tyś tym, który niesie słowo

Kamilowi Krzysztofowi Wawrzyniakowi
(oto nasze sowie zagadki)

byliśmy lepsi
bez fałszywej skromności
zostało nam dane więcej
zostało dane
nie żeby tylko pisać
lecz by ślepemu pokazać ciemność
a kalekiemu że chromy
oto nasza nagroda
otrzymaliśmy więcej od innych
pewność zwątpienia

tak byliśmy lepsi
został nam dany dar który wyrwaliśmy
nierozwiązywalne niedopowiedzenie
słowo dla którego brak desygnatu
niespodziewane widzenie drugiej strony
której nie ma

byliśmy lepsi
dokonaliśmy wyboru
by iść trudniejszą z dróg
pośród tych co dukają na kolanach
milczeć własnym głosem dźwigać lekkość
braku odpowiedzi
szukać niezgubione

a jeśli by przyszło pójść raz jeszcze
i Ktoś spyta: błaznem już byłeś
znów cień chcesz rzucać w pochmurne dni

odpowiedz


plusquamimperfectum

do szkoły posłali mnie rok wcześniej
zapewne dla własnej wygody
uprzednio musiałem jednak przejść
wymagane badania u psychologa

podobno wypadły bardzo dobrze
nie jeden raz dlatego powtarzali
geniusz tak mówi kobieta zwana matką
przecież by nie kłamałaby

rzekomo chcieli przenosić mnie do klasy wyżej
tymczasem sanatorium szpital sanatorium
odtąd towarzyszyć mi będzie uczucie
że wszystko przydarza się za wcześnie

albo za późno czytam Winnetou gdy
inni mają to już dawno za sobą
na podwórku dalej gram w piłkę
koleżanki z liceum śmieją się nazajutrz

na studiach krzepnę odnajduję swój dół
azymut docelowy nieprzypadkowo
zapewne składa się to z lekturą Dzienników
Gombro no i – wiadomo – Molloy`a Becketta

jeszcze spędzam czas z grupą przyjaciół
za Epikurem rozumianą jako wspólnota dociekań
kumple alkoholicy i kulturyści emigrują za kasą
mnie pozostaje samotność para-geniusza

i coraz rzadsze przebłyski głupoty kpiące
bon moty wypowiadane w złą godzinę bo
jeśli słowo ma moc złoczynienia a ty nie milczałeś
byłeś w porę to i ciebie spotka to samo: raj umie-raj


to nie jest wiersz o samobójstwie

w tak zwanym modelu standardowym
życie jest – musi być – piękne
(skoro jest)

w tym przekonaniu
żyją – muszą żyć – wszyscy
(albo większość)

bardzo starają się by tak było
inaczej w zamian tylko
niezadowolenie brak sensu

więc ma lud te swoje opia
religię pracę przyjaźń
podróże naturę jedzenie

à propos ostatnio przeczytane zostało –
z czym trudno się nie zgodzić –
jedzenie jest najprostszym

najtańszym i najłatwiej dostępnym
(poza pornografią w sieci)
sposobem robienia sobie dobrze

widać można i tak złotym cielcem
wodospadem obrokiem
usprawiedliwiać marne trwanie

a ja jestem marzycielem (ale nie jedynym!)
więc mówię – bardzo mi przykro, dziękuję
dobranoc i pytam: którędy do wyjścia?

co tu piszę wierszem może nie jest
i raczej na pewno nie o samobójstwie
najwyżej o porażce jaką jest (także twoje) życie

i o tym czy jesteś już w stanie do tego się przyznać


rzeczy, które nie powinny się zdarzyć

spośród wielu pierwszą
są narodziny

reszta – to tylko radosny
paradoks złej nowiny
w zespole stresu pourodzeniowego

gdy mówią: nie pierdol
byś był chory niepełnosprawny
doceniłbyś wartość myślę

przeceniają fakt że żyją
i ze strachu przed tą prawdą
używają argumentu z raka

tymczasem – bardzo mi przykro –
jako w miarę zdrowy na ciele i umyśle
niekarany obcy
świadomy znaczenia mych słów
i odpowiedzialności przed diabłem
w szczerej prawdzie nie ukrywając
tego co mi jest wiadome
odrzucam uroczyście

ten chory bógmacherski zakład


dzień dozły wszystkim zwłokom in spe

z drugiej ręki z dnia na dzień
bez zbędnych refleksji
według norm od-do i z powrotem

albo trujący dar kontestacji
pieprzony metafizyczny niepokój
niewypełnialna pustka niewegetacji

a przecież można po szynach
podstawionym pojazdem zgodnie
z rozkładem zaliczać kolejne przystanki

czyż i za tobą nie wołano „chodź z nami!
dowieziemy cię do samego końca
wystarczy wsiąść i zapłacić”?

