Małgorzata Południak: Czy myślałeś o tym, by bardziej zaangażować się w publicystykę? Chodzi mi o wyjście poza Facebook. Publikowane przez Ciebie komentarze są niezwykle celne i ironiczne. Czasami żałuję, że nie mogę wrócić do niektórych, tzn. mam wrażenie, że Twoje teksty przepadają w otchłani niebieskiego portalu społecznościowego. Prowadziłeś przez chwilę blog. Gdzieś mi umykasz ze swoją twórczością… Zastanawiam się, czy robisz to specjalnie czy może nie przywiązujesz wagi do tego, co następuje po sobie.

Marcin Zegadło: Moja obecność na Facebooku jest stosunkowo krótka. W lutym 2017 roku minęły dwa lata od mojej rejestracji. Początkowo nie planowałem profilu o charakterze reaktywnym. Zacząłem publikować krótkie, anegdotyczne opowiastki o moim (w owym czasie) pięcioletnim synku. Spotkało się to z dosyć dobrym przyjęciem, pojawiły się propozycje wydawnicze, więc robiłem to dalej. Co pewien czas zdarzały mi się teksty „o czymś, o kimś innym” lub „komentarze polityczne”. Czytającym musiało wydawać się to interesujące. W chwili obecnej mój profil obserwuje ponad dziewięć tysięcy osób. Odpowiadając na twoje pytanie – tak, myślałem o tym, aby bardziej zaangażować się w publicystykę, jednak jak w większości wypadków dotyczących mojego „myślenia”, na nim najczęściej się kończy. Wynika to trochę z braku zdecydowania, trochę z codziennych obowiązków, które pochłaniają mnie w dużym stopniu. Paradoksalnie, to co piszę na FB, nie do końca, jak się wyraziłaś, przepada. Mam te teksty, zgromadzone w kilku plikach  i ostatnio z przerażeniem stwierdziłem, że uzbierało się tego w ciągu dwóch lat ponad  siedemset stron. To najczęściej cykle. Historie o moim synku, opowieści o babce i dziadku mojej żony, scenki – nazwijmy je „uliczne”, oraz komentarze dotyczące polityki czy życia społecznego, ostatnio to statusy o mojej siedemnastomiesięcznej córce. Wychodzi więc połączenie profilu parentowego z „niewiadomoczym”. Ale wydaje mi się, że to nie przeszkadza. Po ilości „polubień” wnoszę, że wiele osób wciąż chce mnie czytać. I czyta. Rozpiętość tematyczna jest duża. Radzono mi utworzenie odrębnego profilu lub założenie bloga. Nie zrobiłem tego. I raczej nie planuję. Jeżeli chodzi o moją twórczość – wiersze i opowiadania, to również zdarza mi się je publikować na moim profilu. Oczywiście gromadzą one dużo mniejszą ilość lajków niż statusy o czymś innym, ale nie każdy „łapie się” na poezję. A może to po prostu słabe wiersze? Nie wiem. Tak czy inaczej myślę o sobie raczej jako o „kolesiu od wierszy” niż „kolesiu od sieciowych checheszków”, stąd być może brak determinacji w wyraźnym określeniu profilu mojego konta na FB.

Poezja prawdopodobnie nie dociera do wszystkich. Nie jest dosłowna. Wymaga skupienia i odpowiedniego czasu. Osobiście wolę papierowe wydania. Co do bloga rozumiem, wiem, ile zajmuje mi prowadzenie strony. Jednak wymykasz mi się, a chciałabym wracać do Twoich „scenek z życia”. Uformujesz swoje wypowiedzi w jakąś konkretną całość i znajdziesz wydawcę? Mam wrażenie, że to, co wklejasz na FB to pewna fragmentaryczność i wolałabym jednak przeczytać książkę, gdzie myśl będzie przenikała myśl, a sceny rozgrywających się rozmów będą się ze sobą przeplatały.

