Brudnopis

Rano myję się, wkładam koszulę,
wkładam marynarkę, i idę
jak na stracenie, jak to mówią.

To wszystko będzie strata. Była, i będzie.
Boli mnie to, wiesz? Boli, że tak myślę i nie umiem
pomyśleć inaczej. Może lepiej będzie

kiedy nie będę mówił, co czuję. Jak to mówią,
czuję się jak w domu, kiedy nic nie mówię.
A chciałbym dom, uwierz. Nawet taki, który też stracę.

Jest tak, że, jak to mówią, ciągle coś.
I ciągle czegoś brak. I brak ciebie, i pragnienie,
jak to mówią, żeby zatracić się w tobie.


Pocztówka

Wokół nowego mieszkania jest ciszej,
ale czy jest lepiej, nie umiem powiedzieć.
Najlepiej byłoby połknąć klucze
i poważnie przemyśleć sytuację.
Jeszcze czasem mi się marzy zamieszkać w sobie,
myślałem, że tu wreszcie ustąpi, szczerze.
Posprzątałem, i chodzę po białej podłodze,
pod białym sufitem, pośród białych mebli.
Jak ten ptak naprzeciwko, co się kręci wokół komina,
bo ciepłych krajów nie ma i nie będzie.

I 2015


Brzytwa

Tym jest właśnie bycie mężczyzną:
chwytać z rana za brzytwę, czy jesteś w nastroju, czy nie

czy masz dreszcze, czy dręczą cię nerwobóle―

to podstawa, bo co by się nie działo,
chłopu trzeba trzymać fason.

I to jest właśnie odpowiedzialność:
brać to na bary, dzień za dniem, jakbyś

się nie czuł. I ani waż mi się myśleć, że
inni mają lepiej, chwytaj

i przestań się wygłupiać―

Tak sobie powtarzam, kiedy patrzę na nią
w pół otwartą, jak niedomknięte usta.

Pamiętam cię dokładnie tak: kawałek metalu
obudowany szczelnie dębiną.

Kolejny dowód na to, jak niewiele słyszymy
za życia, i jak wiele potrzebujemy

sobie dodać.


Biały wulkan

Znajoma publikuje zdjęcie i podpisuje je
zdaniem: „Pod wulkanem urodziło się dziecko”.

Wielki, uśpiony wulkan pośród bladej mgły. Właśnie tak
ciebie zawsze czułem i wreszcie to widzę.


Wysokie fale

Nie sposób powiedzieć, czy tak chciał zostawić znak, że
odchodzi: czarny kij, który ciągnął za sobą
do brzegu, przez pół plaży.

Nie sposób powiedzieć, czy tak chciał wyrazić, że
nie chce: wąska linia, jak ciasny tunel, zaczęty i skreślony
w przypadkowym miejscu.

Nie sposób powiedzieć, jak to się skończy,
jest za mały, że móc go przewidzieć.
Ale przy nim nic nie jest tym, na co wygląda―

patrzymy razem na wysokie fale, jak podnoszą się i opadają,
jak każda osiąga swój szczyt i kładzie się na piach
jak dłoń w sieci.


Martwa metafora

Pierwszy wierszyk
jaki udało mi się napisać
opowiadał o bólu zęba
który jak kruk
pojawia się znienacka
i dokucza.

Dziś
gdy widzę się
z jakimkolwiek ptakiem
ptak siada nade mną
i patrzymy sobie
na siebie.

Dziś
wszystko się poszerzyło
i nabrało wagi
i ani mi się widzi
ubierać to w porównania.

Patrzymy na siebie
ptak i ja.
Ptak wkrótce odleci
a wówczas ja znów poczuję
jak stoję w miejscu.

Dziś
po każdym spotkaniu z ptakiem
zwracam się ku ziemi
widząc:
lot ptaka jest mi obcy
i w moich ustach
nie może być już
mową.

2018


Niniejsze wiersze pochodzą z przygotowanego do druku, debiutanckiego tomiku.

Jacek Szafranowicz – Sześć wierszy
QR kod: Jacek Szafranowicz – Sześć wierszy