Przyjazd Czesława Miłosza do Kalifornii

Po dziesięciu latach życia w Francji, Europie, czekaniu na wizę amerykańską, szukaniu stałego zajęcia, szczęściarz, albo urodzony w czepku lub jak mawiają Amerykanie, urodzony ze srebrną łyżeczką w zębach, Czesław Miłosz w roku 1960 otrzymuje pracę na przepięknie położonym Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Campus uniwersytecki został zbudowany na górzystym terenie, wśród pięknej przyrody, bo jest częścią parku Tilden Regional. Miłosz idąc od pracy mijał drzewa sekwoi, rododendrony, miłorzęby, drzewa wiśni, eukaliptusy, śliwy, czerwone buki, sosny Ponderosa, wśród których „rządziły wszędobylskie wiewiórki”, wiele gatunków ptaków. Najpiękniejszy z nich był wielkości trzmiela koliber, a największa rybitwa, często zaglądająca do campusowych śmietników, wyjadająca niezjedzone frytki, czy swym wielkim dziobem dzieląca na kawałki hamburgery.  Praca stanie się obiektem zazdrości wielu Polaków (aby ją otrzymać musiał pokonać wiele przeciwności, ale to nie jest przedmiotem naszych rozważań). Przylatuje wraz z rodziną na początku października, bo w październiku rozpoczyna się rok akademicki, ma prawie pięćdziesiąt lat. Miesiąc później, 8 listopada tego roku, John Kennedy pokonał o „włos” Nixona i został 35 prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Rozpoczyna się jeden z najciekawszych okresów drugiej połowy XX w kulturze, nauce, polityce, w dziejach historii Ameryki i świata. Amerykanie są pod wrażeniem wystrzelenia „Sputnika”, ich „duma narodowa” cierpi, bo byli przekonani o swojej dominacji we wszystkim, co robili, łącznie z nauką w dziedzinach technicznych. Nowo wybrany prezydent obiecuje, że do końca dekady Amerykanin stanie na księżycu. W dalekiej Anglii powstaje zespół The Beatles składający się z czterech chłopców w garniturach, który w bardzo krótkim czasie podbije nie tylko wielką Amerykę, ale cały świat. Rozpoczyna się era lub dekada ludzi młodych, nastolatków, którzy wbrew swoim rodzicom, nauczycielom oraz władzy, wyjdą na ulice szukać zrozumienia poprzez, muzykę, poezję i filozofię Dalekiego Wschodu. Młodzi przeciwstawili konserwatyzm i materializm rodziców własnemu stylowi życia, swobód seksualnych, różnego rodzaju „używek”, przede wszystkim marihuany, która miała pomóc im w odkrywaniu siebie oraz świata, a także w osiągnięciu odmiennych stanów świadomości. W muzyce z lat pięćdziesiątych fortepian, albo saksofon były zazwyczaj instrumentami wiodącymi, ale na początku lat sześćdziesiątych także gitara akustyczna z czasem zostanie zastąpiona gitarą elektryczną, co spowoduje powstania nowego gatunku w muzyce wyrosłej na rock & roll’u zwanego muzyką rockową. Muzyka ta w znacznym stopniu przyczyni się do walki na rzecz praw obywatelskich, ponieważ zarówno młodzież Afro-amerykańska, jak i biała pokochała tę muzykę.

Nowo przybyły poeta z Europy fizycznie trzyma się na boku, ale przygląda się temu wszystkiego, co się dzieje, kiwa głową z uznaniem, tworzy dystans pomiędzy swoim światem wewnętrznym a zewnętrznym. Młodzi, krzykliwi Amerykanie nie robią na nim większego wrażenia, on wie czym to wszystko może się skończyć, przynajmniej tak mu się wydaje.  Z miesiąca na miesiąc staje się bardziej krytyczny, konserwatywny, dopatruje się w poczynaniach młodych zmierzchu amerykańskiego imperium, podziału Ameryki.  Nie przemawia do niego ani poezja, ani muzyka. Ballady napisane przez Boba Dylana, stają się protest songami młodzieży, hymnami pokolenia, jemu się nie podobają. Takie utwory jak: “Blowin’ in the wind”, “The Times They are a-Changin“, “Visions of Johanna” czy “A Hard Rain’s A-Gonna Fall”, nie robią na mim większego wrażenia. Co o nich tak naprawdę myślał, tego nie wiemy. Wiemy natomiast, co napisał w jednym z listów do poety, dziennikarza z Krakowa, Marka Skwarnickiego: „Piosenka amerykańska jest ‘straszna‘, rozdzierająca? Kiedy pierwszy raz posłyszałem Boba Dylana, powiedziałem: Baudleaire ‘Les fleurs du mal’. Właściwie skrzyżowanie Baudlearie’a z Proustem. A niedawno jeden z krytyków napisał, że od czasów Marksa nie było tak głębokiej analizy społeczeństwa, jak Bob Dylan”. (Skwarnicki, s. 111) (1). Marksa faktycznie Amerykanie uważają przede wszystkim za socjologa, a dopiero później za filozofa. Natomiast ciekawe było by dla nas, jego wiernych czytelników, jakby zareagował na nagrodę Nobla Dylana, gdyby ten otrzymał ją jeszcze za życia poety. Trudno dzisiaj wyobrazić sobie jego reakcję, czy słuchając Dylana myślałby o poezji francuskiej. Czy Miłosz rozumiał młodych i wiedział, o co w tym wszystkim chodzi? Nie ma wiele śladów o tych wydarzeniach w jego twórczości, ale jest sporo jego uwag dotyczących lat sześćdziesiątych w jego prywatnej, bardzo bogatej korespondencji. Nie było mu łatwo być emigrantem z planami nauczania młodych Amerykanów literatury, kultury narodu, o którym oni nie mieli większego pojęcia. Nie mając do tego właściwie żadnych narzędzi pracy, poza własnymi skryptami czy notatkami.  A w San Francisco, Berkeley aż kipiało od „energii młodych”. Nastał bardzo trudny okres w życiu przeciętnego Amerykanina, wielu rodziców, często weteranów II wojny światowej, zastanawiało się nad tym czy jest sens pozwalać swoimi synom uczestniczyć w wojnie z Wietnamem, o którym nic nie wiedzieli, którego nie mogli znaleźć na mapie. Senne Zachodnie Wybrzeże, Północna i Południowa Kalifornia, której miasta oraz porty stały się bazami wojskowymi wypełniły się młodzieżą idącą na wojnę i protestującą przeciwko wojnie. Takiej „gorączki”, takiego kłębowiska ludzkiego nie widziano tam od czasów odkrycia złota w XIX wieku.

Poeta w Kalifornii był jednym z milionów emigrantów z wszystkich stron świata, z tym wyjątkiem, że wpisuje się w krajobraz amerykańskiej literatury, pisząc wiersze, eseje, prozę w języku polskim. Jego wyobraźnia stworzona i nasiąknięta kresową, litewsko-polską historią, krajobrazem, przeszłością, europejską kulturą, stworzy twórcę, poetę na emigracji, samotnika w wielkiej Ameryce.  Z czasem okażę się, że wielka Ameryka stanie się „wielką pustką”, w której poeta będzie musiał „walczyć” przez wiele lat, zapełniając ją pamięcią i wspomnieniami o Europie. Wszystko to, co było w niej takie ważne, począwszy od przyjaźni, życia rodzinnego, tutaj będzie inne. Z drugiej strony oceanu wartości europejskie, nawyki i przyzwyczajenia, wychowanie i tzw. europejskość staną się przeszkodą w rozumieniu Ameryki, stawaniu się Amerykanem. Rozumiejąc swoją sytuację, w jakiej się znalazł w Ameryce, poeta świadom tego, że może liczyć tylko na samego siebie, swoją silną wolą i pracowitością ponad ludzkie siły stworzy człowieka kosmitę. Ten położy kamień węgielny pod polskość w Ameryce, w bardzo wąskiej dziedzinie, jaką jest literatura.

Poeta pozostawił Paryż, do którego chyba nie tęsknił, a wyjeżdżał nawet z ulgą, zabrał jednak ze sobą nie tylko wspomnienia, ale i walizkę z wierszami, które po dwóch latach wyda w paryskiej „Kulturze” w tomie pt. „Król Popiel i inne wiersze”.  W Europie pozostali nie tylko przyjaciele, ale i emigranci polscy w Londynie, polski rząd na uchodźstwie, jego przeciwnicy polityczni i ideowi, kontynuatorów wizji Polski sprzed roku 1939.  Pozostawił londyńskich polityków, ich sposób rozumienia świata, poglądy na politykę Polski międzywojennej i powojennej. Oni przeżyli klęskę, a po II wojnie światowej, nie mogli się zgodzić z wizją narzuconą ich ojczyźnie przez Stalina, a zaakceptowaną przez Roosevelta i Churchilla w Jałcie. Oni żyli Polską, której dawno już fizycznie nie tylko na mapie, ale i umysłach nowego pokolenia nie było. Była tylko ona w umysłach byłych żołnierzy, w ich wyobraźni i duszy, nią się karmili, nią żyli. Na pisanie i rozmyślanie o tym, co było pomiędzy dwudziestoleciem między wojennym, a czasem powojennym „strawi” poeta całe swoje życie. Wydany „Traktat moralny” czy „Zdobycie władzy” będzie rozliczeniem się z czasem po drugiej wojnie światowej.

Ameryka rozczaruje Miłosza, ale spełni jego oczekiwania, będzie wykładowcą akademickim, będzie miał czas na pisanie, tworzenie, będzie żył w świecie kultury. Będzie miał pretensję do ludzi, że nie czytają jego książek, że nie ma recenzji, że nie dyskutują książkami, ale przede wszystkim będzie miał czas na czytanie i rozmyślanie, będzie pisał i wydawał. Czy to mało? A poznał Amerykę jako chłopiec czytając książki przygodowe, poznał ją tuż po wojnie będąc pracownikiem polskiej ambasady, gdy cała Polska leżała w gruzach.  I teraz po raz trzeci, gdy los się do niego uśmiechnął w roku 1960, gdy rzucił go do Kalifornii, ale on napisze wiersz, w którym stwierdzi; Nie wybierałem Kalifornii. Była mi dana. Skąd mieszkańcowi północy do sprażonej pustki? Tak było mu dane, ale czuł się w niej obco. Poza kilkoma pisarzami pokrewnymi duchem poecie (np. Robinsonem Jeffersem) i opisami natury, jej surowości i piękna, nie odciśnie na jego twórczości większego piętna. Mieszkańcy „dzikiego zachodu”, stanów: Nevada, Oregon, California, Washington, Arizony czy Montany, opisywani w esejach np. w „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” (1) (na które będziemy się często w tej pracy powoływać), będą budzić w nim litość i współczucie. Ameryka jest inna, rzeczywista do bólu, poza tym wielka, tak wielka, że nawet jego przerasta, swoimi miastami, przyrodą, drzewami, kanionami, rzekami, pustyniami, oceanem oraz tą wielką energią fermentu społecznego, konfliktów rasowych, protestów przeciw wojnie, a przede wszystkim pozbawiona jest czasu historycznego, którego jemu tak bardzo brakuje. Można by napisać wyimaginowany scenariusz rozmowy poety z kuzynem Oscarem W. Miłoszem w San Francisco. Nie było by rozmów o relacjach polsko-litewskich, polskiej endecji czy nacjonalizmie, tylko rozmowy o codzienności, w którym banku jest najniższy procent na „saving account”, albo, które auto opłaca się lepiej kupić, a które pali najmniej benzyny na sto mil. Oscar przewodnik duchowy stałby się przewodnikiem finansowym. Szlachta polska, chłopi litewscy, relacje pomiędzy oboma państwami, tak wciągające tematy dla młodego poety i jego stryja Oscara, ani poematy metafizyczne, nie były by tak ważne jak temat, z czego żyć i co jeść, jak najszybciej spłacić kredyty. W Ameryce tak często zapewne nie chodziłby do opery, teatrów, muzeów lub włoskich restauracji, tutaj jest to przywilej nie tylko dla tych, co mają na kulturę pieniądze, ale przede wszystkim czas. Miłosz często zarzucał Polakom emigrantom to, że tak się zachowują, jakby wojna skończyła się dopiero wczoraj, ale sam bez okresu międzywojennego nie mógłby żyć. Swoje myślenie historyczne przeciwstawia myśleniu politycznych emigrantów.

Poeta mało interesuje się filmem, teatrem, muzyką, malarstwem czy modą, po prostu, szkoda było mu na to czasu. Jego najbardziej interesuje filozofia, religia, socjologia, natura, etc. A w modzie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku dzieje się też bardzo dużo, nie trudno było to zauważyć gołym okiem, począwszy od fryzur u mężczyzn czy spodni nie tylko u panów poprzez spódnice pań, a skończywszy na obuwiu spiczastym, tak zwanych noskach, albo szpicach. Nie były to tematy dla byłego Europejczyka, on wolał coś cięższego, poważniejszego. Najpierw w grudniu 1958 roku odszukał go Thomas Merton amerykański pisarz, poeta, ksiądz katolicki, trapista, napisał do niego swój pierwszy list po przeczytaniu „The Captive Mind”, w którym prosił o wyjaśnienie pewnych dla niego zdań, sformułowań, myśli, np. kogo Miłosz miał na myśli pisząc o Alfie albo Becie lub Gamie i Delcie. Trapista chciał się dowiedzieć, czy książki tych pisarzy można przeczytać po angielsku lub francusku. I tak się rozpoczęła korespondencja pomiędzy dwoma myślicielami trwająca dziesięć lat, aż do tragicznej śmierci Mertona w 1968 roku. Od pierwszego listu obaj panowie przypadli sobie do gustu. Niech dowodem na to będzie sposób, w jaki do siebie się zwracali. W pierwszym liście z dnia 6 grudnia, 1958 roku Merton pisze: Dear Mr Milosz, a już w drugi liście z dnia 28 lutego, 1959 roku: My Dear Milosz (Merton ss. 3,14).(2) Szybko przeszedł z formy Drogi Panie Miłoszu, do Mój Drogi Miłoszu, a korespondencja kończy się zwrotem Dear Czesław (Drogi Czesławie). W sumie poeta z Berkeley napisał osiemnaście listów, a Merton osiem. Mnich w pierwszym liście pisał jak ważna jest dla niego książka polskiego poety:

Twoja książka stała się dla mnie czymś, co mogę nazwać szczerze „duchową”, to znaczy jest inspiracją do wielu przemyśleń, medytacji i modlitwy o moich własnych zobowiązaniach wobec reszty rodzaju ludzkiego, a także o kłopotach nas wszystkich. (Merton, ss. 3 i 4).

Korespondencja Miłosza z Mertonem, w którym poczuł bratnią duszę, prowadzona w bardzo szczery sposób, to dialog pomiędzy dwoma osobami, które chcą więcej dowiedzieć się o Opaczności bożej, naturze człowieka, jego wątpliwościach, pokusach i słabościach. Miłosz próbuje w nich zgłębić istotę polskiego katolicyzmu, według niego podobnego do irlandzkiego, a Merton proponuje pomoc Miłoszowi jako tłumacz jego poezji na angielski. (Drugi list). „And let me try to use mu ingenuity and guesswork and polish them up into versions which you could them check.” (Merton s.18). Listy te mogą w dużym stopniu wyjaśnić, (usprawiedliwić) dlaczego Miłosz tak lekko potraktował subkulturę hippisów, ruch literacko-kulturowy, (który mu się mimo wszystko podobał choćby z tego literackiego powodu), który opierał się na nonkonformizmie oraz propagował idee anarchistyczne. Nie rozumiał ich (a może był już za stary) i nie cenił, może nawet się ich obawiał, nie lubił buntowników, którzy dążyli do obalenia istniejącego porządku.

On miał dużo ważniejsze sprawy na głowie niż muzyka i moda lub fryzury hippisów. W październiku 1962 roku rozpoczął się dwudziesty pierwszy Sobór Watykański II, który trwał przez trzy lata i zakończył się w grudniu 1965 roku. Na nim między innymi ustalono i dano autonomiczność kościołom państwowym, a łacinę zastąpiły języki narodowe bądź miejscowe – zapoczątkowanie dialogu ekumenicznego z innymi wyznaniami chrześcijańskimi. (3). Miłosz był jego bacznym obserwatorem, czego wyraz bardzo ekspresywny dał w liście z roku 1970 do Marka Skwarnickiego pisząc: Rzygam na amerykański tradycyjny katolicyzm, ale rzygam też na tych bydlaków postępowców w Kościele, którzy są przekupniami w świątyni wygnanymi przez Jezusa. (Skwarnicki s. 114). (4). Aby w pełni zrozumieć przytoczone słowa poety, trzeba będzie wgłębić się w „Ziemię Ulgro”. To nie jest naszym celem, ani to, co poeta miał na myśli wypowiadając wyżej zacytowane słowa. Naszym celem jest jedynie zwrócenie uwagi czytelnika na to, że poeta pierwszą dekadę swojego pobytu w Kalifornii miał wyjątkowo urozmaiconą i bardzo ciężką. Jednak z drugiej strony patrząc na pobyt poety w Ameryce można śmiało powiedzieć, że bez Ameryki dorobek europejski poety były o wiele bardziej skromniejszy. Ameryka pozwoliła mu zrozumieć małą ojczyznę i wielką Europę lepiej, to ona pozytywnie wpłynęła na niego samego i jego psychikę, pozwoliła mu rozwinąć skrzydła i to dzięki niej otrzymał Nagrodę Nobla.

fot. Adam Lizakowski

Początki mojej przygody z twórczością Czesława Miłosza

Swoją przygodę z  twórczością Czesława Miłosza podzieliłbym na trzy części, które w znacznym stopniu wpłynęły na moje życie (jeśli mogę tak powiedzieć). Będąc jeszcze w Pieszycach pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku odkryłem Miłosza jako tłumacza poezji z języka angielskiego. Przede wszystkim zafascynowały mnie jego przekłady poezji Walta Whitmana i poezji amerykańskiej. Później, gdy poeta otrzymał Literacką Nagrodę Nobla w 1980 roku, nadszedł czas na jego poezję. Trzecią faza przypada na czas mojej emigracji, kiedy to amatorsko zająłem się fotografią, którą nigdy się nie interesowałem, ale zawsze chciałem mieć „kilka zdjęć z Wielkim Poetę”. Niestety zdjęć zrobionych razem z poetą mam niewiele, gdyż większość naszych spotkań odbywała się prywatnie w jego domu. Są też zdjęcia autora „Roku Myśliwego” zrobione  moim tanim aparatem fotograficznym przeze mnie podczas spotkań poetyckich w Berkeley lub na terenie San Francisco Bay Area.

San Francisco, listopad 1984

Po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem poetę Czesława Miłosz jesienią 1984 roku w San Francisco w jednym z teatrów przy Haight Street blisko skrzyżowania z ulicą Van Ness. Było to spotkanie poetyckie organizowane przez Amnesty International, w dowód solidarności z  politycznymi więźniami, twórcami, intelektualistami mieszkającymi w Pakistanie (wzięło udział wiele sław poetyckich, m.in. Josef Brodski).

Rosyjskiego poetę zapamiętałem najlepiej z wielu względów, z jego poezja zetknęłam się w “Literaturze na Świecie” będąc jeszcze w Pieszycach. Teraz po tylu latach miałem okazję  zobaczyć poetę, podać mu rękę w korytarzu w czasie przerwy i podziękować za wspaniałą recytację wierszy. Brodski jako jedyny z czytających nie nalał sobie wody do szklanki, ale pił ją prosto ze kryształowego dzbana. Zachowywał się na pełnym luzie, nawet żartował z publicznością, a ta żywo reagowała na jego zabawne komentarze. Woda kapała mu po brodzie, którą ocierał rękawem. Poeta nie czytał swoich wierszy on je śpiewał po rosyjsku. Nigdy nie widziałem nikogo, kto by tak pięknie i melodyjnie interpretował swoje wierszy. Autor wiersza „24 grudnia 1971 roku” był ekspresyjny i nie do podrobienia! Poeta śpiewający swoje wiersze niczym natchniony anioł, jakie to rzadkie dzisiaj zjawisko.

Miłosz czytał poezję po angielsku bardzo sztywno,  stwarzał wrażenie człowieka niezwykle poważnego, nawet spiętego, ale i on próbował swoimi mini komentarzami rozbawić czy  rozprężyć zebraną publiczność. Dopiero na sam koniec swojego wystąpienia przeczytał jeden z wierszy po polsku, na wyraźne życzenie publiczności, która wręcz domagała się usłyszenia ich w oryginale. Czytał pięknie melodyjnym głosem, akcentując polskie samogłoski, za co otrzymał  rzęsiste brawa od zgromadzonych. Po zakończeniu spotkania wraz z kilkoma rosyjskimi znajomymi podszedłem do niego, aby pogratulować i podziękować za piękną poezję. Przy okazji poeta podpisał mi swoją książkę pt. “Rodzinna Europa”, zamieniliśmy dosłownie kilka słów po polsku, nic więcej.

Miłosz wśród Amerykanów  uchodził zaraz po otrzymaniu Nagrody Nobla i powstaniu Solidarności za symbol freedom fighter z jednej strony, a z drugiej strony za tłumacza Biblii.  (Gdy to mówiłem Amerykanom, pytali się, co to znaczy tłumacz Biblii?) Jako poeta poza akademią i kilkoma redakcjami pism o profilu literackim w Ameryce i w Europie był prawie nieznany. A o międzynarodowej nagrodzie The Neustadt International Prize for Literature, którą otrzymał w 1978 roku w Ameryce mało kto słyszał, i jej popularność w porównaniu choćby z Nagrodą Pulitzera była/jest znikoma. Na spotkania autorskie naszego poety nie przychodzili poeci amerykańscy znad Zatoki San Francisco, tak samo jak on nie chodził na spotkania czy wieczory poetów Amerykańskich. Nie było pomiędzy nimi ani serdeczności ani zażyłości. Wiedzieli o swoim istnieniu, ale dla Miłosza byli lewakami, pseudo socjalistami, nawet anarchistami niż partnerami do rozmów. Oni Miłosza uważali za przybysza z innej planety, o której niewiele wiedzieli i chcieli wiedzieć. Wszystkie informacje o niej były im przekazywane poprzez filtry propagandy ZSRR. Miłosz patrzył na tych marksistów siódmej wody z dozą wyższości i przekonaniem, że te ich „wygłupy” niewiele mają wspólnego z literaturą. Był wobec nich nieufny, wolał ich unikać niż się z nimi spotykać. W wolne chwile wsiadał w samochód, brał rodzinę i „pruł” setki mil czy to do Doliny Śmierci czy do lasów drzew liczących sobie ponad dwa tysiące lat, czy wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Nie zapominając ani na chwilkę o swojej europejskości porównując góry, kaniony, skały, drzewa do europejskich kościołów, katedr i innych budowli. Swoje przemyślenia, doznania, spostrzeżenia wykorzystywał w twórczości, stąd też brał się podziw jego studentów, tłumaczy, rodzimych Amerykanów, jego wiedzą o ich kraju, przyrodzie, naturze.

