowej bluzeczce, jak ona pięknie schwyciła M., gdy ten zachwiał się w drzwiach, powiedziała Synku i Co się śmiejecie, Prztyczki, i wyrzuci-ła za drzwi jednego, który nie tylko nie tańczył, lecz nie mógł znaleźć kobiety swo-ich Marzeń;
w pociągu – na korytarzu – w przedziale rozmawialiśmy jeszcze pośpiesznie, pobieżnie, pochopnie i gładko, bo M. kupił piwo, ktoś fajki, i dopiero rano w Kra-kowie – przed pocztą – na ławce – dopijaliśmy i mówili do siebie nawzajem i żegnali Dziewczyny na koniec, aż rozeszliśmy się jeden z drugim na pociąg ten a ten na tramwaj, wszyscy – jasno już było całkiem i ktoś się zgubił w drodze – ale to już inna historya; poprzedniego ranka budzę się w cudzym łóżku i przypominam sobie te gonitwy, M. który mówi do portiera poproszę szklankę wody, miałem cały dzień przed sobą, sufit nad głową, czytaliśmy gazetę, rozmowa rozłaziła się, rwała, pękała w szwach, chodziliśmy po mieście, wiedząc że niebawem ten zjazd czy festiwal, widzieliśmy rynek, kafebar i jedną ślepą ulicę, słuchaliśmy muzyki oazowej, przebo-jów francuskich, rozmawialiśmy niewyraźnie, wybuchali śmiechem lub zapadali w gorączkowy sen, słońce się pokazało, słońce wyszło na chwilę zza chmury, było ja-sno lekko, piliśmy coca-colę, palili Goldeny, wszystko było przed nami, kupowali-śmy bilety, zbierali paragony, słońce schowało się za chmurę, było zimno –
i gdybym w tym ostatnim rozpędzonym pociągu zapytał o coś znienacka M. albo Pandarka, który nieruchomy był, spał jak zabity – dla potrzeb tego opowiadania – gdybym wykrzyczał spierdalaj po czubki rozszalałych drzew! – albo gdybym za-czął się śmiać, tak, to dobra pointa – albo gdybym (na widok Pandarka, któremu Jan Jan coś mówi na ucho) wyciągnął nagle spluwy i zaczął strzelać, bo z Pandarkiem nigdy nic nie wiadomo – ale to wszystko przecież nie do uwierzenia, nie, nawet ja sam w to nie wierzę.

Legnica 2000


Szara godzina

problem w tym że brak mi korzeni. że można mnie dowolnie przemieszczać, przeno-sić z miejsca na miejsce, chować, zakopywać w ziemi, wdrażać, upychać. wydalać. ze stołka na stołek. z jednego krajobrazu w drugi. trzymam się kurczowo łóżka. ze-rwał się silny wiatr i łomocze do okna ciężkimi rękawami suszącego się swetra. czu-ję, jak choroba obejmuje mnie z wolna. jestem coraz lżejszy i jak na złość wyrastają mi papierowe skrzydła. nad brzegiem rzeki wydaję na świat prawie stu synów. patrzę na siebie. wyglądam na zdumionego? widokiem własnego ciała? które odpływa, unoszone rwącym prądem rzeki? na oślep i zatracenie. on, którym jestem, zadziera głowę ku niebu, spogląda na mnie. wcale mnie nie widzi, patrzy w jasne rozdarcie w chmurach. jakby wiedział, że to ja jestem głównym tematem. motywem przewod-nim. nie wiem, czy wyrażam się jasno. chodzi o to, żeby nie było żadnego ale. kto jest jedynym i niezaprzeczalnym autorem tych słów? ja. czyją ręką zostały one skre-ślone? moją. kto jest głównym bohaterem podług zamysłu autora? autor. co jest przedmiotem tych opowieści? a któżby inny, ja. kim jestem? właśnie nim. co robię? aktulanie? aktualnie śpię jak motełek: tililili. albo zrywam się z łóżka. ubieram roz-człapane pantofle i siadam przy biurku. gorączka ogarnia mnie, unoszę się, wypeł-niony ciepłym powietrzem. w śmiesznej, przykrótkiej piżamie w niebieskie groszki. oparty na jasnobrązowym blacie, pochylony nad zapisaną do połowy kartką. w stoż-ku światła. wśród stosów innych papierów, pokrytych w większości grubą warstwą kurzu. stępiony ołówek, złamana linijka, okruchy krakersów. za oknem wzbierają ciemne wody, mokry