Tydzień w październiku

Charles Bukowski pochylony nad lodówkami z piwem
otwiera usta spina ramię
jest szczęśliwy

to pierwszy obraz który widzę na szybie
w poniedziałek rano
liść wpada przez okno
skurwysyn psuje samotność

we wtorek jest gorzej
spaceruje na deszczu bez parasola
bo tak robiła ona

w środę śpię
spać w środku tygodniu
nie mówicie mojemu ojcu

czwartek jest dniem picia wódki
myślę o wszystkich polskich mamach

piątek szuka mnie
w ciasnych pokojach brzydkich dziewcząt

w sobotę myślę o kościele katolickim
czerwcowym porzucaniu kwiatów

niedziela to śmierć
gibkie ciało na drzewie
macane wiatrem


Szpital

każde podglądanie za
białe drzwi
rozcina łuk brwiowy
czyste miejsce
choć ja pobrudzony
bielszym od śniegu
strzałem kokainowym
gasnącym w skroniach
tego życia
miałem jeden przedmiot
spinkę
teraz na wysokości
drzewa marzeń
w ogrodzie głowy
nic nie zostało
oprócz wspomnienia
spinki o zapachu
czerni twoich włosów
spadających na ramiona
doskonałe jak sonet
czekam
przyjdzie po mnie
za miłość bez powodu
z wysokości
drzewa w ogrodzie moim


Podróże po

widzę jak zaczyna
chociaż w prawej szybie odbita
jakby przy końcu już była
tej książki
dziewczyna z brwiami
a’la cara delevingne
a ja odbity z wielkim nosem
nijak jak adrien brody

świat ma cztery wymiary
nie spałem
noc dzień noc dzień
pozorne stanie przez posuwanie
pociągu z odbiciami
stąd wnioskuję:
ja jestem istotą tymczasową,
czyli atrakcyjną
dla tych spiętych brwi cary delevingne
małych piersi opiętych
bladą bluzką panterki

narracja nie ma puenty
czas końca
jest ostatnia stacja
ŚWINOUJŚCIE- PORT


Nie mogę zatrzymać rzeczy

wieża basztowa
zakończona tak
jak dzieci rysują zęby

plac targowy
mur betonowy
tarcza zegara
słońce
zachodzące słońce
lampa drogowa
autonaprawa
garaże parkingi
dancing antyalkoholowy
rondo psy szlak parkowy
campingi działki
jeden drugi sklep
wielkoobszarowy
katedra ratusz
trafię do twojego domu
z dowolnego miejsca na mapie
urodzony apacz po przejściu
tigerland
czy wciąż macie moje zdjęcie
na lodówce
bo choć mówię że nie
to dla mnie ważne
być częścią czegoś większego
magicznego domu
szamańsko cygańskiego
wieczór koty
ubrania brata
części całości
naklejki słoiki
lalki koce
długie ciepłe noce
zimne poranki
wanna kąpiel letnia woda
piec kaflowy
Ty otulona snem
jajka chleb papierosy
odjazdy autobusów
pięć złotych
ścisk w gardle
strach oczy
pocałunek Twój


19 czerwca 2017

Poczułem zapach. 19 czerwca 2017 roku. Przeszedł mnie dreszcz.
Poczułem zapach twojego rozgrzanego słońcem domu. Jedząc śniadanie w moim domu.
Płatki z jogurtem. Lekkie śniadanie dla zmęczonego piciem ciała. Poczułem zapach.

Przez ciężką głowę wkręcił się w postaci puszczonej w ruch skorupy ślimaka.
Wolno. Woń zwierząt, starego pieca, balsamowanych ciał, betonu, drewna.
Zapachy zawsze mnie znajdują. Gdziekolwiek jestem.

2016. Przez głowę spływała biała koszula.
Wraz z nią wodospad mokrego prania. Wywieszany na strychu.
Twojego domu. Przeze mnie. Przeszedł zapach i mokry zimny pot.

Z przyjściem kwietnia plątam się po ulicach Poznania. Trafiam na perfumy Twojej matki.
Idę za tą kobietą która nie jest twoją matką. W tym mieście które nie jest moje.
Mijam ją jak mijam twoją matkę w drodze do pracy. Lipiec 2015. Julia śpi na górze.
Zaczekam. Nie. Idź. Obudź. Drzwi nie zamknęłam.

Albo druga połowa 2014. Pamiętam bo płakaliśmy codziennie.
Ale nawet wtedy to się zdarzyło. Zgaszone światło, materac, pusty pokój.
Zapach sierpniowego piasku nad morza nasączonego potem twojego uda.

Czym teraz pachniesz? Dymem papierosowym? Tym z rana? Czy truskawką? Czy snem?


Z Lichtensteinu

Z Lichtensteinu dzwoniłaś dwa razy dziennie
kocha się Ciebie z Lichtensteinu łatwiej
dzwoniłaś bo może nie chciałaś stać biernie
wobec podejrzenia raka piersi u mojej matki

nie wiedziałem co mówić piękno zawsze mnie onieśmiela
nie wiedziałem co mówić po pół roku niemówienia
kilka dni dzwonienia po dwa razy dziennie
z Lichtensteinu

małego górskiego kraju na Zachodzie Europy
(w tamtej części Europy wciąż żyje się lepiej)
wciąż jednak głos dochodzi z daleka
wytrzymałem dwa dni a może jeden nie pamiętam

woda rozmywa a łzy składają się głównie z wody
poprosiłaś mnie bym napisał dla Ciebie hymn
poprosiłaś słodko ale mijają dwa miesiące
jestem bez hymnu bez telefonu

nie wiem dlaczego ale na żółtej karteczce
samoprzylepnej zapisałem w ramach przygotowania
Sunflower Sutra oraz Ballada Bezbożna
przeczytałem jedno i drugie- nic mi to nie dało

O Julio, dla Ciebie obciąłbym nie tylko prawe
ale lewe ucho również czy to uczyni mnie bardziej
szalonym artystą? sama widzisz próby pełzną na niczym
wobec mojego rozwodnienia

jestem przy końcówce znów robi się smętno i niemęsko
brakuje tylko pretensjonalnej puenty by mnie dopełnić
pytasz jaki muszę mieć nastrój by napisać hymn
odpowiadam nie ten nie ten nie ten

Kamil Salamon – Sześć wierszy
QR kod: Kamil Salamon – Sześć wierszy