Jego obecność nad Zatoką w życiu literacko – poetyckim nie jest właściwie odnotowana u żadnego z liczących się poetów wtedy mieszkających nad Zatoką, łącznie z będącymi u szczytu sławy poetów z beat generation. Co wcale nie oznacza, że o Miłoszu nie słyszeli, słyszeli i to bardzo dużo, ale jego poezja i to, co robił, była im zupełnie obca. Natomiast ku mojemu całkowitemu zdziwieniu na licznych spotkaniach poetyckich, w których uczestniczyłem, gdy powiedziałem, że jestem z Polski, poproszono mnie kilka razy o recytację po polsku wiersza Tadeusza Różewicza ”W środku życia”. Znali tłumaczenie Miłosza tego wiersza na angielski, ale chcieli usłyszeć go polsku, było to dla nich ważne. Hippisi-poeci w San Francisco nie znali twórczości Herberta czy Miłosza, ale uczyli się na pamięć wierszy Różewicza.  Uwielbiali tę zwrotkę:

siedziałem na progu domu 
ta staruszka która 
ciągnie na powrozie kozę 
jest potrzebniejsza 
i cenniejsza 
niż siedem cudów świata 
kto myśli i czuje 
że ona jest niepotrzebna 
ten jest ludobójcą 

Wiersza tego nie znałem, ale w San Francisco Public Library było kilka półek z książkami polskimi. Było sporo Mrożka, polskiej klasyki i tomiki wierszy Różewicza. Piszę to dla tych osób, które z błyskiem w oku pytają się mnie o popularność Miłosza w Ameryce przed i po Noblu.  Także dla tych, co w życiu nie kupili tomiku wierszy, nie byli na spotkaniu poetyckim, ale zadając takie i podobne pytania myślą, że popularność poety w Ameryce, w świecie jest równa popularności gwiazd filmowych. Dostał Nobla, to musiał być znany, – tak wciąż myśli wielu – sławny przede wszystkim dlatego, że zbił majątek na poezji, itp. Aby podeprzeć się mocnym argumentem zacytuję samego poetę, który tak pisze o sobie: „O tak, nie cały zginę, zostanie po mnie wzmianka w czterdziestym tomie encyklopedii w pobliżu setki Millerów i Mickey Mouse. Jak widać poeta dobrze wiedział o znaczeniu poezji, zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji i poezji w świecie współczesnym, do której podszedł z humorem. Pisał o tym wielokrotnie w wielu swoich wspaniałych pracach na temat roli poety i poezji we współczesnym świecie.

Kim tak naprawdę jest Czesław Miłosz? Kosmitą!

Poetą? Tłumaczem Pisma Świętego? Czy „poetyckim prorokiem”, który swoimi wierszami “zapalił zielone światło” do przemian społecznych w Polsce?  To dzięki niemu, Zbigniewowi Brzezińskiemu, Solidarności i papieżowi Janowi Pawłowi II, Amerykanie dowiedzieli się, gdzie jest Polska, gdzie jej szukać na mapie. Polityk Brzeziński świetnie spisał się na polu polityki, Solidarność pokazała światu, że jest szansa na to, aby wolne związku zawodowe miały udział w decydowaniu o tym, co dzieje się w kraju, a papież – Polak przekonał Amerykanów, że polski katolicyzm, to nie tylko niedzielne poranne mszę święte, po których rodacy idą na popołudniowy rosół do domów, a wieczorem „zalewają robaka”, aby zapomnieć o tym, że już w poniedziałek trzeba wstać o piątej rano do roboty. Na setki polskich parafii w Ameryce, Polacy mieli tylu biskupów, że można było ich policzyć na palcach jednej ręki, będąc największą grupą katolików w Ameryce.  Polskimi duszami i wcale niemałymi ofiarami na kościół rządzili biskupi pochodzenia irlandzkiego, niemieckiego, czy włoskiego. Ksiądz Polak, co najwyżej mógł być proboszczem – łącznikiem pomiędzy masą analfabetów a książętami kościoła.  Polacy za własne pieniądze budowali kościoły, szkoły, plebanie, ale nieruchomości te nigdy nie były w polskich rękach. Zarządzali nimi przeważnie niemieccy biskupi. To biskupi decydował ile może być mszy w kościele, w których godzinach i w jakim języku. Odpowiedzią na takie traktowanie było powstanie na przełomie XIX i XX wieku Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego w Ameryce i Kanadzie. Byłem i jestem wielkim zwolennikiem tego kościoła. W Chicago przez wiele lat przyjaźniłem się z nieżyjącym już księdzem Czesławem Janem Polakiem, którego bardzo wysoko sobie ceniłem. Na początku pobytu w Ameryce, gdy Amerykanom mówiłem, że jestem Polakiem, czułem się szczęśliwy, gdy ci chwalili Polaków: to taki dobry, ciężko pracujący naród. Brałem to za dobrą monetę, do momentu, w którym wytłumaczono mi, że ciężka praca jest dla frajerów, a o tych ciężko pracujących Polakach, po dziesięć czy dwanaście godzin dziennie za najniższe stawki można za 25 centów wysłuchać w każdej budce telefonicznej trzyminutowe dowcipy, o tym jak wygląda polski ołówek, albo polski program kosmiczny, albo ilu Polaków potrzeba do wykręcenia żarówki. Z dumy, że ciężko pracujemy zrozumiałem, że jestem z zacofanego narodu, bez ambicji i wykształcenia, a ciężko pracujemy, bo nie jesteśmy wykwalifikowani. Dowiedziałem się, że jak każdy Polak jestem antysemitą, Polacy pomagali Niemcom, zakładając „polskie obozy śmierci”. Gdy się ma niewielkie pojęcie o tym jak traktowała Ameryka Polaków na przełomie XIX i XX wieku, i jak spostrzegano Polaków zaraz po drugiej wojnie światowej, jak „podziękowano” za udział i przelaną krew na konferencji w San Francisco w 1945 roku i Londynie w 1946r., poprzez wykluczenie polskich żołnierzy walczących w Polskich Siłach na Zachodzie, chociaż byli jedną z najliczniejszych walczących armii po stronie sił alianckich, łatwiej jest zrozumieć ten wiersz Miłosza:

Moja wierna mowo

Moja wierna mowo,
służyłem tobie.
Co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami,
żebyś miała i brzozę i konika polnego i gila
zachowanych w mojej pamięci.

Trwało to dużo lat.
Byłaś moją ojczyzną bo zabrakło innej.
Myślałem że będziesz także pośredniczką
pomiędzy mną i dobrymi ludźmi,
choćby ich było dwudziestu, dziesięciu,
albo nie urodzili się jeszcze.

Teraz przyznaję się do zwątpienia.
Są chwile kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie.
Bo ty jesteś mową upodlonych,
mową nierozumnych i nienawidzących
siebie bardziej może od innych narodów,
mową konfidentów,
mową pomieszanych,
chorych na własną niewinność.

Ale bez ciebie kim jestem.
Tylko szkolarzem gdzieś w odległym kraju,
success, bez lęku i poniżeń.
No tak, kim jestem bez ciebie.
Filozofem takim jak każdy.

Rozumiem, to ma być moje wychowanie:
gloria indywidualności odjęta,
Grzesznikowi z moralitetu
czerwony dywan podścieła Wielki Chwał,
a w tym samym czasie latarnia magiczna
rzuca na płótno obrazy ludzkiej i boskiej udręki.

Moja wierna mowo,
może to jednak ja muszę ciebie ratować.
Więc będę dalej stawiać przed tobą miseczki z kolorami
jasnymi i czystymi jeżeli to możliwe,
bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno.

Wiersz rozpisany na sześć zwrotek o różnej ilości wersów, pisany w pierwszej osobie nie powinien sprawiać trudności czytelnikowi i nie potrzebna jest jego analiza czy interpretacja. Podmiotem lirycznym jest w nim sam poeta-emigrant, który mówi do emigrantów w bardzo zrozumiały sposób, ale w ostrym tonie, Bo ty jesteś mową upodlonych, można to zrozumieć jako „mowa pokonanych.” Proszę zwrócić uwagę na pierwszą, czwartą i ostatnią siódmą zwrotkę. W nich poeta (podmiot liryczny) wyraża wielką tęsknotę do ojczystej mowy, do polskości, świadomy jest swojej kultury i korzeni, swojej tożsamości.  W zwrotce trzeciej bardzo dosadnie, mówi to, co mu leży na sercu. Mówi dosłownie:

Teraz przyznaję się do zwątpienia.
Są chwile, kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie.
Bo ty jesteś mową upodlonych,
mową nierozumnych i nienawidzących
siebie bardziej może od innych narodów,
mową konfidentów,
mową pomieszanych,
chorych na własną niewinność.

Można się zapytać, dla kogo poeta „zmarnował” swoje życie? Jego rodacy pracowali dla innych, nie potrafili wziąć los we własne ręce i „użyć głowy” tak, aby to oni dawali pracę, przez co mieliby ogólny szacunek. Pisał poeta w „Rodzinnej Europie” o samym sobie: „Znalazłem się więc wśród milionów, które mieszkają, jedzą, ubierają się za cenę sprzedaży określonej liczy godzin swojego życia” (5).  Tacy co pracują „za określoną liczbę godzin” nie liczą się i nikt ich nie traktuje poważnie. Oni będą pracować dla każdego nawet dla takiego magnata – przemysłowca z Detroit jak Henry Ford, antysemity i sympatyka Hitlera, któremu dawał prezenty na urodziny, a ten odwzajemniał się nadając mu wysokie odznaczenia Rzeszy Niemieckiej. Tysiące Polaków mieszkało w Detroit, bo tam była praca, ale pracy potrzebowali nie tylko Polacy również Murzyni. Ford, gdy zachodziła potrzeba napuszczał jednych na drugich. Polaków „straszył” Murzynami”, jeśli nie przestaną domagać się podwyżek, albo jak będą strajkować, to czarni w każdej chwili mogą ich zastąpić. To samo mówił Murzynom, jeśli nie wezmą się do pracy, to na ich miejsce zatrudni Polaków, którzy pod bramą już czekają. Tutaj można powołać się na historyka o polskich korzeniach profesora Thaddeusa Casimira Radzilowskiego (6).

Jako dowód wskazał na ulotkę, jaką do polskiego sąsiedztwa w Detroit wysłał w 1940 r. lider Afroamerykanów Charles Hill. Apelował w niej: „My czarni i Polacy musimy współpracować; chcę byście wiedzieli, że nie uważamy Polaków za głupców, którzy nadają się tylko do pracy fizycznej” – powiedział historyk. Także w sondażu przeprowadzonym wśród mieszkańców Detroit w 1964 r, aż 60 proc. Afroamerykanów powiedziało, że wraz z nimi to Polacy są najbardziej dyskryminowani.

Wracajmy jednak na chwilkę do wiersza, bo rozczarowanie rodakami, ich sytuacją życiową, napawa Miłosza smutkiem, poeta staje się agresywny, padają słowa:

Bo ty jesteś mową upodlonych,
mową nierozumnych i nienawidzących
siebie bardziej może od innych narodów,
mową konfidentów,
mową pomieszanych,
chorych na własną niewinność.

Ocenia rodaków bardzo surowo, wyniosłe. Mimo wszystko jest po stronie ludzi słabych, którzy nie potrafią się bronić, zorganizować, myśleć pragmatycznie, gorzka refleksja zostaje zastąpiona poczuciem smutku. Poeta chciałbym być dla ludzi, narodu wielkiego, prężnego, bogatego, mądrego, zaradnego i rozgarniętego życiowo, czytającego poezję, niestety tak nie było i nie jest. Miłosz chciał być władcą świata, a nie władcą małej Albanii, robił bardzo dużo dla kultury polskiej, dla polskości. Miał wokół siebie zawsze chętnych ludzi do współpracy, ale nie miał satysfakcji, tej radości od rodaków, na którą w pełni sobie zasłużył, czuł że był w pustce. Spotkało go ich milczenie, nie dlatego, że go nie cenili, ale dlatego, że go nie czytali. On miał wrażenie, że zamiast rosnąc w siłę, polskość pozbawia go jej, ale mimo wszystko walczył o polskość, walczył z samym sobą. Doskonale wiedział jacy są Polacy, wiedział, że człowiek żyje chlebem nie poezją, ale wciąż liczył na cud, że to się zmieni, że będzie nie kosmitą, a normalnym człowiekiem, żyjącym w normalnym społeczeństwie, gdy sprawy kultury równie są ważne jak praca.

Może dla kogoś, kto nigdy nie wyjeżdżał z Polski na dłużej, albo wcale, fakt, że cały świat dostrzegł Polaka, poetę może nie być aż tak ważne, może nawet wydać się irytujące i powodem do kpiny.  Ale miliony mało praktycznych Polaków, nieczytających, nieznających dzieł Williama Jamesa, choćby książki „Pragmatyzm” czy Ericka Fromma „Być czy mieć”, wciąż budujących kościoły na przedmieściach Chicago, a nie fabryki. Byliśmy i jesteśmy mało praktyczni, bo nie potrafimy znaleźć balansu pomiędzy życiem duchowym i materialnym, jesteśmy mało zaradni, mało przedsiębiorczy, żyjemy z pracy własnych rąk pracując dla innych i na innych, to najbardziej denerwowało Miłosza. Gdy to mówił głośno denerwował tym Polaków, którzy oskarżali go o antypolonizm.  Czuł się Polakiem, choć ciężko było mu do tego się przyznać, był marzycielem, idealistą pragnącym, aby obcokrajowcy dobrze mówili o Polsce, Polakach. Szary obywatel poza granicami kraju miał był ambasadorem, konsulem swojej ojczyzny, bo jak nas widzą Amerykanie tak widzą Polskę. Nie znosił ambasad, urzędników, atmosfery wyższości urzędnika nad petentem.

Kosmita Miłosz chciał być z lepszej planety, z której mógłby być dumny, nie z planety „chorych na własną niewinność”, albo niezaradność życiową.  Inną wielką kontrowersyjną sprawą dla rodaków był Nobel dla Miłosza, czy to nie aby Solidarność mu go „dała”, przecież on nie jest takiej nagrody wart. Autor wiersza Campo di Fiori nie godził się na miano poety walczącego z komunizmem, czy pisarza politycznego i wielokrotnie mówił w wywiadach, że jego Nagroda Nobla nie ma nic wspólnego z ruchem Solidarności, bo on już wcześniej, w maju 1980 r., został wytypowany na kandydata do niej. Mówiąc to próbował wytrącić argument tym, co twierdzili, że jego Nagroda to polityczna sprawa i żeby nie Solidarność nigdy by jej nie dostał.  Tak się bronił przede wszystkim przed rodakami, którzy próbowali pomniejszać jego pracę na rzecz polskości, jego dorobek, jego talent poetycki. Pisze o tym Andrzej Franaszek tak: „Chronologia była jednak inna i choć oficjalnie głosowanie odbyło się w październiku, faktycznie decyzja Akademii zapadła zapewne jeszcze przed z Sierpniem 1980 roku, czego ślad pozostał zresztą w archiwach… Służby Bezpieczeństwa.”  (7) Nie po raz pierwszy i nie ostatni, Polakom jest trudno uwierzyć w sukces rodaka, taką mamy naturę i Miłosz o tym pisał, to też się nie podobało „prawdziwym Polakom”.

fot. Adam Lizakowski

Widzenia nad Zatoką San Francisco

W licznych rozmowach z rodakami, ludźmi z mojego pokolenia pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, takim wzorem do naśladowania był Czesław Miłosz, poeta, który kilkanaście miesięcy wcześniej otrzymał Nagrodę Nobla. Dlaczego młodzi rodacy ciężko pracujący od rana do wieczora wybrali sobie za wzór do naśladowania poetę, być może usprawiedliwieniem było to, że wszyscy byliśmy młodzi, o poecie z Berkeley właściwie nic nie wiedzieliśmy, w sumie nikt nie czytał żadnych książek, a poezji w szczególności.

Wszystkich jednak kusiła jego sława, która przecież musiała być na cały świat, a ze sławą idą pieniądze, więc sława i pieniądze, to było to, co w naszym przekonaniu Miłosz miał, dlatego doskonale nadawał się na naszego idola, wzór do naśladowania. Jednak nie byliśmy wobec niego bezkrytyczni, największym zarzutem, a nawet pretensją i rozczarowaniem było to, że Miłosz „słabo interesował się miejscem, w którym żył, czyli San Francisco Bay Area tj. rejonem Zatoki San Francisco. Nas San Francisco fascynowało, sama nazwa i wypowiadanie słów San Francisco urzekało, sprawiało dużą radość, samozadowolenie. Tytuł książki „Widzenia nad Zatoką San Francisco” wydanej w 1969 w Paryżu, traktowaliśmy bardzo dosłownie i spodziewaliśmy się po poecie, że cała książka jest o naszym pięknym, jedynym w swoim rodzaju mieście, jakim jest San Francisco. A tu rozczarowanie. Dlaczego Europa jest tak dla niego ważna – zastanawiali się – bez niej nie umie żyć – przecież zostawił ją – aby dobrze i wygodnie sobie żyć w Ameryce, przecież taka jest prawda. My chcieliśmy, aby nasze korzenie wrastały w grunt amerykańskim, a on z każdą napisaną stroną książki w Ameryce, wzmacniał swoje korzenie europejskie. Gdyby tak dobrze mu było w tej Europie nie przyjechałby do Ameryki, przecież nikt by do tej Ameryki nie przyjechał, gdy tam, gdzie się urodził, wychował, mieszkał, było dobrze, chyba, że turystycznie. Ale wtedy wyjazd turystyczny do Ameryki był nie do pomyślenia i równie dobrze można było powiedzieć: tak pojedziesz, ale do Honolulu małpy straszyć.

Dlaczego zawsze poeta szukał odpowiednika wydarzeń, na przykład na jego uczelnianym kampusie w kulturze rosyjskiej, europejskiej? Sam zresztą poeta pisze o sobie, że Moje sądy o Ameryce są więc zabarwione nie tylko przez pamięć o wschodniej części Europy, także przez dziesięcioletni pobyt w Europie Zachodniej. (183). Mit, jakim miała być dla nas Europa, został przekręcony przez Miłosza i to Ameryka stawała się mitem, a Europa rzeczywistością. Dlaczego tak było odpowiedź mam jedną, taką samą, jakiej udzielił mi poeta swego czasu mówiąc: do Ameryki się przyjeżdża jak się ma góra 15 lat nie więcej. Wiek i doświadczenie jest w Ameryce bardzo ważne, im człowiek starszy, tym jest mu trudniej cokolwiek zrozumieć, pojąć, żyć w tym amerykańskim raju. Miłosz przeleciał do Ameryki już jako „stary chłop”, bo na karku miał pięćdziesiątkę. Kto do Ameryki przelatuje w takim wieku i po co, kto tutaj da pracę człowiekowi tak staremu? Ale Miłosz był kosmitą, nie dosyć, że miał pracę, to jeszcze przyleciał z cała rodziną, miał ubezpieczenie i robił to, co lubił, można powiedzieć, robił to, co kochał. Takich szczęściarzy nie spotyka się codziennie, tacy są tylko na filmach, albo w bajkach. Co by o nim nie powiedzieć, był szczęściarzem i kosmitą, bo dla tych, co czekali latami na pierwsze własne mieszkanie, dom, samochód, przeklinali swój los, bo pracowali w soboty i niedziele. Pokażcie mi palcami takiego, co w swojej pracy miał ubezpieczenie zdrowotne, mieszkał w dobrej dzielnicy i posyłał dzieci dobrej szkoły. Przecież dla wielu emigrantów ze wszystkich stron świata to były marzenia ściętej głowy. Ameryka to Moloch, który pożera swoje dzieci-mieszkańców, mówiąc inaczej, wiele daje, wiele oferuje, ale zabiera czas, a czas to życie, aby zdobyć dobra materialne, trzeba oddać także życie duchowe, stać się robotem. Miłosz kosmita zamknięty szczelnie w swoim kombinezonie kosmity był odporny na Amerykę, był spostrzegany tylko z zewnętrznej strony życia, jego wewnętrzne życie było ukryte pod powłoką kombinezonu. Miłosz w Ameryce to badacz kultur, socjolog, antropolog, amator archeologii amerykańskiej, tak się czuł w wielkich miastach, a prowincja te wielkie przestrzenie pomiędzy A i B przerażały go. Nie wiedzieliśmy o tym, gdyby nie ta pogoń za kromką chleba, bitwy o pozostanie na powierzchni, spojrzelibyśmy na niego inaczej, a tak patrzyliśmy na niego jak na coś lepszego, szczęściarza, któremu w życiu się udało, nieufnie i z zazdrością, nie rozumieliśmy go, co w tej książce niby o San Francisco pisze. 

W tomikach wierszy napisanych w latach sześćdziesiątych w Ameryce „Guciu zaczarowany” wydany w 1965 roku oraz tomik „Miasto bez imienia” wydany w 1969 roku nie znajdziemy obrazów Ameryki, jej natury, piękna czy grozy przyrody. Jedynie będzie wspomniana mimochodem Dolina Śmierci, budowle w San Francisco i Oakland. W wierszy pt. „Kiedy byłem mały”, są zawarte wspomnienia z Litwy wymieszane z lekturą książek surową rzeczywistą przyrodą Alaski. W „Widzeniach nad Zatoki San Francisco” będzie miasteczko Carnel, Walt Whitman i Robinson Jeffers, krajobrazy Kalifornii i Arizony, „przyroda dzikiego Zachodu Ameryki”, ale swoim zwyczajem poeta, jeśli nie wszystko, to większość utworów sprowadzi do odwołań, europejskich, polskich, litewskich. Tak ważna dla poety bystrego obserwatora rzeczywistość przegra z pamięcią z muzą Mnemosyne.

Miłosz w Berkeley lata 60.