Myślę, że kiedyś poświęcę temu trochę więcej czasu. Kiedyś może będę miał go po prostu więcej? Jestem ojcem dwójki dzieci i pracuję zawodowo. W związku z tym mój czas, taki tylko dla mnie samego, to dwie do trzech godzin dziennie. Co nie jest regułą. Sama rozumiesz, że to odrobinę za mało, aby poświęcić się pracy nad twórczością prozatorską. W związku z tym skupiam się na pracy nad kolejnymi tomami wierszy. To zupełnie inny rodzaj pisania. W tej chwili mam już gotową książkę, którą, mam nadzieję wydać w roku 2018. Wracając do FB. Traktuję go trochę jak ćwiczenie warsztatowe. Nie do końca poważnie. FB jest kapryśny. Jak każda publiczność, szybko wydaje się być znudzona, nie zawsze też jej upodobania są dla mnie zrozumiałe. Na przykład spektakularny sukces statusu o Annie Lewandowskiej. To kosmos. Jakiś dziwny algorytm sprawia, że twój tekst lajkuje 25 tysięcy osób, ty lądujesz na Pudelku i w Wyborczej, a w efekcie to wszystko i tak nie ma dla ciebie – w sensie dla mnie – znaczenia, bo Pudelek to nie jest miejsce, w którym czuję się dobrze. Dla czytelników w sumie też nie ma znaczenia , ponieważ status na FB żyje od kilku do czterdziestu ośmiu godzin. Dlatego mój związek z FB jest odrobinę toksyczny. Może kiedyś zdołam się uwolnić.

Czujesz w sobie niepokój w związku z pobytem na FB? Podkreślasz możliwość uwolnienia się za jakiś czas. Czy to może rodzaj uzależnienia/przywiązania? Niepokój bywa całkiem uzasadniony, jeżeli wziąć pod uwagę kontakt z mnóstwem ludzi, którzy zadają pytania, pojawią się i znikają. I kolejne pytanie, czy w tym sensie pobyt w internecie jest dla Ciebie innym wymiarem, gdzie możesz na bieżąco konfrontować te wszystkie krótkie formy literackie? Możliwe, że to jednak dobry trening przed wydaniem. Pewnego rodzaju otwarcie się na czytelnika. Wprowadzenie go w klimat nowego poetyckiego projektu.

Z FB w przypadku kogoś, kto zajmuje się słowem pisanym, jest podobnie jak w przypadku muzyka, który daje koncerty.  FB to coś w rodzaju „grania na żywo”, kiedy błyskawicznie dostajemy informację zwrotną od publiczności. Z naturalnych względów nam – piszącym może tej informacji zwrotnej brakować. Czytelników widujemy podczas spotkań autorskich, które w przypadku poezji nie są wydarzeniami obleganymi przez tłumy i nie zdarzają się wyjątkowo często. Tymczasem na FB sytuacja wygląda inaczej. Oczywiście to również ćwiczenie warsztatowe i w pewnym sensie jakaś forma uzależnienia. Niestety. Miło mi również, że dostrzegasz literackość mojej sieciowej aktywności. Mój niepokój związany z FB, jeżeli w ogóle występuje, polega głównie na pojawiającej się co pewien czas wątpliwości, czy aby  nie „rozmieniam się na drobne” zamiast pracować nad sążnistą prozą. (śmiech)

Dobrze, że się z tego śmiejesz, bo nie wydaje mi się, że szukanie wymówek do niepisania można przerzucać na aktywność w social mediach. Częstochowa, Łódź, Radom. Trójkąt podróżny, który zauważyłam, że powraca w tle Twoich opowieści. W jaki sposób te miasta łączą się w Tobie i odbijają w książkach?

Ależ ja piszę. W miarę systematycznie. Piszę wiersze. Kończę szósty tom. Pisuję też prozę, ale nie wiem, czy koniecznie chcę debiutować jako prozaik, jak to dzisiaj jest w modzie. Poeci rozpaczliwie klecą te swoje mini powieści, żeby zapracować sobie na rozpoznawalność. Przykłady można mnożyć. Czasami oczywiście wychodzi z tego całkiem dobra literatura. Obawiam się jednak, że to nie tyle potrzeba pisania prozy, co w pewnym sensie konieczność jej popełniania, ponieważ jak wiesz, jesteś bowiem poetką, poezja to nisza w niszy i raczej na fajerwerki nie ma co liczyć. Przykładem może być Nagroda Literacka Nike dla Tkaczyszyna-Dyckiego. W zasadzie kto z osób nie śledzących na bieżąco życia literackiego, tym samym nie czytających poezji współczesnej, potrafiłoby powiedzieć, kto to jest ten Dycki?

