Anna Kaluza: wywiad

Zobacz losowy wpis
Anna Kaluza: wywiad

Mam dużo szczęścia, że mogę żyć tak jak żyję. Sto lat temu nie byłoby to możliwe, aby kobieta była saksofonistką i mieszkała sama – rozmowa z Anną Kaluza, która wystąpiła podczas I Solo Festiwal.

OPT: Twoje nazwisko brzmi bardzo swojsko. Masz polskie korzenie?

Anna Kaluza: Kaluza to nazwisko z Prus Wschodnich. Niestety, nie znałam mojego ojca i jego przodków, więc może było to kiedyś polskie nazwisko, a później zostało zniemczone. Znam tylko niemiecką stronę swojej rodziny. Nazywają się Schneider. To jedno z najbardziej popularnych nazwisk w Niemczech.

Jaki sens według ciebie ma kultywowanie tradycji w zunifikowanym świecie?

Jestem skoncentrowana na teraźniejszości. Nie grzebię zbytnio w korzeniach mojej rodziny, bo wymagałoby to wysiłku. Jestem bardzo wdzięczna losowi, że miałam okazję poznać moich dziadków – to kontakt z przeszłością, którą możesz zobaczyć i z którą możesz nawiązać dialog. Z jakiegoś jednak powodu nie zadawałam im wielu pytań, co do ich dzieciństwa i przeszłości, choć z pewnością byłoby to bardzo interesujące. Wolę raczej czytać książki opisujące poprzednie epoki. Życie naszych przodków było podobne do naszego, pomijając oczywiście całą komputeryzację i pęd, w jakim żyjemy.

Czym jest dla ciebie pamięć?

Pamięć jest zmienna. Ludzie dzielą się na tych, którzy pamiętają swoje dzieciństwo i na tych, którzy bardziej pamiętają okres dojrzewania. Kiedy miałam 15 lat życie stało się zbyt intensywne – z czasem pojawiało się coraz więcej rzeczy, które trzeba było zapamiętać. To całkowicie naturalne, że pomału wymazuje się pewne wydarzenia z pamięci, aby zachować czystość umysłu. Natomiast z drugiej strony to trochę przerażające, że nie pamiętamy, co robiliśmy zeszłego lata, a nawet w zeszły weekend. Wszystko zaczyna się powtarzać, jest w pewnym sensie do siebie podobne. Kiedy byłam mała, starsi mi mówili, że jak dorosnę, to życie nabierze prędkości, rok za rokiem będzie szybko mijał. Twierdziłam, że to nigdy mi się nie przydarzy. Natomiast teraz muszę przyznać im rację. Uważam, że cała nasza pamięć jest w pewnym sensie zawarta w teraźniejszości. Teraźniejszość jest tym, co przeżyliśmy, co widzieliśmy i co zrobiliśmy dotychczas. Chwila to bardzo długi moment, mam tu na myśli to, że często postrzegamy chwilę jako „teraz”, a to „teraz” może być bardzo długie. Wraca do przeszłości, zwłaszcza do dzieciństwa i w tym „teraz” jest wszystko, choć czasami nie można powiedzieć, co dokładnie.

Mieszkasz w Berlinie, w mieście otwartym na imigrantów. Co jest ważne dla ciebie w kontakcie z „innym”? Czy „inność” jest nadal pojęciem funkcjonującym w dyskursie społecznym?