Dla przeciętnego hippisa lat sześćdziesiątych z gitarą i własnymi wierszami, Amerykanina mieszkającego obok poety, jego sąsiadów, był jednym z wielu profesorów pracujących na uczelni. Dla tych, którzy spotykali poetę na mieście, stacji benzynowej czy kawiarni w Berkeley, poeta Czesław Miłosz był przybyszem z dalekiej planety (nie licząc jego znajomych i studentów z uczelni), bo jego ducha w Ameryce nie było. On był zajęty zupełnie czymś innym. Fizycznie był ciałem w Berkeley, zapracowany jak zawsze, spędzający setki godzin w bibliotekach na wertowaniu starych map, przewodników, encyklopedii nie o Ameryce, ale o Europie, Litwie, tego kawałka ziemi, na którym się urodził. Mieszkał i żył wśród ludzi, którzy ciągle byli w ruchu, dla nich nie było problemem rozwalenie starego kościoła i wybudowanie na jego miejscu sklepu lub parkingu. Ludzi, którzy jeśli potrzebowali garnituru, to szli do wypożyczalni garniturów, wypożyczali go na dzień lub dwa i nie było sprawy.  Jego myśli i twórczość była o czymś zupełnie innym, nogami stąpał ziemię amerykańską, myślami wędrował tysiące kilometrów od miejsca zamieszkania. Na szczęście dla nas, wielbicieli jego twórczości, on sam dla siebie był światem, ustalał, co jest ważne, a co najważniejsze, jedynie przybysze z zewnątrz, na przykład Zbigniew Herbert czy Aleksander Watem byli dopuszczani pod warunkiem, że spełnią określoną rolę, jaką gospodarz im wyznaczył. Można powiedzieć, że przede wszystkim był skupiony na sobie samym, co nie jest żadnym wyjątkiem wśród artystów. Jego nieliczni studenci wiedzieli, co tak naprawdę ich profesora interesuje. Dla niego najważniejsze było to, co dotyczyło bezpośrednio tylko jego, akurat tego, nad czym pracował w danym momencie. W rozmowie z Aleksandrem Fiutem poeta powiedział: „Ameryka jest krajem wielkiej samotności. Trzeba być bardzo mocnym, żeby przeżyć tak dużą samotność jak w Ameryce”(8).  Po raz kolejny poeta mówi prawdę o Ameryce, ale ludzie w Polsce nie chcą jej słyszeć. Dlaczego, bo Ameryka to raj dolarowy i dajcie mi wizę amerykańska i też będę chciał być tak samotny jak Miłosz – wielu tak wtedy myślało i dzisiaj też myśli. W dalszej części tej rozmowy poeta z Berkeley mówi: „W Ameryce jest o wiele więcej życzliwości niż w Europie. Chęci pomożenia, bezinteresownej życzliwości. A równocześnie jest ogromny dystans pomiędzy człowiekiem i człowiekiem”.  Dystans, który jakby ma odpowiednik w ogromnych przestrzeniach. To znaczy nie ma się czasu, nikt nie ma czasu, żeby się spotkać”. (s.123) Dalej poeta wyjaśnia, dlaczego według niego tak się dzieje. Aby zakończyć tę myśl stwierdza że, „przestałem czuć się w Ameryce pariasem, cudzoziemcem, który jest obcy. Tam wszyscy są obcy. Wszyscy skądś przyjechali”. Piszę o tym, bo jest to bardzo ciekawe, Miłosz czuł się bardzo samotnie w Ameryce, czasami nawet bardzo samotnie, świadomy, że wśród rodaków nie ma jego czytelników, że nawet sławna na cały świat paryska „Kultura” nie ma tutaj za wielu czytelników, a mimo tego czuł się w tym kraju obcy. Podobne uczucie i ja miałem i miliony emigrantów, ale Miłosz o tym mówił i pisał, a swoją samotność zamieniał na wspomnienia o Europie. 

Dla niego lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, burzliwe od strony społeczno-politycznej, były ciekawe, ale bardziej zachwycał się amerykańską naturą Kalifornii, zachodu kraju, niż amerykańska polityką. (Pewne jej ślady znajdziemy w korespondencji Miłosza do znajomych, choćby do Zbigniewa Herberta o Murzynach, czy redaktora paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia będącego pod Paryżem, co tak naprawdę w tym Berkeley się dzieje lub w korespondencji z roku 1969 z Markiem Skwarnickim, pisze wprost: „cierpię nad tutejszym obłędem dwóch nienawidzących siebie Ameryk w jednym mieście).  Tak, miasto Berkeley było miejscem podzielonym, jednym był Kampus i „walka o lepszą Amerykę”, a drugim samo miasto żyjące własnym życiem, obserwującym obszar uniwersytetu z dużym dystansem.  Była jeszcze ogromna Ameryka, to co się w niej działo i wojna w Wietnamie, dyskryminacje rasowe czarnych Amerykanów, protesty młodych ludzi nie tylko w Kalifornii. Ale to w Berkeley, na jego uczelni strzelano do studentów, nie ma echa tych wydarzeń w jego twórczości. Narodziny beatników, wiersze hippisów z pobliskiego San Francisco, działalność jednej z najważniejszych księgarń i wydawnictwa w Ameryce, księgarni City Lights, czy zainteresowanie się młodzieży amerykańskiej kulturą dalekiego wschodu, medytacją, piosenki i pieśni Boba Dylana, wiersze Allena Ginsberga i Dzieci Kwiatów, śmierć króla Rock & Roll’a Elvisa Presley’a są poza zainteresowaniem poety spod Wilna. Miłosz był od tych ludzi mentalnie zupełnie inny, żył w swoim mieszczańskim, nudnym świecie, w który wprawdzie dużo się działo i dramatów i rozterek, ale to był ich świat nie jego. I jakby na to nie patrzeć życie poety Miłosza w Kalifornii było bardzo tradycyjne w porównaniu choćby z życiem poety z City Lights, Allenem Ginsbergiem czy Lawrencem Ferlinghettim.

Nazwisko największego poety Ameryki drugiej połowy XX wieku Allena Ginsberga w „Widzeniach” pojawia się chyba tylko raz, w rozdziale piętnastym pt. „Wizerunek bestii”, na samym początku poemat „Howl”. Rozdział rozpoczyna się zdaniem „Allen Ginsberg skandując swoją na odwrót-whitmanowską pieśń był Każdym'. (s.58.) Słowo „Każdym” z dużej litery. Miłosz lubił Ginsberga za jego whitmanowską postawę, ale nie cenił jego działań, bo uważał, że taka postawa służby bardziej anarchii niż sprawie, którą Ginsberg reprezentował. Nie jest to pochlebne zdanie o poecie, który podporządkował swoje życie poezji, podobnie zresztą jak i poeta profesor Miłosz. Jak już wspomniano, obaj poeci są na dwóch różnych biegunach osobowości: Ginsberg szaleństwa, a Miłosz spokoju mieszczańskiego, Ginsberg zarośnięty, brodaty błazen Ameryki, a Miłosz wygolony uczony, profesor uniwersytecki. Nic ich nie łączy, a jednak poeta wileński cytuje go, bo widzi w nim zmiany zachodzące w Ameryce, widzi w nim Walta Whitmana XX wieku. Ten Moloch, którego duszą elektryczność i banki!  Ten kraj pieniądza „Złotego Cielca” właśnie poprzez poezję i poetów takich jak Ginsberg zamienia się lub zmienia w miejsce, gdzie kultura i sztuka, poeci i artyści będą mieć znaczenie. Ameryka przez dekady zmienia się z kraju, do którego miliony głodnych, niepiśmiennych przybyło za chlebem, nie po kulturę, poezję, oddając pokłon „złotemu cielcowi” przez 10-12 godzin dziennie w miejsce, gdzie street poets (uliczni poeci), grajki, klauni literatury pociągną za sobą miliony młodych z Wielkich Równin, Wschodu i Południa Ameryki. O tym też są „Widzenia nad Zatoką San Francisco”, wielokrotnie tutaj wspominane.

fot. Adam Lizakowski

Promotor polskiej kultury a wojna w Wietnamie

Wojnę w Wietnamie spostrzegał oczami człowieka, co oglądał straszną wojnę w Polsce, dla niego subkultura hippisowska, pół nagich studentów chodzący boso na zajęcia, rozruchy murzyńskiej ludności, oglądane jednak z boku, były lub mogły być przyczyną rozłamu na dwie Ameryki. To, że młodzi, brudni, chcieli grać na gitarach i obwijając swoje ciała w prześcieradła w kolorze pomarańczy, wiązać brudne tłuste, długi włosy kolorowymi wstążkami, pisać wiersze, chodzić w dziurawych portkach i w rozciągniętych swetrach, to nie było przyczyną rozłamu Ameryki, jak sugeruje poeta w eseju „Bezkształtne i nowe” we wspomnianej już książce „Widzenia”.  Jedną z wielu przyczyń podziału Ameryki lat sześćdziesiątych był „złoty cielec”, od którego młodzi-brodaci chcieli uciec jak najdalej. A dlaczego tak było, bo ich rodzice urodzeni przed wojną w okresie wielkiego kryzysu gospodarczego chcieli, aby ich dzieci miały lepiej niż oni. I miały, mogły, za ich pieniądze kupić sobie gitary i marihuanę, kolorowe szklane koraliki na szyję i przeguby rąk powiedzieć im prosto w oczy, kochana mamo i tato nie chcemy iść do szkoły, by później do końca życia uczestniczyć w wyścigu szczurów. Palec środkowy w górę i krótkie pojedyncze zdanie: Just fuck off and leave me alone America!!! Czy do tego aragońskiego, wręcz wulgarnego stwierdzenia, był potrzebny Lew Szestow, William Blake oraz Emanuel Swedenborg??? Bez nich poeta z Wilna nie mógł żyć w Berkeley, przez pryzmat ich myśli próbował rozumieć Amerykę. Oni tego nie rozumieli, ale mimo tego mieli poza zazdrością lepszego życia podziwiali go, mówili o nim z uznaniem. Tak nasz Miłosz, to wielki poeta, chociaż tomik wierszy to była by ostatnia rzecz na ich długiej liście zakupów, tak długiej jak z San Francisco na księżyc.  

Poeta „wciągał” swoich studentów, i nie tylko ich, jak tylko mógł w to, co robił. Niektórzy z nich zostali tłumaczami nie tylko jego twórczości, ale i polskiej poezji, literatury, próbował ich „zarażać”, swoją pasją gospodarza kultury polskiej w Ameryce jak tylko się dało. Lista osób, Amerykanów, których zaangażował w sprawę polskiej literatury jest długa, poetów, pisarzy polskich, których przekładał na język angielski jest jeszcze dłuższa. Nie mam zamiaru podawać nazwisk, czy tytułów książek.  Chwała mu za to. Nie sposób jednak jest zapomnieć dnia 14 czerwca 1988 roku i tych chwil w Berkeley w księgarni Black Oak Bookstore na Shattuck Avenue. Miłosz w wypełnionym po brzegi pomieszczeniu z książkami i ludźmi rozpostarł się na stole, wokół kłębił się tłum, z prawej strony leżały książki wielkości dwóch cegieł, stos cegieł, przy którym kosmita podpisuje je, składa autografy. The Collected Poems 1931-1987, z kremową okładką, a na niej wielkie litery Czeslaw Milosz, jest też zdjęcie obrazu XVIII wiecznego malarza, mistrza martwej natury, Jean –Baptiste-Simeon Chardina, a na nim, w kolorach pastelowych, dzbanek, szklanka, chyba śliwki? I brzoskwinie, dużo brzoskwiń ułożonych jedna na drugiej. A gdzieś wśród rzędów półek, stołami rozłożonymi ze stosami książek, a pan Czesław niczym król kosmitów, podpisuje książki, rozmawia ze swoimi czytelnikami. Obserwuję ich i czytelników jednym okiem, a pana Czesława drugim. (Robię zdjęcia). Poeta niczym Bóg, ale bez brody, gładko wygolony w jasnej koszuli, marynarce urzędnika nie banku, ale gminnej kasy pożyczkowej, w purpurowym krawacie (?), z wiecznym piórem w dłoni „macha aż miło patrzeć”. Jego najbliżsi stoją z dala, jego tłumacze, jest Robert Hass, Leonard Nathan oraz przyszła Carol. Stoją, patrzą, obserwują, ale nikt z nich nic nie mówi. Przestrzeń, w której zamknięty jest kosmita to wspomniana już księgarnia, ale nie on siedzi mocno na krześle, mam wrażenie, że się uniósł w powietrze, że jest poza siłą grawitacji, i wszystko kręci się wokół niego. Ci najbliżsi stali się tacy senni, ociężali, nogi ich nabrały wagi żelaza, ale jeszcze kilka chwil wcześniej, gdy mówił o nich, dziękował im, widziałem jak się z krzeseł unosili, ich twarze promieniały.

Dzięki ogromnej pracy dla polskości można powiedzieć, że przede wszystkim pan Czesław był skupiony na sobie samym, co nie jest żadnym wyjątkiem wśród artystów. Jego nieliczni studenci, zaprzyjaźnieni tłumacze, ta garstka ludzi wiedzieli, że to, co się dzieje w Ameryce jest przez poetę zauważane, ale to było dla niego tylko tło drugorzędne. Okrutna wojna wietnamska, w której codziennie ginęli ludzie, była daleka, co nie oznacza, że nie ważna, a ci, co walczyli na kampusach o to, aby ją przerwać, byli bici przez policjantów. Obecność ich na kampusie była niewskazana, trzeba było się solidaryzować ze studentami, i on to robił, ale czy popierać ich żądania „pachnące komunizmem”, a w najlepszym przypadku anarchią? Młodzi żądali więcej niż Ameryka mogła im dać, z czasem stali się „wrogami własnej ojczyzny”, bo pokojowe marsze, protesty, strajki, z czasem zaczęły przekształcać się w bitwy nie tylko już z policją, ale i z Gwardią Narodową.  Albo działalność murzyńskiej organizacji „Czarne pantery”, powstałej w mieście obok Berkeley, w Oakland, która od hasłem równości i demokracji zaczęła upodabniać się do europejskich ruchów nacjonalistycznych z lat 20 czy 30 ubiegłego wieku. Słowa, piękne przemówienia już nie wystarczały, w ruch poszły kije bejsbolowe, przemoc, w każdej chwili mogli chwycić za broń.  Studenci, których uczył literatury z drugiej planety byli zaledwie kilka lat starsi od jego synów, a przez nich też miał kontakt z amerykańską młodzieżą, rzeczywistością, ale mimo to Ameryka nie „wciągała go” w swoje sprawy tak jak planeta, z której przybył do Kalifornii jako kosmita.  On wraz ze swoimi studentami pracował nad przekładami poezji i prozy polskiej. „Zakładał bazy”, budował mosty z wierszy dla „obcych”, po których zapraszał do odwiedzenia jego planety. I tak powstają dwie bardzo ważne książki, dla wszystkich uczących się literatury-kultury polskiej w anglojęzycznym świecie, antologia wierszy polskich wydana w 1965( Postwar Polish Poetry. An anthology), oraz historia literatury polskiej w 1969 roku ( The History of Polish Literature).  Ten kosmita, tytan pracy, potrafił wyłączyć się ze studencko- wietnamskiej burzy, tkwił w niej na tyle ile musiał, w każdej chwili był gotowy „przejść” do swojego świata i znaleźć spokojne miejsce, „szalonej pracy” w lesie dla kultury polskiej, europejskiej. Drewniany domek na zalesionym stromym wzgórzu na „Kurzej Stopce” był jego arką, w której oczekiwał na spokojniejsze i lepsze czasy.

Od relacji z Wietnamu rozpoczynały się wiadomości radiowe czy telewizyjne. Poeta pisał o Europie małych ojczyzn, o tej drugiej Europie, zajmował się  dobrem i złem, Fiodorem Dostojewskim i Blakiem, Simone Weil i studiowaniem historii (korzeni) swojej rodziny. On był kosmitą, jak sam o sobie pisze „nieuleczalnym Europejczykiem” dodając kilkanaście linijek dalej w tym samy eseju pt. „O pewnej chorobie trudnej do nazwania”, że „to zaiste przywilejem jest mieszkać w Kalifornii i pić co dzień napój alienacji doskonałej” (str.36). (Widzenia). I tylko jego świat, jego planeta, tutaj prawie nieznana najbardziej go interesowała, dobrze że tak się stało, bo naprawdę trudno było by sobie wyobrazić, kulturę polską w Ameryce bez kosmity Czesława Miłosza.

Stara” Polonia a kosmita

“Stara” Polonia, czyli ta żołnierska, która przybyła do Ameryki po II wojnie światowej, nie tylko w San Francisco Bay Area, ale i w całej Ameryce, właściwie żadnego kontaktu z poetą nie miała i się nią nie interesowała.  W liście w 1964 roku do poety z Krakowa Marka Skwarnickiego nazwał ją „latarnikami”, a „Polskie środowiska w Ameryce to rzecz zupełnie beznadziejna”. Oni go nie zapraszali do siebie z odczytami, na promocję najnowszych książek, a on zawsze miał ważniejsze rzeczy do zrobienia, niczego nie proponował, nie narzucał się. Wiedział, że wśród nich nie ma jego czytelników, zakładał z góry, że Polacy w Ameryce to przede wszystkim ludzie szukający pracy i  chleba, a nie kultury. (Tak jest do dziś i nic się nie zmieliło). Już w „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” pisał; „Co prawda nie byłem jednym z tłumu bosych i niepiśmiennych, zamkniętych pod pokładem w ciągu wielotygodniowej przeprawy przez ocean” (str.33). Głośno tego nigdy nie mówił, ale jak większość polskich intelektualistów w Ameryce ubolewał nad takim stanem rzeczy. Znał przyczyny, dlaczego tak jest, dobrze je rozumiał, że chleb na stole, rachunki za dom, samochód są ważniejsze niż kultura, poezja, a mimo tego ubolewał.  Pamiętam, że były próby zapraszania go na imprezy polonijne, celowała w tym organizacja pani Wandy Tomczykowskiej z The Polish Arts and Culture Foundation w San Francisco, z których to zaproszeń poeta rzadko kiedy korzystał, albo wcale. Pani Wanda bardzo dbała o prestiż Polaków w San Francisco i dla niej takie spotkanie z polskim poetą Noblistą w jej organizacji byłoby szczytem marzeń. Tym bardziej, że dla Amerykanów animozje pomiędzy Polakami były zupełnie nieznane i absolutnie nie do zrozumienia. Nie było też mowy, aby poeta miał jakiś kontakt z weteranami II wojny światowej,  tzw. emigracją żołnierską, czy Kongresem Polonii Amerykańskiej, oddział na Północną Kalifornię, której prezesem w tym czasie  był profesor historii na San Francisco State University Jerzy Lerski. Cichociemny, kurier, wysłannik rządu polskiego w Londynie w czasie wojny do Polski, gdzie na spadochronie w nocy wylądował gdzieś w lasach kieleckich.

„Młoda Polonia” w San Francisco

“Młoda” Polonia, czyli ta po roku 1981 tzw. Solidarnościowa, też z poetą właściwie żadnego kontaktu nie miała. Pisałem o tym w części „Widzenia nad Zatoką San Francisco”.  Tak samo jak ci powojenni musieli szukać pracy i  chleba, kultura zawsze była i będzie na końcu. Ważniejsze są pieniądze na mieszkanie, ratę za samochód, chleb, buty dla dziecka niż tomik poezji. Ci młodzi ludzie, co jeszcze kilka miesięcy wcześniej w Polsce strajkowali za wolnymi sobotami w Polsce, tutaj w Ameryce marzyli o tym, aby pracować i  to jak najwięcej, nierzadko po 10 -12  godzin dziennie, bo taki jest przeciętny dzień pracy w Stanach.  To jest zrozumiałe i nie trzeba o tym dużo pisać. Na spotkaniach amerykańskich, a miał ich poeta kilka razy w roku, rodaków nie spotykałem. 

Pierwsza wizyta w domu poety

Ale wracajmy do pana Czesław (tak się zwracałem do poety, nigdy panie profesorze, czy panie Miłosz), bo to on jest tutaj najważniejszy, on jest moim bohaterem. Jesienią 1986 roku poznałem Noblistę Czesława Miłosza osobiście. Po wymianie kilku listów poeta zaprosił mnie do siebie w odwiedziny do Berkeley. Nastąpiło to 27 marca 1987 r.  Znajomość nasza rozpoczęła się bardzo prozaicznie, wysłałem  list z prośbą o spotkanie.  Ja, młody gniewny, pełen dumy i pychy autor zaledwie dwóch cienkich tomików wierszy (i to w języku angielskim) uważałem, że dwóch poetów mieszkających tak blisko siebie (Berkeley i San Francisco) powinno się poznać.  I to jak najszybciej. Ostatecznie przejechaliśmy pół świata i widocznie cudowna złożoność życia tak chciała, abyśmy się poznali właśnie tutaj w Kalifornii.  Trzeba mocno wierzyć w to, co się robi, w swoją gwiazdę, aby być poetą, w szczególności na emigracji, w Ameryce. Moja wiara w szczęśliwą gwiazdę mocno była oparta na micie, że w Ameryce wszystko można, wszystko jest możliwie, trzeba tylko chcieć.

Na długo przed pierwszą wizytą u poety naszła mnie wizja jego mieszkania. Podzieliłem się nią z gospodarzem podczas pierwszej cudownej wizyty w jego domu na Grizzly Peak. (Wysokie wzgórze gęsto porośnięte drzewami, przeważnie iglastymi, a dom poety był po prostu do tego wzgórza „przyklejony”. Bardzo mały, drewniany z kawałkiem trawnika -ogrodu z tyłu domu, do którego wychodziło się przez duże rozsuwane szklane drzwi z salonu.  W ogrodzie na granicy posesji rosły kwitnące krzewy). Skąd u mnie taka wizja się wzięła?  Kto mnie nią zainspirował?  Do dzisiaj nie wiem. Jednak wysłuchał mnie bardzo uważnie.

Słabo oświetlony pokój gdzieś na końcu domu. Do pokoju nikt nie ma wstępu: ani żona, ani świeże powietrze, ani słońce. Książki są wszędobylskie, wypełniają pokój od podłogi aż po sam sufit. Cud, że takie wielotomowe kolumny książek-cegieł przy codziennych ruchach ziemi jeszcze się nie rozsypały. Świadczy to o bardzo głębokiej wierze w cuda oraz własną szczęśliwą gwiazdę poety.

Biurko stoi przy oknie. To znaczy biurko już od wielu lat nie spełnia swojej roli biurka, ponieważ nie ma na nim ani jednego centymetra kwadratowego wolnej powierzchni. Obecnie biurko to magnes przyciągający papier. Wśród stosów zakurzonych teczek papierowych, w których kartki dawno już pożółkły, stosy powycinanych recenzji, rachunków za telefon sprzed pięciu lat, gazet we wszystkich językach europejskich, tuziny wpół otwartych książek z zakładkami. Gdzieś na samym dnie leży zakopany notes z najważniejszymi numerami telefonów.

Wśród tych szpargałów leżą prawdziwe perły polskiej poezji. Wiersze napisane trzy lub osiem lat temu, któraś z ich wersji, może piąta, może piętnasta. Ponieważ poeta jest pracowity i bardzo wymagający względem siebie i swojej pracy, jeden wiersz przepisuje wielokrotnie, do momentu aż go zgubi lub o nim zapomni. Na biurku leżą różnego rodzaju prośby młodych poetów o recenzje i wsparcie, błagania o jedno chociażby pochlebne zdanie. Są też na nim mądre rozprawy magisterskie i doktorskie rozkochanych w poezji mistrza kandydatów na stopnie naukowe. Oczywiście poeta nawet do nich nie zajrzał.  Nudzą go takie wynurzenia ludzi zupełnie nieorientujących się w życiu emigranta i jego poezji.

Czasem poeta myśli sobie, że dobrze byłoby wyrzucić część niepotrzebnych papierów do kosza. Kosz od wielu lat jest pełny, tak pełny, że nie ma kosza, a tylko jeszcze jedna sterta papierów w rogu pokoju. A po drugie, komu by się chciało zastanawiać, co wyrzucić?  Przecież najważniejsze papiery leżą na biurku, a te zupełnie nieważne dawno zostały wyrzucone. Na pewno teraz o tym nie będzie myślał, ponieważ pisze poemat o dzieciństwie. W tym celu zebrał wiele książek przyrodniczo-zielarskich, naukowych, pamiętników. Wiadomo, dzieciństwo to okres najważniejszy w życiu poety, w którym kształtuje się osobowość przyszłego poety.

