To prawda, że jesteś ichtiologiem? Czy to tylko twój prywatny odjazd?

To jeden ze sposobów na zrelaksowanie – zacząłem się w nim trochę zatracać. Lubię to tak, jak wiele innych rzeczy. Natomiast na życie zarabiam jako architekt pracując z moim bratem. On z zawodu jest architektem. Ichtiologia jest bardziej moim odjazdem, metaforą mojego muzycznego stylu.

Ostatnio brytyjski wędkarz wyłowił w Tajlandii 61-kilogramowego karpia syjamskiego. Prawdopodobnie międzynarodowa organizacja zrzeszająca wędkarzy IGFA (International Game Fish Association) zaklasyfikuje jego karpia jako rekordzistę świata. Słyszałeś o tym?

Nie, nie słyszałem. Jeden ze znajomych Noritaki (Tanaki – przyp. red.), który jest saksofonistą, nurkuje bez butli i poluje z harpunem na tuńczyki. Też chciałbym zacząć nurkować, bo jeszcze tego nie robiłem. W szkole średniej byłem na rybach na Alasce. Łowiliśmy łososie oraz halibuty na trawlerze. Ta praca trochę mnie przytłoczyła. Poławianie i zabijanie około dwustu, trzystu ryb w ciągu kilku dni, to przeżycie nazbyt intensywne, jak dla mnie. Chcecie usłyszeć ciekawą historię o tym?

Jasne.

Była tam wyspa, którą nazywaliśmy Wyspą Lwów Morskich. To gigantyczna skała, która wyłoniła się z wody. Żyją tam tylko lwy. Mieliśmy taki dzwon na statku, który dzwonił za każdym razem, kiedy złapaliśmy jakąś rybę. Rozstawialiśmy sieci, a od nich, co dwa metry, odchodziły liny ołowiane z hakami. W wodzie jednocześnie było około 30 lub 40 haków. Kiedy przepływaliśmy koło Wyspy usłyszeliśmy dźwięk dzwonu. Chuck, kapitan, wziął do ręki broń i przygotowywał się do strzału. – Hej! Co robisz, człowieku? – spytałem. – Będziemy strzelać ślepakami! – odpowiedział. Robił to, aby odstraszyć lwy morskie, które płynęły za łodzią w poszukiwaniu łatwej zdobyczy, czyli złowionych ryb. Po tym jak wystrzelił poszliśmy zwijać liny. Sięgam po jedną z nich, aby wyciągnąć około 20-kilogramowego łososia królewskiego, kiedy nagle zalewa mnie ogromna fala. – Co jest, do cholery? – pomyślałem. W tym też momencie usłyszałem odgłos lwa morskiego. Ryby nie było, a ja ujrzałem przed sobą ogromnego lwa. Miałem niesamowite szczęście zobaczyć go na własne oczy z bliska, ale też miałem szczęście, że nie odgryzł mi rąk. Naprawdę, nie byłbym kontrabasistą, gdyby to się inaczej potoczyło. Dzięki Bogu możemy teraz rozmawiać.

Chcielibyśmy nawiązać jeszcze do wędkowania, ale w kontekście literatury amerykańskiej, która często porusza ten temat. Weźmy na przykład Hemingway’a czy Richarda Brautigana i jego „Łowienie pstrągów w Ameryce”. Macie jakiegoś bzika na tym punkcie czy jest to wpisane w jakiś szerszy kontekst kulturowy?

