Kamień

Odpoczywam na tej ziemi – dla okrutnego żartu
nazwanej obiecaną. Dwa tysiące lat dobiega od
czasu, gdy ściskał mnie w dłoni wierny prawu
Żyd. Przywiązania do okrutnej litery chciał
dowieść, ciskając mną w jawnogrzesznicę. Jednak

wypuścił mnie z ręki, odwiedziony od zamysłu
przez, słyszącego głos Pana, Proroka. A gdyby
mną rzucił, wszystko mogło być inaczej: Proroka
uznano by za nieszkodliwego szaleńca. Nieznane

byłoby imię pewnego mordercy, który nie uszedłby
sprawiedliwej karze. Cesarstwo upadłoby później
i z innych powodów. Inne sztandary prowadziłyby
wojska na bój, który usprawiedliwiano by innymi
kłamstwami. Znany uczony nie spłonąłby na stosie.
Kilka pojęć i symboli nie istniałoby w świadomości
zbiorowej – pustkę wypełniłyby nowe. Poza tym:

Słońce wschodziłoby na wschodzie, a zachodziło
na zachodzie. Kobiety w bólach rodziłyby dzieci,
mężczyźni zabijali – bez różnicy – mężczyzn, kobiety
i dzieci. Rolnik czuwałby przy ziarnie, poeta przy
poemacie. Mądrzy byliby tak samo smętni, a głupi
ani odrobinę mądrzejsi. Natomiast ja, leżałbym

kilka metrów dalej, brudny od krwi, która z czasem
wyblakłaby, a w końcu całkowicie wyparowała.
Odpoczywałbym – tak samo – spokojny i obojętny.


W cieniu

Szedłem pośpiesznie jedną ze ścieżek wielkiego, miejskiego
mrowiska. Mrówka, sześcionoga metafora losu jednostki,
wracała do swojego owadziego miasta. Niosła źdźbło trawy,
zielony sens swojej egzystencji. Nasze drogi przecięły się.
Cień mojej stopy już zaczynał przygniatać ją do ziemi, lecz
wciąż mogłem okazać swą wspaniałomyślność, ocalić istnienie,
wobec którego byłem wszechmocny. Nie zrobiłem tego, nie
dlatego, że musiałbym zwolnić albo przyśpieszyć. Nie dlatego,
iż wyglądałbym głupio w oczach przechodniów, nieoczekiwanie
zmieniając swą trasę. Nie, wcale nie dlatego i nie dla innych
praktycznych względów, o których wtedy nawet nie pomyślałem.
Nie wynikało to też z chęci ukrócenia cierpienia, jakim jest
niewątpliwie każde życie. Jej los po prostu w ogóle mnie nie
obchodził. I nawet nie zapamiętałbym tej błahostki, gdybym
nie znalazł się wtedy w cieniu, rzucanym przez chmurę, której
obrys do złudzenia przypominał wielką stopę kogoś nade mną,
kto, z niepojętych przeze mnie powodów, mnie nie zadeptał.


Wieża Babel

Na rozległej, piaszczystej równinie, w biblijnym kraju Szinear
bluźniła Bogu swoim zamysłem i rozmachem Wieża Babel.
Była wyzwaniem rzuconym w niebo i krzykiem zuchwałym,
w języku świętym, w którym Jahwe karcił praojca Adama,
dobywającym się z gardeł zbyt wielu. Lecz zatraciła jednię
pieśń niepokorna i w bełkot zamieniła się niezrozumiały,
że jeden nie rozumiał drugiego. Przerazili się siebie nawzajem,
swoich głosów podniesionych gwałtownie, nie rozumiejąc,
co znaczą. Lecz najbardziej przerazili się ciszy, która zawisła
nad nimi, niepojęta i straszna jak sam Bóg, który, co pojęli
w nagłym olśnieniu, słuchając ich, wybrał wieczne milczenie.


Do ciebie

Która to czytasz, który to czytasz – wiedz,
że nie dbam o ciebie wcale, nie interesuje
mnie kim jesteś, co robisz i czy wierzysz
w Boga. Nie chcę cię nigdy spotkać
ani poznać twojej opinii. Ty też nie myśl o mnie,
jestem najnudniejszym z ludzi. Bądźmy
szczerzy, nie istniejesz dla mnie, jak ja
nie istnieję dla ciebie. Jak nie istnieje pewnie
ten Bóg, który czyta twoimi uważnymi oczyma
i przemawia moimi nieporadnymi słowami.


Neandertalczyk

Myślę o sobie jako poecie i czuję się jak ten neandertalczyk,
który cofa się przed doskonalszym – w sztuce przetrwania –
gatunkiem. Pozostawia zielone doliny i kryje się w górskich
jaskiniach. Nie starcza zwierzyny i miejsca do dalszego życia.