Odnosząc się do twojego pytania o miasta, w tej chwili, w odróżnieniu od moich lat, nazwijmy je młodzieńczych, miasta jako takie, nie odbijają się w tym, co piszę. Datuję wiersze, a pod datą oznaczam miejsce jego powstania. W takim kontekście pojawiają się Radom, Częstochowa, Łódź albo Warszawa. Miasta, które często odwiedzam, ponieważ  mamy tam rodzinę i przyjaciół. W pewnym sensie zostało we mnie dużo z Łodzi, w której studiowałem i mieszkałem łącznie siedem lat. Uwielbiam Łódź i godzinami mogę się wykłócać o jej przewagę nad, na przykład, Krakowem – przy okazji mając świadomość zupełnej niedorzeczności takiego dowodu. Tak czy owak, jestem do niej przywiązany. Lata w niej spędzone wspominam z rozrzewnieniem. Jestem chłopakiem z prowincji. Moje rodzinne miasto – Częstochowa to powiatowe miasto, zupełnie nieciekawe, z tym całym klasztorem w tle i tym pogańskim kultem… Kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych przyjechałem studiować do Łodzi, jej wielkomiejskość zrobiła na mnie wrażenie. Wiem jak to brzmi dla kogoś,  kto mieszka i żyje na przykład w Londynie, ale proszę mi wierzyć, tak było. Łódź została we mnie także przez fakt, że mieszkałem w niej na terenie dawnego getta. To rzeczywiście przeniosło się na moje wiersze. „Hermann Brunner i jego rzeźnia” jest książką, w której rozliczam się z rodzinnej historii, dekonstruuję rodzinny mit w kontekście poplątanych relacji polsko – żydowskich, w których, jak wiesz, nie popisaliśmy się szczególnie i bardziej mamy się czego wstydzić, niż czym chwalić. Tak, tak… Tutaj oczywiście pada najczęściej argument o największej ze wszystkich liczbie Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, ale błagam, bez takich. Z resztą Shoah jest zagadnieniem, którym zajmuję się od wielu lat. Prowadzę bloga z nim związanego (mocno-czytane.blog.pl), który ostatnio zaniedbuję, ale to bilet w jedną stronę i z całą pewnością wrócę.

Tak. Twój tomik i wiersze, całość zrobiła na mnie niezwykłe wrażenie. Tym bardziej, że mocno współodczuwam tragedie, który przytrafiły się ludziom w różnych czasach i miejscach. Poniekąd liczyłam na to, że sam napiszesz o blogu, który z resztą śledzę, ale właśnie… Skąd to zaniedbanie?

Jeśli od kilku lat nieustannie pracujesz z Shoah, z literaturą przedmiotu, ze świadectwami, czytasz, oglądasz, w końcu śnisz o tym, wyłącznie o tym myślisz i mówisz, czasami potrzebujesz złapać oddech. Zwłaszcza jeśli chcesz o tym opowiadać, ale nie bardzo chcą cię słuchać, ponieważ to nie są rzeczy przyjemne. Upieram się, że słuchać trzeba, bo tylko w ten sposób możemy dbać o pamięć o tych, po których już niemal nic nie zostało, których wtedy zabrano z całą ich przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Kiedy siedzisz w tym wszystkim, czasami musisz zrobić przerwę. Wiesz, że wrócisz i chcesz wrócić, ale potrzebujesz oddechu, ponieważ to cię zmienia, a masz dzieciaki i żonę i mimo wszystko chcesz, jak twoi znajomi, żyć przez chwilę tu i teraz. Ale zawsze wracam. I zawsze wykorzystuję każdą okazję, żeby o tym opowiadać. Co jest nieznośne na przykład podczas spotkań autorskich. Jednak kilka osób z mojego otoczenia udało mi się zainteresować zagadnieniem, co poczytuję sobie za jakiś tam sukces na rzecz pamięci o tym, co wtedy wydarzyło się w samym środku cywilizowanej Europy. I co gorsza, wcale nie jest powiedziane, że nie powtórzy się w przyszłości. Dlatego to nie tyle zaniedbanie, co świadoma przerwa. Poza tym to w pewnym sensie orka na ugorze. W Polsce, w której pokutują te wszystkie mity o naszej tolerancji i ogólnie otwarciu na inność, w Polsce, w której ostatnio kwestionuje się naszą często haniebną postawę wobec Żydów w czasie okupacji niemieckiej, prowadzenie bloga o Shoah, przyznasz, wymaga to samozaparcia.