im niepodobny zbudowany inaczej
by wątpić nie szumieć jak drzewo
by głos twój się łamał

wciąż siedzisz na pustyni i ściskając
bakszysz patrzysz jak oni planowo
zjeżdżają po z góry wyznaczonej trasie

wprost do zajezdni


obserwator czyni wynik, czyli czy jest nie-bóg

podróż na północ jak na południe
wschód albo zachód tak samo
bez sensu
jeśli mózg tworzy rzeczywistość
i ją selekcjonuje
otrzymasz tylko to
co niezbędne do prze-życia

reszta zostaje zaoszczędzona
nie zobaczysz tego
co zostało zniewidzialne

jak w tym muzeum kamienia
za szybkami eksponaty
a w kącie pusta gablota
w niej niczym święty séfer
napis zawierający
treści natchnione
pełnia objawienia

tu był wystawiony największy diament
(ale został ukradziony)


między wierszami jestem jak człowiek nieżywy

tak jest za każdym razem

pogrążam się w strutości ducha
w ciemności dnia studni dna
świadomie grzęznę w głębokim błocie
za nim tylko tam
może być musi jest albo i nie
magiczna metafizyczna łąka
święta przestrzeń

najpierw jednak to co zwykle
rytualny opętaniec
ten sam męczący repertuar – mania nieżycia –
jednobiegunowa choroba wkurwieniowa
bad trip toksycznych zachowań
rollercoaster tych samych smutnych
anegdot

tylko w ten sposób (innej drogi nie ma)
mogę otrzeć się o wiedzę tajemną –
że jak długo wypełniać będziesz
rzeczywistość codziennością
nie wejdziesz się na wyższy poziom

ale któż chciałby wspinać się na górę Fuji
przedzierać się do innego porządku
poza model standardowy
otwierać jakieś zainsynuowane drzwi

czy można jednak pozostać przy obrazie świata
jaki ledwie tworzą zmysły i niczego nie drążyć
skoro zostało ci dane to jedno co pewne –

czego szukasz tu nie ma


jakie wiersze pisałbym ręką lewą?

jestem psychicznym mańkutem
na prawość zgwałcono mnie
w quasi faszystowskim przedszkolu

co z ledwością pamiętam jak nigdy
nieodnaleziony już smak i zapach
podawanego tam ryżu z cynamonem

po okresie szczęśliwości pozostały
mgliste refleksy lewonożność
lewooczność zaburzona lateralizacja

nie pozostaje obojętna dla mózgu
co najmniej półkule mogły zwariować
gdyby nie to nie byłbym kim jestem

nie byłbym sobą byłbym kimś innym
być może nie miałbym dokąd sięgać
w swojej za przeproszeniem twórczości

która pociesza usprawiedliwia chwilowo
koi dręczące kompulsje i oddala diagnozę
skrytą pod pozorem tytułowego pytania


epifania, czyli szczęśliwego śmierciodnia

między tym co wydarzyło się
nigdy a nie zdarzy zawsze

by dać świadectwo milczenia
albo biernego uczestnictwa

w micie ukrytego piękna
dostępnego tylko niewidomym

pośród tych samych starożytnych pytań
i reklam które trwają całe życie

ocalony od nieżycia (nie było lepszych?)
w hospicjum dla nieudaczników

ni to syn króla ni robotnik w winnicy
zwykły uchodźca w antyparuzji

więc jeśli to miałoby być wszystko
to chambeau bas


trupy z szafy pytają, czy chcesz wiedzieć jak nie było naprawdę

znów wypadają jeden za drugim

Ten z Napisem Bóg na czole
mówi: jestem diabłem
Ten z Napisem Diabeł
odwrotnie

za wszelką cenę próbują udowodnić
który z nich jest który jest
a którego bardziej nie ma
którego nie ma

