Mieszkanie pachnie świeżą farbą. Wykładziny są czyste, niedawno kładzione. Blok jest nowy. Nie wszyscy lokatorzy wprowadzili się do swoich mieszkań. Do przedszkola matka wozi mnie autobusem. Brniemy przez błoto i kałuże w kierunku przystanku. Zimą suniemy przez śnieg, którego nikt nie odgarnia. W ubiegłym roku przyleciał do Polski papież. Białym helikopterem przyleciał. Wylądował, wyszedł i ucałował ziemię. Przyglądaliśmy się z matką lądowaniu i widzieliśmy jak do nas papież pomachał. Był jak anioł i cały trzepotał w białych papieskich szatach. Anioł z helikoptera wysiada i całuje ziemię. Papież Polak. Solidarność. Lech Wałęsa. Stan wojenny i Zomo. A on do nas pomachał jak kolega. Ojca z nami nie było. Ojcu nie pomachał. Ojciec miał dyżur w pracy. Tak powiedział matce.
A potem była olimpiada w Sarajewie i czarnobiałe transmisje. Wakacje w górach i moje zapalenie płuc na tych wakacjach. Moje zapadanie się w gorączkę, coraz głębiej, kiedy matka czytała mi bajki z książki wypożyczonej z biblioteki w ośrodku wczasowym. Ojciec siedział w świetlicy przed telewizorem. Mógłbyś choć raz ty mu coś przeczytać – mówi matka do ojca kiedy zjawia się po papierosy, których zapomniał. On woli jak ty mu czytasz – odpowiada ojciec – ja czytam za szybko – dodaje i wychodzi.
We wrześniu nie mogłem unieść tornistra, taki był ciężki. Brązowo-biały tornister z wyścigówką i odblaskowym światełkiem. Schodzę po schodach z tornistrem pełnym podręczników. Tornister wygina mi plecy, ciągnie mnie do tyłu. Michał pierwszoklasista. Michał poszedł do szkoły, żeby uczyć się i wyrosnąć na mądrego Michała, który zostanie w życiu kimś. W przeciwieństwie do twojego ojca – mówi matka i głaska mnie śniadą dłonią po rozczochranych włosach. Ty mnie Michałku nigdy nie zawiedziesz. Wiem o tym. Bo ty jesteś inny. Ucz się tylko pilnie, tak jak ja się uczyłam, a nie miałam lekko. Ty masz przynajmniej swój pokój. Ja swojego pokoju nie miałam. Babcia i dziadziuś pracowali w fabryce na trzy zmiany i często w nocy musiałam zostawać sama. Możesz ich dzisiaj zapytać o to jak przyjdą do nas na wigilię – mówi matka.
A ja dzień cały staram się nie myśleć wyłącznie o prezentach. Przez większość dnia matka przygotowuje coś w kuchni. Kroi, sieka, smaży i piecze. Wczoraj z ojcem ubraliśmy choinkę, żywą. Mamy żywą pachnącą choinkę. Długo nie wracał z pracy, więc matka poszła go szukać. Telefon założą nam dopiero za trzy lata, więc poszła szukać miejsca, z którego można do ojca do pracy zatelefonować i zapytać, jeśli tam jeszcze ktoś w ogóle jest, co ojca w pracy zatrzymało. Wyglądam przez okno i widzę latarnie, które na biało świecą nad ulicą. Widzę jak idzie matka i jak idzie ojciec, który pod pachą taszczy ze sobą choinkę.
Nie mogłeś sobie darować ? – pyta matka ojca, kiedy rozcina na choince sznurki, którymi ktoś wcześniej powiązał gałązki. Nawet w takim dniu jak dzisiaj musiałeś się napić?
Przepraszam, nic takiego przecież się nie stało, przecież nie słaniam się na nogach, nie tarzam po podłodze – odpowiada ojciec – A poza tym Ewcia ma jutro imieniny, a jutro nie będzie okazji bo wigilia – urywa.
Dziecko czeka na ciebie przez cały dzień – mówi matka. Czeka aż ubierzesz z nim choinkę.
Ale mnie wtedy to już nie obchodzi, że się spóźnił i że mnie bolał brzuch. Że dostałem sraczki i przesiedziałem w kiblu większość popołudnia. Mnie to już nie obchodzi bo przyniósł choinkę i teraz będzie moim super tatą, który ze mną tę choinkę ubierze. Dużo bombek. I lampki. Całe dwa komplety. Wszystko na choinkę.