Myślę, że tak. Berlin przyciąga mnóstwo różnych osób – uchodźców, studentów, bogatych i biednych. W Berlinie możesz zobaczyć i spotkać wszystkie grupy społeczne. Czasami jednak nie jest łatwo zetknąć się z „innymi”. Istnieją dzielnice, w których są enklawy imigrantów. Domyślasz się, że to mogą być Turcy, ale tak naprawdę czasami nie wiadomo nawet skąd pochodzą. Niestety, trudno z nimi nawiązać kontakt. Często obracam się wokół ludzi, którzy są bardzo do mnie podobni w sposobie wychowania, w swoich zainteresowaniach, w tym, co robią. Mogą pochodzić z Iranu lub innych dalekich krajów, ale nadal jesteśmy do siebie podobni. Ludzie, którzy nie są tak podobni, gdzieś się ukrywają lub należą do zupełnie innych grup. Czasami jest to trochę przykre. Mamy taką różnorodność, a tak naprawdę nie potrafimy się zintegrować. Jedyny sposób, w jaki można zetknąć się z „innością”, to moment, kiedy kupuje się jedzenie. Tak jak w każdym innym mieście mamy libańskie, tureckie, wietnamskie restauracje, ale nie poznaję tych ludzi – tylko się witamy i tyle. Dziwne, to mogą być twoi sąsiedzi, ale możesz tylko poczytać o nich w gazecie. Tak naprawdę nie wiem, jak można to zmienić. W Berlinie jest wiele niekomercyjnych miejsc, gdzie można zagrać koncert, na przykład w sąsiedztwie Turków. Co dziwne, nikt z nich nie przychodzi na koncerty. Szkoda. Nie raz widzę na ulicy tureckie rodziny, ale są i takie, których prawdopodobnie nigdy nie zobaczę, bo są pozamykane we własnych gettach. Czasami czytam w gazetach, że Cyganie nie wysyłają swoich dzieci do szkół, nie asymilują się z resztą społeczeństwa. Może zmieni to następne pokolenie. Kto wie?

Mieszkasz w pobliżu Kreuzbergu. Tłumy turystów odwiedzają to miejsce w poszukiwaniu mocniejszych wrażeń. Czy wciąż rozwija się tam kultura niezależna? Czy specyfika tej dzielnicy nadal przyciąga artystów z całego świata, czy raczej odpycha?

Tak, mieszkam bardzo blisko Kreuzbergu. Muszę tylko przejść przez jeden most. Moją dzielnicę, Neukölln, niektórzy nazywają Kreuzkölln z uwagi na bliskość Kreuzbergu. Myślę, że sama dzielnica nadal przyciąga artystów, ale w mniejszym stopniu niż kiedyś. Obecnie jest bardzo droga – chyba jest jedną z najdroższych części Berlina – i to tak naprawdę nie jest wcale atrakcyjne dla artystów, którzy często nie mają pieniędzy na życie. Teraz moja dzielnica bardziej przyciąga artystów i muzyków. Niestety, też stała się dosyć droga. Dzieje się tak zazwyczaj, kiedy jakieś miejsce na początku jest trochę podupadłe, następnie przyciąga ludzi i coś zaczyna się dziać. Wtedy naprawdę biedni ludzie wyprowadzają się, bo jest dla nich za drogo i przenoszą się do innych dzielnic. Wprowadziłam się do mojego mieszkania sześć lat temu i od tego czasu czynsz wzrósł o około 100 € na miesiąc. Kiedyś w Neukölln nie było prawie nic oprócz starych, dziwnych pubów. Obecnie znajduje się tam mnóstwo maleńkich galerii i kafejek. Prawie co tydzień pojawia się nowy pub. Wszystkie te kafejki są zatłoczone podczas weekendu. Neukölln stała się tak atrakcyjna, że niektórzy zaczynają mówić już o następnym nowym miejscu, którym może stać się Wedding w środkowo-zachodniej części Berlina. Pozycja Kreuzbergu jest w pewnym sensie już ustabilizowana. Sama dzielnica jest dosyć zróżnicowana, jeśli chodzi o jej mieszkańców. Nadal można tam spotkać ludzi różnej narodowości, ale myślę, że obecnie artystów nie stać, aby tam zamieszkać. Może jedynie stać na to starszych artystów, którzy wprowadzili się tam wiele lat temu i zachowali nadal swoje niskie czynsze.