Samozaparcia i jednak ciągłej gotowości do konfrontacji, bo nastrój w Polsce robi się dość dziwny. Znowu podsyca się nienawiść do Żydów. Nie przypomina Ci to przypadkiem tych wszystkich mitów, które przez lata narastały, aż zebrały żniwo? Staram się uciekać od takich myśli, jednak co jakiś czas to uczucie wraca. I tak, by nieco odejść od tematu, napisz nad jaką książką pracujesz.

Oczywiście, że historyczne analogie narzucają się momentalnie. Okazuje się, że niczego nie przepracowaliśmy przez kilkadziesiąt lat i wciąż stoimy odwróceni plecami do prawdy o nas samych. Ogromna nieodpowiedzialność tych, którzy są obecnie u władzy oraz ich flirt z takimi organizacjami jak ONR dowodzą, że żywe są w nich te wszystkie ohydne „izmy”, które wiek dwudziesty, wydaje się, zweryfikował. Tymczasem, proszę bardzo – nad Polską łopocą zielone sztandary organizacji faszystowskich. Jeżeli to jest to wstawanie z kolan, to ja zazdroszczę ci miejsca, w którym żyjesz, ponieważ ja z moją rodziną, okazuje się, tkwię w samym środku konkretnej chujni.

Odpowiadając na twoje drugie pytanie – skończyłem szósty tom wierszy. Redaguję go teraz. Poprawiam jeszcze. Zdarza się, że coś dopisuję. Książkę pisałem w latach 2015-2017. Wierszy jest za dużo, trzeba z czegoś zrezygnować. Koncepcja książki również zmieniała się przez te dwa lata. Ponad dwadzieścia wierszy wypadło z niej jakiś czas temu. Postanowiłem jednak zrezygnować z wątku związanego z moją obsesją i uwikłaniem w pamięć o Shoah. Pomyślałem, że może kiedyś zrobię z tego osobną książkę. Może tak będzie lepiej. Myślę, że napisałem książkę, która, jak to już zwykle z moimi wierszami bywa, jest „pisaniem prywatnym”, ale wierzę, że mam swoich czytelników. Osoby, które w takiej poezji znajdują siebie, coś dla siebie, że być może nasze opowieści zbiegają się w jakimś punkcie?

Z Twoich wspomnień wyłowiłam nagrodę Miasta Częstochowy. Czy to wyróżnienie zmieniło coś w Twoim życiu? I jeszcze zastanawiam się, co u Twoich sąsiadów, bo przestałeś o nich wspominać albo mnie coś w związku  z nimi ominęło. Sąsiedzi wiedzą, że jesteś pisarzem?

 Nagroda nie zmieniła zupełnie nic. Chociaż, naturalnie, cieszę się, że ją otrzymałem. To chyba jednak nagroda z gatunku tych, które niczego nie zmieniają. Z resztą nie miałem co do tego złudzeń. Znam rzeczywistość na tyle, że zdaję sobie sprawę, że przyjęcie zaproszenia do programu telewizyjnego na temat macierzyństwa Anny Lewandowskiej, potrafi zmienić więcej, niż nagroda w dziedzinie kultury miasta Częstochowy. Oczywiście odrobinę żartuję. Zaproszenie odrzuciłem (śmiech). Na stronie Urzędu Miasta w zakładce „miejscowi artyści, pisarze i tak dalej” nie znajdziesz mojego nazwiska. Teraz muszę nauczyć się z tym żyć. (śmiech)