spokojnie chłopaki – mówię –
jestem świeckim gojem
nie dotyczą mnie wasze schizy
nie było i nie ma w moim życiu miejsca
dla was

chciałbyś odpowiadają i dalej
kopią pod stołem po kostkach i ciągną
za napletek
chcąc go wyrwać

każdy dla siebie


auto da fe

przyznajmy uczciwie – to wcale nie było trudne
wręcz przeciwnie – nikczemnie zawstydzające
i nieprzyzwoicie proste – wystarczyło się ośmielić
wypowiedzieć słowo które było na początku
wers szatański – sprawdzam! a dalej już z górki:
(cogito ergo) non serviam

ot i cała antyszahada
lucyfera wyznanie niewiary
nie-sługi własna droga zatraty
tak się wyrywa płomień samodzielnej myśli
godząc płacić za to wątrobą

żadne to wielkie intelektualne wyzwanie
z trudem przychodziło tłumić uczucie triumfalizmu
z dokonanego wyboru pogardy wobec
zbiorowego zacofania ciemnego motłochu

gwoli prawdy kusiły w istocie ledwie żałosne obietnice
dziwne rytuały groźby marne uroki syndromu współzniewolenia
echa mitów plagiaty z pogaństwa profanacje świętych gajów
nieustanna szechita bałwanów i demonów konkurencji
w zamian za niemyślenie prenumerata z tą samą mantrą
odroczona na święty nigdy zapowiedź nagrody

może i dałoby się oszukać zmysły
gdyby było coś więcej niźli
stęchlizna świętych obrazów
malowanych z przymuszenia głodem
przez wybitnych artystów na zamówienie
wzniosłe dzieła prostytucji

cóż zostanie z tej podróży? niewiele
negatywny przewrotny czar odmowy
samoniespełniająca się iluzja bycia wybrańcem
bohaterem w ciemnym lesie
ognistym świecie pierwotnego doświadczenia
małe epifanie dożywotnie nienasycenie
oczekiwanie na nigdy nienadlatującego sępa
ku pocieszeniu autospekulacje że tak właśnie smakuje
zemsta nieziemskich omniimpotentów
ich jedyna rozkosz

wyznajmy otwarcie wciąż opowiadamy
tę samą wspólną historię nic wielkiego
oczekując ostatniej wersji prawdy

i jakkolwiek gorzka nie byłaby
ta konsolacja –
wszystko jest cyklem

krzyk narodzin
rozpacz trwania
ulga zejścia
wieczny powrót
ostateczna liturgia ciszy

oto jest wielka tajemnica
(innej nie ma)
nie ma

(i nie będzie)


nie zatrzymasz stojącego w miejscu czasu

niedzielne poranki w domu ojca pełne były
muzyki początek dnia sama szczęśliwość
przecież nic złego nie mogło mnie spotkać!

jak skowronek obudzony co świt śpiewałem
na chwałę istnienia odę do radości bo nie było
smutku tylko oczekiwanie na erupcję nieoczekiwanie

wpadłem w subiektywną ciemność tunelowe widzenie
urojenia chwilowe ucieczki spekulację umysłową
rozważania nie do przepracowania przez żadnego Żyda

żadną iluzję w prawdzie pustki zagubiony po latach
budzę się przy niej niepewny czując że otośmy się
odnaleźli – jak dobrze! – tylu ludzi szuka się bez skutku

z domu przyniesiona muzyka na topie Simply Red –
A New Flame oraz – na wypadek wojny – symfonia
„Cmentarna” Haydna No. 44 E minor (Adagio)

stare niemiłości dopadną mnie później
szybko oceniając – jesteś stracony wciąż
zakochany w swojej żonie nic z tego nie będzie

chcąc wyrwać proponują namiętność której
w domu nie ma i nie było (?) nie pamiętam
test pocałunku zdawany zawsze obok

a mogła nawet powinna trafić lepiej
a trafiłem się ja i moja że tak powiem miłość
bo jak nazwać ten stan (rozwiąż koan)

gdy kochałem ją zanim jej nie kochałem


to miłość musiała być (i była /?/)

przed zawarciem związku
załatwiamy formalności czekając
na zezwolenie kompetentnej władzy

dobrowolnie zgłaszam gotowość
dokonania konwersji
przeistoczenia metanoi

kilka lat później pytam mentora:
gdybyśmy byli wierzący
czy nie bylibyśmy lepszymi ludźmi?
czy (nie) warto było się poświęcić?

