List do Virginii Woolf albo kogokolwiek kto chciał odejść a nie umarł

wieści są takie że nie udało mi się poruszyć ziemi jednym słowem
a ona nie zemdlała na widok moich wierszy
splecionych z krwistymi wyznaniami zdehumanizowanego mieszkańca pustki
właściwie reakcja była dosyć zwyczajna
kilka oddechów w nieodpowiednich momentach i przygryziona warga –
nawet nie do krwi co okazało się całkiem rozczarowujące
zawsze chciałam by spragniony tłum rozszarpywał swoje żyły
dla nowego wiersza powiewu starości zatęchłego oddechu
rozdygotanych palców a te w nienaturalnej pozie powyłamywane ze stawów
wycisną kilka słów które nie zdążywszy umrzeć
rozmrożą spojrzenie zimna rozstąpią progi obojętności

gdzie z nadzieją zajrzałabym ja bezdomny kot
najpewniej ptak zainteresowany padliną
który przysiada i próbuje rozpoznać stan temperaturę ilość intelektualnych możliwości

lepiej pożyj jeszcze
tyle zostało rozczarowań pięknych przejrzystych zawodów słońca i dłonie jeszcze takie białe
warto byłoby się poparzyć
wejrzeć w ranę rozerwać ją i znaleźć miejsce
na zimne stopy i postrzępione ego niespełnionego samobójcy
musisz tylko zerwać kamienie ze stóp
i od rzeki odejść pięknym marszem powolności

rozsiądź się jakoś i rozgość się
to ogród moich niewykorzystanych szans i pragnień
mogę z łatwością rozszerzyć naczynia krwionośne
i donośnym szeptem wyłonić muśnięcie z pędu rozcapirzonej dłoni

następnym razem
oddychaj trochę wolniej i pozwól się zwężyć nozdrzom
następnym razem
zamknij oczy i całuj wolniej


samozapłon

w zasadzie mnie tu nie ma
nie piszę i względnie obserwuję światy dawno już stworzone
historie rodów i samotnych jednostek zatrzaśniętych we własnych kopułach myśli tnących, pnączach samoświadomości
co do zasady tylko samodzielnie czasem wytnę z zapisków wycinek własnych wątpliwości
wprost z intertekstualnego świata, gdzie wszystko zostało już napisane
i dawno postawiono ostatnią kropkę
zasadniczo każdy tekst jest już tylko poradnikiem samoobsługową maszyną do napisania mieszanki historii, które odbyły się w każdych z możliwych scenariuszy
milion samobójstw i ja sama w samozapłonie nie dzierżę pióra samozniszczenia

oto przypis do wszystkich książek przeze mnie przeczytanych
potwierdzenie i zaprzeczenie a każda litera ma własnego autora
a mnie tu nie ma


in vino veritas

klucz do mojego rozochocenia piętrzy się, rozwarstwia
jasnoczerwoną zakwitającą makami farbą
kto będąc w zasięgu, w obszarze najbliższym, do rozgryzienia banalny
ten w ofiarę się obróci. I proch zostaje po wszystkich gorszych decyzjach
powiększający się stos chwil porozrywanych, które jednak okazały się na tyle istotne by weszły lekko w rzeczywistość.
Moje myśli są dziećmi beztrosko rozkapryszonymi impulsami, a ich puls niezgrabnie grasuje, nie dostrzegając jeszcze zniewolenia.
Jątrzę się jak rana.
In vino veritas, więc i tym razem pójdzie gładko.
Zaledwie kilka słów, a już czuję, że większość z nich pulsuje niedopowiedzeniami.
I tym razem pójdzie lekko, bo jest już ciemno, prawie noc.
Potem kilka prawd i pół-prawd, a na końcu czerstwe vino.


ukoronowanie

korona na wysokości ludziom; postrzępionym szkieletom opancerzonym kawałkiem tkaniny
chwała uduszonym ze strachu grzęznącym w zwężających się ścianach labiryncie własnej świadomości, w której wcześniej bywali tylko gośćmi
a na ziemi pokój martwym dobrej woli
chwalimy cię wpatrzeni w rozgrzane od kilkugodzinnych maratonów monitory
błogosławimy cię z odległości, my spłoszone spojrzenia uciśnionych
wielbimy cię i wysławiamy cię
oby niekończąca się historio o kwarantannie i małych postaciach krzyczących głośno z okien
święta nieśmiertelna zarazo zbawicielu tych którzy w ciszy odnaleźli siebie

albowiem tylko tyś jest Panem
albowiem tylko tyś jest żartem

ze spokojem świętym w chwale zarażenia żywot wiecznej histerii amen

Aleksandra Kasprzak – Cztery wiersze
QR kod: Aleksandra Kasprzak – Cztery wiersze