Czy istnienie takich miejsc odróżnia Berlin od innych miast europejskich?

Po upadku muru Berlin stał się nagle bardzo młodym miastem. Pojawiło się wiele nowych możliwości. Można było wszędzie pojechać. Dookoła było mnóstwo zniszczonych i niezamieszkałych posesji – bardzo tanich miejsc. To był bardzo ekscytujący moment w naszej historii. Chodziłam wtedy do szkoły średniej i mieszkałam we Freiburgu, w moim mieście rodzinnym w południowo-wschodnich Niemczech. Teraz Berlin zmienił się nie tylko w pozytywnym znaczeniu. Stał się bardziej normalnym miastem, takim jak wiele innych w Europie. Można znaleźć te same kafejki, sieci sklepów z ubraniami, centra handlowe. Kiedyś Berlin był bardziej interesujący, nie tak wykończony, ciągle rozwijający się, ekscytujący. Obecnie Berlin wydaje się kompletny. To oczywiście ma również swoje dobre strony, gdyż przyciąga coraz więcej studentów z zagranicy i na ulicach można zobaczyć różnorodność ludzi typową dla wielkich stolic, takich jak Paryż czy Londyn. Coraz więcej ludzi zaczyna się uczyć niemieckiego z powodu samego miasta. Prawdopodobnie w ogóle nie lubią Niemiec, ale Berlin to co innego. Jest interesujący i tętni życiem.

Zgadza się, Berlin to miasto otwarte na nowe wyzwania, a przy tym bardziej tolerancyjne od innych. Jak to się ma do praw kobiet? Pewien polski reżyser twierdzi, że feminizm jest jak cholesterol – dobry i zły. Ten dobry kazał kobietom domagać się praw wyborczych, możliwości kształcenia, itd. A ten zły ma je dziś uczynić identycznymi jak mężczyźni – w karierowiczostwie, bezwzględności, wulgarności. Czy zgadzasz się z tym podziałem?

Mam dużo szczęścia, że mogę żyć tak jak żyję. Sto lat temu nie byłoby to możliwe, aby kobieta była saksofonistką i mieszkała sama. Nawet moja mama wspominała mi, że zawsze chciała grać na saksofonie, ale nie pozwolono jej, kiedy była młoda, bo dziewczęta grają na pianinie. Mogła śpiewać, grać na flecie, ale nie na saksofonie. W poprzednich stuleciach kobiety nie miały możliwości grania na instrumentach dętych. Czytałam o tym bardzo ciekawą książkę. Chodziło głównie o twarz kobiety, która wyglądała nienaturalnie podczas gry na instrumentach dętych. Obecnie nie ma już takich ograniczeń i bardzo się cieszę, że mogę prowadzić takie życie, jakie prowadzę. Interesujące jest również to, że sami mężczyźni zmieniają się i stają się bardziej podobni do kobiet, jeśli chcą. Kiedyś było jasne rozróżnienie pomiędzy kobietą a mężczyzną. Teraz można przynajmniej wybierać. Widzę mężczyzn ubranych w spódnice lub sukienki i wiele kobiet w jeansach i tenisówkach. Podoba mi się to. Każdy może być zarówno trochę kobietą jak i mężczyzną. Zazwyczaj wybieramy gender sami, ale jednocześnie jesteśmy połączeniem obu, jako że genetycznie mamy je w sobie, co uważam za dobre.

Etniczność, kwestie rasowe, podziały ekonomiczne i religijne. Czy uważasz, że obecna krytyka feministyczna może doprowadzić do realnych zmian w życiu tureckich lub irackich kobiet w takim mieście jak Berlin?

