Mały traktat
Być tą muszelką, w której szumią wszystkie morza,
kiedy nikt nie przykłada do niej ucha; płynąć,
płynąć i płynąć, aż odejdą wody,
aż odejdą i wrócą, żeby nas oczyścić;
zgubić się w środku grudnia na obcym osiedlu,
spojrzeć w okno i stanąć oko w oko z sobą;
zapalić papierosa, zaciągnąć się światłem
tak mocno, żeby wokół stopniał cały śnieg,
żeby przepadł jak każde nasze państwo, miasto,
jak każda z naszych starych, dobrych gier i zabaw
oddanych do lamusa, wyrzuconych w ciemność,
co to właśnie podpełza, by nas zjeść, wyrzygać
i zostawić z tym wszystkim, o czym mówi się,
że powinno wystarczyć. A co, jeśli nie?
Instrumenty
Lekki jak mgła nad miastem, jak śnieg na poduszce
strach przed smakiem jej ciała, które jednak bardziej
zbliża się niż oddala. Czy właśnie od niego
zaczynasz odmierzanie czasu jak czułości
narzędzi, instrumentów, czy to właśnie przez nie
przepływa ta muzyka, której nikt nie słyszy,
to powietrze zajęte zapachem pościeli,
ta choroba, po której pozostaje miłość
albo śmierć, albo oba słowa jednocześnie?
Pieprzyki
Bezcenność rąk którymi patrzę w środku nocy:
pieprzyki na jej plecach jak wymarłe miasta
(i może chciałbym więcej lecz wciąż jeszcze nie wiem
czy może być coś więcej ponad to co jest)
Starbucks
I choćbyś go dotykał z każdej znanej strony
kubek pełen macchiato nie opisze dłoni
Bardzo szybka elegia
No więc dociera do mnie, że no więc nareszcie
docieram się ze sobą, z tym właściwym sobie
właściwym chyba sobą, że już wszedłem w krew
i płynę jak transmisja z wymarłych języków
(każdy język jest martwy, jeżeli go użyć),
które rosną i rosną w moich państwach-miastach
przychodzących skądinąd, żeby zaraz zniknąć
za jakimś horyzontem, w jakiejś tłustej mgle,
w zbiorowej niepamięci, by roztopić się
razem z ostatnim śniegiem jakby nigdy nic,
jakby nic się naprawdę nigdy nie zaczęło,
jakby nic się naprawdę nigdy nie skończyło.