mrok. wieczorem, przed zaśnięciem, kiedy przestaję się bronić, to wdziera się we mnie i wypełnia swoją nieobecnością. kiedy otwieram oczy. kiedy zamykam powieki, zanim pogrążę się w śnie, a we śnie mówię płynnie i pięknie: na pewno znasz to uczucie gdy leżysz już w łóżku w sztywnej wykrochmalonej pościeli w gęstniejących ciemnościach i widzisz sceny z przeszłości których nie pamiętałeś wcześniej w tej wąskiej szczelinie między oddechem a snem widzisz je przesuwają się jak klatki filmowe widzisz siebie jako jednego z poślednich aktorów grających trzeciorzędną rolę w głośnym filmie tylko w takiej chwili przyjemność sprawia uda-wanie że można patrzeć na siebie jak na innych że wraz ze snem ogarnie cię cisza gdy ukryty w niedomkniętej wnęce między naszymi ciałami w rozwijających się bandażach ciemności czujesz uderzające o twoją skórę słone fale i nadchodzące za-pomnienie o pianie na ustach o ustach pełnych piachu i w sieci którą zaciskasz na głowie trzepocze się smutny dwuoki owad. jak tu opowiadać, kiedy ktoś ciągle prze-rywa? pochyla się nad zeszytem, żeby choć przez chwilę pobyć samemu. pochyla się nad zeszytem, „ale” pisze o sobie w trzeciej osobie. niby że słyszy głos albo widzi ludzi. i co się dzieje? podnoszą się szepty. patrzy zdumiony, jak rzeka unosi jego omdlałe ciało. podnosi prawą dłoń, jakby chciał je zmusić do powrotu, ale zastyga w pół gestu, szepcząc do siebie niezrozumiałe słowa. gdy narkotyk zaczyna działać, przywołuje najbliższe drzewo i rzyga. słychać dalekie ujadanie psów. długie złociste smugi kładą mu się pod nogi, na głuchych oślepłych kamieniach, na głowach szu-miących jak muszle, na kocich łbach. ulica zatacza się, twarze toną w mętnych kału-żach. co ja robię w przedpokoju? drzwi wejściowe patrzą na mnie dwoma dziurami po hakach na ubranie. zamknij się na łańcuch, przykryj się kołdrą, aż po szyję, deszcz zaczął znowu padać. wyobraź sobie. że to twoje wspomnienie. skręcasz w jakąś bramę, otwierasz drzwi: kiszkowata klatka schodowa, nisko sklepiona, odrapa-na, czarna od sadzy itd. na podwórku, gdzie czujesz się jak na dnie pustej studni, uderza cię zapach mydlin, który łączy się ze słodkawą, mdłą wonią papierosów. obok dwóch poetów siedzi nad kuflami piwa. nagle nie mają sobie nic do powiedzenia. przyglądają się grupie nastolatków, którzy rozmawiają o ostatniej popijawie – u grześka? a może krzyśka? ta młodzież niewyraźnie bardzo mówi. po drugiej stronie ulicy dwóch wychudzonych kolesi pije na stojąco jakiś jabłecznik. rozpięte koszule odsłaniają zarośnięte torsy z wytatułowanymi jaszczurkami i małymi, prawie niewi-docznymi krzyżykami. co dalej? jesteśmy świadomi pułapek i stoimy do nich w ko-lejce. poruszamy się w milczeniu. wszyscy w zielonych drelichach. w tym miejscu las jest rzadszy i jeep przedziera się przez chaszcze bez trudu. długie grube liany obijają się o przednią szybę pojazdu. jedna z kobiet porusza bezdźwięcznie ustami, jakby się modliła. to, co nas czeka, jest już w nas. niejasne przeczucie świtu, mo-krych liści, drzew wzdłuż pustej ulicy, gdzieś w amsterdamie albo luksemburgu. z trudem łapiemy oddech. mgły pną się po zboczach gór. nad krętą doliną, którą leni-wie płynie potok, krąży ptak. gorączka uderza na nas falami. a pamiętasz jak z gorą-cego mleka wyłowiłem muchę i zmiażdżyłem ją paznokciem? jej mokre ciało kur-czyło się, zabierało ze sobą tajemnicę. albo ten mężczyzna, który daje swojej żonie żonkile i odbiera – on przecież jest martwy, patrz. wpatruje się w przestrzeń zgasły-mi oczami. przykuto go do łóżka. a