Taką oto opowieścią rozpocząłem swoją rozmowę z panem Miłoszem.  Jest wczesny wieczór, ogień wesoło tańczy w kominku. Jest ciepło i przyjemnie. Wytworzył się wspaniały nastrój poetycki. Mistrz zdążył już podpisać przywiezione przeze mnie sześć książek. Poezja zawładnęła naszymi sercami. Być może twórcza atmosfera wylegująca się w fotelach stwarzała taki poetycki nastrój. Napięcie i straszna trema ze mnie opada, rozluźniam się. Gospodarz oferuje drinka, czuję jak dobra opatrzność boska puszcza do mnie oko.

Cisza. Pijemy alkohol bez słów. Na stole śledzie w oleju i grubo pokrojony czarny gruboziarnisty chleb. Gospodarz nie zagryza, a jedynie wącha chleb i odkłada go na talerzyk. Kot o imieniu Tiny wszedł do pokoju, rozejrzał się, podszedł do mnie i pozwolił się pogłaskać. Rozglądam się po pokoju z ciekawością, poeta siedzi naprzeciwko mnie na długiej kanapie. Z jego prawej strony mały stolik, na nim telefon. Siedzę w wielkim fotelu, dzieli nas ława kawowa. Pani, która otworzyła mi drzwi, ma na imię Carol, nie mówi po polsku, krząta się w kuchni, raz po raz zagląda do pokoju z życzliwym uśmiechem na ustach.

Gospodarz świetnie orientuje się, co gdzie ma, co gdzie leży. Przyjemnie jest go słuchać, na każde moje pytanie odpowiada z ochotą i nieukrywaną przyjemnością. Wymienia daty, szczegóły i okoliczności z taką drobiazgowością, że dech w płucach zapiera. Nie jest przecież pierwszej młodości, ale pamięć trenowana przez lata pozwala mu z łatwością skakać przez wzgórza i doliny naszej najnowszej historii literatury i w ogóle współczesnej historii. Nie męczy jej nawet najlżejsza zadyszka. Widząc, że kilka tytułów tomików poeta ma podwójnych, czy nawet potrójnych, nieśmiało proszę go o podarowanie mi któregoś z nich. Nie odmawia, daruje mi je z dedykacją: Przeczytałem Pana tom, jak to się mówi „jednym tchem”. Bardzo Panu dziękuję za tę lekturę. Szukam określeń, przymiotników, pochwał, które by oddały moje wrażenia (…). Przychodzi mi to z trudem, bo wrażenia są bardzo głębokie i bardzo silne. Myślę, że to jest znakomita literatura i że są w Pana pisarstwie okruchy najszczerszej poezji (…). Zwłaszcza jednak, po raz pierwszy przeczytałem w moim życiu, może poza niektórymi napomknięciami Heleny Modrzejewskiej (…) prawdę na temat rzeczywistości wewnętrznej emigranta-wygnańca-osadnika polskiego w Ameryce. Dociera Pan głęboko i celnie do tych warstw wzruszeń, lęków, marzeń, wyrzutów sumienia, ataków rozpaczy i przypływów nadziei, które są naszym udziałem tutaj. Znam je – a Pan je odkrywa i nazywa. Czyni Pan to w sposób, który można by określić „czułą brutalnością”, albo „serdecznym okrucieństwem”, w każdym razie bardzo celnie, a zarazem w formie godnej wysokiej, wielkiej literatury.

Na biurku średniej wielkości, umiejscowionym przy samym oknie, stoi lampka. Z lewej strony listy przeczytane, na samym wierzchu leży mój sprzed kilku dni, pośrodku nożyk do rozcinania kopert, jakieś zdjęcia, słowniki. Słowem, najwyższej klasy porządek. Od tej dokładności kręci mi się w głowie. Po chwili dowiem się, że gospodarz dba w podobny sposób o swój piękny ogród. W gabinecie jego w Berkeley było zawieszone na ścianie małe kolorowe zdjęcie z papieżem Jan Pawłem II. Stoją obok siebie, dwaj wielcy Polacy, papież patrzy na poetę, a ten trzyma w ręce swoje tłumaczenie Dawidowych Psalmów. 

Nie miałem też odwagi poprosić go o pozwolenie na zrobienie kilku zdjęć. A wiersze, które z sobą przywiozłem, które przez cały czas nie dawały mi spokoju – nawet o nich nie wspomniałem. Po następnym spotkaniu przełamałem się i rozmowa z poetą zeszła też na moją poezję i miesięcznik społeczno-kulturalny „Razem” wydawany w San Francisco przez Krzysztofa Waznera z Tarnowa w latach 1986–1989, którego byłem redaktorem naczelnym. W miesięczniku tym oprócz tego, czym żyła Polonia nad Zatoką San Francisco, korespondencja doktora Wojciecha Wierzewskiego z Chicago, wiadomościami z Polski i z okolic Los Angeles, była publikowana twórczość poetów mieszkających nad Zatoką San Francisco, także wiersze i moje zdjęcia pana Czesława.

W sumie zdjęcia zrobione Panu Czesławowi trzy dekady wcześniej były pokazywane na prawie pięćdziesięciu wystawach na dwóch kontynentach. Były i są świadectwem jego przychylności dla mnie i tego, co robiłem. Bo w jego oczach i na jego oczach zacząłem się stawać kimś innym, ani lepszym, ani gorszym, ale człowiekiem, który zdobył świadomość przestrzeni własnych, tych utraconych i nabytych oraz silną świadomość swych korzeni.  Za co teraz mogę oficjalnie podziękować swojemu Poecie. Serdeczne dzięki Panie Czesławie.

fot. Adam Lizakowski

Po śladach Miłosza

Podobnie było podczas wykładów uniwersyteckich poety, tłumów ludzi  (Amerykanów) nie było, również  rodaków  na  University of California Berkeley nie widziałem. Ale jak to w życiu bywa zdarzają się wyjątki, jednym z nich był wykład prowadzony przez Lillian Vallee młodą tłumaczkę poety, (jeszcze sprzed czasów noblowskich) urodzoną w Niemczech Zachodnich, córkę polskich weteranów II wojny światowej, którzy kilka lat po niej osiedli w Detroit w USA. Lillian miała wykład o Gombrowiczu i jego „Dziennikach”, które jak się później dowiedziałem za namową p. Miłosza tłumaczyła na język angielski.  Do p. Miłosza zwracała się per Czeslaw, oczywiście po angielsku, tak bezpośrednio, jakby była jego rówieśnicą, co mi się wtedy nie podobało i za każdym razem, gdy mówiła Czeslaw to, Czesław tamto, krew burzyła mi się w żyłach, będąc już pięć lat w Ameryce jeszcze nie mogłem się przyzwyczaić, że bardzo młoda osoba mówi do tak szacownego człowieka per ty. Ale taka jest właśnie Ameryka, i nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego moi profesorowie kazali mi mówić do siebie po imieniu, bo według nich zwracanie się po nazwisku dość dziwnie brzmi w ich uszach. Współpraca Miłosza z Lillian pokazała, że Miłosz nie był tak do końca egoistyczny i zapatrzony tylko w siebie, jak go spostrzegano, on o polską kulturę dbał jak mało kto i trudno się dziwić, że z czasem poczuł się jak prawdziwy jej gospodarz.

Byłem prawdopodobnie jedynym Polakiem, obcym,  tzn. niezwiązanym z poetą w żaden sposób, który chodził  za nim po księgarniach, teatrach, instytucjach kulturalnych, na wykłady akademickie oraz w miejsca, w których poeta miał odczyty. Nawet jeździłem za nim po miastach wokół San Francisco, np. Palo Alto, gdzie w 1987r., na Uniwersytecie Stanforda, odbierał Nagrodę Praw Człowieka Fundacji Aurora w imieniu państwa Zbigniewa i Zofii Romaszewskich, którzy nie mogli odebrać jej osobiście.

Nie było tak zwanej “chemii” jak mówią Amerykanie pomiędzy nim a rodakami. Zabrakło jakiejś osoby, która by potrafiła przekonać obie strony do wzajemnej “miłości”, na której skorzystałyby na pewno obie strony. Przede wszystkim poeta piszący tylko i wyłącznie po polsku miałby czytelników czy nawet tylko słuchaczy, to to bardzo by mu pomogło psychicznie, a Polacy wiedzieliby, że są znani nie tylko z ciężkiej ponad ludzkie siły pracy, ale i mają swoich ludzi w strefie kultury amerykańskiej. Do spotkania jednak z poetą doprowadziłem w roku 1989, była to jesień i akurat autor „Ogród Nauk” został przeze mnie „przyłapany w Berkeley”. Jeden krótki telefon i poeta wyraża zgodę, drugi szybki telefon do naszego księdza proboszcza Andrzeja Maślejaka, ten też wyraża zgodę, „cały szczęśliwy”, że spotkanie może odbyć się w kościele, czyli na gruncie neutralnym. Wysłałem po poetę koleżankę Wiesławę samochodem do Berkeley, która poetę zabrała spod jego domu do kościoła i po spotkaniu z nim odwiozła go pod dom. Czy było wiele osób, tak było, zainteresowanie duże, choć to był zwykły szary dzień roboczy i na dodatek jesienny i deszczowy. Najważniejsze, że pan Czesław nie odmówił ani mnie, ani rodakom. Zrobił to bezinteresownie, podarował nam swój czas i jego decyzja bardzo podobała się młodym rodakom, pokazał, że może nie jest jednym z nas ciężko pracujących fizycznie na budowach, warsztatach, magazynach wielkich sklepów, ale jest jednym z nas ciężko pracującym za biurkiem ku chwale polskiej kultury. A mam poza ciężką pracą on był potrzebny, jego wiersze, aby wśród Amerykanów, Meksykanów, Wietnamczyków i wielu innych, móc powiedzieć, my tu ciężko tyramy, pot cieknie nam po plecach, ale tam w Berkeley na wzgórzu jest taki gość, jeden z nas, co ma łeb jak sklep i jeszcze mu rośnie. Ten kosmita rozmawia z diabłem w nie wiadomo, jakim języku, ciągnie go za ogon, ten mu wszystko mówi jak na spowiedzi, a poeta spisuje to po polsku. Jak tylko może obsmarowuje na czarno diabła przed Panem Bogiem, robiąc piekło jeszcze czarniejsze niż jest, pod warunkiem, że Pan Bóg umie czytać po polsku.

Dzięki poecie z Berkeley…

Dzięki poecie z Berkeley poznałem poetę z Krakowa Adama Zagajewskiego, który był już poetą z Paryżu i od czasu do czasu odwiedzał Amerykę i Kalifornię.  29 kwietnia 1989 roku Zagajewski miał spotkanie autorskie w San Francisco w kościele The First Unitarian Church. W spotkaniu tym wziął udział jeszcze jeden tłumacz Miłosza profesor, poeta Robert Hass z macierzystego uniwersytetu poety w Berkeley. Całość poprowadziła pani Victoria Nelson z San Francisco Poetry Center. Celem spotkania była promocja najnowszej książki Zagajewskiego przetłumaczonej przez duet tłumaczy Miłosza na angielski wspominanego już R.Hassa i Renatą Gorczyńską. Tomik wydało bardzo dobre wydawnictwo w Nowym Yorku, Farrar, Straus and Girroux w 1985 roku.

Po spotkaniu poszliśmy grupą przyjaciół do chińskiej restauracji, tam przy rybie podanej w całości w chińskich warzywach, zupie z chińskimi pierożkami, rozmawialiśmy o życiu na emigracji i w Polsce, o poezji i codziennej pracy, która pozwalała zapłacić rachunki.  Zagajewski mruczek, ale mówiący świetnie po angielsku ciekawy był jak się żyje w San Francisco, skąd pochodzimy z Polski a my jak się żyje w Paryżu. W pewnym momencie, gdy poeta z Paryża po wysłuchaniu mnie i tego, że jestem z Dzierżoniowa (czasem mówiłem, że jestem z Pieszyc, czasem z Dzierżoniowa) miło i sympatycznie wspominał Dni Literatury w Dzierżoniowie, (organizowała je pani dyrektor MBP Maria Zarzycka – Chołody wraz z Domem Kultury „Pegaz” w latach siedemdziesiątych) czując się jakoś lekko na sercu, nabrałem odwagi i zapytałem się czy nie zabrałby ze sobą kilka moich wierszy do Paryża do „Zeszytów Literackich”, ale on spokojnie odpowiedział, abym je wysłał pocztą.

Dzięki poecie z Berkeley miałem dużo więcej szczęścia w Paryżu w „Kulturze” prowadzonej przez redaktora Jerzego Giedroycia.  Moje szczęście polegało na tym, że to nie ja wysyłałem swoje wiersze do wielkiego redaktora a sam pan Czesław, który zawsze mnie uprzedzał, że Giedroyć na poezji się nie zna, i absolutnie nikt nie ma na niego wpływu. On publikuje to, co uważa za słuszne, co jemu się podoba, i nigdy się nie ugina w tym, co robi, nawet przed największymi autorytetami. Tak się dla mnie szczęśliwie złożyło, że moja twórczość mu się spodobała. Był też jedynym w Europie redaktorem, który za wiersze płacił, nawet takim jak ja początkującym poetom. Co oczywiście bardzo mi się spodobało i nigdy moja wdzięczność i szacunek dla tego wielkiego człowieka nie wygaśnie. A na łamach „Kultury” opublikowałem ponad dwadzieścia wierszy i o San Francisco i o Pieszycach i Górach Sowich, i o Kalifornii i Mozarcie, Dolnym Śląsku, emigrantach i Polonii amerykańskiej, etc.

Literacki Paryż bardzo mnie interesował z czasem poznałem korespondencyjnie ciekawego człowieka i poetę Macieja Niemca, tam mieszkającego redaktora pisma pt. „Kontakt” wydawanego przez sławnego w Ameryce wówczas działacza Solidarności Mirosława Chojeckiego. Z czasem wysłałem do redakcji fragment mojego dziennika kalifornijskiego i tak rozpoczęła się ciekawa korespondencja i papierowa znajomość.  Natomiast z poetą Adamem Zagajewskim spotykałem się wielokrotnie w Stanach w San Francisco w Chicago w Krakowie i po raz kolejny po latach w roku 2010. Wtedy poprosiłem go o napisanie wstępu do mojego zbioru wierszy pt. 156 listów poetyckich z Chicago do Pieszyc i ku mojemu miłemu zaskoczeniu poeta się zgodził, wprawdzie zajęło mu to prawie pół roku, ale jedną stronę maszynopisu napisał. Dołączyłem ją do maila, który wysłałem do Pieszyc, do Wydziału Promocji Miasta, który prowadził i finansował całe przedsięwzięciu i pech ciał, że słowo wstępne poety krakowskiego, gdzieś się zapodziało. Kilka lat później będąc w Krakowie zadzwoniłem do niego z prośbą o spotkanie, ale był zbyt zajęty, jednak wskazał miejsce (kawiarenka) gdzie zostawiłem dla niego ów tomik wierszy, bez wyjaśniania, dlaczego nie ma w nim jego wstępu. Wstęp pana Zagajewskiego był dla mnie dużą radością i wyróżnieniem i na prawdę bardzo się nim cieszyłem, tym bardziej, że sam mistrz Miłosz zawsze, ale to zawsze mówił o twórczości z dużym uznaniem i to publicznie i wśród znajomych. Pamiętam, że raz, a było to w roku 1988 po spotkaniu poetyckim, w którym pan Czesław mówił o poezji polskiej, gdy podszedłem pogratulować mu wystąpienia, ze zmartwioną miną zapytał się mnie czy mi się podobało (często się mnie pytał, co myślę o jego najnowszej książce, publikacji czy wierszu, wieczorze autorskim) i nawet nie czekając na odpowiedź dodał, zapomniałem wspomnieć Staszka Barańczaka. Tak, pan Adam Zagajewski był jego zdecydowanym faworytem.

Fundacja Wandy Tomczykowskiej

Fundacja The Polish Arts and Culture znajdowała się w bardzo dobrym miejscu w San Francisco, przy głównej ulicy Van Ness i róg Sutter Ave. Tam w roku 1985, czy 1986, poznałem pana profesora Aleksandra Fiuta, który właśnie przybywał u poety z Berkeley.  Nie pamiętam, czy udało mu się namówić pana profesora, aby zaprosił Miłosza na spotkanie z członkami fundacji. Tego dzisiaj, trzydzieści lat później, nie potrafię powiedzieć. Fundacja odgrywała bardzo ważną rolę w promocji kultury polskiej w Kalifornii i była chyba jedyną instytucją kulturalną w Ameryce, w której codziennie od godziny 10 rano do 17 ktoś pracował. Nie muszę dodawać, że była to fundacja jedno osobowa pani Wandy Tomczykowskiej i ona była jej założycielką, dyrektorką, sprzątaczką i całą fundacją w pełnym słowa tego zrozumieniu. Żyła chyba nie z pracy dla fundacji, ani z składek jej członków, ale z niskiej amerykańskiej emerytury, chyba po zmarłym mężu polskiego pochodzenia żołnierzu armii amerykańskiej, którego poznała w Berlinie tuż po zakończeniu II wojny światowej. Walka o każdego dolara, była tlenem, którym oddychała w każdej sekundzie – przeważnie się dusiła- ale dzielnie walczyła o każdy oddech. Organizowała różne imprezy kulturalne, na które zapraszała Amerykanów serwując im polskie obiady, na których ja, od czasu do czasu, byłem kelnerem, a jak szczęście mi dopisało, to także stałem na zlewie myjąc naczynia po imprezie. Wanda pięknie nakrywała stoły w polskie obrusy, bogate zastawy częstując Amerykanów pierogami i barszczem czerwonym, gołąbkami i zupą grzybową.  Sprzedawała polskie stroje ludowe, dżemy truskawkowe i śliwkowe, bursztyny i wyroby ze srebra i wszystko to, co się tylko dało, aby związać koniec z końcem, aby każdego miesiąca zapłacić za czynsz, światło, parking i za most Bay Bridge, bo nie mieszkała w San Francisco, ale z drugiej strony zatoki, tak jak poeta w Berkeley. Czasem do niej też się los uśmiechał, jakiś milioner z Napa Valley znanej na cały świat doliny win, dał jej kilka flaszek taniego wina, wtedy z radości klaskała w dłonie, cieszyła się jak dziecko i kelnerzy też. Czy była lubiana przez rodaków, można powiedzieć, że nie.  Czy szanowali to, co robiła dla polskości, też można powiedzieć, że nie. Była bardzo wyniosła, snobistyczna, może nie gardziła tymi co do niej nie przychodzili, ale jako Polka czuła się od nich ważniejsza. Jej praca według niej na polu polskości była ważniejsza od ich pracy na polu kultury. Ironizowała, że są prezesami, dyrektorami, przewodniczącymi organizacji składających się tylko z prezesa i dwóch zastępców wiceprezesów. Ale tak faktycznie wyglądały polskie organizacje w San Francisco i tak wyglądała polskość nie tylko w San Francisco, ale w całej Ameryce. Polacy nie garnęli się do Polaków, ani do polskich organizacji, a jeśli już ktoś coś chciał zrobić, szydzono z niego lub po prostu zostawał komunistą, wtyczką, agentem, etc.

Polonia w San Francisco uważała ją za agentkę komunistyczną, za wtyczkę, tajnego współpracownika, czy nim była, tego nie wiem i nie chcę wiedzieć. Dla mnie była bardzo ważna, bo miała prasę, książki, filmy z Polski. W jej organizacji prowadziłem od czasu do czasu spotkania, wykłady poetyckie między innymi o Herbercie, Różewiczu, Grochowiaku i wielu innych. Na jednym z takich wykładów pojawił się Marek Nowakowski, za te wykłady nikt mi nie płacił, ale mogłem się napić wina, zjeść orzeszków kalifornijskich czy brazylijskich lub ciastek.

Wanda i jej fundacja była dla mnie oknem na kraj, z którego uciekłem kilka lat wcześniej. To, że gościła, od czasu do czasu, ludzi kultury z kraju było dla mnie ucztą duchową. To, że mogłem dorobić kilka dolarów na zmywaku lub jako kelner do skromnego od Reagana zasiłku, które wydałem na książki i bilet do Miłosza, było miłe z jej strony.  U niej w fundacji poznałem prozaika Marka Nowakowskiego, Aleksandra Fiuta, Barbarę Kraftównę, Zbigniewa Brzezińskiego oraz wielu innych wybitnych ludzi pióra czy sceny polskiej.

Z panem Aleksandrem najpierw u pani Wandy zamieniłem kilka zdań, pracując tam jako nakrywający do stołu i kelner. Kilka dni później rozmawiałem z nim przez telefon na temat sytuacji młodych polskich poetów w Ameryce, gdzie tu drukować, bo wiadomo w Europie polskich czasopism było kilka a w Ameryce nic. Oczywiście był w Nowym Yorku „Nowy Dziennik” wraz z dodatkiem literackim pt. „Przegląd Polski”, który redagowała pani Julita Karkowska z Wrocławia, ale to było stanowczo za mało. Pan Aleksander polecił mi paryskie „Zeszyty Literackie”, ale i ostrzegał abym najpierw gdzieś je kupił i przeczytał, wczuwał się w poezję poetów tam publikujących swoją twórczość zanim zacznę wysłać wiersze. Był dla mnie życzliwy, ale w jego głosie mimo wszystko wyczułem jakąś nieznaną mi wyższość, czego nigdy nie czułem w głosie pana Czesława. Jego rada wydała mi się zbędna i trącała myszką, ale gdy dłużej pomyślałem to doszedłem do wniosku, że absolutnie miał sporo racji, bo ilu poetów zapomina przeczytać czasopismo i „na ślepo” śle swoje wiersze.  Wiele razy tak robiłem wysyłając swoje wiersze po angielsku do amerykańskich czasopism, znając je tylko z tytułów.  Kupno „ZL” rozciągnęło się w czasie, tak łatwo nie można było dostać je w Kalifornii i zajęło to sporo czasu, zanim leżały na moim biurku.

Jak poznałem ogrodnika poety

Osobiście nie znałem Marka, ale przechodząc koło domku nie sposób było go nie zauważyć, gdy się krzątał wokół „swojej posesji”. Gdy rozmowy o poezji i życiu przeciągały się, robiło się zbyt późno abym czekał na autobus, czy szedł na nogach do kolejki podmiejskiej, wtedy pan Czesław dzwonił po Marka a ten czekał na mnie na górze przy garażu, zawoził mnie na stację BART. ( Bay Area Rapit Transportation). Młodzi mieszkali, kilkanaście stopni wyżej od domu poety zwanego „Dom na Kurzej Stopce” (taki był mały, jedno piętrowy) w wygodnym pomieszczeniu poniżej garażu, w małym drewnianym domku, zwanym dwuznacznie „Grass House” zawsze pełnym gości. Nie jestem pewien czy pan Czesław wiedział o tym, jak młodzi nazwali jego domy, ale myślę, że uśmiałby się szczerze z tym określeń.