Nie wiem jak często w Polsce, czy gdziekolwiek indziej, ludzie spędzają wolny czas obcując z przyrodą i nie ważne jak to wypada w porównaniu ze Stanami. Natomiast uważam, że powinniśmy ponownie zacząć postrzegać siebie jako części natury, gdyż oddzieliliśmy się od niej. To niszczy naszą planetę. Wychowywałem się w Paśmie Błękitnym (Blue Ridge Mountains), gdzie organizuje się wiele polowań na niedźwiedzie. Podejście do nich jest diametralnie inne od tego jak Indianie traktowali polowania. Oni wykorzystywali każdą część upolowanej zwierzyny w konkretnych celach. Kiedy przybyli Europejczycy, traktowali preria pełne bizonów jak poligon ćwiczebny. Te praktyki były odrażające, tak jak polowania na niedźwiedzie w miejscu, w którym się wychowywałem. Ludzie wykorzystują satelity, samochody i wygłodzone psy przed polowaniem. Te metody sprawiają, że nie jest to już prawdziwe polowanie. Kiedyś ludzie gór rozrzucali swoją brudną bielizną w różnych miejscach tak, aby niedźwiedzie przyzwyczaiły się do ich zapachu. Takie polowania wyglądały jak gra. My, jako społeczeństwo, musimy ponownie zacząć doceniać naturę i zrozumieć, że się od niej oddaliliśmy. Jesteśmy zwierzętami, naturą – tak jak cała reszta. Stany mają dopiero 230 lat, a tyle się wydarzyło, że generalnie jesteśmy w tym samym punkcie, co Europa. Doprowadziliśmy do ludobójstwa milionów Indian. Jestem z pochodzenia Ormianinem. Ameryka nie uznaje ludobójstwa Ormian dokonanego przez Turków częściowo przez to, że sama musiałyby zaakceptować to, czego dokonała na Indianach. Tureckie lobby również ma na to wpływ.

Etniczne czystki nie leżą w centrum zainteresowań polityków. Potrzebny jest powrót do źródeł, do samoświadomości…

Wychowywałem się w górach. Często po nich wędrowałem, jeździłem pod namiot i na campingi. Byłem kiedyś w trasie z ludźmi, których zabrałem do mojego brata w Wirginii. Wszyscy zachwycaliśmy się gwiazdami, które tam zobaczyliśmy. Swego czasu pomagałem również jako rezydent w Domu Artysty w Ohio, do którego przyjechały dzieciaki ze szkoły artystycznej z miasta. Okazało się, że nigdy nie widzieli takiej przyrody. Ludzie muszą wiedzieć skąd pochodzi jedzenie, które jedzą, a także inne rzeczy. Sposób, w jaki traktują zwierzęta w Stanach jest okropny i to nie jest dobre dla Ziemi. Ja jem mięso, tak jak większość i nie sądzę, że to jest jakiś problem, ale nie możemy być tak daleko od wszystkiego, czym się otaczamy. Większość ludzi nie zabiłaby zwierzęcia. Nikt nie wie, jak to zrobić i nie chce tego robić, ale myślę, że warto wiedzieć skąd pochodzi żywność, którą spożywamy. Jemy przetworzone, sfabrykowane produkty, a tak naprawdę wszystko, czego potrzebujemy jest organiczne i obecne w przyrodzie. To śmieszne jak ludzie z powodów religijnych lub z potrzeby pracy mówią: musimy zrobić to lub tamto. Tak naprawdę wszechświat został stworzony dla nas i dostarcza nam wszystko, czego potrzebujemy do życia. Jedyne, co powinniśmy zrobić, to nauczyć się, jak o to dbać.

fot. Dagmara Świętek
fot. Dagmara Świętek

Wracając do literatury, może powiesz coś o zainteresowaniu takimi poetami jak: Amiri Baraka, Gregory Corso, czy innymi beatnikami?

Mój przyjaciel ze szkoły średniej jest poetą, pisze teksty piosenek i gra na gitarze z Thurstonem Moore’em, gitarzystą Sonic Youth, w zespole Chelsea Light Moving i on jest bardziej ukierunkowany na literaturę. Ja piszę dużo, głównie poezję. Większość z tego, co zaśpiewam dzisiaj, to moje teksty. Będąc w szkole średniej byłem pod dużym wpływem pisarzy spod znaku Beat Generation. Przeczytałem większość książek Kerouaca, czy Nagi Lunch Burroughsa, ale ostatnio, szczerze mówiąc, nie czytam zbyt wiele. Jeśli już, to są to przeważnie dzieła filozoficzne i nudne książki o fizyce. Nigdy nie kręciła mnie proza, wymyślone historie. Nie mogłem przebrnąć przez biografię Charlesa Mingusa. W pewnym sensie wolę bardziej doświadczać własne życie i mieć osobiste podejście do pisania na temat tego, co widzę w świecie. Czasami jak czytam, to omijam wszystkie imiona, nazwiska, daty. Po prostu chcę przeczytać samą historię. Nawet nie pamiętam, co ostatnio czytałem Corso. Całe Beat Generation w pewnym sensie nakierowało mnie na jazz. Ich romantyczne podejście do jazzu sprawiło, że eksplorowałem różne kierunki na długo zanim zacząłem grać na kontrabasie.