O sąsiadów, jak się domyślam, pytasz w kontekście moich facebookowych mini-opowieści. Co pewien czas szukam nowej formuły. Częścią wątków jestem po prostu znudzony. Sięgam wtedy po inne, jak historie, które zdarzają się w tramwajach, autobusach, sklepach, albo u moje dziewięćdziesięciojednoletniej babci. Moi sąsiedzi w większości nie wiedzą, że jestem pisarzem z tego powodu, że nim nie jestem. Jestem facetem, który pisze wiersze i wydał kilka ich tomów oraz opowiadania, które publikuje tu i tam. Więc właściwie powinnaś zapytać, czy moi sąsiedzi w ogóle wiedzą, że jestem poetą? Wtedy odpowiedziałbym, że część wie. A pozostali kojarzą mnie z FB. I tak już pewnie zostanie. Nie każdy łapie się na poezję. Wielu osobom po prostu łatwiej odnaleźć się w moich statusach, które, staram się, żeby były stosunkowo dobrej jakości. Chociaż zauważyłem, że im bardziej status  „idzie w literackość”, tym mniej interesuje czytających. Formuła staje się dla nich nieczytelna. Chcą uczestniczyć w zdarzeniach w czasie rzeczywistym. W większości nie interesuje ich opowieść dla samej opowieści. Chociaż oczywiście są tacy, którzy twierdzą inaczej.

Przede wszystkim jesteś prawnikiem. Poeci, prawnicy… Mogłabym postawić znak równości pomiędzy te dwa słowa. Herbert, Leśmian, Miłosz, Pado… To nie jest porównanie, ale czy obycie z językiem pomaga ci w pracy? Czy bardziej wrażliwość, dzięki temu, kim jesteś? Jednak rano, kiedy jadę autobusem, zaglądam na Twoją fejsową tablicę, a nie Anny Lewandowskiej. Myślę, że mnóstwo osób bardziej ceni Twój wkład w rozpowszechnianie czytelnictwa od celebryckich popisów sportsmenki. Oczywiście nie jest to żadna ukryta aluzja w kierunku Lewandowskiej, przecież wiemy dzięki Tobie, co czyta.

Przede wszystkim jestem autorem swoich książek, jestem mężem cudownej kobiety, ojcem dwójki kapitalnych dzieciaków. Prawnikiem jestem gdzieś na końcu tej listy. Poza tym w tej chwili nie pracuję jako prawnik, a wykonywane przeze mnie obowiązki nie mają z prawem bezpośredniego związku. Trochę inaczej wyglądało to w ostatnich dziesięciu latach, ale to się zmieniło. I bardzo dobrze. Oczywiście, że „robienie w języku” pomaga w każdym zawodzie z językiem związanym, a praca prawnika bez wątpienia do takich zajęć należy. Jednak nigdy nie zastanawiałem się nad tym specjalnie. Mój FB pozwala, o czy już wspominałem podczas tej rozmowy, dzielić się z innymi moimi obserwacjami na temat otaczającej nas rzeczywistości. Mam świadomość, że większość obserwujących profil oczekuje po prostu rozrywki. Szczęśliwie jest to mój profil, na którym mam możliwość mówienia o tym, o czym chcę i w sposób, w jaki chcę to robić. To chyba cenię sobie najbardziej. Ale zwróć uwagę, czym tak naprawdę zajmujemy się podczas tej rozmowy. Głównie mówimy o mojej działalności w sieci. Co oznaczać może dwie rzeczy. Po pierwsze, jeśli chodzi o moją działalność poza siecią, o moje książki, te napisane i te piszące się – to zasadniczo nie ma o czym mówić, albo że dożyliśmy czasów, w których obecność w sieci zapewnia nam możliwość dotarcia do odbiorcy naszej twórczości poza siecią. I chyba tak się trochę stało. Cieszę się, że mam kilka tysięcy czytelników na FB. Ale najwięcej radości sprawiają mi ci, którzy co pewien czas zwracają się do mnie prywatnie, pytając na przykład, gdzie można kupić moje wiersze. To jest miłe i nie ma chyba autora, któremu takie pytanie nie sprawiłoby przyjemności. I nie ma to najmniejszego związku z pieniędzmi, ponieważ jak świetnie wiesz, my – poeci, na naszych książkach raczej nie zarabiamy. Wracając do nieszczęsnej Anny Lewandowskiej, myślę jednak, że większość osób ceni sobie bardziej to, co robi pani Anna niż to, co robię ja, z całym tym swoim pisaniem. Rozumiem to.