Ubrałem choinkę z ojcem, który był dziś tatą. Był tatą z obrazka w zachodnim żurnalu, który wspólnie z synem ubiera choinkę, albo bawią się wspólnie zestawami klocków, które kiedyś wydziałem przez szybę w Peweksie. Ubrałem choinkę z tatą, który lekko tylko trącił wcześniej wypitą wódką albo ciociosanem. Matka potrafiła rozpoznawać zapachy bezbłędnie. Ja jeszcze wtedy nie byłem w tym dobry.
Pamiętajcie, żeby w wigilie nie myśleć wyłącznie o prezentach – zwraca się do nas siostra Bernadetta, która w przykościelnej salce prowadzi z nami lekcje religii. Pamiętajcie, że nie to jest tego dnia najważniejsze. Pomyślcie o Panu Jezusie, który tego dnia narodzi się, żeby później za nas oddać życie na krzyżu.
I myślę pół wigilii o małym Jezusku, rumianym dzidziusiu zrodzonym w jaskini, pośród śmierdzących owiec, pośród krów śmierdzących oraz nie mniej cuchnących gównem i uryną zbłąkanych pasterzy. Jezusek na świat przychodzi, a krowa sadzi placek bezceremonialnie, bo krowa o tym nie wie, że cud się staje i że zmierzają do miejsca narodzin małego Jezuska trzej mędrcy z prezentami. Nie myśleć o prezentach przypominam sobie, więc dla ułatwienia przywołuję obraz Jezusa z kościoła, Jezusa dziurawego w wielu miejscach na udręczonym ciele. Jezusa z dziurą w lewej i prawej dłoni. Jezusa z przekłutymi gwoździem brzydkimi stopami, pełnymi żył. W ogóle to ciało Jezusa jakieś takie pełne ścięgien i chude. A z dziur w Jezusie wypływa ciecz w kolorze czerwonego barszczu. Tata Jezusa zabił swoje dziecko. Tata Jezusa zawiesił swojego syna na krzyżu i przyglądał się jak mu ten syn umiera. Siostro, a dlaczego Ojciec Pana Jezusa pozwolił Panu Jezusowi umrzeć na krzyżu – pytam siostrę Bernadettę podczas lekcji religii. Ponieważ tak bardzo nas ukochał, że poświęcił dla naszego zbawienia życie swojego syna – odpowiada siostra Bernadetta.
I myślę sobie, że lepiej byłoby żeby mój ojciec innych nie miłował, żeby tylko mnie i matkę kochał, nami się zajmował ponieważ nie mam najmniejszej ochoty dać się ukrzyżować i być brzydkim i chudym jak martwy Pan Jezus. Ale dzisiaj Pan Jezus jest różowy i śliczny. Dziś Pan Jezus leży w plastykowym żłóbku pod naszą choinką, którą wczoraj z ojcem wspólnie ubraliśmy w szklane bombki, łańcuchy oraz włos anielski, który mieni się i połyskuje w ciepłym świetle lampek. I jestem pewien, że gdyby naszą choinkę mógł zobaczyć teraz papież Polak, który wtedy pomachał mnie i mamie jak dobry znajomy to byłby tą choinką zachwycony i zapragnąłby z nami zasiąść do wigilii przy wspólnym stole tu na polskiej ziemi.
Może ma Ojciec Święty ochotę na czerwony barszczyk? – zapytałaby matka papieża Polaka.
Nie dziękuję, od dzieciństwa barszczyk kojarzy mi się wyłącznie ze świętą krwią Chrystusa, która po nim spływa z dziur po gwoździach i włóczni. Nie lubię barszczyku – odpowiedziałby z właściwą dla siebie delikatnością Ojciec Święty, a z każdego słowa jak czyste źródło biła by mądrość i charyzma. Nie odmówi Ojciec Święty kieliszeczka domowej nalewki?– zapytałby ojciec ,bo chyba jeszcze tylko z papieżem w swoim życiu nie pił. Na co uprzedzając reakcję papieża moja matka oświadczyłaby, że u nas w domu w wigilię nie podaje się alkoholu i że mąż żartował.
Ubierz się, zaraz przyjdą goście – mówi matka do ojca tonem jak do dziecka – i zmień skarpetki na inne bo w tych masz na palcu dziurę, że też ty takich rzeczy sam nie zauważasz.
Ojciec idzie się przebrać ze zbolałą miną. Jakby mu ktoś odebrał połowę dzieciństwa, jakby dziurawa skarpetka zmieniona na świeżą była przedwczesnym ojca krokiem w niechcianą dorosłość.