W latach osiemdziesiątych w Polsce, po ukazaniu się słynnego „niebieskiego numeru” Literatury na Świecie, niemal wszyscy dostali świra na punkcie O’Hary, Schuylera, Kocha i Ashbery’ego. Czy teraz, mieszkając w Nowym Jorku, wyczuwalny jest jeszcze dla ciebie puls tej literatury?

Całe środowisko jazzowe jest w pewnym sensie dla mnie jak amerykańska muzyka klasyczna. Wielu moich rówieśników wraca do wspaniałej ery free jazzu. Ja nie jestem aż tak bardzo tym zainteresowany. Mam znajomych, którzy czytają swoje wiersze publicznie. Byłem na różnego rodzaju odjechanych spotkaniach autorskich czy czytaniach performatywnych i w tym sensie czuje się różnorodność wydarzeń w Nowym Jorku. Samo miasto jest bardzo zróżnicowane. O Manhattanie można zapomnieć – jest jedną wielką korporacją. Ja zatrzymuję się w Chelsea, gdzie mieszka mój brat, ale tam jest drogo i tak naprawdę nic się nie dzieje. Możesz pójść do rockowego klubu, ale jeśli chcesz jakiejś interakcji, to oni są zbyt sterylni. To jest taka sytuacja, kiedy ktoś robi coś już nie dlatego, że to jest jego pasją. Ludzie w Nowym Jorku mają nadal swoją jakość, ale zdecydowanie różni się to w zależności od dzielnicy. Myślę, że duch tamtych czasów żyje, natomiast nie sądzę, że jest taki sam jak w środowiskach jazzowych. Wchodzisz gdzieś i słyszysz, że ludzie grają jazz z lat sześćdziesiątych, natomiast nie spotykasz ludzi, którzy imitują beatników podczas występów.

Zamykając temat literatury, czy jest coś, co cię obecnie inspiruje podczas pisania?

To co piszę, to nie są historie, ale raczej impresje, chwile. Głównie czytam o kulturze, dużo o Indianach. Mój brat, który jest chrześcijaninem, męczy mnie, abym czytał Biblię. Tak więc za każdym razem, kiedy słyszę psalm, sięgam po Biblię i czytam te rzeczy. Przyjaciele przysyłają mi swoje teksty do czytania. Mój znajomy, który mieszka w Los Angeles, pisze i rozmawiamy o tym, aby wydać wspólnie płytę. Ja będę aranżował muzykę do jego tekstów.

Widzieliśmy twój teledysk „LOVE TKO”. Fajne masz skarpetki.

Pewnego razu po imprezie, kiedy byłem rezydentem w Domu Artysty na Thousand Acre Tree Farm w Ohio, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Założyłem więc białe spodenki oraz skarpetki z napisem „You Tube” i zacząłem tańczyć. W związku z tym, że miałem wyruszyć w trasę z ludźmi z High Life, znajomi zaproponowali, abym nakręcił jakiś klip, który zachęci ludzi do przyjścia na koncerty. To się po prostu wydarzyło. Jestem trochę zawstydzony tym faktem. No i te skarpetki z „You Tube”. (śmiech) Zawsze chciałem coś z nimi zrobić i to był ten moment.

Wrocław, 27.10.2013

Wszyscy jesteśmy zwierzętami (z Jasonem Ajemianem rozmawiają: Justyna Śliwka i Krzysztof Śliwka)
QR kod: Wszyscy jesteśmy zwierzętami (z Jasonem Ajemianem rozmawiają: Justyna Śliwka i Krzysztof Śliwka)