W samochodzie, jak się dowiedziałem, pana Czesława, bo mój kierowca nie miał jeszcze swojego, rozpoczęliśmy rozmowę, jak to emigranci od tego, kto skąd jest z Polski, jak się znalazł w Ameryce, jak mu się tutaj żyje? Marek był bardzo ciekawy skąd jestem, jak poznałem pana Czesława, co u niego robię godzinami, także wyczuł ode mnie alkohol, więc nie musiał się domyślać, że piliśmy. W telegraficznym skrócie, po dziennikarsku, jak mnie uczyli Amerykanie w szkole, trzysta słów w trzy minuty, stosując odpowiednie pauzy, i ani jednego więcej słowa.  Po angielsku nazywa to się „presentation”, czyli w tym przypadku przedstawienie siebie samego a po polsku chwaleniem się. Opowiedziałem memu kierowcy o sobie, (po raz milion dwieście tysięczny raz), bo opowiadanie o sobie na emigracji to taki zwyczaj, nawet rytuał. Powiedziałem, że jestem z Dolnego Śląska, to znaczy z Dzierżoniowa, a to znaczy, że z pobliskich Pieszyc, a to znaczy z Gór Sowich, a to są Sudety Środkowe, że pracuję i mieszkam w San Francisco, w samym centrum miasta na ulicy Leavenworth a pracuję jako apartament manager małego budynku, bo tylko osiemnaście mieszkań, praca nie jest ciężka, najważniejsze to dopilnowanie, aby mieszkańcy płacili na czas, reszta to właściwie pikuś, ale ważne a właściwie obowiązkowe było to, że muszę przebywać w budynku od 22 do 6 rano. Poza tym muszę dbać o czystość budynku, od czasu do czasu odkurzyć schody, pozbierać papiery sprzed budynku, przetrzeć szklane drzwi wejściowe z klamką mosiężną i polerować specjalną pastą skrzynkę na listy, ot takie tam duperele. Poza tym jestem studentem San Francisco City College, studiuję dziennikarstwo, które bardzo lubię, a moim ulubionym zajęciem jest robienie wywiadów do naszej studenckiej gazety „The Guardsman”. Jestem reporterem a do moich obowiązków należy przeprowadzić raz w miesiącu wywiad ze studentami na dowolny temat typu, co pan/pani myśli o samochodach w kolorze czerwonym, i czy ludzie jeżdżąc taki samochodami, są inni niż ci, co jeszcze np. białymi. Do wywiadów na kampusie wybierałem najładniejsze studentki, oczywiście musiałem pamiętać, aby były i czarne i białe, hinduski i Azjatki, etc. Chłopców też wybierałem do tych wywiadów, aby była równowaga, etc. Czasem był ze mną fotograf, czasem nie, wtedy sam robiłem dziewczyną zdjęcia, a one się do mnie przeważnie przymilały, pytając się skąd jestem, i co to mam za akcent, taki śmieszny. Na początku mówiłem, że jestem z Poland, ale większość myślała, że z Holland, bo nie wiedziały, że jest taki kraj jak Poland. Z czasem wpadłem na pomysł i mówiłem im, że jestem z innej planety niż Ziemia, że jestem kosmitą. To im się podobało, a ja nie musiałem się irytować ich arogancją. To bardzo Marka ubawiło, dodałem też, że piszę wiersze, mam małe dwa tomiki po angielsku i należę do grupy poetów z San Francisco Hospitality House, gdzie mamy tzw. workshopy w każdy poniedziałek od 6 do 8 wieczorem.  Że bardzo często drukuję swoje wiersze w miesięczniku ‘The Tenderion Time”, który ta organizacja wydaje, a tak generalnie to nie narzekam i bardzo mi się w Kalifornii i San Francisco podoba. Mam swojego tłumacza z polskiego na angielski, mojego już teraz przyjaciela Richarda Rehla, itd. Żyć i nie umierać.

Od Marka dowiedziałem się, że artystą, interesuje się teatrem, sam nawet napisał jakąś sztukę teatralną, jeszcze w Polsce, ale teraz jest studentem the San Francisco Art Institute na wydziale tak modnego wówczas video. Jakim cudem spełniał jak to u pana Czesława bywało różne „role domowe” tego momentu jego wypowiedzi nie zapamiętałem. Z czasem pan Czesław opowiedział mi o nim jako o ogrodniku, miał nim być, czyli kimś, kto dogląda ogród, dom, rynny czyści z liści i igieł sosnowych, przegania szkodniki wiewiórki, (było ich tysiące) sarny i jelenie, które chodziły sobie spokojnie po ogrodach, jedząc wszystko to na co miały ochotę (posesje wokół domów nie były ogradzane, nie było płotów, itp.), zjadając kwiaty, etc. Marek coś tam przycina, podcina, grabi, sadzi, ale tego chyba nie robił. Pan Czesław bardzo bał się o swój dom na „Kurzej Stopce”, nie dosyć, że był drewniany, to „wyrósł” dosłownie w lesie, pośród wielkich drzew, sosen kalifornijskich, które podczas dużych wiatrów mogły mu zagrozić. Na pytanie pana Czesława, co Marek myśli o tych drzewach, ten zapytał się poety, na jakiej wysokości chce, aby je ściąć. Zdaje się, że to była ostatnia ich rozmowa na temat ogrodnictwa.

Rozmowę z Markiem musiałem kończyć, choć bardzo miło nam się rozmawiało, chciałem zdążyć na ostatni podmiejski pociąg do San Francisco. Na koniec Marek zapytał się mnie, o czym rozmawiam z Miłoszem przez tyle godzin, gdy mu odpowiedziałem, że o poezji, popijać wiersze wódką, że poeta pyta się mnie, co o myślę o jego wierszach, które nie wiedząc czemu czytał mi je na głos, prosząc o moją opinię, a na koniec powiem ci w sekrecie – tajemniczo popatrzyłem na Marka – poeta pisze dziennik pt. „Rok Myśliwego” i też obszerne fragmenty tego dziennika czyta mi na głoś. Mój kierowca zrobił taką minę, jakby prąd go kopnął.

Marek po dwóch latach znajomości był już moim przyjacielem, który poznał moich wielu przyjaciół, m.in arcyciekawego pana Stanisława Ludwika Lewickiego urodzonego w 1910 roku w Czerniowcach, nauczyciela łaciny, oraz mojego przyjaciela tłumacza Richarda Rehla, który był świadkiem na moim ślubie. Z czasem poznałem Marka bliżej i dowiedziałem się, że mocno związany z „Solidarnością” w Częstochowie, za swoją działalność był internowanym w czasie stanu wojennego, po wyjściu jak to określił z „internatu” razem z Anią zdecydowali się na emigrację, najpierw do Francji, a później do Kalifornii. Pan Czesław był ojcem chrzestnym ich córki Natalii.

fot. Adam Lizakowski

Ślub

Pierwszego grudniu roku 1989 był mój ślub, pan Czesław przyjął zaproszenie osobiście, bo z narzeczoną pojechałem do niego do domu, aby mu je wręczyć. Na naszym ślubie miał być wraz z Carol, ale się nie pojawił, natomiast wysłał piękny kosz kwiatów wraz z przeuroczą kartą ślubną i życzeniami. Zaproszenie też zostało wręczone osobom z kręgu poety, wspomniany już wcześniej Marek Pacholec wraz ze swoją dziewczyną Anią.  Na ślub zaprosiłem też sekretarkę pana Czesława wraz z mężem, ale ona przyszła z Pacholcami, bo on akurat odbywał jakąś praktykę zawodową w Moskwie.  Bardzo miła i sympatyczną dziewczyną, z którą rozmawiałem przez telefon, gdy pana Czesława nie było w domu. U niej też zostawiałem wiadomości dla niego, które ona mu zawsze dostarczała

Przeprowadzka z San Francisco do Chicago 1991. Lata 90’                   

Zimą 1990 roku z żoną zadecydowaliśmy przeprowadzić się do Chicago, powodów było kilka, żona pierwsza wyleciała samolotem przed Nowym Rokiem, miała znaleźć mieszkanie i pracę dla siebie, może nawet i dla mnie. Praca, to był główny powód wyjazdu, ona nie mogła znaleźć dobrze płatnej pracy w San Francisco, bo nie mówiła po angielsku.  Ja musiałem czekać do wiosny aż śniegi w Sierra Nevada i Środkowego Zachodu w Utah, Nebrasce, itp., stopnieją. Miałem „na głowie” wiele spraw dopilnować, pozamykać, zlikwidować mieszkanie, zapakować meble i inne rzeczy na auto i w drogę przez Amerykę prawie trzy tysiące kilometrów. Wyjechałem wypożyczoną pół ciężarówka z firmy U-Haul w kwietniu 1991 roku. Nie bardzo chciałem wyjeżdżać z San Francisco, rok wcześniej skończyłem z dziennikarstwem i przeniosłem się z City College of San Francisco na Wydział Slawistyki University of California w Berkeley. Trzęsienie ziemi jesienią 1989 było następnym powodem, dla którego musieliśmy wyjechać z miasta, „ono napędziło” żonie sporo strachu. „Złapało ją” w samochodzie na środku ulicy, przestraszyła się mocno, bardzo mocno, jak ściany domów i latarnie uliczne leciały na nią. Zginęło kilkanaście osób, dwie dzielnice nadmorskie prawie się zapadły. Ja przeżyłem kilka mniejszych trzęsień w Kalifornii i jakoś się nie bałem, jej było to pierwsze i ostatnie. W San Francisco mieszkała tylko trzy lata, a przeleciała do Ameryki z Belgii z Brukseli, gdzie mieszkała wiele lat. Teraz, gdy wspominam pana Czesława, to wydają mi się śmieszne te nasze spotkania, żona nie znała angielskiego więc z Carol rozmawiała po francusku, a ja z panem Czesławem po polsku lub po angielsku, w zależności, czy była z nami Carol czy nie. Chicago w porównaniu z San Francisco, było dużo tańsze, a także oferowało dużo więcej pracy, poza tym tęskniliśmy z żoną do Polaków, od których w San Francisco byłem odizolowany. Miałem pisać przecież po polsku, a nie silić się na angielski, bo pan Czesław dobrze mi wytłumaczył, że poetą amerykańskim nie będę. Oczywiście o swoich zamiarach poinformowałem pana Czesława, który tym się nie ucieszył, podobnie jak moi amerykańscy przyjaciele, na wieść o wyjeździe do Chicago pukali się w czoło.  Chicago kojarzyło im się z czymś dużo gorszym niż San Francisco. Rozumiałem ich i nie miałem zamiaru bronić Chicago, którego jeszcze nie widziałem, a z drugiej strony można zadać sobie pytanie, ile jest takich miast w Ameryce, na świecie, co mogą równać się z San Francisco?

Moja podróż z San Francisco do Chicago trwała cztery dni, bez nerwów, bez pośpiechu dojechałem szczęśliwie, cały i zdrowy – jak to się mówi – bez większych przygód po drodze. Żona faktycznie wynajęła mieszkanie w domu jedno piętrowym w dzielnicy kiedyś ukraińskiej, obecnie meksykańsko- portorykańskiej na ulicy Fullerton, ale właścicielem naszego mieszkania był Ukrainiec Ivan. Zajmowaliśmy wysoki parter pięć pokojów, (140 mkw.) a na pierwszym piętrze, mieszkała wieloosobowa rodzina Polaków, byłych mieszkańców spod Białegostoku. Chicago przyjęło mnie wielką ulewą, ale rodacy bardzo serdecznie. Spodobało mi się miasto, mieszkaliśmy bardzo blisko polskiej dzielnicy Jackowo, w sumie na nogach można było dojść wszędzie, lokalizacja świetna, bo w samym sercu dzielnicy Logan Square na północy miasta. Żoną już pracowała, jako gosposia u bardzo bogatego człowieka, zawodowego maklera giełdowego pochodzenia francuskiego, który był już na emeryturze, ale wciąż kupował i sprzedawał tak zwane „stock”. Multimilioner mający mieszkanie ponad 200 mkw., (całe piętro) w dzielnicy milionerów Golden Coast nad samym brzegiem jeziora Michigan. O panu Czesławie nie zapomniałem i o poezji też, bardzo szybko zorganizowałem grupę poetycką pod nazwą „Niezapłacony Rent”, poetów i poetek w Chicago nie brakowało, a aktorów jeszcze było więcej. Były też tak zwane programy autorskie radiowe emitowane ze polskiej stacji radiowej WPNA z przedmieścia Chicago, miejscowości Oak Park, w której to mieszkał poeta Tymoteusz Karpowicz. Tak dziwnie się składało, że spora część programów była prowadzona przez aktorów, choćby program „Na serio”, Ewy Milde i Bogdana Łańko, którego często byłem gościem. O zacięciu literackim był też program Sylwestra Skóry „O nas dla nas”, który prezentował moją twórczość na falach radiowych swojego programu. Bardzo życzliwi byli dla poetów też aktorzy, właściciele programu „Pół żartem, pół serio”, Barbara Choroszy i Andrzej Szopa. Po roku miałem już prawie trzydzieści wierszy chicagowskich, które wysłałem do pana Czesława z prośbą o ocenę i kilka słów, co o nich myśli. Fragment jego listu włożyłem na tył okładki tomiku, który wydałem jesienią 1992. Tomik ukazał się w serii wydawniczej, jako druga pozycja, grupy poetyckiej „Niezapłacony Rent” pod tytułem „Współczesny prymitywizm”. Pan Czesław pisał tak:

Drogi Panie Adamie!

Otrzymałem Pana wiersze i przeczytałem je zaraz, co u mnie jest częste, bo dostaję mnóstwo skryptów i po zaglądnięciu odkładam… A wiec jednak opłaca się pisać prawdę czy też starać się pisać prawdę, i to właśnie Pan robi, wbrew przyjętym opiniom, że ”poezja” to co innego niż pisanie prawdy. Nawet z tak okropnej rzeczywistości jak polskie Chicago można więc coś zrobić.

Ostatnie zdanie było bardzo kontrowersyjne i nawet nie przepuszczałem, że stanie się kością niezgody pomiędzy mną a Polonią chicagowską. To, że nakład tysiąca egzemplarzy tomiku sprzedam w jeden rok nawet nie marzyłem, zgodnie z oczekiwaniem, zajęło mi to prawie dwadzieścia lat. Nie jest tajemnicą, że poezji nikt nie kupił, ale „całe Chicago wiedziało”, że Lizakowski z Miłoszem obraża rodaków ciężko pracujących w Chicago. Pomysł z przedrukowaniem fragmentu listu pana Czesława okazał się bardzo niefortunny, pomimo fantastycznych znajomych, przyjaciół, którzy, wiele lata swojego życia poświęcili na promocji polskiej kultury w Chicago, Ameryce, ani jedna osoba nie była w stanie wyżyć z polskiej kultury. Taka była prawda, smutna i ciężka, którą doświadczyłem osobiście. Setki ludzi, którzy nigdy nie byli na moim spotkaniu poetyckim w Chicago, nie widzieli ani jednego tomu moich wierszy, nie przeczytali ani jednego wiersza, mieli o mnie złe zdanie, bo według nich obrażałem „tysiące Polaków w Ameryce”, powstało wiele nieporozumień, wiele różnego rodzaju plotek, podawanych z ust do ust przez ludzi, których nigdy nawet nie widziałem na własne oczy.  Kroplą, która dopełniła „czarę goryczy” był wiersz z tomiku opublikowany na łamach listopadowej paryskiej „Kultury”, (1992), pod tytułem „Prezes”, który został zrozumiany, jako mój atak na prezesa Polonii Amerykańskiej, Edwarda Moskala. Z czasem ta burza poza moim plecami ucichła, ja nie za bardzo się tym wszystkim przejmowałem, ale moja żona tak, co oczywiście kładło się cieniem na nasze życie małżeńskie.  Żona uważała też, że pisanie wierszy i całe te zamieszanie z panem Czesławem szkodzi naszemu biznesowi, bo w 1993 roku założyliśmy księgarnię, najpierw jedną na południu Chicago na Archer Ave., a drugą na północy na Belmont Ave., i nazwaliśmy ją na cześć naszej wspaniałej złotej Kalifornii „ Polska Księgarnia Golden Bookstore.” O nieporozumieniach z tomikiem wierszy nie mówiłem, ani nie pisałem do pana Czesława, bo wydawało mi się to jako kuriozum, nie warte zawracania poecie głowy.

Pan Czesław zdecydował przenieść się z Kalifornii do Krakowa w 1993 r., nie od razu na stałe, wiem, robił to stopniowo, dlatego kontakt był bardzo luźny.  W roku 1993 po raz ostatni spotkałem się w Chicago w 1993 roku, gdy zawitał do miasta wraz z małżonką Carol zaproszony przez Chicago Arts Instytut, po spotkaniu poeta zaprosił mnie wraz z moją żoną do hotelu na następny dzień.

W 1994 roku pojawił się młody zaradny życiowo poeta z Opola Paweł Marcinkiewicz, zadzwonił do księgarni, umówiliśmy się, zaprosiłem go do siebie do księgarni. Paweł pracował gdzieś na przedmieściach Chicago jako opiekun do starszej osoby. Celem jego pobytu w Chicago, jednak nie była praca zarobkowa, a gromadzenie materiału do pracy magisterskiej. W sumie być w Chicago i nie pracować, to trzeba być niesamowitym frajerem, więc obie prace były ważne, bo coś tam praktyczny poeta wypominał o kupnie mieszkania. 

Spotkaliśmy się kilka razy, bardzo miło i ciekawie mi się rozmawiało z nim i tak od słowa do słowa on opowiadał o Polsce, co się tam dzieje w poezji, literaturze, a ja opowiadałem o swoim życiu i tym sposobem dotarłem do pana Czesława. Paweł z czasem poprosił o adres domowy poety do Berkeley, na który napisał do niego list, a (pan Czesław kosmita) odpisał mu prawie natychmiast.  Pół roku Paweł wrócił do Opola a w roku 2000 wraz z kolegą poetą z tego samego miasta Jackiem Podsiadło zostali laureatami nagrody Czesława Miłosza.  Paweł Marcinkiewicz nie był jedynym poetą, który poprosił o adres pana Czesława z myślą o napisaniu do niego.  Takich Marcinkiewiczów rozsianych po całym świecie, do których pan Czesław odpisywał i to błyskawicznie były setki, może nawet i tysiące. W samym Krakowie będzie ze dwieście osób, (jeśli nie więcej) do których poeta kosmita pisał, prowadził z nimi korespondencje. A gdzie Wrocław, Poznań, Gdańsk czy Lublin, etc. Jeden z najwybitniejszych badaczy, naukowców zajmujących się twórczością pana Czesława, pan Aleksander Fiut, także przyjaciel Noblisty (nigdy nie byłem przyjacielem Noblisty, nie dostąpiłem tego zaszczytu) w wywiadzie dla stron internetowych Culture.pl powiedział (9): Adres miałem od Jana Błońskiego, z którym się przyjaźniliśmy. Zaraz dostałem odpowiedź, co było dla mnie ogromnym wydarzeniem. To tak jakby dostać list od Mickiewicza! Bo już wówczas uważałem, że jest to największy polski poeta. Osobiście poznałem ze trzydzieści osób, do których pan Czesław napisał lub odpisał, w rozmowie ze mną każda z nich twierdziła, że listy od poety z Berkeley są dla nich bardzo ważne.  Adres poety udostępniłem też dziennikarce chicagowskiego „Dziennika Związkowego” Bożenie Jankowskiej z Warszawy. Uważałem, że jej poezja może spodobać się panu Czesławowi. I się nie pomyliłem, bo poeta odpisał, pochwalił ją, a ta fragment listu włożyła na okładkę swojej następnej książki z wierszami. Na marginesie mogę dodać, że pan Czesław właściwie nigdy nie odmawiał moim prośbą, i gdy pojawiali się rzadko, bo rzadko, ale się pojawiali goście z Polski jak na przykład wspaniały pisarz, piewca Warszawy i nie tylko Marek Nowakowski, pan Czesław po moim jednym telefonie zgodził się abym go przywiózł do niego na krótką rozmowę. Pan Czesław lubił pomagać, i był chętny do odpisywania na listy ludzi, nie wiem, czy wszystkim i każdemu odpisywał, ale ludziom z mojego kręgu tak. Bardzo go za to ceniłem i podziwiałem, wielki wspaniały poeta, a znalazł czas dla każdego. Od czasu do czasu dzwonił do mnie do Chicago, do księgarni, z prośbą o polskie książki, nawet o rozmówki polsko- angielskie, czy słowniki polsko-angielskie dla swoich znajomych w Kalifornii. 

W roku 1995 zwróciło się do mnie Wydawnictwo Dolnośląskie z Wrocławia z prośbą o udostępnienie zdjęć profesorowi Andrzejowi Zawadzie, który rozpoczął pracę nad książką pt. „ Miłosz” wydanej w serii „A to Polska właśnie” i tak rozpoczęła się moja trzecia  przygoda tak zwana  fotograficzna z Czesławem Miłoszem, która trwa do dzisiaj. Zdjęcia poety były wystawiane już  w wielu miejscach od Chicago po Wilno i od Pieszyc po Warszawę, były też zamieszczone w wielu pismach literackich wydawanych w kraju i za granicą.

Z upływem czasu pan Czesław przebywał w Polsce więcej i więcej, o tym jak mu się tam żyje prywatnie, dowiadywałem się od mojego przyjaciela i dobrego znajomego noblisty, poety Marka Skwarnickiego. (Poznałem go dzięki Miłoszowi, bo wysłał do niego moje wiersze a ten je publikował w „Tygodniku Powszechnym”).  To, co się dzieje w życiu literackim Krakowa i jak Miłosz daje sobie radę w kraju, wiedziałem z mass mediów, z gazet wydawanych w Polsce a sprzedawanych przeze mnie w mojej księgarni w Chicago m.in. „Tygodnik Powszechny”. W grudniowym numerze „TP” (1995) Skwarnicki napisał m.in. Poznałem go za pośrednictwem Czesława Miłosza, który sobie wiersze Lizakowskiego upodobał, gdy ten mieszkał jeszcze w San Francisco. I wiele ciepłych słów o mojej twórczości, które zamieściłem na okładce tomiku pt. „Niezapłacony czynsz – wiersze pieszyckie”.  Tomik wydała oficyna OBOK w Dzierżoniowie, 1996 roku. Czy to mi pomogło, chyba nie, bo na spotkaniach autorskich w Ameryce i kraju, pochlebstwa Miłosza i Skwarnickiego piszącego ,,że moja poezja jest kroniką świadomości młodszego pokolenia emigrantów”, że w kraju nie została przyjęta na to jak zasługuje, wywołuje moją konsternację, gdy ludzie mówią głosem zadowolonym z samych siebie, mi w twarz, że Miłosz na poezji się znał, czego dowodem jestem ja. Do takiego rodzaju zakłopotania dawno już przywykłem i nie podejmuję tematu.