Muszę? – pyta pod nosem już nie matki, a siebie. Jakby chciał się upewnić, że właściwie robi podporządkowując się żonie w tak doniosłej sprawie jak schludność i czystość do których on nigdy nie przywiązywał wagi, bo są przecież w życiu rzeczy bardziej istotne. Na przykład Ewcia i jej skrócone w dniu wczorajszym przez moją matkę wczesne imieniny. I czuje mój ojciec ucisk w dołku na myśl o wszystkich kieliszkach zmrożonej wódeczki, które go ominęły w dniu wczorajszym. Czuje żal, że zamiast wszystkich kieliszków zmrożonej polskiej wódeczki spotkała go jedynie choinka i jedyny syn, który jemu od zawsze wydawał się za nerwowy i jakiś taki nie jego. Kto to widział, żeby chłopak był taki nerwowy. Żeby się bał wszystkiego. Bo ile można srać na rzadko. Może przyjmuje za dużo produktów mlecznych – rozmyśla mój ojciec udając się do łazienki w celu przywrócenia swojej osobie schludnego wyglądu.
Michał – woła do mnie matka – chodź no tu do mnie, pomożesz mi nakrywać do stołu.
Moja matka, dobra gospodyni. Moja matka najlepsza kucharka. Moja matka urządza wigilię dla całej rodziny ponieważ zdaniem mojej matki wigilie zawsze najbardziej udane są u mojej matki. Moja matka, która o wszystkim myśli, bo nikt za nią nic nie załatwi, niczego nie zorganizuje, ponieważ ja jestem jeszcze za mały, a mój Ojciec zdaniem mojej matki się do tego po prostu nie nadaje, nikt go nie nauczył odpowiedzialności po prostu. Mój ojciec zdaniem mojej matki nadaje się wyłącznie do niczego. Napić się, zapalić, przespać i wysrać – oto do czego zdaniem mojej matki nadaje się mój ojciec, a jej mąż. Ale dzisiaj o tym mówić nie wypada. Dzisiaj jesteśmy rodziną, która się potrafi przy stole zachować. Dzisiaj będziemy się łamać opłatkiem. Każdy z każdym jak w fazie grupowej na mistrzostwach świata.
Jak co roku mój dziadek, ojciec mojego ojca ujmie w swoje szczupłe i wyschnięte palce prostokątny opłatek i wygłosi mowę: żebyśmy się tutaj co roku zawsze spotykali, coś o Panu Jezusie, że dziś się urodził, jakiś fragment kolędy i o polskiej ziemi, o zdrowiu które jest najważniejsze i znów o Jezusie. Dziadek żołnierz. Dziadek prosty jak struna. Dziadek od zwycięstwa Polaków nad Niemcami. Dziadek od obozu do obozu. Dziadek z numerem na przedramieniu. Dziadek lekarz. Dziadek Polak. Dziadek katolik. Dziadek, który nie lubi Żydów. Dziadek od Matki Boskiej Królowej Wszystkich Polek i od Jej Syna Jezusa Chrystusa Największego ze Wszystkich Polaków.
Babcia, żona dziadka, matka mojego ojca uśmiechnie się miękko z aprobatą, tak jak uśmiecha się do słów kogoś przynajmniej tak charyzmatycznego jak papież Polak. Matka mojego ojca chora na wszystko już od okupacji. Matka mojego ojca, która nigdy nie była młoda. Matka mojego ojca, najlepsza żona pośród wszystkich żon Polek katoliczek.
Rodzice mojej matki nerwowo podzielą się opłatkiem. Chcą już mieć za sobą etap wzniosłych przemówień i mieszania do karpia oraz do pierogów Jezusa Chrystusa Tak Podziurawionego Za Sprawą Bolesnego Planu Jego Własnego Ojca, chociaż przyznać muszą i dobrze to wiedzą, że bez tych dziur głębokich w jezusowym ciele, chudym i udręczonym, wprost ścięgno na ścięgnie, nie byłoby nas tu dzisiaj nad tym karpiem i nad pierogami, nad kapustą i kluskami z makiem, nad czerwonym barszczem, który się kojarzy z krwią Pana Naszego Jezusa Chrystusa, która wypływa z ran jego otwartych w umęczonym ciele. Rodzice mojej matki dzieci chłopskie. Rodzice mojej matki od pracy w fabrykach. Rodzice mojej matki boleśnie przypominający ojcu mojego ojca chudego Żyda i chudą Żydówkę, córkę i syna narodu morderców Jezusa Chrystusa Króla Wszystkich Polaków.