przecież nie był martwy (stan badań). wstał, ubrał rozczłapane pantofle, jaki piękny dzień! spojrzał na zegarek, przeciągnął się. potem itp., po czym wyszedł, idzie. idzie, idzie. chodnik trzeszczy pod stopami jak świerkowe drzewo w kominku, jak świerszcz. kropla żywicy, coraz bliższa, ciężka, złota, daleka, lekka, czarna. pejzaż, ujrzany nagle w świetle błyskawicy. dnem wisły błądzą cienie leśnych zwierząt. spotykają się, podają sobie łapy, gawędzą od nie-chcenia. tłumy spacerowiczów przechadzają się pod stalowosinym niebem. spoglą-dają na to niebo i przyspieszają kroku. a potem cicho. miasto okryte gwieździstą chu-stą. chciałbym rozpleść się w ciemność, mówi, czy jakoś tak, kocham cię. ona ściska mocniej jego dłoń. patrzy na nią, uśmiech wykrzywia jej twarz, dokoła której rozsy-pały się jasne włosy. chodźmy na dół, zimno tu. jesień wokół nich szalała, a oni… szli nad jezioro, trzymając się za ręce, spieniona woda przypominała białe, świeżo-rozkwitłe kwiaty. fale chlipały, ziemia otwierała się, tknięta podeszwą buta. prężyły się ku nim, jak ku słońcu, pokrzywy. istoty o szorstkich, wykrzywionych samotno-ścią twarzach. w krakowie mieszka więcej krępych, brudnych, tępych skrzatów, niż ludzi (mówił). istot o smukłych dłoniach, długich cieniach i płetwistych szyjach. wstać o siódmej iść to tu tam, droga krzyżowa. wywalczyli sobie ośmiogodzinny dzień, ani minuty dłużej. podczas najdłuższej przerwy nic tylko by odrabiali zadania. siedzą w drugo albo trzeciorzędnej jadłodajni. przez brudne szyby widzę ociekające sosem bryły mięsa, wpychane do przepełnionych, półotwartych gąb brudnymi, ko-ścistymi paluchami. ten gość, który ledwo mieści się przy stole. albo ten drugi, który pożera ogromnymi kęsami pure, jakby to była kwestia życia i śmierci. albo ten łysy, tam w kącie, jego przymknięte, małe oczy, poruszające się nerwowo uszy, rozwarte nozdrza. nerwowo rozpinasz rozporek i ściągasz spodnie, potem majtki, które zsuwa-ją się na podłogę białą obręczą wokół twoich nóg. patrzysz w mrok, on też patrzy w ciebie. czarownice chichoczą na długich, wieloosobowych miotłach, przelatują ze świstem i pokazują sobie palcami twoje „przyrodzenie”. biedny mały, gdzie jest two-ja mamusia, mamusia wisi w kuchni, gdzie jest twój tatuś, tatuś leży na schodach, gdzie twoja siostra, siostra chodzi wśród zbóż, gdzie twój brat, brat żuje liście na polanie itd. zabójca (bardzo podobny do twojego ojca. na głowie ma łeb niedźwie-dzia, w prawej dłoni pistolet, w lewej smycz. na smyczy uwiązany jest dziki kot o ludzkiej twarzy) wyrzuca w powietrze kilka kapeluszy i strzela do nich. kot rzuca się na ciebie, wypuszczasz z rąk naręcza chrustu i puszczasz się pędem w stronę ogni-ska. ale przy ognisku już ich nie ma, pewnie poszli do lasu. między gałęziami prze-błyskuje jakieś światło. to na pewno oni. biegniesz, gałęzie smagają twoją twarz, księżyc w pełni oświetla mokre kocie łby i porzucone karabiny. brukowana uliczka wznosi się stromo ku rozświetlonemu budynkowi, gdzie wszyscy bawią się i tańczą. ale jej tam nie ma. porwał ją ze sobą, pewnie na inną planetę albo do podziemi. to już koniec, z góry dobiegają cię oklaski, rzęsiste, niemilknące. usypiające, jak szmer kropel, szept deszczu. milkną brawa. podnosisz powieki. na parapecie siedzi gołąb w biało-czerwonych getrach. w dziobie trzyma omszały wodorost, z którego kapie na parkiet. ktoś stojący u wezgłowia łóżka patrzy na gołębia i powtarza sobie: przywi-dzenie, przywidzenie. i dopiero po chwili na meble, pokryte gorącym popiołem spa-da ciepły, ulewny