Lecz on musiał czuć zachwyt na widok tych nowych kobiet,
smuklejszych, o delikatniejszych rysach. Śnił pewnie nocami
o długonogich boginiach, co wyszły z chłodnych strumieni.

Lecz on pewnie czuł respekt wobec tych mężczyzn, znających
doskonalsze sztuki łowieckie. Lękał się ich ramion niosących
pewną śmierć i potrafiących ją utrwalać na skalnych ścianach.

Dlatego może było mu lżej odejść w niebyt, bo wiedział, że życie
będzie się toczyć dalej, innym, może piękniejszym sposobem.

Ja nie mam tej pociechy. Swoją ukochaną brałem brutalnie,
nie znałem sztuk ni zaklęć miłosnych. Lecz kochałem szczerze.
Oni uwodzą wprawnie, lecz wszystko, co mają, to wyszukane
pozory, o nic nie pytają i nie pragną żadnej odpowiedzi.


Wyrzutek Kariotu

To drzewo rzuca cień na dwa tysiąclecia,
ja rzucam promienie rentgena na ludzką naturę.

Przerażony odblaskiem wiedzy o sobie
rzucam się w dół z innego drzewa,
i nie udźwignie sznur ciężaru tej winy,
co ją porzucę, jak ten dzienny blask,
który rzucały na mnie jego źrenice.

Nie rzucam się w oczy, gdy rzucam precz
monety i stoję pośród srebra, które on
rzuca na mnie z góry. Jeszcze się nie boję.


Lobotomia

Zabieg powiódł się w pełni
mimo że nie ty podejmowałeś decyzje

Teraz nie musisz już wybierać
wreszcie pojąłeś że nie ma wyboru
i nigdy tak naprawdę nie było

Patrząc na to mistycznymi oczyma
dalekowschodnich mnichów
osiągnąłeś pewien rodzaj nirwany

I wszystkie grzechy zostały ci odpuszczone
bowiem trwa wyłącznie tu i teraz
a nic zupełnie nie łączy cię z przeszłością

W końcu masz z głowy
jeden istotny zwój nerwowy
jeden wirujący wariacko wszechświat

Siedzisz na ławce w parku
gdzie cię przyprowadzili i odeszli spokojni
że zastaną gdy powrócą

Promienie słońca kładą się blaskiem
na twoich dzikich niegdyś źrenicach
zupełnie jak wtedy na skalpelu

Nie poczułeś nic – wprawnie cięli


Mechanika Kwantowa

ten wiersz istnieje
tylko kiedy go czytasz

podobnie jest z istnieniem
bólu a raczej bólem istnienia

*

potrzeba zamknąć powieki
i nie patrzeć w ten księżyc
który odbija światło bólu
wówczas zniknie całkowicie
z pola elektromagnetycznego
świadomości – zgodzić się
z prawem podświadomości
że istnieje i wraz nie istnieje
obiektywnie owo światło
życia w źrenicy słońca
które pali i zadaje odwieczny
ból i trzeba go przyjąć
pod postacią wszystkich
tych myśli o naturze
falowo-korpuskularnej
wtedy nawet obserwator
istnieje subiektywnie
i wszystkie równania
mają rozwiązania
lecz nie mają znaczenia


Mania Wielkości

Ja i Ludzkość
nas dwoje
to za dużo
na tym małym świecie
któreś musi ustąpić
żadne nie chce
a siły są wyrównane


A gdy mnie pytają na co choruję odpowiadam

a u mnie, proszę państwa, jest zaburzony
metabolizm energetyczno-informacyjny.
Ludzie z zaburzonym metabolizmem najlepiej
sobie radzą w czasie wojen, powstań, tudzież innych
konfliktów zbrojnych, słowem, w czasach, gdy lęk
jest równoznaczny strachowi. Niestety, jak państwo
wiedzą, obecnie panuje pokój, nie licząc konfliktu
o miedzę z moim sąsiadem, i wojny polsko-polskiej,
dlatego muszę łykać garść prochów rano i wieczorem.
Te które pomagają metabolizmowi energetycznemu,
szkodzą metabolizmowi informacyjnemu,
i na odwrót. Poza tym mają takie fajne skutki,
jak ciągła senność, zmęczenie, wysychanie
śluzówki nosa, ślinotok, niemożność koncentracji,
upośledzenie zdolności poznawczych, podwyższenie
ryzyka wystąpienia cukrzycy, chorób oczu,
niszczą wątrobę, niekiedy też może wystąpić
nagła i niespodziewana śmierć. A państwo
myśleli, że co, że jak pod gabinetem psychiatry,
to pewnie chory psychicznie – jak państwo.
A tu całkiem inna historia, ja mam po prostu
zaburzony metabolizm energetyczno-informacyjny.


Wiersze z tomu Horyzont zdarzeń

Mirosław Mrozek – Dziesięć wierszy
QR kod: Mirosław Mrozek – Dziesięć wierszy