Mój ojciec widząc to wszystko będzie się niewyraźnie uśmiechał. Będzie tłamsił w żylastych dłoniach opłatek modląc się po swojemu – czyli rozpaczliwie – o rychły koniec tego przedstawienia bo jak mawia tego typu sceny to „ciężka artyleria” i ogólny dramat, a on nie lubi dramatów, woli lekkie komedie, szczególnie te z Louisem de Funes w roli nadpobudliwego żandarma, który w otoczeniu gapowatych podwładnych przeżywa zabawne przygody. Mój ojciec dowcipas. Osiedlowy głupek. Mój ojciec radosny nad kieliszkiem wódki. Mój ojciec od imienin koleżanek z pracy. Ojciec od mojej rzadkiej kupy i skurczy żołądka. Ojciec, który nam nie chce umrzeć i trzyma się życia, który życie traktuje jak lekką komedię, w której jest gapowatym podwładnym żandarma Luisa i wspólnie przezywają wesołe przygody.
Sucho trzaska opłatek w chudych dłoniach dziadka, mam na policzku wilgotne, zwiędłe usta babki. Włosy mi przeczesują śniade dłonie matki. Gdyby nas mógł zobaczyć teraz papież Polak, porzuciłby niezwłocznie swoje obowiązki, które każą mu nie opuszczać piotrowej stolicy i usiadłby tutaj z nami przy rodzinnym stole. Może chce Ojciec Święty coś dodać od siebie do naszych skromnych życzeń, co to je tutaj sobie złożyliśmy właśnie, jak co roku czynimy w ten dzień wyjątkowy – zagaiłby dziadek ojciec mego ojca w sposób sobie właściwy, w patetycznym tonie. Dziękuję Drodzy – rzekłby papież Polak – posiedzę tylko sobie i się poprzyglądam. Tak wspaniale u was wyglądają święta, zrezygnuję z barszczyku jeśli pozwolicie, który mi się kojarzy z dziurami w Chrystusie. Ale chętnie posiedzę sobie jeszcze z wami – odpowie Ojciec Święty i połknie pieroga. Lepsze to niż kremówki – mruknie sam do siebie. Muszę to kiedyś powiedzieć koniecznie publicznie. Wyluzowany papież – tego im potrzeba – pomyśli i uzna myśl swą za trafioną.
Siedzimy przy stole w przygaszonym świetle. Za oknem nieliczne światła młodego osiedla drżą w bezdrzewnej pustce, jest noc wigilijna. Ojciec mojego ojca niskim głosem śpiewa „Lulajże Jezuniu”, a Jezunio lula. Śpi w plastikowym żłóbku pod naszą choinką. Głowę nad nim zwiesiła plastikowa Maria i Józef z plastiku jest przy śpiącej dzidzi. Mój ojciec popiskuje coś przykrym falsetem. Śpiewać nigdy nie umiał, za to zawsze lubił. Rodzice mojej matki rytmicznie kołyszą swoimi żylastymi, chudymi ciałami, a szczególnie kołysze się ojciec mojej matki – jak Żyd na furmance – myśli ojciec ojca – a wspólne kolęd śpiewanie stanowi zbyt mało żeby rozwiać wątpliwość, która w katolickim sercu ojca mojego ojca lęgnie się i urasta niemal do przekonania, że rodzice mojej matki to żydowskie przechrzty bo te nosy, te uszy i te chude ciała. Matka mojego ojca wtóruje dziadkowi i przepalonym głosem usypia Jezunia.
Już były prezenty, znowu jestem dzieckiem, któremu wolno myśleć tylko o zabawkach. Dzieckiem, które nie musi myśleć o Jezusie, którego pozwolił zabić jego prawdziwy tata. Ten, którego nie ma w plastikowym żłóbku. Trzymam głowę złożoną na kolanach matki. Przyglądam się choince, na choince bombki, jak szklane, kolorowe dmuchawce. Kolorowe lampki.
A w niebie – mówi siostra Bernadetta podczas lekcji religii w parafialnej salce – gdzie kiedyś wszyscy pójdziemy jeżeli będziemy postępować zgodnie z tym czego uczy nas Jezus, w niebie na każdego z nas czeka malutki pokoik, pięknie urządzony, łóżeczko i szafa, lampka nocna i okno, przez które będziemy spoglądać na ugwieżdżone niebo. Popatrzcie teraz na tablicę. Narysowałam na niej taki pokój.
A Jezus wisi na krzyżu w parafialnej salce. Jezus jest dziurawy. Z dziur w Jezusie sączy się krew Jezusa. Krew Jezusa ma kolor czerwonego barszczu.

08.08.2014 r.
Częstochowa

Marcin Zegadło – Bóg się rodzi
QR code: Marcin Zegadło – Bóg się rodzi