W tym też roku po raz ostatni rozmawiałem z poetą przez telefon, była to złota polska jesień, bo pani poetka Wisława Szymborska otrzymała nagrodę Nobla. Dzwonili do mnie, do księgarni Polish-Bookstore Amerykanie z różnych mass mediów z prośbą o wywiad na temat laureatki, jej poezji, jak się poezja polska sprzedaje w Ameryce, itp. Szczęście to było ogromne tym bardziej, że akurat na zimę wrócił z Polski pan Czesław. Wszyscy z jego pobytu w USA skorzystali nawet ja, bo swojemu przyjacielowi Andrzejowi Kieszowi, właścicielowi programu radiowego „Sami Swoi” z polskiej radiostacji1490 AM WPNA podałem numer telefonu domowy pana Czesława, aby ten zechciał powiedzieć kilka słów o pani Szymborskiej. Oczywiście wcześniej uprzedziłem poetę, że będą do niego dzwonić, itp.

Lipiec, rok 2004. Chicago

Zanim dojechałem do Krakowa i ojczyzny to w piątek 18 lipca o godzinie 17 otworzyłem po raz kolejny swoją wystawę zdjęć pana Czesława, tym razem w znanej w Chicago polskiej księgarni D&Z na ulicy Belmont Ave.  Przy okazji (wcześniej) kolega, poeta, redaktor Janusz Kopeć przeprowadził ze mną obszerny wywiad dla szanowanej i cenionej gazety codziennej „Dziennik Związkowy”, który ukazał się w dniu otwarcia wystawy. Była to dla mnie bardzo miła chwila i niespodzianka, bo wywiad w gazecie ukazał się w dniu otwarcia wystawy. Wystawa trwała przez jeden miesiąc od 18 lipca do 18 sierpnia.  Pod koniec lipca spakowałem walizki i poleciałem do Polski, do Dzierżoniowa a następnie do Krakowa.

Śmierć Poety

Od dwóch dni jestem w Krakowie, jest sobota, piękny, upalny dzień sierpniowy na rynku krakowskim „miliony” ludzi jak zawsze. Z domu wyszedłem po śniadaniu na przystanek autobusowy przed 11 rano, i po długich spacerach po Wawelu, księgarniach i „Empiku” w „Galerii Krakowskiej” jestem w knajpce „Vis a Vis”. Muszę odpocząć, od prawie pięciu godzin bycia na nogach. Nikogo ze znajomych nie spotkałem, nikogo nie widziałem, znajomy barman pyta się mnie czy wiem, że zmarł poeta Czesław Miłosz. Odpowiadam, że nie wiem i na sztywnych nogach wychodzę na ulicę pod parasol, aby spokojnie wypić piwo. Przez moment zapadła w mojej głowie cisza, rozglądam się po ludziach, szukam na ich twarzach czegoś, co mógłbym nazwać cierpieniem z powodu śmierci geniusza. Ilu z nich ma jego książki? Ile osób w Krakowie, co ma jego książki w swoich domach? Powstawał jakiś chaos w mim mózgu i nagle uświadomiłem sobie, że nie mam prawa tak stawiać pytania, że to niesprawiedliwe i całkowicie oderwane od realiów życia. Jakiejś szalbierstwo z mojej strony i wróciło do mnie takie samo uczucie, jakie miałem podczas tłumaczenia wierszy Walta Whitmana, gdy w pewnym momencie piszę jak Walt Whitman własne wiersze, co wywołało we mnie wściekłość. Wiedziałem od Marka Skwarnickiego, że jest z nim bardzo źle i że śmierć ostrzy już kosę. Nie byłem zdziwiony jego odejściem, gorączkowo rozmyślałem jak zapamiętać dzień śmierci kosmity. Nagle zdałem sobie sprawę, że dlatego jestem w Krakowie właśnie teraz, bo on tego chciał, (wmawiam to sobie) a to, że kilka tygodni wcześniej otwierałem wystawę jego zdjęć w Chicago też nie było przypadkiem, że on to wszystko ukartował. Istne szaleństwo myślę – dodając w myślach, ale kosmici tak mogą robić, oni wszystko mogą zrobić, co normalnemu człowiekowi nawet nie przyjdzie do głowy, dla nich to pestka.  Za wszelką cenę próbuję przypomnieć sobie jeden z moich ulubionych wierszy pana Czesława Wyznanie, z tomiku” Kroniki” strona.75. (10) aby powiedzieć go z pamięci. Komu powiedzieć – pyta jedna myśl – gdzie i komu pyta druga myśl. A trzecia odpowiada; idź pod dom poety, tam pod drzwiami zrób to.  Panu Czesławowi sprawisz największą przyjemność, lepiej nie będzie trzeba. Tak, to dobry pomysł – sam siebie chwalę. Wcześniej robiłem to w jego salonie, stojąc przed szklanymi drzwiami patrząc nie na poetę a na zachodzące słońce nad Zatoką San Francisco.

Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy
I ciemną słodycz kobiecego ciała.
Jak też wódkę mrożoną, śledzie w oliwie,
Zapachy: cynamonu i goździków.
Jakiż więc ze mnie prorok? Skąd by duch
Miał nawiedzać takiego? Tylu innych
Słusznie było wybranych, wiarygodnych.
A mnie kto by uwierzył? Bo widzieli
Jak rzucam się na jadło, opróżniam szklanice,
I łakomie patrzę na szyję kelnerki.
Z defektem i świadomy tego. Pragnący wielkości,
Umiejący ją rozpoznać gdziekolwiek jest,
A jednak niezupełnie jasnego widzenia,
Wiedziałem co zostanie dla mniejszych, jak ja:
Festyn krótkich nadziei, zgromadzenie pysznych,
Turniej garbusów, literatura.

Tak teraz rozpocznie się turniej garbusów, spokojnie dopijam piwo i bez pośpiechu, dzwonię do Marka Skwarnickiego. Mówię tylko stało się pan Czesław nie żyje, jak dojść do jego domu. Marek zajęty, nie chce długo rozmawiać, cierpliwie objaśnia i zaprasza do siebie, ale już po pogrzebie poety.

fot. Adam Lizakowski

Dom na ulicy Bogusławskiego. Kraków

Całkiem spokojnie wypijam następne piwo, mój organizm potrzebuje nawodnienia. Nie mam w zwyczaju nosić ze sobą butelki z wodą, a powinienem. Ciężkie amerykańskie nogi nie nawykłe do chodzenia dłużej niż pięć minut, czyli z auta do garażu i z garażu do domu. Polskie nogi muszą dużo chodzić, lubię chodzić, poza tym, tutaj nie mam samochodu, i wszędzie chodzę na nogach.  Podnoszę się, wyłączam komórkę, szukam kierunku, w którym mam iść i na ugiętych nogach przez „pół miasta” docieram pod dom poety, a tam pod bramą, na chodniku, po lewej stronie płoną znicze, leżą wiązanki i wieńce kwiatów. Jestem wzruszony, i bardzo ciekawy, czy samem gdzieś w pobliżu nie ma śladu kosmitów, albo jakiś dowodów na to, że to oni tutaj na Bogusławskiego wylądowali w swych niewidzialnych statkach kosmicznych i zabrali Miłosza do siebie nie znajduję. Dlaczego tak myślałem i myślę, bo do dzisiaj jestem przekonany, że większość napisanych przez Miłosza książek musiała być mu dyktowana przez jakąś „siły wyższe”. Nie mogę uwierzyć, aby jeden człowiek posiadł tak ogromną wiedzę, mądrość i pamięć, aby sam z siebie mógł stworzyć taki przeogromny dorobek. Myślę o wielu rzeczach na raz. Nie jestem w stanie ogarnąć swoje myśli. Jestem zauroczony tym, co zobaczyłem pod domem Miłosza, muszę dłużej pod nim postać, poobserwować, co się dzieje, lub co będzie się dziać. Robi się późno jest już po 19, dzwonię do przyjaciół, że wrócę do domu bardzo późno, może ostatnim autobusem.  (Byłem w gościach u swoich przyjaciół poznanych jeszcze w Ameryce, gdy mieszkali w Los Angeles i Las Vegas, a którzy odłożywszy, co nieco na bok, wrócili do ojczyzny, by w niej spokojnie i wygodnie sobie żyć. Kupili na Woli Justowskiej niewielki motel chyba, ze dwadzieścia pokoi).

Budowa sarkofagu

Minął drugi tydzień od śmierci poety. Co się wtedy nad trumną poety działo nie będę pisał, ani opisywał uliczki wąskiej prowadzącej na Skałkę. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, gdy ustalono miejsce pochówku pana Czesława w Krypcie a nie na Wawelu byłem całkowicie zaskoczony. Byłem pewny, że zostanie pochowany na Wzgórzu, tylko nie wiedziałem, w którym miejscu, bo przy Mickiewiczu, Słowackim i Norwidzie nie było już miejsca. Miałem w sercu, jakiś nieuzasadniony żal, że pomimo wielkiej dyplomacji i zaradności na polu literatury polskiej poeta za życia „nie załatwił sobie Wawelu”. Zdał się na ludzi, którzy mieli decydować za niego gdzie po śmierci spoczną jego kości. Miałem do niego o to żal – jak to logicznie wytłumaczyć – teraz tego nie potrafię. Wiem, że za życia potrafił wszystko tak „pokierować, „ aby było po jego myśli, czyżby świadomie zdał się na innych, ale „zobaczyć tak naprawdę, ile jest warta jego twórczość?

Poszedłem na Skałkę.  Drogę znałem dobrze, jest tam pochowany patron pieszyckiej biblioteki Adam Asnyk. Usiadłem na ławeczce w sieni przed kryptą, aby dać nogom wypoczynek, młody Paulin, był zajęty czytaniem, z głośników sączyła się muzyka śpiewów gregoriańskich. Pomiędzy dźwiękami muzyki a odgłosem tępych metalowych narzędzi budowano sarkofag poecie. Przez kilka dni tam chodziłem i fotografowałem, rusztowania wokół miejsca spoczynku poety. Od robotników dowiedziałem, że sarkofag nie będzie zbudowany z włoskiego marmuru – ktoś mi to powiedział – ale z granitu polskiego ze Strzegomia, czyli z Sudetów, czyli mojej małej ojczyźnie, o której tyle opowiadałem panu Czesławowi. Po raz kolejny poczułem jak poeta puszcza do mnie oko, kolejne szczęśliwe zrządzenie losu.

Karta wstępu

Od przyjaciela profesora Wiesława Pawła Szymańskiego poznanego na Konferencji Przybosiowskiej w Chicago, dowiedziałem się o dacie pogrzebu i o spotkaniu poetyckim, które zostało zaplanowane po pogrzebie poety w kościele św. Katarzyny. Zaproszenia, czy karty wstępu – z tego, co zrozumiałem od Wiesława – miał mieć „Tygodnik Powszechny”, ale gdy do redakcji poszedłem, dowiedziałem się, że wszystkie zaproszenia dawno zostały rozdane.  Jedynie, co, to zdążyłem wpisać swoje kondolencje w księdze wystawionej w magistracie miasta Krakowa.  Wiesław bez chwili wahania oddał mi swoją kartę wstępu, mówiąc; dla ciebie to będzie wiele ciekawsze niż dla mnie.  Nie chciałem przyjąć jej, bo wiedziałem z licznych rozmów z Wiesławem, że poezja poety z Kalifornii była mu też bardzo bliska i z tego, co zrozumiałem, napisał on i obronił pierwszą pracę magisterską o twórczości autora „Traktatu poetyckiego” w Polsce. Broniłem się tym, że nie wypada mi jej od niego brać, bo to w sumie jest to jego Kraków, nie mój, ja jestem tylko przybyszem z planety Ameryka, nikt tutaj mnie nie zna, a dla niego będzie to okazja spotkać wielu znajomych tam sporo osób, których może nawet nie widział od miesięcy czy od lat. Wtedy z pamięci zarecytował fragment „Traktatu poetyckiego”;

Fiakry drzemały pod Mariacką Wieżą. 
Kraków malutki jak jajko w listowiu 
Wyjęte z rondla farby na Wielkanoc. 
I w pelerynach kroczyli poeci. 
Nazwisk ich dzisiaj już się nie pamięta. 
Ale ich ręce były rzeczywiste, 
Spinki, mankiety nad blatem stolika. 
Dziennik na kiju niósł Ober i kawę 
Aż minął, tak jak oni, bez imienia. 

Dalej już się nie wymawiałem, wziąłem od niego kartę wstępu, jednak nie było mi dane z niej skorzystać, bo akurat w tym samym dniu, gdy wróciłem do domu zastałem znajomych ze Lwowa. Gospodarze zaplanowali uroczysty obiad, na którym miałem być gościem honorowym w tych samych godzinach, co spotkanie poetów w kościele św. Katarzyny.

Pogrzeb 27 sierpnia

Na pogrzebie byłem, wyszedłem z domu zaraz po 10 rano, bo uroczystość została zaplanowana na 11.  Oglądałem ją na krakowskim rynku, jak wielu innych rodaków stojąc przed Bazyliką Mariacką. Przekaz na telebimach był bardzo czytelny, dlatego nawet w duchu się cieszyłem, że nie jestem w samym kościele, bo będąc na zewnątrz mogę więcej zobaczyć. Po ceremonii pogrzebowej wielotysięczny pochód, rozciągnął się jak wąż i powoli ruszył spod Bazyliki w stronę ulicy Grodzkiej do Ojców Paulinów na Skałkę.  Jakież było moje zdziwienie – gdy w tłumie wielotysięcznym – dostrzegłem idącą wraz z mężem „moją panią” dyrektor Dzierżoniowskiej Biblioteki Publicznej Marię Zarzycką-Chołody. Przywitanie było bardzo miłe i serdeczne, ale to jeszcze nie koniec niespodzianek. Na trawie Ojców Paulinów spotkałem dawno niewidzianego kolegę z San Francisco, krakowianina, tułacza, wędrowca, emigranta, poetę, artystę, hrabiego Jarka Potockiego, razem słuchaliśmy i oglądaliśmy wybitnych ludzi pióra.  Przemawiał starszy syn poety Tony Miłosz, Adam Zagajewski, Wisława Szymborska, poeci zagraniczni, czytano po polsku, angielsku, hebrajsku, francusku, litewsku. Całość można była oglądać na wielkich ekranach, tak dobrze jak przed Bazyliką Mariacką.

Pierwszy dzień po pogrzebie Poety

Udałem się do państwa Skwarnickich, spotkanie z Markiem było dla mnie zawsze bardzo ważne pod wieloma względami, był on jedynym moim łącznikiem z panem Czesławem od mojego wyjazdy z San Francisco do Chicago. Był moim promotorem, chociaż nigdy o nic go nie prosiłem, poza tym spotkania z nim były dla mnie ogromną radością, niesamowitą przyjemnością i rozkoszą intelektualna i duchową, i nie jestem w stanie tego nawet opisać. Przyjemność z bycia z drugim człowiekiem, jak to wyrazić, jak to opisać?.  Zawsze przy spotkaniach wymienialiśmy prezenty, były to książki, tym razem od przesympatycznego gospodarza otrzymałem super prezent, bo książkę wydawnictwa ZNAK pt. „Czesław Miłosz O podróżach w czasie”, z piękną dedykacją’ Drogiemu Adamowi na pamiątkę kolejnej wizyty, dzień po pogrzebie Pana Czesława. Kraków 28 VIII 2004. Marek Skwarnicki.  Widywaliśmy się raz na kilka lat, dzwoniłem z Ameryki przeważnie na święta z życzeniami świątecznymi. Gdy dane było mi przyjechać do Polski też do niego dzwoniłem, nie zawsze się z nim widziałem, bo nie zawsze byłem w Krakowie.   Obaj byliśmy zgodni, że wraz ze śmiercią pana Czesława zakończył się XX wiek polskiej poezji, a także to, że on, jako gospodarz od pół wieku poezji będzie poddany próbie czasu, tzw. czyśćcowi, czy świeżość, odkrywczość jego wierszy nie będzie dla następców czystą retoryką. Czy będzie zrozumiały tak jak dla nas jego czytelników był/jest, czy klucz zrozumienia do jego twórczości, nie zostanie wrzucony do głębokiej wody rzeki Lete. Zgodni byliśmy też co do Międzynarodowego Festiwali im. Czesława Miłosza, że pomoże przetrwać pamięci o poecie. Na moje pytanie, dlaczego Miłosz nie został pochowany na Wawelu, Marek tajemniczo położył palec na ustach, szepcząc teraz nie pora o tym mówić. Gdy palec zdjął z ust powiedział; rozsądek nie pozwala teraz o tym mówić, a dzisiejsza sytuacja w Polsce jest zbyt skomplikowana, abym wyjaśnił ci to w pięć minut. Nie widziałem co mam zrobić z tymi słowami Marka, dlatego zmieniliśmy temat na to, kto zajmę się spuścizną poety, czy powstaną do tego celu jakieś pisma, jak na przykład w Stanach kwartalniki, pół roczniki czy roczniki poświęcone tylko i wyłącznie jednemu twórcy takie jak; The Walt Whitman Quarterly Review,  The James Joyce Quarterly, The Hemingway Review, czy The William Carlos Williams Review. Tutaj Marek przerwał mi mówiąc:

– Drogi Adamie nie musisz się przede mną popisywać.  W Polsce na to nie ma pieniędzy, porozmawiaj z ludźmi w Krakowie, to ci powiedzą o pismach literackich, czy poetyckich u nas. Prawie ich nie ma, a cóż dopiero mówić o piśmie dla „nóg owadzich”, czyli Miłoszu, kto to kupi, to na to da pieniądze.? 

– Wolałbym rozmawiać – jeśli chcesz mnie już w to mieszać – ale z ludźmi z Opola, Białegostoku, czy Szczecina o Miłoszu – powiedziałem przewrotnie. Tutaj w Krakowie za bardzo go kochają, noszą go na rękach i są do niego bardzo przywiązani i zazdrośni. Wiadomo, że Miłosz to kosmos, on sam jest dla mnie kosmitą, ale nie wiem dlaczego on tym się nie zajął za życia i nie stworzył takiego pisma z zanim zamknął powieki. Przecież doskonal wiedział, że takie magazyny są w Stanach na porządku dziennym. Krakowscy przyjaciele poety podejrzewam, że nikomu go nie oddadzą, tak łatwo, to oni z „Jagiellonki rządzą” w Polsce.  A poza tym jak wiesz, na poezji, książkach, spotkaniach autorskich też ludzie zarabiają. Za tym idzie kasa, a kasę, którą można zarobić na Miłoszu, – bo to kura nosząca złote jajka – nikt, ot tak sobie nie zrezygnuje. Oczywiście są potrzebni mecenasi bez nich kultura nie ma większych szans na przeżycie.

– Adam jesteś fantastą, bezinteresownym fantastą, za to lubił cię Miłosz, ale pamiętaj Polska to nie Ameryka, a Kraków to nie Chicago czy San Francisco, tutaj Coca Cola, Shell, czy Fundacja Forda, nie da pieniędzy, bo takich fundacji tutaj nie ma. Nie mamy też milionerów, nafciarzy, czy samochodziarzy, bankierów, bo prawie wszystkie banki nie są w polskich rękach, wszyscy są na dorobku, a to oznacza, że stoimy twarzą na przeciw surowe kapitalizmu. Nikt nie da na kulturę, nawet nasze przepisy prawne, to bardzo komplikują. A po drugie Polacy po prostu nie interesują się poezją. Tutaj też nie mamy uczelni tak wielkich i bogatych, prywatnych jak amerykańskie z dochodami setek milionów dolarów, u nas państwo do wszystkiego dopłaca.  Jaki wyobrażasz sobie nakład kwartalnika „Miłosz”, sto, dwieście, może pięćset egzemplarzy. Sama redakcja, redaktorzy, korektorzy, autorzy a gdzie drukarnia, papier, i tak dalej. Poza tym, kto miałby takim pismem kierować, kadra profesorka, która nie ma pojęcia o marketingu, czy biznesie. Po raz kolejny mówię ci, Polska to nie Ameryka. Nikt nie wpadł na pomysł, aby wydać kwartalnik poświęcony Mickiewiczowi, Słowackiemu czy nawet Norwidowi, a ty ze swoją głową amerykańską, chcesz wydawać pismo poświęcone Miłoszowi. Sam widziałeś, co się działo pod kościołem na Skałce.

Marka argumenty łatwo mnie przekonały, w szczególności podobało mi się spostrzeżenie, że na czele takiego pisma powinien być człowiek biznesu, który trzymałby wszystko w swoich rękach, a nie człowiek, który całe swoje życie spędził na czytaniu książek i pisaniu książek. Zeszliśmy na temat pogody i lata, mojego wyjazdu do Lwowa, Marka rodziny w USA. Po godzinnej sympatycznej rozmowie o panu Czesławie i ogólnie, co teraz będzie się działo z i w polskiej poezji, udałem się do Krypty Zasłużonych klasztoru oo. Paulinów na Skałce. Nie chodziło nam o to, aby dojść do jakiś konkretnych wniosków i przy filiżance herbaty rozstrzygać, w jakim punkcie jest teraz poezja polska. Marek dobrze wiedział, o czym ja mówiłem i ja wiedziałem, o czym on mówił, tym niemniej byłem bardzo ciekawy jak się dalej potoczą losy pośmiertne jednego z największych poetów naszych czasów.

Na Skałce

Wyszedłem z mieszkania Marka i Zosi – jego żony-, która zawsze nam przy rozmowach dyskretnie towarzyszyła z uczuciem, że Miłosz zawsze zostanie po stronie pamięci. Lampka whisky wypita u państwa Skwarczyńskich spowodowała, że po drodze kupiłem „małpkę Smirnoffa” i dwa znicze, cały sarkofag tonął w wieńcach kwiatów. Ale zanim wszedłem do krypty usiadłem sobie w przedsionku ma znanej mi już dużej drewnianej wygodnej ławie. Tak jak wcześniej Paulin obsługujący mały sklep z pamiątkami, zajęty był czytaniem, grała muzyka gregoriańska, paliły się świece na grobowcu poety, od kwiatów było duszno.