A jednak jest o czym mówić. Angażujesz się w życie kulturalne Częstochowy? Można Cię spotkać i porozmawiać o literaturze, posłuchać wierszy albo jak opowiadasz, rozmawiasz ze znajomymi autorami? Chociaż dla mnie to jest eufemizm. Jesteś przede wszystkim pisarzem, poetą i nic nie zastąpi faktów. Twoja aktywność w internecie pozwala mi być z Tobą w kontakcie i to jest fenomen tego miejsca. Chociaż nie ukrywam, wolałabym o tym wszystkim rozmawiać, patrząc na Ratusz Miejski.

Zdarza się, że jestem proszony o poprowadzenie czyjegoś spotkania autorskiego. Chętnie to robię. Raczej nie odmawiam. Natomiast w życie kulturalne miasta nie angażuję się specjalnie, a na cykliczne imprezy organizowane w moim mieście nie jestem zapraszany. Nie mam z tego powodu poczucia szczególnej straty. Nigdy nie myślałem o sobie jako o „poecie częstochowskim”. Nie czuję się związany z tym miastem w takim stopniu, żeby miało to dla mnie znaczenie, że z niego pochodzę. Najwyraźniej dla miasta też nie ma to większego znaczenia, więc wszystko moim zdaniem jest w porządku. Mam świadomość swojego charakteru i tego, że nie jest on łatwy. Jestem raczej prostolinijny i w zasadzie mam samobójczą skłonność do ujawniania swoich poglądów. To z kolei, mam wrażenie, stanowi później pewną towarzyską czy środowiskową przeszkodę w klepaniu się po pleckach. (śmiech) Nie próbuję robić z siebie kontestatora czy zbuntowanego czterdziestolatka. To byłoby odrobinę niepoważne. Chcę tylko powiedzieć, że istnieją ludzie, którzy bardziej niż ja potrafią zadbać o własne interesy. Nie posiadam tej cechy. Wiem, że to frazes, ale najważniejsze jest dla mnie pozostawanie w zgodzie z samym sobą. Czasami dużo się na tym traci. Przepraszam za ten banał. Ale jak powiadają – banał ma swoją moc. (śmiech)

Tak. Ujawnianie poglądów i szczerość w niektórych środowiskach jest bardzo źle odbierane. Doskonale rozumiem. Myślę jednak, że nic nie tracimy, Marcinie, ale może o tym przy innej okazji i w innym miejscu. A teraz wyobraź sobie nakład 50 tys. egzemplarzy tomików Twoich wierszy. „Rozchodzą się” w miesiąc, ludzie czytają je w tramwajach, autobusach, w parkach. Recytują Twoje wiersze na lekcjach języka polskiego. Pani w rozgłośni radiowej rozpoczyna dzień od motta, wybranego z Twojej książki. Ludzie się do siebie uśmiechają. Kolejny nakład. Tłumaczenia na języki obce. Jak się czujesz?

Jestem wtedy przekonany, że albo oszalałem (co jest niewykluczone) albo jestem w czymś w rodzaju ukrytej kamery i po chwili pojawi się jakiś celebryta z bukietem róż, krzycząc: „Mamy cię, pojebie!”. To byłoby jakieś szaleństwo, Małgorzato. Idziesz w skrajności. Chciałbym po prostu, żeby dla ludzi literatura ponownie zaczęła coś znaczyć. Żeby mieli nawyk czytania. Żeby sięgali po książki świadomi swoich wyborów. Żeby Anna Lewandowska czy Kinga Rusin były mniej znanymi pisarkami niż Olga Tokarczuk. Żeby ktoś, kto zajmuje się pisaniem wierszy nie był traktowany powszechnie z pobłażliwością jak jakiś nadwrażliwy pojeb trzęsący się nad złamaną stokrotką i wodzący błędnym wzrokiem za pląsającą w powietrzu Rusałką Pokrzywnik. Żeby ludzie rozumieli, że robienie literatury, pisanie poezji, prozy, to nie jest, kurwa, hobby. To nie jest zbieranie znaczków czy chodzenie na ryby. To czynność, zajęcie, które często mają doniosły wpływ na nasze życiowe wybory. Z czego najczęściej nic nie mamy, co nie przekłada się na żadne szczególne kokosy. Wręcz przeciwnie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to, czego chcę,  raczej się nie stanie. Nie stanie się, prawda?