Trudno powiedzieć. Może rzeczywiście mogą zyskać coś dzięki temu, ale też może okazać się, że zmiany będą na ich niekorzyść. Istnieje grupa kobiet, które nie chcą wyjść poza ograniczenia kulturowe. To może być przerażające i niejasne dla nich, co robią kobiety z innych kręgów kulturowych. Zapewne byłoby łatwiej nie stawać przed wyborami, nie widzieć i żyć w przekonaniu, że każdy tak żyje. Nie jest łatwo mieć świadomość innych możliwości i nie móc ich osiągnąć. Ale myślę, że większość z tych kobiet jednak chce mieć wybór i żyć na swój sposób. Tak naprawdę znam tylko kobiety, które są podobne do mnie. Nie znam tych, które siedzą cały czas w domu i tylko gotują, nie mają zawodu ani żadnej pasji. Mogę mówić tylko za siebie – jestem zadowolona z takiego rozwoju spraw. Kiedy studiowałam jazz w szkole było niewiele kobiet. Głównie studiowali tam faceci, którzy trzymali się razem. Nie pamiętam takiej sytuacji, aby któryś z nich do mnie podszedł i zaproponował wspólne jam session. Teraz myślę, że jest łatwiej, gdyż muzyka improwizowana jest otwarta na wszystkich bez względu na kulturę czy płeć. W tym świecie możesz być po studiach jazzowych, ale także po klasycznej szkole muzycznej, albo w ogóle nie mieć żadnego przygotowania, jedynie rozwijać swoje umiejętności. I to jest ta dobra strona muzyki improwizowanej. Ponadto jako kobieta nie czuję się obco w tej grupie. Właściwie ostatnio coraz więcej kobiet gra muzykę improwizowaną. Miałam okazję już grać w zespole, gdzie przeważały kobiety. Podczas moich studiów w Kolonii to nie byłoby możliwe. Może podświadomie to był jeden z powodów, dla których przeniosłam się do Berlina.

Woody Allen powiada: jeśli chcesz rozśmie­szyć Bo­ga, opo­wiedz mu o swoich pla­nach. Czy w swoim życiu kierujesz się według ściśle zaplanowanych schematów, czy raczej improwizujesz?

Dobre pytanie. Przeważnie nie mam planów i nie układam harmonogramów. Czasami mam marzenia, które pojawiają się gdzieś w mojej głowie. Dlatego dobrze jest, od czasu do czasu, zapytać siebie samego, czy jest coś, czego ci brakuje w życiu, czy czegoś ci potrzeba. Zazwyczaj czuję, że nie potrzebuję niczego, że mam wszystko – co mnie akurat bardzo cieszy. To nie znaczy, że wszystko jest idealnie – o nie! Staję się coraz bardziej świadoma faktu, że potrzebuję bardzo niewiele. Oczywiście chodzi mi o rzeczy materialne. Mam bardzo małe mieszkanie, nie posiadam samochodu i wielu innych rzeczy, które ludzie uważają za niezbędne. Cieszę się, że ich nie potrzebuję. Dobre jest również to, że im dłużej robisz coś, co lubisz, wkładasz w to wysiłek, to się rozwija samo. Tak więc wydaje się, że nie potrzebne są wielkie plany czy harmonogramy na kolejny dzień. Chyba że chodzi o umówione spotkania, pracę czy korepetycje. Wiem, że niektórzy ludzie codzienne muszą iść do pracy, siedzą w niej do zmroku. W porównaniu z nimi mam bardzo dużo czasu dla siebie. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim ten tryb życia odpowiadałby. Ludzie potrzebują określonego, stałego dochodu i poczucia bezpieczeństwa. Na szczęście nigdy nie przeszła mi taka myśl przez głowę, bo może jutro będę miała straszny wypadek. Nie mam więc potrzeby zabezpieczać się na przyszłość. Nie przeraża mnie posiadanie niewielkich środków do życia. Żyję w dosyć zamożnym kraju, więc cokolwiek miałoby się wydarzyć, to i tak nie umrę z głodu.

Dziękujemy za rozmowę.

Wrocław, 1.12.2013

Scroll Up