Zbierałem w sobie siły, myśli i odwagę, aby wstać i podejść do sarkofagu – z granitu Gór Sowich – tak go sobie w myślach nazwałem. Zajęło mi to chwilę, zanim się przemogłem, „stanąłem twarzą do Niego”, chociaż nie wiedziałem gdzie mogą być nogi, a gdzie głowa. Z trudem znalazłem miejsce na umieszczenie moich zniczy wśród leżących na nim wieńców, kwiatów, palących się świec.  Zapaliłem swoje, wyjąłem z torby wiersz pt. Miłosz, który lata wcześniej wysłałem do poety (był w tomiku pt. „Chicago miasto nadziei”), rozpocząłem recytacją z pamięci a później czytaniem z kartki. W nakrętkę od butelki wlałem kilka kropel alkoholu, który jednym ruchem ręki rozlałem po kwiatach, szepcząc; to dla pana, panie Czesław, za Pańską duszę, aby tam gdzie przebywa teraz ugoszczono ją godnie, za Pańską pomyślność.  (Po raz pierwszy polałem ja, zawsze polewał pan Czesław, nigdy nie śmiałem przy stole wyciągać ręki po butelkę przy nim). Małymi łykami popijałem przeczytane słowa wiersza. Nie, nie płakałem, czułem się dziwnie, tak jak w Berkeley, byłem szczęśliwy, że w ciszy i spokoju w krypcie wielkich Polaków oddawałem mu hołd prasłowiański, na który w moich oczach w pełni sobie zasłużył, którego stałem się dłużnikiem w sobie tylko wiadomy sposób. Usłyszałem jego pomrukiwania spod płyty grobowca, takie same, gdy recytowałem mu z pamięci jego wiersze w Berkeley patrząc na światła miasta San Francisco. Dał mi znak, że jest zadowolony.  Ciało moje przeszył dreszcz, ten sam dreszcz, który zawsze odczuwałem pukając do drzwi jego domku na zboczu wielkiej góry, poczułem bryzę wiatru oceanu wiejącego wprost w moją twarz spod mostu Golden Gate. Byliśmy sami, tylko we dwóch, w uszach miałem jego słowa: z pańska ortografią jest nie tęgo, to dobrze, że nie jest pan poetą polonistą i ten jego uśmiech i śmiech, którego nie da się zapomnieć. I ten jego ujmujący sposób bycia, opowiadania czegoś, z czego przeważnie on sam tylko się śmiał.

Miłosz

Mógłby być górskim wodospadem
nigdy pustynią czy ziemią jałową
wielkim jagiellońskim dębem w  cieniu którego
umęczony wędrowiec zawsze znajdzie wytchnienie
potrafił z powietrza wyłapać bąbelki życiodajnego tlenu
nasycić nim poezję, słowa jego są jak ziarna
które w czytelniku rosną,  rozwijają się, kwitną
kołyszą się łany czekając na rękę żniwiarza,
jest księżycem, który przyciąga fale morza
a piękne kobiety śpią niespokojnie,
jest aniołem z wielkimi krzaczastymi brwiami
w kształcie skrzydeł ptaka spłoszonego
w środku nocy z gniazda do którego nigdy już
nie powróci, ale wciąż pamięta zapach trawy
jabłek, biel pokoi, kształty domów, jeziora, rzeki
jest litewskim niedźwiedziem mieszkającym
w pięknym mieście Berkeley
w cudownej Kalifornii, na wzgórzu niedźwiedzi Grizzly
ale on nie pomrukuje, on śpiewa pieśń o tym
że nikomu nie warto zazdrościć, o kolibrach
kwiatach kapryfolium, dziewczęcych pośladkach
biednym chrześcijaninie patrzącym na płonące getto
o miastach do których nigdy nie wróci, tobie i mnie.
Kim jest Miłosz dla mnie tysiące razy pytałem siebie?
matką karmiącą jasną dorodną piersią
z cienkimi  niebieskimi żyłkami
której życiodajne mleko piję w upale chicagowskim.
Jakie jest znaczenie jego poezji w mym życiu?
czy to bilet w podróż do dalekich krajów,
do lasów tropikalnych w których wielobarwny
śpiewak skacze z gałązki na gałązkę
wyśpiewując pieśń starodawnych puszcz
rzek, piasek pustyń wygrzewa się w słońcu
a skały z lekkością  motyli uniosły się w przestrzeń
ku dalekim galaktykom, gdzie czas płynie pionowo.
Miłosz muza żyjąca w cieniu eukaliptusów z widokiem
nad Zatokę  San  Francisco, mieście wielkości mrówki,
którego światła odbijają się w wodzie, jak obłoki,
poeta wierny swoim ideałom młodości,
nadsłuchuje gry świerszczy, patrzy
w jasno-żarzące się ślepia aut, o czym myśli?

W 1990 roku zapytałem go o to przy wódce i śledziach,
słońce w Zatoce już się utopiło, a noc na atramentowo
pomalowała czubki złotego mostu:
Och!!! Panie Adamie –westchnął, gdyby tak się dało
dożyć do setki, a potem raz jeszcze licznik cofnąć do zera.

Rok 2011 zapowiadał się bardzo pracowicie, zwłaszcza dla „miłoszologów”. Miałem swoje plany związane z panem Czesławem, niewielkie na miarę własnych możliwości, ale bez pomocnej dłoni nie można było by nic zrobić. Nie jestem człowiekiem instytucją, i nie mam większych możliwości finansowych, bo to finanse poza chęciami są najważniejsze w realizacji planów. Zacząłem skromnie, od prośby – emalia do szkoły im. Czesław Miłosza w miejscowości Schamburg, którą jak sam nazwa wskazuje w XIX wieku założyli emigranci z Niemiec, a sto lat później została ona „zasiedlona” przez Polaków. Szkoła im. Czesława Miłosza, przybrała imię poety z Berkeley w rok po śmierci poety, tj., w 2005 roku. Pełna nazwa po angielsku: Polish American Humanistic Academy Czeslaw Milosz Polish School.

Miałem ogromne szczęście, bo odpisała mi sama dyrektor szkoły Anna Dunajewski, i od słowa do słowa powstał kalendarz na Miłoszowski Rok 2011. Kalendarz prawie kwadrat o wymiarach 30.5 cm x 27.4 cm. pięknie wydany na kredowym papierze, kolorowe zdjęcia a w nim dziewięć pana Czesława mojego autorstwa oraz trzy nieznanych mi autorów. Do zdjęć dołączono wiersze poety, oraz na samym dole kilka słów osób, dla których poeta był ważny. Na każdy miesiąc przypadało jedno zdjęcie i jeden wiersz. Dzięki swoje zaradności pani dyrektor znalazła sponsora kalendarza a patronat honorowy objęło Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”. Kalendarz został wydany w ilości tysiąca egzemplarzy, więc dla każdego, kto chciał go mieć, nie było problemu z otrzymaniem go.

Litwa

Wyjazd na wakacje do Polski był związany przede wszystkim z wizytą w Wilnie. Dzięki uprzejmości (poety, wielbiciela Miłosza, dziennikarza, współzałożyciela i redaktora naczelnego kwartalnika literackiego „Znad Willi”) Romualda Mieczkowskiego (poznałem go na Warszawskiej Jesieni Poetyckiej) urodzonego na Litwie a obecnie dzielącego swoje życie pomiędzy Wilnem a Warszawę. Z Chicago poleciałem do Warszawy a w Warszawie po dwóch godzinach czekania do Wilna na XVIII Międzynarodowe Spotkania Poetyckie „Maj na Wilią Zrozumieć Miłosza. Jak to Romuald później objaśnił zrozumieć Miłosza to jest zrozumieć współcześnie jego twórczość, ale i uwarunkowania, w jakich przyszło mu żyć. „Poetycki Maj Nad Wilią” trwał od 29 maja do 2 czerwca, jak zawsze był pełen atrakcji a rozpoczął się w niedzielę otwarciem wystawy malarskiej inspirowanej Miłoszem w polskiej galerii w Wilnie. W poniedziałek 30 maja zaraz po śniadaniu inauguracja festiwalu rozpoczęła się pod pomnikiem Adama Mickiewicza, przywitanie gości przez gospodarza, wspólne zdjęcia z wieszczem Adamem, a o 15 było otwarcie wystawy fotograficznej „Powroty Miłosza” w siedzibie Ambasady RP, w Pałacu Paców w Wilnie. Ale dla mnie najciekawszym dniem był wtorek 31 maja, gdy zaproszeni goście wsiedli w wygodny autokar i udali się do Szetejń, trasą Kowno-Kiejdany-Datów-Świętobrość. Ciekawe było zwiedzanie Kiejdan, starówki Kowieńskiej, patrzenie jak spokojnie i majestatycznie płynie Niemnem, ale serce wyrywało się do miejsc, po których mój poeta, jako dziecko chodził, środowisko, w którym żył. Wieś litewska Wędziagoła zagubiona pomiędzy lasami polami, świat natury, łąk, dębów, lip długowiecznych zapewne pamiętających małego Czesława obserwującego ptaki wilgi, kosy, muchy, ludzi oraz ptactwo domowe gęgające i piejące, kwaczące i syczące.

W  Wędziagole, gdy zatrzymał się nasz autokar, z prawej strony był mały sklepik, do którego schodziło się po kilku stopniach. Przy nim na ławce siedziały cztery starsze kobiety, które zagadał ni to po polsku ni to po rosyjsku poeta Józef Pless z Niemiec; a wy znacie, kto to takij Czeslaw Milosz. Kakij Milosz – odezwała się jedna z nich? No, wy znacie ten poet, on pisał charosze stichy. Nie, ja nie znaju ni odnowo poeta Milosza – odpowiedziała druga kobiet, dodając. Z nami Miloszow mnoga tak muchi… A tak krótka konwersacja uświadomiła nam, że nazwisko Miłosz na Litwie kowieńskiej jest bardzo popularne. Z lewej strony autobusu był teren małego cmentarza, który rozłożył się wokół drewnianego kościółka, po chwili wyszedł z niego ksiądz, który mówiąc po polsku zaprosił nas do środka, a jeszcze później do swojej malutkiej zakrystii, gdzie ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu zaproponował kalendarz w dwóch językach, po polsku i litewsku, wydany z okazji roku Czesława Miłosza 1911- 2011 Wędziagoła – tu się zaczęło, ciekawy z kolorowymi zdjęciami.. Bez namysłu kupiłem go, teraz, gdy po latach to piszę otwieram i przeglądam miesiąc po miesiącu, na przykład na miesiąc Styczeń / Sausis jest duże zdjęcie kościoła pw. Św. Trójcy w Wędziagole, a na mniejszym zdjęciu pomnik nagrobny Artura Miłosza w grobowcu rodzinnym pradziadka pisarza. Cmentarz na nim pomiędzy grobami wielkimi lipami są pochowani krewni bliscy i dalecy poety sprzed nawet pięciu stuleci, groby, w tym powstańców z Powstania Styczniowego m.in. Artura Miłosza dziadka poety, który w 1863 roku był adiutantem naczelnika powstańczego Kowieńszczyzny Zygmunta Sierakowskiego. Są tam też pochowane prochy Józefa Miłosza – dziadka Oskara Miłosza. Najstarszy z rodu jest Andrzej Miłosz, który w 1605 roku ze swoją litewską chorągwią „towarzyszy pancernych” szarżował na Szwedów pod Kirchormem. (Informuje o tym tylna okładka kalendarza). W tym kościółku znajdują się księgi kościelne z metrykami rodziny Miłoszów, słowem kopalnia wiedzy dla tych, co są ciekawi rodowodu wielkiego poety. Natomiast w miejscowości Świętobrość jest miejscem pochówku pradziadka poety Szymona Syrucia (1807-1870), uwieńczone pięknym nagrobkiem-pomnikiem.  Znajduje się też tam mały drewniany kościółek (zamknięty), w którym „Chrzest otrzymał, wyrzekł się diabła” w 1911 roku. Wokół tego kościół groby, część z nich zapadła się w ziemię z powykrzywianymi nagrobkami.

W miejscowości Serbiny spacerujemy po parku i drodze wysypanej piaskiem pomiędzy stawami, kiedyś ta miejscowość była posiadłością Miłoszów. Jesteśmy też w barokowym kościele parafialnym pw. Św. Piotra i Pawła w Optiłokach, gdzie rodzice poety brali ślub, czyli Aleksander Miłosz i Weronika z Kunatów.

W Szetejnach oglądamy szkołę (drewniana) ją matka poety założyła uczyła miejscowe dzieci po polsku i wreszcie sama Dolina Issy, czyli Szetejny nad Nieważą, i kąpiel w rzece bardzo malowniczej i dzikiej chyba takiej samej jak za czasów pana Czesława, do której dołączył także Janusz Wójcik poeta z Opola. Rzeka malutka w porównaniu z Niemnem, wijąca się wśród łąk, raz płasko, raz pomiędzy stromymi zboczami porośniętymi olchami i wierzbami.  Rzeka oglądana ze stromego i wysokiego brzegu była widoczna na daleką odległość jak na dłoni, jej kręte koryto o dużej liczbie zakoli przypominało węża wijącego się wśród traw tworząc pętlowe, wygięte odcinki lustra wody zawarte między jej dwoma zakrętami. Koniec maja, przepiękna pogoda, ciepło, ptaki śpiewają, woda mruczy, ach żyć i nie umierać, tak bardzo się chce żyć w tym błogim spokoju. To, co zobaczyłem na własne oczy przerosło moje oczekiwania, tam właściwie nic się od roku 1911 nie zmieniło. Te same kościoły, cmentarze, rzeka, szkoła, jedynie drogi wspaniałe, dużo lepsze od naszych polskich, bo nie ma nich aut – zauważył poeta z Francji, uczestnik tego spotkania. Zobaczyłem świat, który wiele dekad wcześniej pan Czesław oglądał swoimi młodymi oczami, który opisał w książce pt. „Widzenia znad Zatoki San Francisco” tutaj czas jakby wpadł w jakąś „dziurę ” i się nie poruszał ani pół kroku do przodu. Byłem zauroczony i zdumiony tym, co zobaczyłem. To, że były w nim już telefony, łazienki, samochody poruszające się nie po drogach sypkich latem, a błotnistych wiosną i jesienią, i lekarze i nikt nie musiał ufać domowym lekom i czarownikom ze wsi.

Aby było pełne zadowolenie następnego dnia w środę 1 czerwca przez ponad trzy godziny chodziliśmy śladami, ulicami Miłosza po Wilnie. Knajpki, polskie radio, szkoły, Uniwersytet Wileński, ach Uniwersytet Stefana Batorego Mickiewicza a w nim w XXI nie próba, ale szeroko planowana akcja zacierania polskich śladów, gimnazjum im. Zygmunta Augusta, klasztor Bazylianów, Zaułek Literacki, dawna ulica Mickiewicza teraz Gedymina

Tak jak wieś i okolice Szetejń niewiele się zmieniły, ale miasto Wilno musiało się zmienić. Miasto sprzed siedmiu dekad, w którym rozmawiano po polsku, gdzie Litwinów prawie nie było stało się miastem litewskim, w którym można pół godziny czekać na kelnera, aby podszedł do Polaków chcących zamówić kufel piwa. Nie znam przedwojennego Wilna, nie wiem czy Wilno uległo zniszczeniu podczas wojny tak jak mój Wrocław czy przetrwało zawieruchę jak Kraków, ale myślę, że te uliczki i ulice Miłosza niewiele się zmieniły, chociaż samo miasto na pewno tak. Wiele okolicznych wiosek stało się dzielnicami obecnego Wilna, a domy budowane wiele lat temu albo popadły w ruinę, albo zmieniły swój wygląd architektoniczny. Moje Wilno było miastem i Miłosza i Mickiewicza i romantycznych poetów i tych z Grupy Żagary. Oczywiście dla wyobraźni ludzkiej sto lat różnicy pomiędzy jednymi a drugimi to żaden problem, ale ja chodząc Wilnem Miłosza tym trzecim okiem chciałem też wiedzieć Wilno Mickiewicza. Chciałbym zobaczyć relacje pomiędzy cieniami tych, co już dawno odeszli i cieniami tych wciąż ”namacalnych” w mieście. Cienie widzialne i niewidzialne a pomiędzy nimi daty rok 1811, 1911, 1863,1945, 1830, 1930, daty niby przypadkowe, a jednak dla moich cieni widzialnych i niewidzialnych istotne. Jest tych dat oczywiście wiele, wiele więcej, ale z perspektywy maja 2011 roku Wilno jest stolicą państwa, które zdecydowanie nie chce patrzeć w przeszłość tylko w przyszłość.

Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie dzielnica Zarzecze, dzielnica Wilna, (w niej jedliśmy obiad) całkowicie brudna i zaniedbana, z „tysiącem opuszczonych domów”, wyłamanych drzwi i wybitych okien. Ale mimo wszystko nad wyraz urocze miejsce, nawet bym powiedział piękna dzielnica, do której idzie się przez most (na rzece Wilejce) zakochanych a na nim „milion kłódek”. W niej przed wojną mieszkał K.I. Gałczyński ze swoją żoną. Kilka dni w Wilnie zrobiło swoje na mojej psychice, legendarne miejsca poetów, pobieżnie, ale dotknęła moja stopa, chodząc po ziemi czułem się jak w niebie. Pomimo pewnego kwasu spowodowanego zachowaniem Litwinów wobec Polaków, tak to odczuwałem na swojej skórze, czułem się w Wilnie świetnie, a tęsknota za czasami Wilna z młodości Miłosza, moja ciekawość została nasycona, moje marzenia i dusza została nakarmiona, choć jak już wspomniałem niewiele widziałem i zobaczyłem, w tak krótkim czasie, jednak byłem spełnionym człowiekiem. Widział żywego Miłosza w Kalifornii i zobaczyłem bagna i moczary, rzeki i jeziora, żaby i pijawki, drzewa i lasy, kościoły i cmentarze, krajobrazy i panoramy ziemi, która wydała człowieka, poetę, o którym wiedziałem więcej niż o własnych dziadkach i przodkach, żyjących gdzieś w kaszubskich lasach zanim pradziadek nie zdecydował się ruszyć za lepszym życiem w stronę Bugu. Pomimo tych wszystkich podróży za poetą i z poetą wciąż twierdzę, że mało znam pana Czesława, wciąż jest dla kosmitą, czego ślady znalazłem w wielu wypowiedziach ludzi, którzy go znali, zresztą on sam wiele razy wspominał i mówił o sobie, że nie wie skąd ta siłą tworzenia bierze się w nim, i kto nim kieruje. Jedynie dziwię się, że ani Marek Skwarnicki, ani Aleksander Fiut, ani Andrzej Franaszek, ani Julia Hartwing ani Agnieszka Kosińska, ani Jerzy Illg, ani wielu, wielu innych wybitnych ludzi pióra nie zauważyło, że mają do czynienia z człowiekiem z innej planety, a nawet, jeśli zauważyli, to tego oficjalnie nigdzie nie powiedzieli.

Dolny Śląsk. Dzierżoniów 2011

Szczęście mnie nie opuszczało dzięki wyrozumiałości i życzliwości a przede wszystkim dobrym chęciom, bo one są najważniejsze nowa pani dyrektor MBP w Dzierżoniowie Jadwiga Horanin, „kupiła” mój pomysł obchodzenia Roku Miłosza „na pniu”.  W holu biblioteki została otwarta wystawa moich zdjęć pt. Dzierżoniów bliżej Miłosza. Pani dyrektor poszła jeszcze dalej biblioteka zorganizowała konkurs plastyczny dla uczniów szkół podstawowych oraz konkurs recytatorski dla uczniów szkół gimnazjalnych i ponad gimnazjalnych. Ukoronowaniem całości była konferencja naukowa z udziałem znanych na Dolnym Śląsku profesorów z Uniwersytetu Wrocławskiego panów Stanisława Beresia i Andrzeja Zawady (autor albumu „Miłosz” z serii „A to Polska właśnie”. Wydawnictwo Dolnośląskie. Wrocław.1996). Pani dyrektor dała mi w tej dziedzinie wolną rękę swoim znanym sposobem wygospodarowała skromną pulę pieniędzy dla naszych gości, więc mogłem działać.  Poza Wrocławiem chciałem zaprosić kogoś z Krakowa, miejsca ostatnich lat życia poety. Wybór mój padł na wspominanego już profesora Aleksandra Fiuta wybitnego znawcy twórczości pana Czesława, który zaszczycił mnie posłowiem do wydanej w roku 2004 w Rzeszowie przez grono wspaniałych ludzi mojego dziennika pt. „.Zapiski Znad Zatoki San Francisco”, ale poszukiwanie kontaktu z panem Aleksandrem skończyło się niepowodzeniem.  W notesie krakowskich znajomych był jeszcze telefon profesora Wojciecha Ligęzy, (poznaliśmy się w roku 2000 w Toronto, gdy zostaliśmy laureatami Międzynarodowej Nagrody Fundacji Władysława i Nelli Turzańskich w Kanadzie), ale pech chciał, że też nie mogłem się z nim skontaktować. Czas naglił wybrałem więc redaktora Jerzego Ilga, ( redaktor pisma „NaGłos”, w którym publikował moje wiersze i wspomnienia o San Francisco i Kalifornii w tzw. kalifornijskim numerze pisma) i tutaj strzał w dziesiątkę, bo Jerzy odezwał się natychmiast. Na konferencje przyjechał prosto z urlopu z Mazur z przemiłą żoną Joanna ( redaktorem wydawnictwa ZNAK, opracowała m.in. wybór esejów Czesława Miłosza pt. „ Metafizyczna pauza”) wraz z psem wielkości małego cielaka. Konferencja odbyła się w prestiżowym miejscu, najważniejszym w mieście, bo w Sali Rycerskiej naszego Ratusza. (Nie mógł w ten dzień uczestniczyć prof. Andrzej Zawada, ale spotkanie z nim zostało przełożone na jesień. Warto dodać, że w roku 2015 w 35 rocznicę otrzymania Nagrody Nobla przez Miłosza, profesor Zawada znowu był gościem biblioteki w Dzierżoniowie). Myślę, że pan Czesław byłby zadowolony ze mnie i z tego, co robię, bo po pierwszym spotkaniu w jego domu, i pierwszym pytaniu, jakie mi zdał; z czego żyję w Ameryce? W jego głosie wyczuwałem pewien lęk.  Drugim było skąd jestem z Polski? A tutaj była nutka ciekawości?  Zadowolony, bo pomimo wszystko finansowo radzę sobie, a moje opowieści sympatyczne o Dzierżoniowie, który lubi poetów, nie były moim wymysłem czy chwaleniem się. Jestem przekonany, że w tym dniu poeta był z nami duchem. Autor Zaczynając od moich ulic nie wiedział nic o Dzierżoniowie, a ja wtedy, nigdy bym nie pomyślał, opowiadając mu o nim, że będzie kiedyś taki dzień, gdy on stanie się bohaterem miasta, bynajmniej na kilka godzin. Ziemie Odzyskane Miłosz znał tylko z opowieści, na pewno nie byłem, pierwszym, który mu o nich opowiadał, bo zauważyłem, że bardzo był zainteresowanym tym, co mówiłem.  O adaptacji moich rodziców, przede wszystkim babki Pauliny tutaj po 1945 roku. To, że większość przyjechała w bydlęcych wagonach, nie trzeba było mu mówić, to znał, skąd się ludzie z Kresów w Dzierżoniowie wzięli wiedział. Moje odpowiedzi musiałby być bardzo wyczerpujące, bo poeta nie zadowalał się „skrótem myślowym”, on wymagał, abym mówił o stosunkach ludzi do zastanej powojennej rzeczywistości na tzw. Ziemiach Odzyskanych, poprzez historię własnej rodziny, jej korzeniach i o tym, czy byli świadomi swojej tożsamości. Mówienie własnych korzeniach nie było łatwe dla mnie, cała moja wiedza kończyła się na dziadkach, co było wcześniej, to czarna dziura, nawet nie znałem imion pradziadków, właściwie nigdy nie myślałem, nie zastanawiałem się nad swoimi korzeniami. W domu nie było portretów przodków, ani sygnetów rodowych, książek ani porcelany, złotych łańcuszków, zegarków, naszyjników po babci czy prababci. Mieszkałem w mieszkaniu po Niemcach, spałem w ich łóżku na ich materacu, siedziałem na ich krzesłach i przy ich stole. Komoda w z marmurowym blatem, a niej muszle z ciepłych mórz, jakieś kiczowate obrazy na ścianach, zegar stołowy to było poniemieckie, ale wspomnienia rodziców o Niemcach były już Polskie. Nie muszę dodawać, że jak najgorsze wspomnienia. Ludzie, którzy przybyli po 1945 do miejsc, które dzisiaj nazywają się Pieszyce, Dzierżoniów, Ząbkowice, Walim czy Bielawa moje małej ojczyzny byli zza Buga, z Wołynia Łucka, Równego, spod Stanisławowa i Lwowa. Nie było wiele osób z Wilna czy Wileńszczyzny, ale wszyscy się dogadywali pomimo tego, że był ogromny bałagan i w ludzkich uczuciach i polityce i sferze duchowej, bo Bóg dopuścił do tego, że tyle niewinnych ludzi zginęło. Jako młody człowiek/ chłopak w głowie miałem tysiące innych ważniejszych spraw, interesowanie się korzeniami rodzinnymi, nie należało do „strefy” moich zainteresowań. Miłosz uświadomił mi, że moi rodzice, babka, właściwie tak jak ja, z jedną walizką wybrali się w „szeroki świat, w siną dal”. Te wielkie wędrówki milionów ludzi po zakończeniu wojny (nie ze swoje woli) nie robiły na nie większego wrażenia, po prostu Stalin kazał, dopiero rozmowa z panem Czesławem uświadomiła mi, że, czegoś mi brakuje w zrozumienie świata, że do tej pory pisanie czy rozmyślanie nad własną rodziną, miejscem ich i moim urodzenia nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Mało tego, było to obce myślenie wszystkim moim znajomym i bliskim. Byłem pierwszym pokoleniem urodzonym na Dolnym Śląsku, kilka lat po wojnie. To pan Miłosz uświadomił mi, że moi rodzice byli może nie takimi samymi emigrantami jak ja, ale emigrantami. Z czasem, gdy ta odkryta świadomość samego siebie zaczęła nie tylko dręczyć, ale domagać się odpowiedzi, kim jestem, skąd pochodzę.  Poezja stało się „polem do wspomnień”. Bez pana Czesława nie byłoby tego wszystkiego. I tak powstał poemat „Dolny Śląsk” publikowany w paryskiej „Kulturze”, (1998, numer 10) i tak powstała „ Poetycka Trylogia Sowiogórska” z jej pierwszym tomem pt. „Legenda o poszukiwaniu ojczyzny” (2001) (wpływ rozmów z panem Czesławem), czy zbiór wierszy pt. „Bielawa randka trzech sylab” (2014), czy „Bogaty strumień Dzierżoniów” (2012) albo wiersze o Ząbkowicach Śląski i tom pt. „Wiersze spod Krzywej Wieży” (2014).

