Doktor Csekics pierwszy raz w życiu zobaczył cyfrowy aparat fotograficzny wtedy, kiedy brzydka Japonka zgięta w ukłonach wyrosła przed nim na zamykającej dolinę zaporze i pokazała mu urządzenie: – Proszę się nie gniewać, chciałabym poprosić o przysługę, niech pan będzie tak miły i zrobi mi kilka zdjęć z górami w tle, to jest aparat cyfrowy, bardzo prosty, naciska się tylko guzik i natychmiast widać efekt z tyłu na wyświetlaczu – powiedziała jednym tchem, w trakcie monologu celując obiektywem w stronę doktora Csekicsa. – Chwileczkę, pokażę – zatrajkotała i wcisnęła guzik, aparat błysnął, kobieta odwróciwszy go dała do rąk doktorowi i ten rzeczywiście zobaczył samego siebie, jak mrużąc oczy gapi się z głupią miną.

Doktora Csekicsa zaskoczyło to na tyle, że zapomniał zapytać kobietę, gdzie nauczyła się tak dobrze języka; postawił tylko plecak obok nogi, bo bardzo już ciążyły mu dwa pięciometrowe łańcuchy, które przyniósł w celu naprawienia barierki na zamykającej dolinę tamie, na tym odcinku, gdzie przerwała ją wioząca cement ciężarówka, która dwa tygodnie wcześniej wpadła do wody; następnie obiema rękami chwycił aparat, tak jak przedtem Japonka. – Nie cierpię robić zdjęć – powiedział w trakcie, ale raczej do samego siebie, bo kobieta stała już wtedy na skraju tamy, przed barierką.

Doktor Csekics posłusznie skierował na nią aparat, na wyświetlaczu widać było obraz, Japonka wydawała się o wiele brzydsza, miała kanciastą szczękę, twarz okrągłą jak księżyc w pełni, a w dodatku rozczochrane, ufarbowane na czerwono włosy wciąż spadały jej na oczy. Wcześniej, kiedy turyści go o to prosili, doktor Csekics zawsze tak robił zdjęcia, żeby było widać tylko nogi, a tamę i góry jak najmniej, niezmiennie się też przy tym uśmiechał, myśląc, jakie będą mieli miny, kiedy wywołają zdjęcia, ale teraz wiedział, że nie może tego zrobić. – Ptaszek leci! – powiedział, nacisnął guzik, westchnął, zdjęcie wyszło idealnie, świetnie było widać kobietę i odbijające się za nią w gładkiej wodzie góry; kiedy doktor Csekics popatrzył na wyświetlacz, poczuł, że ogarnia go złość: – Nie wyszło! – krzyknął w jej stronę. – Proszę się nieco przesunąć! – Kobieta wciąż się uśmiechała, kiwała głową, przesuwała się, doktor Csekics znów pstrykał, ponownie machał, żeby się przesunąć, kobieta znów przechodziła dalej, uśmiechała się, doktor Csekics robił kolejne zdjęcie. – No, to wyszło lepiej! – wykrzyknął. – Proszę się cofnąć, to popołudniowe słońce jest świetne do zdjęć! – Kobieta uśmiechała się, nawet chichotała, Csekics znów pstrykał: – Bardzo dobrze! – zawołał. – Proszę się cofnąć jeszcze o krok! – przykucnął, pstryknął; – Cudowne! – krzyknął. – Zrobię jeszcze jedno, proszę o uśmiech! – kobieta uśmiechnęła się, a doktor Csekics spojrzał na wyświetlacz. – To jest to! Proszę unieść rękę, jakby pani machała! – kobieta pomachała, doktor Csekics pstryknął dwa razy: – Wspaniale! – krzyknął. – Wspaniale! Teraz proszę udawać, ze poprawia pani włosy! – palce kobiety posłusznie zniknęły w  rdzawoczerwonych kosmykach;  rozgarniając je odsłoniła jedno ucho, na którego płatku dyndał zielony kolczyk w kształcie łuski; Csekicsowi rzuciła się w oczy jej niezwykle długa i biała szyja. – Bardzo dobrze! – krzyknął. – Proszę przejść jeszcze jeden krok w bok i będzie pani dokładnie na środku! – kobieta przesunęła się i stanęła już dokładnie tam, gdzie w barierce brakowało poręczy; doktor Csekics spojrzał na wyświetlacz, jakby bardzo się koncentrował: – Tak! –  krzyknął. – Proszę się odchylić, cieszyć się swoim pięknem! Pani jest cudowną kobietą! – znów pstryknął, kobieta odchyliła się, nie mogła wiedzieć, że za nią nie ma barierki; kiedy spadała, doktor Csekics trzykrotnie nacisnął guzik, na wyświetlaczu też widział utrwalony moment upadku, kiedy to  kobieta zatacza się do tyłu z wykrzywioną twarzą, rozpostartymi ramionami próbuje złapać równowagę, potem widać tylko pustą tamę; plusk był całkowicie cichy, woda ledwie się rozprysnęła, doktor Csekics szybko podszedł do skraju tamy, kobieta utonęła jak kamień, doktorowi przez chwilkę zdawało się, że widzi jakiś rdzawoczerwony cień gdzieś głęboko, po czym i on zniknął, a na powierzchni wody powoli wygładzały się kręgi.

Doktor Csekics odwrócił aparat, nacisnął guzik, obok którego widniał mały kosz na śmieci, urządzenie zapikało i na wyświetlaczu pojawił się jakiś tekst po japońsku. Doktor raz jeszcze nacisnął guzik ze znaczkiem kosza, wyświetlacz zgasł, schował się obiektyw. Doktor Csekics pokiwał głową – Niezły aparacik – powiedział, chowając go do kieszeni.

Z cyklu Zapora, 2006


przełożyła Anna Butrym

György Dragomán – Przysługa
QR kod: György Dragomán – Przysługa