Niestety nie, ale udało mi się ciebie rozbawić albo zatrwożyć. Z drugiej strony chciałabym wspomnieć, że na Węgrzech debiutant sprzedaje 27 tys. egzemplarzy tomików. Są miejsca, gdzie mnóstwo ludzi czyta literaturę i nie jest to wirus, a nawet gdyby, myślę, że wielu ludzi w Polsce jest na niego odpornych. Myślisz, że jest jakiś sposób, by zachęcić ludzi do czytania? Czy problem leży jednak u podstaw, w rodzinie? Bo jednak nie zrzucałabym całej odpowiedzialności na szkołę, która zawsze bardziej zniechęcała niż zachęcała do czytania

Mój ośmioletni syn czyta regularnie. Czyta samodzielnie i czyta dużo. Jest tak dlatego, jak sądzę, że odkąd pamięta, widzi mnie i swoją mamę z książką. Ja czytam niemalże w każdej wolnej chwili. Czytam w domu i czytam, chodząc po ulicy, co prawdopodobnie kiedyś przypłacę życiem.  Dla niego książki są naturalnym środowiskiem. Wychowuje się wśród nich. Znosimy je do domu i dusimy się od roztoczy, ale nie wyobrażam sobie domu bez książek. Oczywiście trzeba go przepędzać od czasu do czasu sprzed ekranu laptopa, ale „przepędzony” idzie do książek. Czasami rysuje. A rysuje świetnie. Nie wiem natomiast, czy istnieje szansa, aby zachęcanie dorosłych ludzi do czytania przyniosło jakiś skutek. Śmiem wątpić. Jeśli dorosły nie czyta, to znaczy, że coś poszło nie tak i raczej już czytał nie będzie. Zawsze przerażają mnie te wszystkie poczekalnie, na przykład w przychodni, gdzie kilkanaście osób, w wieku, powiedzmy, do czterdziestki, czeka godzinami i zamiast dla przykładu sięgnąć po książkę albo przynajmniej po gazetę, gapi się w smartphony i gra w jakieś kulki albo inne gówno. Przekonaj takiego/taką, żeby sięgnęli po książkę… Z resztą – nie znajduję w sobie do tego powołania. Nie mogę się tylko nadziwić, że ktoś z własnej woli rezygnuje z rzeczy tak wspaniałej jak literatura. Z tych wszystkich światów, które na ciebie czekają. Może brzmi to odrobinę kiczowato, ale akurat w tej chwili zupełnie się tym nie przejmuję.

Każdy ma swoje miejsce, tak jak drzewo korzenie czy rzeka koryto. Ktoś tam przycina gałęzie, reguluje dno, ale w efekcie końcowym natura i tak sięga po swoje. Chyba że coś nam się przytrafia po drodze… Czego Ci życzyć? Oprócz zadowolonych czytelników, zdrowia, braku protestów i cenzury?

Myślę, Małgosiu, że spokoju. Przydałby mi się spokój. Dużo, bardzo dużo spokoju. I żebym kiedyś mógł zobaczyć, jak moje dzieciaki żyją w normalnym kraju, który cywilizacyjnie, systemowo, kulturowo znajduje się w Europie. Żeby nigdy żaden rząd nie posłał mi syna na wojnę, a córce nie kazał rodzić dzieci wtedy, kiedy nie będzie tego chciała. Żebyśmy byli wolni, po prostu.

Zatem tego wszystkiego życzę i dziękuję za rozmowę.

 

Miejmy coś z tej zimy – Z Marcinem Zegadło rozmawia Małgorzata Południak
QR kod: Miejmy coś z tej zimy – Z Marcinem Zegadło rozmawia Małgorzata Południak