Tak się zapędziłem w swoim myśleniu o Polsce, i o tym co tutaj pozostawiłem, że z mapami, przewodnikami turystycznymi pisałem wiersze o Górach Sowich, Srebrnej Górze, Pieszycach, czy Bielawie. W 2016 roku po powrocie do Polsce ułożyłem tomik z nowymi wierszami pt. „Jak zdobyto Dziki Zachód”, (2017), który wydałem w Poznaniu. Jest w nim poezja publicystyczną, „brutalną i dzika”, tak określił moje wiersze pan Czesław w jednym z listów do redaktora „Kultury”.  Opisuję w nim „dziki zachód Polski” po 1945 i „dziki zachód Ameryki”, Kalifornię. Takimi banalnymi, prostymi słowami, mało poetyckimi, jak; głód i cierpienie, tęsknotę za utraconą małą ojczyzną i nadzieję na lepsze życie w nowym świecie, chwytam za gardło, może i serce swoich czytelników. Oczywiście nie wszystkich, tych młody urodzonych w „dobrobycie kapitalizmu” temat emigracji, poniewierki, to już banał i grafomania do kwadratu.  Myślę, że panu Czesławowi ten tomik by się podobał.  Za jego przyczyną tysiące kilometrów od miejsca urodzenia w Górach Sowich niespodziewanie dla samego siebie zapragnąłem „zakorzenienia”, swojej tożsamości nad Pacyfikiem. Pytania, proste, elementarne Amerykanów, z którymi jednak z czasem miałem ogromny problem, bo jak odpowiedzieć na „How are you?” Where are you from?”czy „How do you spell your last name? biły mocno po twarzy i duszy.  Poczułem się wolnym ptakiem w Kalifornii, który jednak potrzebuje swojego „terytorium”. Miejsca, w którym czułbym się lepiej niż w innych miejscach, lustra, w którym mógłbym się przejrzeć, a nawet zobaczyć.

Gdyby nie on i tych rozmów z nim, plus jego książki „ Szukanie Ojczyzny”, nie było by wiele więcej rzeczy innych rzeczy, np. powstanie Towarzystwa Miłośników Dolnego Śląska w Chicago, którego byłem pomysłodawcą i współzałożycielem, ale o tym może, kiedy indziej.

Piszę o tym, nie dlatego, że chciałbym porównywać siebie z panem Czesławem, nie o to mi chodzi, jak już wspomniałem on bardzo interesował się Ziemiami Zachodnimi, ale w jego twórczości ten temat nie cieszył się jego uwagą. Mnie zachęcał do pisania o tym, w ten sposób temat Ameryki, Amerykanów zszedł na drugi plan. Mała ojczyzna, Polacy, patriotyzm, polskość, co to znaczy być Polakiem poza granicami Polski, te tematy wysunęły się na plan pierwszy.   Doświadczyłem paradoksu, przecież nie po to uciekałem z Polski, tułałem się po obozach, spałem w wielu osobowych pokojach, korzystałem z jednej łazienki, kuchni w dwudziestu chłopa, jadłem z cudzych misek, talerzy, piłem z brudnych niedomytych obcych kubków, aby pisać o małej ojczyźnie czy głupich Polakach w Ameryce, bo tak nas Amerykanie widzieli i nadał widzą. Dla wielu znajomych w kraju to, co robiłem w Ameryce wydawało się śmieszne, bo jak można pisać wiersze o „dziurach, zapadłych”, z których, każdy co ma krople oleju w głowie, chciałby uciec jak najszybciej. Ludzie dziwili się, że po dwudziestu, trzydziestu latach na emigracji mówię i piszę po polsku – bo córka mojej sąsiadki jest już trzecie rok w Anglii i zapomniała polskiego – Jak to możliwe, że pan tak dobrze pamięta polski?  Mój plan był całkowicie inny, chciałem całym sobą objąć, zrozumieć wielką, wspaniałą, bogatą Amerykę, raj na ziemi dla milionów ludzi, którzy nigdy w nim nie byli. Chciałem nauczyć się jak najszybciej angielskiego, skończyć amerykańskie studia i o Polsce, Europie jak najszybciej zapomnieć, jak o złym koszmarze, śnie, w którym budzimy się przerażeni. 

– To, dla kogo mam pisać po polsku w Kalifornii – zapytałem Miłosza.

– Jak to, dla kogo –zdziwił się – pisze się przede wszystkim dla siebie – odpowiedział.

Kiedyś myślałem, że wiersze pisze się „dla siebie” „dla ludzi” i „nie dla ludzi”. Coraz bardziej jest modne słowo „terapia”, czyli leczenie muzyką, malowaniem, a także poezją. Poezja jako terapia, wielu emigrantów ją w ten sposób uprawia, ale prawie nikomu ten rodzaj leczenia nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Na medytację jest pan za młody, za dużo pana nosi po całym San Francisco, za dużo rzeczy robi pan na raz. Studia, i gazeta, i praca, i ciekawość świata i Polska i Ameryka nakładają się na siebie tworząc coś o określiłbym orkiestra na wiele instrumentów, a każdy z nich jest roztrojony. Sporo wody upłynie pod mostem Golden Gate, zanim potrafi pan zgrać to wszystko, ale proszę się tym nie przejmować, bynajmniej teraz i dzisiaj. Rozmowa z panem Czesławem skończyła się stwierdzeniem, że wydane dwa tomiki wierszy po angielsku nie są ważne, bo poetą amerykańskim nigdy nie zostanę, bo jestem za stary na Amerykę. Do Ameryki przyjeżdża się jak się ma piętnaście a nie dwadzieścia pięć lat.

Nie spodobało mi to, co poeta powiedział, może nie zrozumiałem go, za dużo było w jego wypowiedzi metafor, dlatego aby zmienić temat wyrecytowałem wiersz, który bardzo mi się podobał:

Jak powinno być w niebie wiem, bo tam bywałem. 
U jego rzeki. Słysząc jego ptaki. 
W jego sezonie: latem, zaraz po wschodzie słońca. 
Zrywałem się i biegłem do moich tysiącznych prac, 
A ogród był nadziemski, dany wyobraźni. 
Życie spędziłem układając rytmiczne zaklęcia, 
Tego co ze mną się działo nie bardzo świadomy 
Ale dążąc, ścigając bez ustanku 
Nazwę i formę. Myślę, że ruch krwi 
Tam powinien być dalej triumfalnym ruchem 
Wyższego, że tak powiem, stopnia. Że zapach lewkonii 
I nasturcja i pszczoła i buczący trzmiel, 
Czy sama ich esencja, mocniejsza niż tutaj, 
Muszą tak samo wzywać do sedna, w sam środek 
Za labiryntem rzeczy. Bo jakżeby umysł 
Mógł zaprzestać pogoni, od Nieskończonego 
Biorąc oczarowanie, dziwność, obietnicę? 
Ale gdzie będzie ona, droga nam śmiertelność? 
Gdzie czas, który nas niszczy i razem ocala? 
To już za trudne dla mnie. Pokój wieczny 
Nie mógłby mieć poranków i wieczorów. 
A to już dostatecznie mówi przeciw niemu. 
I zęby sobie na tym połamie teolog.

Naprawdę, ten wiersz tak się panu podoba,? Spytał się mnie podejrzliwie poeta. I to bardzo mi się podoba, bo jest dla ludzi, jest piękniejszy i ciekawszy niż te pańskie traktaty moralne i poetyckie – powiedziałem jednym tchem. Jest krótki i wiadomo, o co w nim chodzi. Nastała krępująca cisza, specjalnie tak powiedziałem, by go poirytować, ale on po chwili zaczął się bardzo szczerze śmiać. Jego śmiechu nie sposób jest opisać, trzeba było go słyszeć.

Rozczarowany i złośliwy pan Czesław

Śledząc życie i twórczość Czesława Miłosza odkrywałem ku mojemu zdziwieniu od czasu do czasu, takie momenty, które nazwałem jego „chwilami słabości”, w których nie przebierając w słowach dobitnie opisywał to, co leżało mu na sercu. I tak we wspomnianej już korespondencji pomiędzy M. Skwarnickim a nim jest jego opis niechęci do form literackiej wypowiedzi. „Chodziło o to, żeby literackość zanegować, a była dobra pierwsza lepsza. Może i trochę podobne są te szały politycznego zaangażowania dzisiejszych amerykańskich poetów, jak te wariatki Levertov czy Lowella, plus 100.000 innych” (Skwarnicki 109). Miłosz wysoko cenił tę poetkę, religijność, osobisty ton w wierszach, tłumaczył ją na język polski, ale to, że była przeciwko wojnie w Wietnamie, że angażowała się przeciwko rządzącym Ameryką już mu się nie spodobało, dlatego nazwał ją „wariatką”. Osobiście myślałem, że za taką aktywność i różnorodność, jaką prowadziłem w Ameryce pan Czesław mnie cenił i nawet trochę lubił, ale okazało się, że to było moją wadę. W liście do Jerzego Giedroycia napisał o mnie tak:

27 I 1990

Drogi Jerzy,

Przesyłam Ci opis rodzinnego miasta Pieszyce przez Lizakowskiego i dwa jego wiersze. Troglodyta, ale utalentowany. I chyba jedyny poeta – jak dotychczas – który wyłonił się z emigracji lat osiemdziesiątych. (11)

Kto chciałby być Troglodytą, nawet utalentowanym, tym niemniej pan Czesław potrafił „wbić szpilkę” nie tylko mnie jednemu, ale wielu wspaniałym, utalentowanym, mądrym i pracowitym osobom, które znał, którym nawet pomagał, a te rozczarowały go, lub zawiodły. Nie szczędził ironii, sarkazmu, słów krytyki osobom, które znał przez długie dekady, tak na przykład powiedział o poecie Tadeuszu Różewiczu z Wrocławia;

„Pani Agnieszko, przeczytałem Szarą Strefę i jestem zdruzgotany. To czysta grafomania. Te wiersze o poetach. Ale co teraz? Kto się odważy? Młodych można gnoić, ale starych?… Kogo ja popierałem? Cały czas widziałem w nim prostactwo, a jednak popierałem…” (Kosińska, s.344) (12). Musiał nieźle „podpaść mały Tadziu”, tak nazywał prywatnie Różewicza, skoro tak o nim powiedział 23 października w środę, 2002 roku w Krakowie.  Ale w roku 1948 w Washington DC myślał inaczej w wierszu „Do Tadeusza Różewicza, Poety” pochwalił go, napisał; Chwała stronie świata, która wydaje poetę! Myślę, że 2002 roku jak i w roku 1948 pan Czesław był prawdziwy a to, że był pełen różnych paradoksów, to ludzka rzecz.

Dolny Śląsk 2011. Wrocław

Ważnym dla mnie momentem było zwrócenie poprzez mail się do mnie pana Jacka Czernika, kierownika marketingu z Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu,  z prośbą o udostępnienie moich zdjęć na wystawę organizowaną przez jego bibliotekę oraz Konsulat Generalny w Krakowie.  Jacek napisał do mnie już we wrześniu 2010 roku, a wystawa była zaplanowana na czerwiec rok 2011.  Zwrócił się z prośbą o zdjęcia i „inne rzeczy dotyczące pana Miłosza, jak zapiski, notatki, etc.”, natomiast nie napisał, co z tego ja będę miał, ani ja się go nie pytałem, co z tego będę miał, po prostu bylem szczęśliwy, że wreszcie ktoś będzie mógł zobaczyć moje zdjęcia. Ostro wzięliśmy się do pracy i właściwie nie było tygodnia, aby emalie nie kursowały pomiędzy Wrocławiem a Chicago przez następne osiem miesięcy. Wystawie nadano tytuł Miłosz po Amerykańsku | Fotografie z archiwów Andrzeja Miłosza i Adama Lizakowskiego. Cóż mogłem więcej chcieć, wystawa będzie przez miesiąc w samym sercu Wrocławia, będą ją oglądać ludzie kultury, politycy i przede wszystkim mieszkańcy Dolnego Śląska. Dzieci potomków, którzy zostali przywiezieni na Dolny Śląsk, którzy tutaj się urodzili, byli uchodźcy z różnych terenów Polski, dla których Wrocław, tak jak dla mnie San Francisco, Kalifornia, stał się Ziemią Obiecaną. Rok 2011 był trzydziestym rokiem mojej emigracji, uświadomił mi, że całe dorosłe życie spędziłem poza granicami Polski i teraz z tą wystawą poświęconą panu Czesławowi, mogę sobie cicho powiedzieć, że nie wszystko straciłem będąc poza granicami ojczyzny.

Uroczyste otwarcie odbyło się 10 czerwca, 2011 w/w bibliotece. W publikacjach reklamujących te wydarzenie napisano: „W pierwszej części znalazły się fotografie wykonane w latach 70. i 80. przez brata Poety, Andrzeja Miłosza, głównie na Grizzly Peak w Berkeley, gdzie znajdował się dom Noblisty. Część drugą wystawy stanowi „Foto notatnik Adama Lizakowskiego”, młodego wówczas polskiego poety, który po stanie wojennym wyjechał do USA i zamieszkał najpierw w San Francisco, a potem w Chicago. W połowie lat 80. nawiązał znajomość z Czesławem Miłoszem i zafascynowany jego osobą i twórczością, odwiedzał go w jego domu w Berkeley. Podczas spotkań z Czesławem Miłoszem Lizakowski robił zdjęcia. Są wprawdzie amatorskie, ale mają bezsprzeczną wartość dokumentalną. Ukazują Poetę w domu, w ogrodzie, na ulicy, w księgarni, sporo zdjęć powstało podczas prywatnych spotkań”. Świat, który przedstawiłem na zdjęciach już nie istniał, nie było pana Czesława wśród żywych, ale w mojej głowie, sercu, powstał obszar, po którym moja wyobraźnia poruszała się z wielką swobodą, tak jakby to wszystko, co zostało pokazane we Wrocławiu, działo się zaledwie wczoraj, a nie prawie ćwierć wieku wcześniej.

W sumie zdjęcia zrobione Panu Czesławowi trzy dekady wcześniej były pokazywane na prawie pięćdziesięciu wystawach na dwóch kontynentach. Były i są świadectwem jego przychylności temu, co robiłem i kim byłem w jego oczach. Bo w jego oczach i na jego oczach zacząłem się stawać kim innym, nie lepszy czy gorszym, ale człowiekiem, który zdawał sobie sprawę z tego, że ma miejsce utracone, i miejsce nabyte, korzenie i świadomość swych korzeni.  Za co teraz mogę oficjalnie podziękować swojemu poecie publicznie. Serdeczne dzięki, Panie Czesławie.

Warmia i Mazury. Olsztyn, 2011

Dużą dla mnie niespodzianką było zwrócenie się do mnie pani z Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Olszynie wraz z Warmińsko-Mazurskim Stowarzyszeniem „Areszt Sztuki” z prośbą o pomoc konkursie filmowym pt. „Krótki film o Miłoszu”. Organizatorzy konkursu wybrali mnie na przewodniczącego jury w skład, którego weszli Mirosław Przylipiak, Antoni Grzybek i Kaja Wilengowska. Konkurs został zorganizowany w związku z ogłoszeniem roku 2011 Rokiem Czesława Miłosza. Partnerami biblioteki w Olsztynie była Dolnośląska Biblioteka Publiczna we Wrocławiu i Gdańsku. Jak podano do wiadomości publicznej, do konkursu zgłoszono 38 filmów (4 z nich zostały odrzucone, ponieważ nie spełniały wymogów formalnych). Celem konkursu była popularyzacja życia i utworów Czesława Miłosza.  Konkurs był skierowany do szerokiej publiczności. Główną grupą docelową byli studenci wydziałów filmowych. Regulamin umożliwiał składanie prac wszystkim zainteresowanym życiem i twórczością Czesława Miłosza albo małą formą filmową – bez ograniczeń wiekowych. Konkurs trwał od maja do grudnia 2011 roku, a nagrody przyznano w styczniu roku następnego.  W ten sposób zakończyłem bardzo pracowity rok oglądając sfilmowane wiersze pana Czesława, a i następny 2012 rozpoczął się dla mnie jego poezją.

Zakończenie

Moim celem było opisać swoją znajomość z człowiekiem, kosmitą, który zaprosił mnie do stołu poezji, nic więcej.  Pisząc o nim nie sposób pisać o sobie, chciałem to za wszelką cenę uniknąć, ale nie zawsze się to udało. Uda się to na pewno tym, co urodzili się już w XXI wieku. Miłosz to ogromna góra, w cieniu której kto raz stanął, nigdy spod niego się nie uwolni. Chciałem tylko zwrócić uwagę badaczy twórczości poety z Berkeley, że był on kosmitą, w porównaniu z pokoleniami urodzonymi po nim dwie czy cztery dekady.  Mieszkańcem innej plany, podobnie jak jego wielcy nauczyciele: Swedenborg, Szostow czy Blake’a, są równie ważni jak wspomniani w mowie noblowskiej: Oskar W. Miłosz i Simone Weil. Jego zainteresowania dobrem i złem, Bogiem i diabłem, szczęściem i nieszczęściem, niebem i piekłem, jego niechęć do wszelkiego rodzaju patriotyzmu, nacjonalizmu, endecji, katolicyzmu w polskim czy amerykańskim wydaniu, świadczy o tym, że jego ciekawość świata była przeogromna. To, co Miłosz dokonał podczas swojego długiego życia, jak żył, jak zdołał zrozumieć i opisać swoją rzeczywistość, tego nie mógł dokonać zwykły człowiek.

Adam Lizakowski

San Francisco / Chicago / Dzierżoniów / 05.09.2018

Źródła

1. Czesław Miłosz. Widzenia nad Zatoką San Francisco. Wydawnictwo Literackie.  Kraków. Rok wydania 1989. s. 207, twarda okładka. ISBN 83—08-01958-7.

2. Thomas Merton and Czeslaw Milosz. Striving towards Being: The Letters of Thomas Merton and Czeslaw Milosz, ed. Robert Faggen (New York: Farrar, Straus & Giroux, 1997)

3. Sobór watykański II. DeonPL.

4. Marek Skwarnicki. Mój Miłosz. Wydawnictwo „Biały Kruk”, Kraków, wrzesień 2004. Twarda oprawa, s. 204. ISBN 83-88918-48-6.
5. Czesław Miłosz. Rodzinna Europa. Wydawnictwo Czytelnik. Strona 200. Warszawa. Rok wydania 1991, s. 317., oprawa miękka. ISBN 83-07-01994
6. Inga Czerny. Antypolonizm w USA – krzywdzące, ale zanikające uprzedzenia o Polakach. Strona internetowa DziejePL.02.01.2015. (PAP).
7. Andrzej Franaszek. Miłosz. Biografia. Wydawnictwo Znak, Kraków. 2011r. s. 954, twarda oprawa. ISBN 978-83-240-1614-3
8. Czesława Miłosza autoportret przekorny. Rozmowy przeprowadził Aleksander Fiut. Wydawnictwo Literackie. Kraków 1994. s.427, miękka oprawa. ISBN 83-08-02540-4.
9. O poezji i przyjaźni. Rozmowa z prof. Aleksandrem Fiutem, badaczem twórczości Czesława Miłosza. Autor: Culture.pl. Opublikowano: 27 kwietnia, 2011 roku.
10. Czesław Miłosz. Kroniki. Wydawnictwo Znak. Kraków1988r., miękka okładka. ISBN 83-7006-188-5.
11. LISTY 1973-2000 JERZY GIEDROYC, CZESŁAW MIŁOSZ. Czesław Miłosz, Jerzy Giedroyc, Seria ARCHIWUM KULTURY. Wydawnictwo Czytelnik. Rok wydania 2012, s. 615., oprawa miękka, wydawnictwo: Strona 369. ISBN 078-83-07-03261-0.
12. Agnieszka Kosińska. Miłosz w Krakowie. Wydawnictwo Znak, Kraków 2015. s. 723., oprawa miękka. ISBN 078-83-240-3396-6.
 
Adam Lizakowski – Czy poeta Czesław Miłosz był kosmitą?
QR kod: Adam Lizakowski – Czy poeta Czesław Miłosz był kosmitą?