deszcz. wydalony, wyrwany z krajobrazu, gdyby tylko miał korze-nie. siedzi na brzegu łóżka, trzymając w obu dłoniach głowę. stał, patrzył na zachód słońca i pomyślał sobie: jestem smutny. ona przyszła i zapytała: czemu jesteś smut-ny. był smutny, ale nie za bardzo. wcale nie jestem smutny, odpowiedział. właściwie kiedy pojawiła się, nie umiał jeszcze stać na dwóch nogach. czego się boisz, zapyta-ła. a potem: wybacz, że się spóźniłam, ale uciekła mi sto dwudziestka ósemka i mu-siałam podjechać siódemką do ronda. za oknem deszcz; wyprostował się, był już przecież dorosły. kim jesteś, zapytał. jestem tobą, odpowiedziała. czy pomiędzy nami jest lustro? pomiędzy nami nie ma lustra, lustro jest w nas. jaki ty jesteś śmieszny. chyba rozkażę wpakować cię do wielkiej, złotej klatki i zawiesić u sufitu jednej z moich sypialnych komnat. urodziłem się koło zjeżdżalni. moja matka była słonicą. opowiem ci bajkę. bywam chrząszczem. lubię chodzić po ścianach. moja matka była meblościanką. co wykazywał pan od dziecka? od dziecka wykazywałem nadprzyro-dzone zdolności. co pan stroił, gdy ktoś pana obrażał? stroiłem groźne miny. czy stroił może pan wtedy miny? tak, stroiłem groźne miny. śniły mi się wtedy małpy w białych kitlach. nachylone nade mną twarze. ironicznie wykrzywione, nachylone twarze małp w białych kitlach nade mną. ileż mi pozostało tego życia. dzień, może dwa, nie więcej. czemu jeszcze tam stoisz, głuptasie? wpuść mnie, bo wyważę drzwi. wejdź, przecież drzwi są otwarte. droga była niedługa, niewyboista i szorstka jak krowi jęzor. na kamieniu siedziała królewna śnieżka. siwiuteńka. za nią były schody. przed nią drzwi, bez klamki, bez dziurki. stałem przed tymi drzwiami, a one były coraz bardziej zamknięte. wysoki wartownik o błękitnym odcieniu spozierał na mnie przez judasza swoim trójkątnym okiem. urodziłem się koło zjeżdżalni. idziemy, trzymając się za ręce, po nie kończącym się drewnianym molo. już nie widać brzegu: są tylko spróchniałe, nadłamane deski. idziemy, ty nagle stajesz i mówisz: jesteś chrząszczem. jesteś ich szpiegiem, wychowałeś się na placu zabaw. co ty opowia-dasz? jakiś ty blady, może chcesz relanium albo pyralginę w czopku? i kupimy sobie wielki dom bez okien. bez okien: w tym miejscu postawił kropkę. postawił kropkę i wrócił do siebie, i myślał że to wszystko ale nie – coś go jednak tego, no i wychylił się z tej ciemności nie do opisania. zmrużył oczy, otoczyło go przyćmione światło lamp. cofnął się odruchowo, widząc niewyraźny kształt, ciemną bryłę – skulone na podłodze, szykujące do skoku… musiał jakby od początku… zrobił kilka szybkich kroków do przodu, wydał z siebie okrzyk i wycofał się błyskawicznie, oczekując odzewu. ale ponownie zaległa cisza, ciężkie zasłony, że tak powiem, z wyhaftowa-nymi miastami, pełnymi ludzi, aut i zwierząt. zbliżył się, wciąż gotowy do ucieczki, i stwierdził, że to tylko przedmiot, rodzaj miski o metalicznym odblasku. niepewnie dotknął jej opuszkiem wskazującego palca, natrafił na spokojny chłód. wziął przed-miot w obie dłonie, obracał go, obwąchiwał, przykładał do ucha, nawet wylizał do-kładnie jego wnętrze. jak na nakrycie głowy wydawał mu się zbyt ciężki i nieforem-ny. jak na bęben wydawał zbyt płytkie i stłumione dźwięki. jak na dzieło sztuki za mało wymyślny. usiadł na nim, podkurczając nogi, podciągając kolana pod brodę, i powiedział: najlepiej służy siedzeniu. i poczuł wielką ulgę, bo w końcu wyrzucił to z siebie:

1998/2002

Jerzy Franczak – Dwa opowiadania
QR kod: Jerzy Franczak – Dwa opowiadania