brat odpowiada: byłbyś (głupku)
takim samym człowiekiem
jak jesteś (tylko że głupszym)

to musiała być miłość –
tak chcieć się umniejszyć
dla niej na szczęście
odrzuca mój pozytywny prozelityzm

po latach czytając moje religijne wiersze
ostrzega – stąpasz po kruchym lodzie
uważaj bym nie musiała dokonać wyboru
między moim wyznaniem a tobą

tak to musiała być miłość

i była


odkąd nie udało się nie urodzić, śmierć to moja ulubiona pora życia

wychodzę z tego domu albowiem jestem tu niemile pijany
porywa mnie patos uzdrawiającej demencji
głębokie ramiona radosnego przygnębienia
cudowna twórczogenna niemoc
hedonistyczny pesymizm
osobliwość horyzont zdarzeń

rzeka gdzie dopiero co padły strzały z łuku
umierałem na niby wypadły z kartek książek
i wyobraźni

chwilę później niedaleko
rzucam atrapą granatu
na lekcji przysposobienia obronnego
zakładam (na wypadek wojny)
trudno zdejmowalną maskę
by przeżyć

(przyjdzie wracać w te miejsca
niezbyt właściwego dotyku
wielokrotnej inicjacji
w biegu na kryptoorientację)

na kolejnej lekcji monolog duńskiego księcia
krótka instrukcja destrukcji powinni tego zabronić
promocja autozgonu toksyczny przekaz: nie być
albo dalej wieść życie tchórzliwe
a za oknem wiosna statystyczna
narzeczona samobójców
na szczęście młodość cierpliwa jest łaskawa
znosi wszystko
się plącze (żeby tylko język)

brak słów by przeprosić że spośród tylu kobiet
które mogłem sobą unieszczęśliwić
wybrałem właśnie ją

której obiecuję psychoterapię
niedługo gdy znów przyjdzie wiosna
wszystko obudzi do życia

nawet


wciąż szukając właściwego wyrazu

w toksycznym związku z samym sobą
nie podchodź nie dotykaj –
jestem trucizną

przypowieścią idioty
niewyjaśnioną perykopą
jałową autoegzegezą

coachem wyuczonej bezradności
osiągaczem wielokrotnego nieorgazmu
blokerem pozytywnych wzmocnień

w duchowej pustelni
(wszystko mi daj a padnę i złożę ci pokłon
bądź górą którą przeniosę
chlebem z kamienia
złap mnie w otchłań absurdu!)

czekając na ostateczne rozwiązanie
na dobranoc przed snem
powtarzam w myślach
moje słowa a one
kołyszą mnie do snu
jak nigdy nienauczony
pacierz

rytualne uspokojenie
oczyszczenie przed przyjęciem
w ufności nocy

moja prywatna farmakopea
bez potrzeby niczyjego
imprimatur


sobie na złote gody

byłem dzieckiem radosnym
zmącony w omyłkowej rodzinie
jako ten lepszy nie rozumiałem
dlaczego oni spotkali mnie
czyja wina

po latach – okazuje się – cały czas
byłem wkurwiającym szczylem
pasywno-agresywna osobowość
której ulegałem wierny niczym kochance

(ale nie czuj się lepszy/a – powiedzmy otwarcie –
ludzie generalnie się nie zmieniają)

Miłosz nauczył się od Jeanne Hersch właściwej postawy
wobec istnienia i – w związku z tym –
towarzystwa jakich osób należy unikać

doznanie objawienia bywa bolesne
zwłaszcza gdy dotyczy własnego
fałszywego obrazu siebie

jeśli taką samorefleksję nazwać dojrzewaniem
to – przyznaję – dojrzewałem długo
pół wieku męki może lepiej byłoby wcale niż późno

bo czy i jak mogłem sam siebie uniknąć


Przemysław Karpiński – Wiersze
QR kod: Przemysław Karpiński – Wiersze